7.03. Wojna reaktywna
8 marca, wpis nr 1398
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Vldeoblog

Od dziś będę swoje wpisy w formie audio/video publikował na kanale Do Rzeczy w formacie „Karwelis komentuje”. Videoblogi będą się ukazywały w każdą sobotę o 12.00. W związku z tym przesuwam publikację w formie tekstu na każdą niedzielę na godzinę 12.00. Mam nadzieję, że Państwu się spodoba. Żeby obejrzeć tu mój kolejny videoblog aktualnego tekstu proszę tylko wcisnąć powyższy przycisk „Videoblog”.
Jakoś tak jest w dzisiejszych czasach, że ludzie spodziewają się czegoś, gadają o tym, martwią się, a jak coś takiego przychodzi, to wszyscy latają zdziwieni. I wtedy myślenie o dawno przewidywanym zdarzeniu zaczyna się jak gdyby od początku. Tak jest z tą wojną z Iranem – jakby nas ona zaskoczyła. Mnożą się kosmiczne spekulacje co do jej motywów, przebiegu i przyszłych losów. To na razie wróżenie z fusów podrzucanych narracji. Bo trzeba przyznać co najmniej dwie rzeczy – mamy znowu wojnę na narracje, te – różnią się zasadniczo od faktów, skrywają rzeczywiste motywacje stron, są narzędziem wojny, której pierwszą ofiarą jest zawsze prawda.
Druga rzecz pewna w tej niepewności to są reakcje całego świata: uczestników wojny, sojuszników każdej ze stron, ludu w ogóle i mediów w szczególności. Nawet jeśli wiele z tych reakcji ma charakter manipulacyjny, to są one faktami i warto je przeanalizować w pomieszaniu dynamicznych zdarzeń, bo przynajmniej są one, te reakcje, pewne. Kiedy kamień wojny runął na powierzchnię zdarzeń rozeszły się od niego różne fale. Ich analiza da nam więcej niż obecne zgadywanki – po rozchodzeniu się fal, wlewaniu się na brzegi interesariuszy, ofiar i świadków można wywieść kształt tego kamienia. Obecnie spada on na dno rozstrzygnięć, sytuacja jest dynamiczna, ale kręgi pokazują nam kształt i potencjał tego głazu, co daje nam jakąś szansę na pojęcie do czego dojść może, większe niż z analizy kto do kogo strzelił. Obecny bowiem horyzont zdarzeń mocno wykracza – czasowo i geograficznie – poza konflikt lokalny w ograniczonym czasie. A więc popatrzmy na światową reakcję na wojnę.
Antysemickie dylematy
Zanim jednak zobaczymy jak fala wojenna dobijała na poszczególne brzegi pozwolę sobie na jedną generalną uwagę: mamy do czynienia z pewnym pomieszaniem postaw i wahaniem się w przypadku dotychczasowych prostych narracji. Otóż kwestię stosunku do tej wojny zaburza jedna sprawa: gdyby to USA napadły samotnie na Iran – sprawa by była prosta. Znowu by się mówiło o imperializmie Trumpa, końcu prawa międzynarodowego, Wenezueli do kwadratu. Europejscy włodarze kontynentalnego globalizmu znowu by się z mediami wyżywali na Jankesach, rodziłoby się współczucie do Irańczyków. Ale kłopot w tym, że to wojna wszczęta przez Stany wraz z Izraelem, a ten ma zakodowane w medialnym światowym obrocie specjalne fory. Jak tam mordował cywilnych Palestyńczyków, to jeszcze ktoś tam mógł się krzywić na Zachodzie. Ale teraz, jak walczy ze strasznym atomowym reżymem terrorystów religijnych, to jemu już wolno. W związku z tym udział, a właściwie inspiracja – o czym później – Izraela chroni Stany przed atakami ze strony społeczności świata, jest listkiem figowym i intencji, i samych działań. Powoduje to zachwianie głównie mediów liberalnych, które jak dotąd krytykowały wszystkie poczynania Trumpa w czambuł, tak teraz nie wiedzą jak relacjonować tę wojnę, bo tam siedzi po uszy bezcenny Izrael.

