28.02. Nowa wspaniała normalność
28 lutego, wpis nr 1397
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Zacząłem zaglądać wstecz we wpisy swego „Dziennika Zarazy”. W moim wieku czytam trochę siebie, nie tylko, by poprawić styl, ale z powodu postępującej sklerozy mogę chłonąć własne testy jako nowość i czasem przychodzi mi zaciekawić się własnymi przemyśleniami. Po prostu czytam je jak nowe treści, co daje mi możliwość obcowania z samym sobą jak z innym człowiekiem.
Właśnie zastanawiałem się nad nową częścią zbioru. Papierowe wydanie „Dziennika zarazy” zamknąłem zatrzaskując drzwi pandemii, nawet czekając do jej oficjalnego, formalnego domknięcia, choć de facto pandemię zakończyła wojna na Ukrainie, kiedy to z dnia na dzień wirusa zastąpił Putin. Moja książka, spisane pandemiczne zapiski dają, nawet choćby i jedynie z mojej, indywidualnej perspektywy, pewne świadectwo ogólnych trendów, kiedy każdy może się przejrzeć w okruchach mego własnego lustra, by przypomnieć siebie „z tamtych lat”. Jak to wszystko szło, jak człowiek się zmieniał w swoim stosunku do pandemii, ale także jak rodziły się zręby tzw. „nowej normalności”, którą obiecywał system w resecie kwarantanny. Normalność była tu obietnicą, choć słowo „nowa” było pewnym niedopowiedzianym ostrzeżeniem, groźbą. Nikt, poza zdeklarowanymi postępakami, nie uważa nowości za zawsze lepszy stan. Tak i miało się to wtedy.
Nowa część zbioru czyli przepisane na karty książki me cotygodniowe felietony popandemiczne miałyby dać świadectwo nie tyle już pandemii, co właśnie tej nowej normalności, onej ówczesnej obietnicy, która – wierzę, że do dziś – kształtuje swoje następstwa i nas wszystkich. Bo, moim zdaniem, pandemia była preludium, które skatalizowało proces przemian, przyspieszając podskórne do tej pory procesy. Nazbierało się tego znowu kilkaset tekstów, które – jak to w dzienniku – nie są premedytacją wszechwiedzy z perspektywy czasu, tylko powolnym szkicowaniem zdarzeń, których wzór widzi się dopiero, kiedy odejdzie się od płótna zdarzeń bieżących. I takim aktem mogłaby być druga część mego dziennika o nowej normalności, kolejnym etapie zarazy. Nie wiem czy go wydam, ale zajrzałem wstecz, by zobaczyć przez chwilę refleksji, jak wygląda ta „nowa normalność” w działaniu, czyli jak kształtuje się świat popandemiczny. I znalazłem tam kilka ważnych, przynajmniej dla mnie, czynników opisujących nowy, wcale nie wspaniały świat. To wszystko dać może nam perspektywę na przyszłość. Inaczej czeka nas nieodgadniony mrok za horyzontem i wynikające z tego przeświadczenie o naszym braku wpływu na swój los. Zacznijmy więc od podstaw, czyli czego nas nauczyła, a właściwie do czego nas przyzwyczaiła pandemia, co otworzyło nasze dusze i losy na nowe, zobaczymy czy przypadkowe, czy zaplanowane poruszenia świata.
Utrata poczucia sprawczości
Tak, to był jeden z ciekawszych momentów. Do tej pory lud demokratyczny był usypiany kołysanką o swojej sprawczości, wszak to przed jego kartką wyborczą miały klękać co jakiś czas elity pod wszelkimi szerokościami demokratycznej utopii. Pandemia pokazała, że to wszystko ułuda, co spowodowało kilka rozwarstwień. Jedni wpadli w depresję społeczną, niektórzy na stałe (co spowodowało ich odejście od form aktywności społecznej, a już na pewno politycznej), inni wyparli tę refleksję, co jeszcze bardziej uodporniło tę grupę na wszelkie trzeźwiejące sygnały rzeczywistości.
To postawy ekstremalne, ale króluje hipokryzja zamkniętych oczu – lud nie tyle wyparł pandemiczne dowody utraty wpływu na swój los, ale wyparł całą epokę to przejawiającą. Po prostu pandemii nie było, nie robiliśmy z siebie durniów, ludzie nie umierali opuszczeni przez bliskich i lekarzy. Nic się nie działo – wymazaliśmy.
