31.01. Czy Polska jeszcze istnieje?
31 stycznia, wpis nr 1393
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Zaczynam z grubej rury, ale pytanie „czy Polska jeszcze istnieje?” jest alarmistycznie zasadne. Oczywiście nie chodzi mi o Najjaśniejszą, Rzeczpospolitą, ideę która przeplata się przez losy pokoleń Polaków, ale chodzi mi o państwo. Całym pokoleniom chodziło przecież w walce, by powstał, a właściwie wrócił konkretny byt państwowy. Ideą żyliśmy zbyt długo, tęskniliśmy za i walczyliśmy o rzeczywisty twór, już nie ideę. Czy po tym wszystkim, co ostatnio przechodzimy polskie państwo istnieje, a jeśli tak, to jaki ma kształt, w jaką stronę zmierza i w jaki sposób Polacy mogą mieć na ten trend wpływ? Dlatego proponuję odrzucić kłuszyńskie proporce husarii, męczeństwo pokoleń, nasze przewagi oraz klęski i brutalnie wskoczyć w pragmatyzm państwowy, daleki od patriotycznych, nawet ideologicznych, zaśpiewów.
Coś za coś
Po co ludziom państwo, tak w ogóle? Skąd się wziął ten trend, że narody o wyższych aspiracjach organizowały się w państwa, zamiast mieć wiele rzeczy z głowy pod rządami innych władców? Ci w różny sposób eksploatowali poddanych, czasem własny naród bardziej, niż niepaństwowy, inkorporowany, ale dawali coś w zamian. Ta wymiana, choć często nierównoważna (bo państwo ma tendencję do zabierania więcej w zamian za zmniejszanie swoich obowiązków wobec obywateli), była jednak na tyle przemożną wartością, że ład (?) światowy ułożył się w system państw pokrywających całą planetę. Na czym polegała ta wymiana?
W politologicznej i historiozoficznej optyce państwo polega na organizacyjnej wymianie części wolności obywatelskich za gwarancje bezpieczeństwa. Organizm państwowy miał tu gwarantować pewne, nowocześnie mówiąc, „usługi publiczne”, których ani sam obywatel, ani plemię czy mniejsze grupki nie były same w stanie ogarnąć. Poziom tej wymiany zależał od wielu czynników. Jedne były geopolityczne, np. jakieś plemię ze względów na swe położenie nie miało wielu wrogów i nie musiało się organizować w państwo, inne kryteria kształtowania się państwa legły w tradycji często osadzonej w religii: w wiarach bardziej personalistycznych, gdzie godność czy wolność jednostki były ważne, relacje państwo-naród kształtowały się w sposób zrównoważony, tak, by aparat państwowy zachowywał się tu subsydiarnie powściągliwie. W tradycjach kolektywistycznych czy autorytarnych układ władza-naród był prostszy: rządzi władca z nadania (najczęściej boskiego), naród zaś słucha się. Tu relacje polegały nie na tradycyjnych gwarancjach, tylko na zapobieganiu nieczęstym reakcjom na ewentualny sprzeciw ludu, kiedy władca się rozhulał.
Co ważne – w czasach ekspansji nadopiekuńczej roli państwa – spis „usług publicznych” podlegał ekspansji, niestety, kosztem jakości, zaś zakres zawłaszczanej wolności też się powiększał. Na razie skupmy się na tym drugim czynniku: wolność jest coraz bardziej zabierana systemem odkrawania plasterków salami. Ludowi najczęściej wmawia się, że nikt tu niczego nikomu nie zabiera, bo ludzie rozleniwieni w uprawianiu aktywnej wolności dawno zapomnieli na czym ona polega, nie widzą więc, że (i gdzie) jest im ona odbierana. Czasami państwo idzie na skróty, kiedy chce przyspieszyć i ewidentnie zauważalne przejawy zawłaszczania wolności motywuje czynnikami wyższymi (pozornie) od wolności: jest to głównie wzmagany strach przed czterema jeźdźcami Apokalipsy. Widzieliśmy to za kowida (jeździec zarazy), widzimy to teraz – przy straszeniu konfliktem (jeździec wojny). Takie sztuczki zwalniają państwo z tłumaczenia się co do jakichś subtelnych czynników wolności – liczy się tylko przetrwanie. Ale czy jest ono dostarczane, to już inna sprawa.