Zacznijmy od samego Izraela. Jego reakcja, nawet militarna, jest objęta szczególną cenzurą ze strony Zachodu. Co do kwestii militarnych, to doszło do cudownego przeskoku, gdyż to Iran jest coraz bardziej przedstawiany jako… agresor, zaś działania USraela (tak nazwiemy tu połączone siły obu sojuszników) jako… działania w ramach samoobrony napadniętego. Zwłaszcza kiedy Iran w swej przemyślnej strategii zaatakował większość krajów regionu. Wychodzi na to, że to on napadł na niewinnych, kiedy zapomina się, że po pierwsze zaatakował głównie zachodnie bazy w krajach regionu, które dokładnym pierścieniem otaczały Iran, po drugie – Iran jest jak Ukraina: jego żywotnym interesem jest maksymalne umiędzynarodowienie tego konfliktu. Nie bawi się więc w jakieś „pomyłki” a la Przewodowo w Polsce, tylko wali z czego ma do sąsiadów. Chce pokazać – co warto zapamiętać wobec polskiej dziecinnej strategii –, że posiadanie na swym terenie baz amerykańskiego wojska wcale nie gwarantuje jego reakcji obronnej, nie gwarantuje nawet bezpieczeństwa. Wychodzi, że nawet przeciwnie, bo amerykańskie bazy zdają się przyciągać rakiety..
Jeśli celem wojny, a tak zadeklarował w swym przemówieniu Trump, jest zmiana reżymu irańskiego na rząd powolny USraelowi poprzez wywołanie w Iranie wojny domowej, to i pomysł był kiepski, i wykonanie – fatalne. Pomysł był kiepski, bo trochę przypominał lotnicze próby rzucenia na kolana Brytyjczyków przez hitlerowców w II wojnie światowej. Tam też w wyniku bombardowań miało dojść do upadku morale, zmiany władzy, otwarcia na inwazję, a skończyło się narodową konsolidacją. Z powietrza trudno zmienić atakowany reżym, o czym wiedziały Stany w czasie wojny w Iraku, ale widać, że teraz jakoś zapomniały. Jak zareagował sam lud irański na takie kalkulacje?
Co na to sam Iran?
W Iranie mamy do czynienia z podzielonym narodem. Jedni są za fundamentalizmem religijnym republiki islamskiej, drudzy za kierunkiem prozachodnim. Ten ostatni trend ujawnił swój wysoce manipulacyjny i zewnątrzsterowny charakter, kiedy w czerwcu zeszłego roku – jeszcze bez tej wojny – tłumy spontanicznie wyszły na ulice, wyraźnie inspirowane przez Mossad, który sam się do tego przyznał. I demonstracje skończyły się dopiero wtedy, kiedy Iran zagroził, że powiesi z 800 osobników najwyraźniej pochodzących z zasobów izraelskich służb. Teraz mamy co innego: podoba mi się porównanie, którego użył jeden z polskich publicystów – to jest tak, jakby 13 grudnia 1981 roku w dniu stanu wojennego Amerykanie zabili bombą w domu generała Jaruzelskiego. Jedni by się cieszyli, drudzy by pomstowali. Ale nawet przeciwnicy Jaruzela mogliby się zastanowić nad suwerennością kraju własnego oraz intencjami zewnętrznego zbawcy od wewnętrznego konfliktu. Jest jednak inaczej.
Pies tam trącał wewnętrzne spory Irańczyków, tu chodzi o to, czy taki atak nie będzie kontrproduktywny do założeń, bo po prostu zintegruje naród, który zostanie postawiony przed wyborem między zgodą na utratę swej podmiotowości a utrzymaniem choćby minimum poczucia własnej wartości. Moim zdaniem w wojnie zawsze dojdzie do jakiejś integracji wokół choćby i najbardziej zbójniczej władzy, czego dowodem może być choćby i Związek Radziecki zaatakowany 22 czerwca 1941 roku, kiedy naród – oczywiście, że poganiany – zdecydował przecież, że są rachunki krzywd, których „obca dłoń nie przekreśli”. I wystarczy tylko, że w pierwszy dzień wojny izraelska bomba spadnie na szkołę dla dziewcząt i zabije ich ponad setkę by oba walczące plemiona irańskie znalazły się w jednym koszyku empatii. To są rzeczy ostateczne, które kasują dotychczasowe konfikty, no, może z wyjątkiem Polski, gdzie zdziczenie obyczajów mogłoby dojść do poziomów, gdzie taka bomba byłaby całkiem akceptowalna dla choćby wzmożonych uśmiechniętych, byleby wybiła setkę pisiorowskich dzieciaków, zanim wyrosłaby z nich obraza dla cywilizowanego świata.