Nikt, łącznie z mediami nie chce do tego wracać, żadnych rozliczeń, raportów – obiecywanych od kilku lat – na podsumowanie działań i efektów. Milczenie winnego i ofiary zarazem. Temat pandemii, jeśli już się pojawia z rzadka, to tylko w kontekście foliarstwa – ot, jakiemuś tam politykowi, czy lekarzowi zarzuci się, że należał do sekty wątpiącej aktywnie, tak jakby naruszał jakiś ustalony aksjomat, z zasadności którego, nie ma się w ogóle co tłumaczyć. Tylko tak wraca się do tamtych czasów. Jako do ostrzeżenia, przypomnienia czerwonej linii, kiedyś ustalonej z góry, którą obecnie zasypuje może pył zapomnienia, ale którą zawsze można odkurzyć. Czeka tam na swój użytek i kolej, zaś usłużni przypominacze dla higieny i wprawy zawsze mogą się do niej odwołać.

Ale kryzys poczucia utraty sprawczości, bez jego konsekwencji, jak choćby zarzewia buntu, jest najlepszą inwestycją systemową w nową normalność. Leży zakorzeniony na dnie pogwałconych pandemicznie dusz, z poczuciem, że jednak godzimy się na wszystko, jeśli tylko nas pocisnąć. Jest to nauczka na przyszłość, gwarant, że jak się powtórzy taka sytuacja, to zawsze system może do niej powrócić, z przewidywanymi dla nas skutkami.
Barter aksjologiczny
Drugim przełomem było przyspieszenie, ba – ostentacja procesu wymiany wolności za obietnicę bezpieczeństwa. Tak, bezpieczeństwa, które z pandemicznego można było w jeden dzień wymienić na zagrożenie wojenne, drugiego jeźdźca Apokalipsy. Wcześniej proces zawłaszczania wolności był bardziej usubtelniony, w pandemii przestano się cackać z pulardą. Właściwie to niewielu widziało, że z czegoś przed pandemią rezygnuje, zjawiska postępowały osmatycznie, tiptopkami – w pandemii dokonano wielkiego skoku w tym obszarze.
Impasem do tej ostentacji był strach, jednocześnie zbiorowy i jednocześnie indywidualny. Panikowany lud nakręcał się sam i każdego z osobna. A więc sami już odzwyczajeni od uprawiania, identyfikowania swych wolności, a co dopiero mówić o ich bronieniu, łatwo rezygnowaliśmy z nieuświadomionych, bo nie uprawianych wartości za rzecz witalną, jaką jest obietnica bezpieczeństwa. Pytanie tylko czy była to obietnica spełniona? Wydaje się, że nie.

Świat, tak samo jak w pandemii z powodu postępowania władz, niezwiązanego z wirusem, tak i w czasach nowej normalności stał się miejscem bardziej niebezpiecznym. Cały więc pogrzeb na nic. Wolność rozmywa się codziennie, zaś bezpieczeństwa wcale nie przybywa. To powoduje coraz większe zaciąganie długu utraty wolności – trzeba jej oddać coraz więcej, by pojawiły się jakieś ułamkowe choćby efekty (złudzenia?) w obszarze bezpieczeństwa. Na razie trud to daremny, a więc może się za bardzo nie staramy z tą wymianą? A może to w ogóle ta wolność, źle uprawiana i destrukcyjna dla wojennego poziomu zagrożeń jest właśnie… powodem naszych zagrożeń? Może trzeba nas jeszcze bardziej przycisnąć, by się udało. I powtarza się przetrenowany dryl wirusowy – sam lud wzywa do większych obostrzeń wobec siebie, a właściwie głównie wobec tych nieprawomyślnych, których niefrasobliwość, mylona z wolnością, wciąż nie daje nam wyjść na prostą. Obecnie wirusa wyparły wmuszane deklaracje poglądów sprowadzające wszelkie wątpliwości do reductio ad Putinum. Na wzór pandemicznych powstają nowe „procedury” czystości sanitaryzmu antonucowego, których jak nie przestrzegasz, to zostaniesz potępiony, na razie tylko ostracyzmem medialnym, coraz częściej – społecznym, a w niektórych krajach postępowego Zachodu – więzieniem.
Handel ten idzie na całego, jest to wymiana niesymetryczna – tracimy więcej niż zyskujemy. Wolności ubywa, bezpieczeństwo zostało zredukowano do odruchów na poziomie przetrwania: piękna lekcja z pandemii, a to była tylko szkoła elementarna posłuszeństwa.
Opresja jako samoobsługa
Należy przypomnieć, że w pandemii system nie byłby w stanie utrzymywać sanitaryzmu, gdybyśmy się sami nie pilnowali. Jedni drugich. Ja to pamiętam i raczej nie zapomnę tej samoobsługi, kapowania, dyżurnego podglądania. Teraz ten stan przeszedł w permanencję. Mamy całe kodeksy może już nie zachowań prostych i rozpoznawalnych (jak noszenie lub nie maseczki), ale zestawów poglądów. Od razu sprzęgniętych z etykietowaniem i jego konsekwencją – ostracyzmem. Sami dajemy się wpychać na siłę w bańki polskiego gara, jesteśmy pilnowani przez usłużnych wzmożonych, acz równie gotowanych, ciągnięci w dół do gotującego się wywaru polskiego piekielnego rosołu.