Państwo minimum vs. państwo maksimum
Przejdźmy teraz do tego co państwo dostarcza lub ma dostarczać w zamian. Skoro już lud nie widzi dziś tej swojej strony wyrzeczeń, to popatrzmy co za to dostaje, choć – jak widać z powyższego – coraz bardziej dostawać nie musi. Państwo, jako tu się rzekło, rozpycha się jak może, wsadza swoje paluchy w obszary do tej pory mu obce, co zawęża przestrzeń spontanicznej aktywności społeczeństwa. Robi to co najmniej z dwóch powodów: jeden jest najprostszy, czyli chodzi o zwykły pociąg do władzy i w znaczeniu psychologicznym, i merkantylnym. Drugi powód – takie rozpychanie się jest rozprzestrzenianiem się kontroli nad społeczeństwem. Buduje też wierną armię skierowaną przeciwko społeczeństwu – administrację, która im więcej regulacji kontrolnych trzymających za twarz lud, tym bardziej rośnie. I koło zamyka się w coraz ciaśniejszym korkociągu.
W pierwszej części skupię się przede wszystkim na funkcjach państwa, które uważam za niezbędne, ale o wiele mniej liczniejsze niż uprawiane dzisiaj, gdyż państwo postrzegane jako monopol na przymus powinno być trzymane na krótkiej kompetencyjnej smyczy. Bezpieczniej dla obywatela, gdy może być silnym państwem minimum, inaczej rozpełznie się po narodzie jako wszędobylska płycizna sprawczości, za duża by być skuteczna, za szeroka, by nie przeszkadzać. Popracujemy z tymi kompetencjami na przykładzie Polski, bo to i wygodniej odwoływać się do widomych przykładów, i zarazem wypełnić zadanie, które sobie postawiliśmy na początku, odpowiedzi na pytanie: czy Polska istnieje, jako państwo oczywiście?
Można w państwie minimum, czyli w jego kompetencjach wykraczających poza możliwości pojedynczych grup, wymienić kilka kompetencji, które tylko państwo może zapewnić. Można oczywiście zauważyć wypełnianie tych zadań nie przez instytucje państwa, ale zawsze jest to nieszczęście. Te obszary to: polityka zagraniczna, sądownictwo, bezpieczeństwo i aparat skarbowy, by te pozostałe rzeczy opłacić z kasy obywateli. Więcej nie trzeba, by państwo funkcjonowało, czego dowiedziemy w następnej części, kiedy będziemy sprawdzać, czy i jak w tych „dodatkowych”, a zawłaszczonych kompetencjach państwo (polskie) „dowozi”. Należy też tu wspomnieć negatywne przykłady prywatyzowania nawet tych podstawowych funkcji państwa: mieliśmy wiele przykładów chociażby magnackiego uprawiania polityki zagranicznej poza, a często w sprzeczności, z polską racją stanu. Prywatyzacja sądów prowadziła do samosądów, gdzie nie aparat państwa wymierzał sprawiedliwość. Z kolei prywatne armie magnackie były jednym ze schodków prowadzących w głąb katakumb naszego upadku. O polityce skarbowej już nie będę wspominać, skoro jednym z powodów naszego upadku, a później braku rozwoju, były puste kasy państwowe. A więc popatrzmy jak się Polska ma dziś w czterech podstawowych funkcjach państwa.
Dyplomacja

Polityka zagraniczna jest obecnie najlepszym papierkiem lakmusowym do oceny stanu naszego państwa. Do jej uprawiania trzeba wielu rzeczy, ale podstawowe – własna, budowana siła i dobrze, ponadpolitycznie, zdefiniowana i uprawiana racja stanu – są w chronicznej zapaści. W dzisiejszych czasach dopiero wyszedł na jaw deficyt naszej siły, pokazując naszą wewnętrzną i zewnętrzną słabość. Polityka międzynarodowa w sensie zewnętrznym była funkcją podległości zagranicznym patronom w wykonaniu plemion wojny polsko-polskiej. A więc nie realizowaliśmy własnego scenariusza, tylko zewnętrznie koncesjonowany udział w czyichś rachubach. Zaś sama polityka stała się coraz częściej narzędziem do uprawiania jej na użytek wewnętrzny. Ot, żeby przywalić plemieniu konkurencyjnemu, że postawiło na innego patrona niż my. Zagranica to widzi i albo manipuluje nami kilkoma prostymi gałkami, albo w ogóle to olewa, bo kwestia rozkładu państwa w jego sprawczości jest na rękę czynnikom zewnętrznym.