Reakcja Irańczyków, w ten sposób napędzana wstecznie do swych zamiarów przez USrael, prowadzi jednak do ich integracji. Ci wywiesili podobno czerwoną flagę, co oznacza bój do końca i tak się prawdopodobnie skończą rachuby Trumpa na wywołanie wojny domowej, która miałaby zmieść reżym ajatollahów.
Jak się tłumaczy USA?
Co do USA to mamy tu też porządne pomieszanie. Ameryka nie musi reagować na tę wojnę, sama ją bowiem wszczęła, ale warto popatrzeć jak ją opowiada. Na początku Trump się zacukał, bo w jednym i tym samym przemówieniu wojnę inaugurującym powiedział dwie sprzeczne rzeczy: że w czerwcu zeszłego roku swymi śmiałymi atakami rozwalił Irańczykom ich program atomowy, by za chwilę powiedzieć, że w ostatni dzień lutego roku obecnego napadł na Iran, by zapobiec rozwojowi programu atomowego, którego rozwaleniem przed chwilą się chwalił. Potem jako pretekst wszedł wątek ideologiczny praw człowieka, że bombardujemy wraży im reżym, by lud przejął władzę, ale to też jest kiepskie, bo można – również wśród sojuszników USA – znaleźć przypadki przynajmniej takiej samej satrapii, jak choćby w Arabii Saudyjskiej. I jakoś tak USrael bomb tam nie zrzuca. Powody więc wskazywane przez Waszyngton są coraz bardziej dęte, zwłaszcza, że – co już wskazywałem – wektory się odwracają: to Iran powoli staje się agresorem, zaś USrael – samoobronnym odwetowcem.
Tu pora na pewną uwagę. Od początku narracji stron atakujących używa się pojęcia „wojna prewencyjna”. Prawo międzynarodowe nie zna takiego pojęcia, zna natomiast pojęcie „wojny napastniczej”, dobrze opisanej w międzynarodowych konwencjach i obłożonej sankcjami. Skoro – jak usłyszeliśmy – Trump w czerwcu wysadził bombami Irańczykom ich program nuklearny, to przed czym miałaby być ta obecna prewencja? W międzyczasie prowadzono przecież zaawansowane w Genewie i Omanie rokowania nad wyrzeczeniem się przez Iran prac nad programem atomowym, nawet dla formuł cywilnych i energetycznych. Irańczycy godzili się już wręcz na upokarzający poziom ustępstw, dlatego – jak mówią złośliwi – trzeba było szybko wszcząć wojnę „prewencyjną”, bo jakby Irańczycy coś już podpisali, to zniknąłby powód, a właściwie pretekst do ataku.

W Ameryce mamy w reakcjach medialnych na wojnę wspomniane zawahanie. Jakby Trump poszedł na tę wojnę solo, to by go tam w USA dawno zjedli. I tak ma przerąbane, bo poszedł na tę wojnę bez żadnego gadania o zgodzie Kongresu, co mu zostanie – szczególnie w obliczu porażki – wyciągnięte. Ale Trump poszedł na te wojnę pod rękę z Izraelem i tu nie za bardzo można wieszać na tej akcji psy. Właściwie nie wiadomo jak się zachować i ustosunkować: chwalić głupio, ganić – strach. Wyjdzie na to – zobaczycie -, że w odbiorze narracji będzie się konsekwentnie przechodzić na stanowisko, że to właściwie Iran zaatakował, zaś reszta – w tym kraje regionu – bronią się przed najeźdźcą.
Dla Trumpa to sprawa gardłowa. Już obecnie ponad 50 do 70% Amerykanów jest przeciwna tej wojnie i jeszcze jak mu w niej pójdzie nie najlepiej, to w wyborach uzupełniających dostanie jesienią w Stanach bęcki i może być „koniec balu, panno Lalu”. W dodatku jego MAGA pamięta mu dwie rzeczy – jego dojście do władzy z obietnicą zakończenia udziału USA w wojnach bez sensu, czemu Trump przeczy od dnia wejścia po raz drugi na Kapitol i druga sprawa – to coraz mniej podskórne i mniej hamowane przeświadczenie jego elektoratu, że to Stany robią za „sługę Izraela”, który jest od dawna ogonem machającym amerykańskim psem, z tym, że amplituda takiego machania może tego psa roztrzaskać już teraz o ścianę.