Media spełniają tu prymarną rolę, ale te nie atakują niepoprawnych wprost. Wyznaczają ich tylko jako cel, dają kamienie obleg do społecznych rąk odbiorców, by ci sami wykonywali rytuał kamienowania. Wtedy media wychodzą na umiarkowane, zaś okrutne wyroki wykonuje lud, który mylić się przecież nie może. W ten sposób nie tylko integrują się bańki społecznego przekazu, ale i archipelagi aksjologiczne. Proste zatoki ustalonych pojęć, identyfikujących się haseł, gotowe listy wrogów, od czasu do czasu medialnie odświeżanych przez mainstream. Jest to nudne i powtarzalne jak komunikaty z głośnika więziennego, ale staje się to głównym elementem wokół którego integrują się ludzie. Prostym i prymitywnym, ale takie mamy społeczne czasy – coraz mniej subtelne, coraz bardziej trybalne, jaskiniowe.
Ten trend produkuje całe grupy wyrzutków, pozbawionych społecznej zdolności honorowej, z którymi nie krzyżuje się nawet broni w sporach. Wyklęci też łączą się w samoobronne grupy, tak samo najeżone ostrożnościowymi procedurami, ale są – jak to gnębieni – paradoksalnie bardziej wolni, gdyż wciąż szukają uzasadnienia swych postaw w kierunkach bliskich szlachetności, którą formuje udręka pochodząca od bliźnich.
Oba te trendy prowadzą do samozaspokajanego podziału społecznego, nieufności w relacjach, pochodzących z etykietowania a priori, zanim bliźni otworzy usta. Społeczne podziały mnożą się w permutacjach podsuwanych wariantów rozmytych tożsamości, grupowa identyfikacja jest wręcz niemożliwa, od kiedy progresywizm przenicował wszelkie aksjomaty pojęć podstawowych. Rządzącym jest łatwiej – znowu, coś jak za pandemii. Ludowi jest gorzej, bo został pozbawiony (i sam się na to zgodził w tej samoobsłudze) podstawowych filarów samoidentyfikacji.
Internalizacja
Obecne czasy „nowej normalności” pogłębiają rozpoczęty za pandemii przyspieszający proces internalizacji. Chodzi o to, że dusza leniwa i nieposzukująca szybko godzi się z absurdami rzeczywistości narzuconej, gdyż konflikt między światem, a naszą wolną wolą, która podszeptuje, że to nie tak – prowadzi do niepokoju poznawczego. Aby pozbyć się tego stresu – i za kowida, i teraz – człowiek często nie tylko przyjmuje nakazy rzeczywistości wmuszonej, ale i sam uruchamia proces quasi-poznawczy, który prowadzi go do przekonania, że do tej akceptacji doszedł sam, broń Boże nie powodowany propagandą, czy zewnętrznym przekonywaniem. Po prostu sam to sobie wymyślił. Wtedy czuje się sam autorem własnych już wtedy ograniczeń, bierze je za swoje dzieło, wyraz właśnie wolnej woli, choć jest to odruch samoobrony leniwej duszy przed konfliktem poznawczym. Często więc wybierany jest kompromis, który nie jest wyborem złotego środka, tylko przyjęciem zewnętrznych norm i uzasadnień – w całości.

I mamy rzesze takich ludzi, którzy uważają, że do wszystkie doszli sami, że reprezentują swoje własne, indywidualne przekonania. W rzeczywistości mamy tłumy gadające kalkami, dosłownymi, powtarzalnymi zaklęciami, które chyba tylko dlatego tego nie słyszą, bo siebie nawzajem nie słuchają. Im wystarczy tylko potwierdzenie hasła i odzewu, by zidentyfikować się co do przynależności do ulubionego plemienia, co jest narkotycznym pocieszeniem w czasach suflowanej samotności. Tam później nie ma żadnej wymiany informacji – są tylko rytualne zaśpiewy potwierdzające przynależność przy trybalnym ognisku. Rytuał powtarzalności, bez treści.
Wdrukowane pojęcia-cepy są już wydrążone ze znaczeń. Nie poddają się weryfikacji w toku dyskursu, bo ten byłby dla nich zabójczy, a więc naruszałby integralność grupy. Byłby więc śmiertelnym zagrożeniem dla ludzi poszukujących ukojenia w plemiennych bańkach. Jest więc niedopuszczalny. Staje się dogmatem, nad którym się nie dyskutuje, raz gdzieś przez kogoś ustalonym i pewnym na tyle, że każdy, kto go kwestionuje podnosi rękę na wspólnotową świętość.