Co do racji stanu, to wojna polsko-polska, skupiona na dojściu do i utrzymaniu taktycznej władzy oddalała nas od myślenia o Polsce w sposób zabezpieczający ciągłość realizacji naszych strategicznych interesów. Te dwa czynniki – zewnątrzsterowność i doraźność plemiennej sceny politycznej – odstręczała nas od wyartykułowania swoich interesów długofalowych, innych, niż okazało się, że taktycznych, strategii zapisania się do jakichś sojuszy, czy to UE, czy NATO. Nie budując własnej siły w oparciu o interesy naszej, nie cudzej, racji stanu, kiedy te kotwice sojusznicze się zachwiały, nie wiemy co zrobić ze sobą, a raczej liczymy na to, co… z nami zrobią inni. Jest więc fatalnie, co widać, słychać i czuć, gdyż jest to grzech założycielski wszystkich politycznych plemion Polski.
System sprawiedliwości

Drugi aspekt: sądownictwo. Wiem, wszyscy aż się uśmiechacie Państwo, bo właściwie tu nie ma co tłumaczyć. A podobno „sądy są ostoją Rzeczpospolitej”, a więc mamy sytuację, że tej ostoi nie ma, nie istnieją fundamenty, więc cały gmach (podobno kartonowy) na nich postawiony – chwieje się. Grzech pierworodny zaczął się przy Okrągłym Stole i w genach przeszedł w zmutowane formy szarpaniny sądowniczej, jaką fundują nam kolejne ekipy. Wtedy umówiono się, że obszar sądowniczy nie będzie podlegał większym zmianom, zakonserwuje się na kooptacyjnej polityce, gdy nieświęci za komuny sędziowie będą na własnych zasadach dopuszczać do zawodu, albo i nie. Miało to za cel ochronę postkomunistów przed ewentualnym rewanżyzmem bardziej ochoczych części narodu, ale także szyło to płaszcz ochronny do prywatyzacyjnej demoralizacji postkomunistycznej nomenklatury.
Po wielu „reformach” sądownictwo jest obszarem strukturalnej zapaści: państwo strzeże monopolu sądzenia, ale tego zadania nie dowozi. Dla obywatela jest to koszmar, bo pozostaje – samosąd? Mamy tu „burdel i serdel”, nikt nie jest pewien ani procesu, ani obiegu ani rezultatu prawnego działania systemu sprawiedliwości. A to jest rozpacz dla narodu, bo nie ma się gdzie podziać. Nie widać też żadnej nadziei, gdyż, kolejny raz jak w dyplomacji, system sprawiedliwości jest używany prawie wyłącznie do celów wewnętrznej nawalanki, gnębienia przeciwników politycznych i zarezerwowaniu sobie przez władzę otwarcie deklarowanych sędziów obdarzonych zaufaniem – uwaga: zaufaniem władzy, nie sądzonych obywateli. A taka sytuacja – znowu – osłabia Polskę jako państwo, co jest kolejnym etapem i obszarem realizacji zewnętrznych interesów polegających na osłabianiu każdego przejawu siły Polski jako państwa.
Bezpieczeństwo

Bezpieczeństwo – też się pewnie uśmiechacie pod wąsem. W sumie to rozleniwiło nas to NATO kompletnie, okazało się, że do niedawna wielomiliardowe wydatki na zbrojenia można byłoby sobie podarować. Te albo poszły na Ukrainę za friko, albo służą do baletów rocznicowych defilad. Reszta pod względem bojowym jest mało użyteczna. Jeśli w ogóle, to nie jako gwarancja naszej siły i sprawczości, ale jako element „interoperacyjności” wschodniej flanki NATO, czyli rozpuszczenie się naszej sprawczości w zewnętrznych strukturach sojuszniczych. Zewnętrznych, a więc mogących mieć inne, coraz częściej sprzeczne interesy z naszymi (przypomnę – wciąż z nie uzgodnionymi pewnikami racji stanu).