Co mówią Izrael i Rosja?
Z kolei dla Izraela to normalka – w narracji zewnętrznej i wewnętrznej już się tak zużyli w tematach wojennych, że teraz się nie starają, bo już bardziej nie mogą. Jest tam co prawda kolejny i chyba setny element liczenia na konsolidację narodu w obliczu wojny, bo dla Netanjahu zbliżają się wybory. A te – bez wojny – mogłyby się ciężko dla niego skończyć. Jedyna różnica jest taka, że sobie Żydzi trochę posiedzą w schronach, w czym są wprawieni, nawet tam sobie podśpiewują, ale jak zejdzie im dłużej, to śpiewy może zostaną zamienione na dyskusje w którym kierunku idzie całe państwo. Może Żydzi się zorientują, że częścią ich narodowej strategii, ale i tragedii własnej i całego regionu jest taktyka ich wodza, by przez wywołanie kolejnej wojny kolejny raz odroczyć swe pójście za kratki?
Rosja zareagowała dość przewidywalnie i sztampowo. Ot, potępiła co trzeba i czeka. Najbardziej dziwią mnie zachodnie, w tym multum polskich, spekulacje co do tego, że wojna Irańska wskazała na słabość przegranej Rosji. Miało tego dowieść to, że Rosja przed wojną wzmocniła ponoć militarnie Iran, co – jak widać po efektach – nie przyniosło żadnego dobrego skutku. Ale, przynajmniej w przypadku Rosji, to kompletne bzdury – myślę bowiem, że Kreml się cieszy z kilku rzeczy. Po pierwsze – wzmacnia się ich pozycja wobec Chin. Te, jeśli stracą w Iranie swego dostawcę ropy, to zwrócą się po nią w większym stopniu do Rosji. Po drugie – ten kryzys zapracuje na zwiększenie cen i dostępności ropy, a z niej Rosja żyje najbardziej, a to osłabi oddziaływanie nałożonych na nią sankcji. Po trzecie – ta wojna odwraca zainteresowanie wojną na Ukrainie, w tym od zaopatrzenia materiałowego. Po czwarte – dało się Rosji nanizać na przyszłość wiele argumentów na poziomie prawa międzynarodowego, a właściwie jego atrofii w wykonaniu Zachodu. Okazuje się bowiem, że w świetle enuncjacji Trumpa to i Putin może sprzedawać swoją aktywność na Ukrainie jako operację specjalną, mającą charakter prewencyjny przed zbliżeniem się NATO do granic Rosji, co niweluje zarzucaną Putinowi wojnę napastniczą. Skoro Trump może, to czemu nie Rosja? To samo z odstrzeliwaniem głów państw – teraz nie dałbym grosza za życie Zełenskiego.
Rosja więc zyskuje na tym. Chiny zaś mniej, bo wzrośnie cena ropy, ich uzależnienie od Rosji, ale Iran to było tylko zaopatrzenie na poziomie 13,5% miksu Chin, który teraz się chwieje. Ale Chiny maja sporą dywersyfikację dostawców ropy. Daje ta wojna pewną wolną rękę Chinom na ich kierunkach geopolitycznych. Takie zaangażowanie się USA w Iranie otwiera całkiem nowe możliwości chińskiej ekspansji, lub choćby tylko blokady Tajwanu. Ameryka jest zaangażowana w Iranie w wojnę na zasoby, których nie będzie mogła użyć ani na Ukrainie, ani na Tajwanie. Ta wojna polega na liczeniu rakiet i przeciwrakiet. A te pierwsze są tańsze od tych drugich i jak Iran zacznie, a zaczął, walić swymi środkami dookoła, to nie starczy na długo zasobów do obrony. Ten argument przywiódł w czerwcu zeszłego roku Izrael po prośbie do USA, by jakoś wyjść z twarzą z rozpętanego przez Tel Aviv konfliktu z Iranem. Teraz, jak się Iran zaprze, to może się stronie prewencyjnej skończyć całe amo. I Ameryce nie starczy na inne kierunki. Co widzą i Rosja, i Chiny.