I znowu – przetrenowane za kowida wzmożenie dziś przechodzi w nową normalność, budując społeczności niewolnicze, które zanurzone we własnych rytuałach, nie widzą już strażników, krat i głośnika w celi. I wcale już nie trzeba tu wielkiego strachu, skoro to kręci się samo.
Wojna, która leczy pandemię
Wymiana strachu z powodu wirusa na strach z powodu wojny to zabieg techniczny tylko. Mechanizm strachu jest podobny, choć ludzie wojny boją się bardziej niż zarazy. W tej drugiej mają jakąś nadzieję, że przestrzegając norm i procedur uchronią się do złego. Z wojną już nie jest tak prosto – nie wiadomo kiedy cię może dopaść, chociaż możesz być niewinny, ostrożny, zapobiegliwy i odporny. Plecak ucieczkowy nie uratuje cię przed bombą.

Mamy jednak do czynienia z doskonałym fenomenem. Tak jak całe grupy ludzi, którzy utyskują na dezinformację mogą jednocześnie uchwalać prawo, że biologiczny mężczyzna może rodzić dzieci, tak podżegacze wojenni mogą jednocześnie być gołąbkami pokoju, straszącymi okropnościami wojny. Mamy tu do czynienia z pewnym zabiegiem, który z wojny czyni żywioł nie do ujarzmienia, jakby ją wywoływały siły przyrody, nie zaś poczynania konkretnych grup i ludzi. Ot, wojna to taka wiedźma, przylatuje na miotle śmierci nie wiadomo skąd, zmiata miliony do niebytu, odlatuje, my zaś odbudowujemy pokolenia i miasta. Nie ma winnych, nie ma narzędzi do powstrzymania tego fenomenu.
Z drugiej strony wciska się spanikowanym, że trzeba się opierać wojennie w imię jakichś domniemanych wartości, sprawiedliwego pokoju, jakby były jakieś argumenty przewyższające przetrwanie. Jasne, trzeba się bronić, zbroić i odstraszać, ale po co mnożyć wzmożenie wojenne agresywnymi deklaracjami, że „nigdy nie pozwolimy”, że tak tej wojny nie możemy skończyć, że nie ma pokoju za wszelką cenę? Przypomina to jako żywo deklaracje ministra Becka w przededniu II wojny światowej, że jest coś więcej niż pokój, że jest honor. Po czym nie uratowaliśmy ani pokoju, ani honoru, o milionach ofiar takiej deklaracji nie wspominając.
Powtarzam do znudzenia cenną uwagę Orwella, że za wojnę nie do końca odpowiadają żołnierze, że jak się już zacznie, to już nie jest ważne kto pierwszy strzelił, spalił dom, zgwałcił. Po prostu uruchomiła się już bezwzględna maszyna przestępstw i odwetu. Winni okropieństwom wojny są ci, którzy powodują jej nieuchronność. W swych rachubach na geopolityczne przewagi, chęci zarobienia, podpuszczania ludu przeciwko wrogowi, tylko po to, by utrzymać się u władzy.
I mamy teraz, przypomnę handel wolnością za bezpieczeństwo, czasy coraz bardziej niebezpieczne, zaś animatorzy tego procesu siedzą sobie bezpiecznie patrząc jak narody na siebie hałłakują, nie oni przecież będą ginąć na tych wojnach. Wiadomo – można codziennie zaklinać samych siebie, że mamy wojnę królestw, że mieszają się karty świata, który staje się wielobiegunowy i zawsze przy tym dochodziło do wojen, gdy mocarstwa weryfikowały siłę swych konkurentów. Ale powoduje to cichą zgodę ludu na czas wojenny, znowu – coś takiego jak za kowida, ot przyszedł z Wuhan jakiś patogen, ani myśmy winni, ani nic na to nie poradzimy. A było jak wiemy inaczej: nie było, oprócz operacji propagandowej, żadnej pandemii. Ofiary miały inne, premedytacyjne źródło leżące w odgórnej i międzynarodowej decyzji o nieleczeniu. Ale ofiary były. Lud został strachem zmobilizowany do zachowań karnych. Teraz nowa normalność powtarza ten cykl, tyle, że w jeszcze większej intensywności.
Do czegoś jesteśmy przygotowywani, może będziemy musieli być szczęśliwsi, kiedy nie będziemy mieli niczego. Ale zawsze pozostaje pytanie – skoro mamy nie mieć nic, to kto będzie miał wszystko?
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