Widać to zwłaszcza teraz, kiedy nasza interoperacyjność nie ma żadnego znaczenia, gdyż sama wschodnia flanka NATO się zwija, a więc stoimy nad tym wszystkim jak żona rybaka nad rozbitym korytem: ze sprzętem przeznaczonym do innych wojen, z dowództwem wyszkolonym do innej sytuacji geopolitycznej, w końcu – z tak niskim morale narodu, że ponad 75% deklaruje, że w razie „W” będzie spylało, choć nie wie dokąd. Unia Europejska, która nagle dołożyła do swoich z kolei rozpychań ambicje militarne niczego tu nie dowiezie, bo niczego do tej pory, oprócz chaosu – nie dowiozła. Politycy kłócą się o wszystko, tylko nie o to, jak się wydobyć na własną siłę i sprawczość w tej dziedzinie. Spór jest więc jałowy, a czasu coraz mniej. Ale nawet nie zaczęliśmy, na tyle by móc później oszukiwać swoje dzieci w prowizorycznych schronach, że chociaż próbowaliśmy. I znowu – w trzecim obszarze: nie widać światełka.
Finanse publiczne

Ostatni z niezbywalnych filarów państwa to system skarbowy. No tak… też bez śmichów proszę. W sumie nie chodzi tu tylko o pobór podatków, ale o cały system finansów publicznych. Kiedyś jakoś pilnowanych, dziś kompletnie zadłużanych za pomocą księgowych sztuczek, które są tylko kosztownym oddalaniem rachunków, które przyjdą – im później, tym wyższe. Deficytem płacimy za błędy władzy i socjalne przekupywanie elektoratu jego (pożyczonymi) pieniędzmi. Proceder ten trwa całą III RP, gdyż jest systemowo niepilnowany, zaś medialnie pobudzany, kiedy w czasach kampanii plemiona licytują się przed pazernym tłumem kto komu ile tam da. U suwerena króluje wzmagane medialnie przekonanie, że państwo jest od dawania, jakby ono miało coś innego niż pieniądze z podatków od obywateli. A więc lud dostaje czego chce, nie wiedząc, że każda jego radość z obrywów dawania, to garb dla jego dzieci.
Nie jest to cecha Polski, ale demokracji liberalnej w pełnym rozkwicie. Nawet nasza fatalna sytuacja jest i tak lepsza od innych krajów, ale jesteśmy tu „na ścieżce i na kursie”, choć widzimy do jakiej katastrofy to prowadzi. Ale ten model kupiliśmy poprzez klasę polityczną nieodwracalnie i by wyjść z tego korkociągu należy po pierwsze go zauważyć, po drugie – wyjść z tego paradygmatu. A tu ani na jedno, ani na drugie – nie widać politycznej ochoty. Deklaracja trzeźwiejącego korkociągu wymagałaby stanięcia twarzą w twarz z suwerenem i odpowiedzenia na pytanie – jak to się stało, nie zrzucania na poprzednie plemię, gdyż jest to zabawa dziedziczona politycznie w sposób systemowy. Wyjście z tego wymagałoby wyjścia z siebie i prawdopodobnie pójścia do domu, czyli poddania całego systemu. Ba, podjęcia trudnych decyzji, nie bardzo popularnych wobec rozhulanego roszczeniowo narodu, w końcu wymagałoby to zejścia do taniego, acz silnego państwa minimum czyli umniejszenia polityczno-administracyjnych włości, a tu nikt z upojonych władzą nie ma ochoty na taką abstynencję. Też więc zaciąga się i tu na długo.
Kompetencje przechwycone
Zobaczmy teraz gdzie państwo wlazło i gdzie zakaża tkankę społecznej organizacji swoją dysfunkcjonalnością, czyli gdzie ekspanduje, choć wcale nie musi.