Narracja bratnia – dylematy
Kraje arabskie to złożona sprawa. Czemu Iran po nich strzela? Ano, jako się rzekło, żeby pokazać im, że trzymanie u siebie amerykańskich baz to raczej kłopot. Chce także wywołać reakcję krajów regionu, w której te miałyby się zwrócić do USA po pomoc, której Ameryka musiałby odmówić. Głównie z powodów braku środków obrony przeciwrakietowej, w większości alokowanej na kierunku obrony Izraela. Atak ma więc na celu osłabienie pozycji USA jako wiarygodnego sojusznika, który nie dość, że swoją obecnością sprowadza kłopoty, to jeszcze nie gwarantuje dowiezienia gwarancji bezpieczeństwa.

W regionie to cwany ruch Iranu, bo jeszcze dochodzi kwestia podziałów wzdłuż szwów religijnych. Wiadomo tu Persowie – tam Arabowie, tu szyici – tam sunnici, ale to jeden islam. A ta cała reszta to raczej niewierni. Mogą się pojawić – i pojawiają się – ruchy solidarystyczne. W dodatku wzbudzają się przyschnięte konflikty – Pakistan wojuje z Afganistanem, zaraz zapłonie cały region i cały misterny i coraz bardziej na kredyt plan amerykańskiego ułożenia kwestii bliskowschodnich, by USA mogła się stamtąd udać do raju splendid isolation – weźmie w łeb. Może to być na korzyść jedynie Izraelowi, który realizuje swoją politykę bezpieczeństwa podpalając cały region arabskiego otoczenia. Arabskie więc kraje regionu mają swoje dylematy, stąd ich reakcja jest nie tak bardzo jednoznaczna, jak by wskazywała logika – wcale nie pomstują na Iran, myślą bardziej jak z tego wyjść w inny sposób niż kosztowna wojna. Takie raje biznesowo-turystyczne jak Dubai, walą się w proch i będą robić wszystko, by konflikt zażegnać. A skoro Iran będzie, jak deklaruje, walczył do końca i może pociągnąć za sobą wszystkich w regionie na dno, to i region będzie zastanawiał nad innymi niż usraleskie scenariuszami, jakimi jest zniszczenie Iranu.
Europa a wojna
Unia Europejska też się szykuje. Tam też obowiązuje ten dylemat, że jednak w czambuł tego Trumpa za wojnę potępiać nie można, bo Izrael, ale te wszystkie E3 i E4 się szykują – z jednej strony się zarzekają na niezaangażowanie, z drugiej – jak Wielka Brytania, ale ta nie w Unii – strzelają do irańskich dronów. Jednak Unia ma jeszcze jeden problem z reakcją. Jest powściągliwa, bo ma u siebie na terenie V kolumnę – miliony islamskich migrantów. Ci tylko czekają na jakieś większe deklaracje poparcia ze strony krajów ich goszczących wobec agresji USraela. Ta sprawa może pogodzić w Europie szyitów z sunnitami w jeden dzień. A więc w Brukseli jedziemy ostrożnie. Na razie, bo już się pojawiają jakieś podżegackie głosy, szczególnie w kontekście „zapominania” o wojnie na Ukrainie.
Unia ma nieciekawą sytuację: jak będzie kłopot z dostawami, co dopiero mówić o cenach, ropy z kierunku Zatoki, to będzie kryzys na Starym Kontynencie. Dywersyfikacja na dostawy ropy (i gazu!) po bojkocie Putina za atak na Ukrainę zredukowała znacznie europejskich miks dostawców. Teraz zostanie już tylko znienawidzona Ameryka, uszczęśliwiona obrotem spraw Norwegia i… Rosja. Moim zdaniem, jak dojdzie do kryzysu, szczególnie na jesień z gazem, to jastrzębie bojkotu Kremla będą się musiały przeprosić z Moskwą i zjeść gazowo-ropną żabę. Może to też być pretekst do użycia przez Niemców, które od dawna marzą o powrocie do rosyjskiego business as usual. Ale Putin ostro przeczołguje brukselczyków, mówi: skoro jeszcze przed ta wojną zadeklarowaliście stopniowe odejście od mojego gazu, to czemu czekać, wstrzymam wam dostawy od zaraz. I Europa znalazłaby się z dnia na dzień w kłopocie. Bez znienawidzonego, a jednak branego gazu od Putina, ale przed ogarnięciem nowych kierunków dostaw, pomniejszonych o gaz choćby z takiego, wciągniętego teraz w konflikt – Kataru.
Ciekawa jest też reakcja samej Ukrainy – ta wiadomo: będzie biła na alarm, żeby Iran jej nie przysłonił. Będzie się dopominała niegasnącej uwagi, choć kłopot nie tylko polega na samej narracji, ale i operacyjnym zaangażowaniu pomocy militarnej Zachodu. Ameryka tu już odjechała na całego, Europa jeszcze nie gotowa (SAFE się przecież musi zdążyć wydać, a do efektów to jeszcze hoho!). Jest więc kiepsko i Zełeński kombinuje jak może, by… połączyć jakoś obie wojny. Ostatnio Ukraina zadeklarowała, że pomoże krajom regionu w obronie przed irańskimi dronami, zna się bowiem na ich zwalczaniu z własnego teatru wojny. Ale w zamian za to zaproponowała (Rosji!), że ta na czas tego „leasingu” zaprzestanie walk na froncie ukraińskim, wszak żołnierze ukraińscy będą wtedy zajęci gdzie indziej. To jakieś kuriozum, na które jakby się zgodził Putin, to by wreszcie dowiódł że jednak jest wariatem.

Ukraina się martwi, bo głowa Trumpa jest teraz gdzie indziej i będzie tam coraz bardziej, ponieważ chyba się jednak z tym Iranem dał podpuścić Netanjahu. Rosja ma tu na Ukrainie wolną rękę dziś bardziej niż kiedykolwiek, a więc może się przydarzyć wiele.
NATO to już chyba końcówka. Co widać jak na patelni. Iran, znowu sprytnie, zaatakował bowiem i Cypr, i Francję i Wielką Brytanię, co dopiero USA, istnieją więc powody na… wdrożenie słynnego artykułu piątego Traktatu Północnoatlantyckiego. A tu nic – ni widu, ni słychu. Jakiś tam Iran przetestował i okazało się, że goście w kieszeniach mają tylko łuski. Jak się popatrzy na mapki zasięgu, to irańskie rakiety dolecą do – niestety naszej – połowy Europy. I jak walą teraz po amerykańskich bazach u siebie w regionie, to czemu nie mieliby walnąć i po natowskich w Europie, wszak np. taka Wielka Brytania aktywnie obecnie uczestniczy w zestrzeliwaniu dronów irańskich, jest więc i NATO w wojnie z Iranem.
Sprawa polska

W końcu wylądowaliśmy w Polsce i jej reakcjach. Tu – przynajmniej do dziś – nie skończyło się to tym, że reakcja na wojnę z Iranem sprowadziła się do wzajemnych zarzutów plemiennych, że jedno się stara bardziej od drugiego. Reakcja rządu Tuska, ustami Sikorskiego i Kamysza, powiela schemat pomieszania – z jednej strony ten straszny Trump i by się walnęło, z drugiej – nietykalny Izrael. Kto ma zadatki sadystyczne to może sobie oglądać jak z tym spektaklem się męczy np. TVN. Pojawiły się też wątki solidaryzmu Polski z krajami regionu, co wskazuje na utrwalenie trendu ustawienia Iranu jako agresora. Tematem zastępczym jest suflowana troska o zatrzaśniętych w regionie Polaków, co stoi w sprzeczności z realiami. Nasi tam nie wysyłali żadnych samolotów po swoich, tłumacząc się, że jest tam strzelanina i się nie lata. Potem zrobiono badania opinii publicznej i wyszło, że to jest jednak źle odbierane i jakoś argumenty na NIE w sprawie lotów zniknęły czarodziejsko. Nieżyczliwi pokazywali tu przykład choćby Czechów, którzy autobusami przewożą swoich do krajów o swobodzie ruchu lotniczego. A więc i tu klapa. Tuski grają tu na raczej przemilczanie swego stanowiska wobec wojny, udając strategiczną postawę niezaangażowania, choć jest to raczej wybieg taktyczny i wzorowany na postawie unijnej. Sikorski w swoim expose sprzed kilku dni nawet nie wspomniał o Iranie i naszej postawie wobec nieuchronnej wojny – teraz udaje, że wszystko miał przemyślane.