Zacznijmy od systemu ochrony zdrowia. Rozległość dysfunkcji pokazał kowid i naiwny, kto myśli, że to się wraz z nim skończyło. Wtedy mieliśmy do czynienia z zapaścią struktury służby zdrowia, ale był to efekt fatalnych decyzji. Kasy nie brakowało (zresztą spłacamy ten iście finansowy „dług zdrowotny” do dziś). Dziś do tej atrofii systemu doszła zapaść finansowa. I znowu – kolejny obszar zmonopolizowało państwo i nie dowozi, ale tu nie ma żartów, bo to już stricte przetrwanie, więc dozwolono na wsparcie z prywatnej służby zdrowia. W związku z tym obywatel jest dwukrotnie opodatkowany w tym obszarze. Co cięższe przypadki prywaciarze podrzucają NFZ-towi, kolejki do lekarza wydłużają się, ale taki to jest efekt – organizacyjny i finansowy – kiedy mamy na utrzymaniu w i tak kulejącym wcześniej systemie… dwa narody. Kiedy można z Kijowa zawsze podjechać do Warszawy, by (bez polskich kolejek) jakoś się podleczyć. Ta zapaść też będzie kontynuowana, gdyż nie widać żadnych politycznych pomysłów z żadnej z politycznych stron.
Edukacja, no tak, teraz to prostsze, bo uśmiechnięta ekipa działa tu dziarsko z powodów politycznych. Tusk wszak na nieszczęście Polski wszystkie miękkie ministerstwa obsadził lewicą (nauka i edukacja). Ta czuje się tu jak ryba w wodzie i dokłada wszelkie projekty mające przeorać formowania się nowego Polaka w Europejczyka. Widać to na kilometr, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o wyraźne obniżenie poziomu kompetencji absolwentów każdego poziomu nauczania. Proste prace, proste kompetencje, biorcze – nie kreatywne, wyzucie z jakichkolwiek identyfikowalnych ram kulturowych, rubtacochcetizm i zamknięcie w klatkach pojęciowych postępu. Zatrważa też zmniejszający się wpływ rodziców na szkołę, choć wystarczy czasem pójść na wywiadówkę, by skonstatować, że i wśród rodziców nie masz nadzieje.
Gospodarka: kiedyś jako liberał gospodarczy wydawało mi się, że najlepsze, co może zrobić w gospodarce państwo, to się od niej odczepić. Te czasy już dawno minęły, gdyż państwa konkurują ze sobą również w sferze gospodarczej i ich ingerowanie w te sferę tworzy (nieuczciwą) konkurencję. Gdy się nie podejmie tej rękawicy można w oparach liberalnych zaklęć obudzić się zwyciężonym przez interwencjonizm konkurentów. To duży biznes – dla nas to sfera wręcz niemożliwa, gdyż do tej pory nie mogliśmy sformułować naszej „gospodarczej racji stanu” określającej gałęzie gospodarki, które będziemy wspierać. Było takich parę, ale te wyregulowała nam tak Unia, że jesteśmy już tylko wspomnieniem dawnych potencjałów. W dziedzinie małej gospodarki, która zatrudnia 4-5 milionów ludzi mamy „przeregulowanie ponad podziałami”, gdy wymieniające się już tylko ekipy polityczne praktycznie wykończyły regulacyjnie i podatkowo mały i średni biznes, traktując go (i ze swego punktu widzenia słusznie) jako bezwolną masę, która podlega magnesowaniu plemiennemu i konformistycznie będzie się bała wybić na własne przedstawicielstwo polityczne. A przecież to na tych coraz mniejszych entuzjastach stoi polski budżet i zatrudnienie. Ciągłość rębania przedsiębiorców w wykonaniu wszystkich ekip wskazuje, że i ten proceder zawłaszczenia obszaru działalności – znowu okupowany i nie dowieziony – będzie kontynuowany.