Niepokoi, po raz kolejny, prezydent Nawrocki. Z jego pierwszego oświadczenia wynikało, że popiera w całej rozciągłości atak na Iran, choć w polskim prawie pochwała (tu ewidentnej) wojny napastniczej ma swoje sankcje, nawet karne. Dowiedzieliśmy się także od prezydenta, że popieramy w tej wojnie naszych sojuszników, choć jako żywo Izrael, jeden z dwóch napastników, nie jest z nami w żadnych (formalnych i jawnych) sojuszach. Druga wpadka Nawrockiego to już kuriozum. Prezydent nie mógł nie wiedzieć o tragedii w irańskiej szkole, gdzie bomba zamordowała ponad 150 dziewczynek. O czym pisze w tym dniu Nawrocki? O tym, że USA straciły trzech swoich synów na froncie, i że się modlimy i solidaryzujemy. Lepiej – moim zdaniem – w tej sytuacji nie deklarować nic, żadnego poparcia, skoro można tak kończyć.

W oświadczeniach i rządu, i prezydenta jest jeden element wspólny – Ukraina. Atak na Iran tłumaczy się jego zaangażowaniem w militarną pomoc Rosji, co jest kompletnym absurdem, bo to nie ma nic wspólnego ani z powodami tej wojny, ani z motywacjami stron. To ukrainofilstowo jest już w formach obsesyjnych. Świat dzieli się tu na tych co pomagają Rosji (zawsze wrogowie, choć w rosyjskich rakietach latają i francuskie, i niemieckie podzespoły) i ci, co jej nie pomagają (ci są zawsze naszymi przyjaciółmi, w ten sposób naszym sojusznikiem jest choćby Urugwaj, dopóki rzecz jasne nie przyłapie się go na używaniu ruskich nawozów, a takowych używa, z tym, że się – w ramach unijnego Mercosuru – go nie przyłapuje).
Tasują się karty świata
Reakcja świata na tę wojnę mówi więcej o świecie niż o tej wojnie. Kraje się pozycjonują, teraz wokół i tej latarni. Zapowiada się na ostry wiraż i to wielu pojazdów. Możliwe są dodatkowe kolizje, blokowanie całych dróg, w tym witalnych dla całego świata. Dla wielu krajów, w tym USA, losy tej wojny to sprawa krytyczna. Ja tam nie spekuluję o losach tej wojny, gdyż sprawa jest wielowątkowa. Myślę sobie tylko jedno – jak to jest tak, że Trump z jakichś powodów (tym bardziej z możliwego powodu sieci zastawionej przez Izrael za pomocą listy Epsteina) dał się wmanewrować Netanjahu w wojnę, na której sam przerżnie wewnętrznie. A wtedy powróci na pełnej petardzie lewacki globalizm. Tym razem na całym świecie. I okaże się, że chore ambicje narodu wybranego zaciążyły na losach całego globu i nas wszystkich.
Widzimy obecnie tylko powierzchnię zjawisk. Mamy pomieszanie, bo cele tej wojny są albo ukryte, albo nieuświadomione, boje się, że również wśród jej inicjatorów. Jeśli mamy do czynienia z czasami, w których wojny są wszczynane bez wyraźnych powodów i celów, to grozi nam jedno – ciągły konflikt, rosnący i rozprzestrzeniający się. Tak to jest w wojnach, które nie mają wizji zwycięstwa, choćby najbardziej niesprawiedliwego. Wtedy takie wojny nie mają perspektywy celu, którego osiągnięcie prowadziłoby do jakiegokolwiek pokoju. A to oznacza wojnę permanentną, coś blisko idei permanentnej rewolucji Trockiego. Ta Trockiego doprowadziła do zapaści jednego wielkiego kraju z odczynami na całe regiony świata. Wojna permanentna, jaka nam się zapowiada, może prowadzić do resetu całej planety. Obyśmy przeżyli ten eksperyment, choćby tylko po to, by zobaczyć jakie po tym resecie będzie wgrane nowe oprogramowanie świata.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