Kultura. No też teren niesłusznie okupowany. Skoro jest dotowany przez państwo, to podlega ideologicznym idiosynkrazjom rządzących ekip, a więc buja się od Żołnierzy Wyklętych i nowego patriotyzmu do „kultury instalacji” opartej o szokowanie poprzez obrazoburstwo. Mecenat państwowy ma nie tylko rezultaty ideologiczne, ale – jak w przypadku edukacji – efekty cywilizacyjne. Skoro decyduje mecenat państwa, to stoi za nim… urzędnik. I mamy taki trochę urzędniczy kierunek rozwoju kultury. Stąd ciąg do imprez masowych, żeby widz masowy nabrał przekonania, że państwo mu tu za darmo daje może nie sztukę, ale rozrywkę. A to prowadzi do kolejnej patologii – urzędnicy traktują kulturę jako sferę władzy symbolicznej, swojej dominacji nad tłumem, ale i nad twórcą, bo do kogóż pójdą artyści po granty? Tak zinstytucjonalizowana kultura jest łatwa do włączenia w globalne trendy i odejście od spontanicznych przejawów lokalnych w kierunku powtarzalnej papki. Dodajmy do obszaru kultury wtrynianie się państwa do mediów i ich przekazu – tu też mamy szkodliwe wszędobylstwo, od walki o tzw. „media publiczne” do formowania zasad otwartej cenzury pod pozorem walki z samodefiniowaną dezinformacją.
Jesteśmy czy nie ma nas?
Te wszystkie zawłaszczenia, nie wymienione w całości, bo nie ma tu czasu, ani miejsca, są mocno utrwalone: za tym idą całe grupy społeczne dawców i biorców, kiedy rozszalała się redystrybucyjna rola państwa. To już są teraz całe grupy interesów, które bronią status quo, strzegą swoich wpływów. Przykład: takie izby lekarskie, które chodzą na pasku Big Farmy – jak widać po kowidzie, również regulacyjnie – mają budżet ze dwa razy większy niż wszystkie partie polityczne w dotacjach razem wzięte. Króluje więc dalej, ba – rozbudowana po PRL – Polska resortowa, zaprzeczenie państwa, które na pewno nie może dobrze funkcjonować kiedyś staje się tylko obszarem rozdrapywania środków publicznych przez gangsterskie koterie.
Ale nawet ten krótki przegląd pokazuje, że nas jako państwa już nie ma. Ale powie ktoś trzeźwy – co ty tam bredzisz: jeżdżą tramwaje, jest prąd w ścianie, dzieci w przedszkolach, emerytury i pensje – wypłacane. Kręci się. Ale czy istnieje państwo, które nie spełnia swoich podstawowych funkcji, jak tu zdaje się dowiodłem? Atrofia wymienionych funkcji państwa nie jest moim zmyśleniem. Jedziemy na agrafkach, uzależnieni od chybotliwych czasów, na kredyt finansowy i społeczny. A że się trzyma? Ano – jak się ma nie trzymać w narodzie, który wie od wieków jak się urządzić w najciemniejszej d..e. Ale łacno się ten zapas nam skończy, dochodzimy bowiem do rezerw prostych. Czemu tak jest? To dość elementarne.

Problem leży w elitach. Te nie tylko zagnieździły się na pozycjach kompradorskich dostając rentę eksploatacji własnego ludu za pilnowanie również cudzych interesów. Elity trwale (?) zepsuły lud, podsuwając mu fałszywe priorytety, za pomocą turpizmu politycznego odstręczając go od chęci udziału w sprawach publicznych, czopując krążenie elit. Bo żeby podążać wymienionymi, tymi podstawowymi zadaniami państwa, to trzeba być państwowcem, a ilu takich w Polsce widzieliśmy? Funkcjonujący system, nawet gdyby się tacy państwowcy rodzili na kamieniu, i tak nie dopuści do sprawczych funkcji państwowych. U nas na górze – nic o Polsce, wszystko o tym jak się ustawić z koleżkami-sponsorami do publicznego cyca. I ssać, tym szybciej, im szybciej się kręci kadencyjna karuzela.
W tym sensie więc Polski nie ma. Nie ma ciągłości tej niepisanej umowy społecznej, bo w kolonii, jaką jesteśmy, nikt się przecież z nikim nie umawia. Nie musi. Nie musi zwłaszcza od czasu, kiedy autorytarne państwo nie musi się uciekać wobec ludu do przemocy – dziś wystarczy tylko siła duraczenia.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
