15.03. Gumkowanie wzmożeń

0
okład

15 marca, wpis nr 1399

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wideoblog

Jak zwykle większość przegapiła, a warto takich rzeczy pilnować. Chodzi mi o ważne ciągi dalsze wcześniejszych zdarzeń, które kiedyś, w bieżączce, nas mocno poruszały i angażowały, a były tylko odcinkiem dłuższej opowieści, o której śledzeniu końca zapomnieliśmy. W sumie wiedzieliśmy, że będzie ciąg dalszy, jakiś epilog, autobus z napisem „koniec wyścigu”, ale gonitwa czasów doczesnych, popędzanych medialnymi wrzutkami, odciągała naszą uwagę, co dopiero wobec zjawisk, które ze swym zwieńczeniem kazały nam czekać latami. Zapominamy. Żyjemy jak w przeciętym kłębku wełny: splatają się, zaczynają, kończą wątki, żaden nie jest linearny -kłębowisko bez początku i końca.

Pożytki z ciągnięcia tematu

A chodzi mi tu o przypadek pani Izy z Pszczyny, tej iskry z października roku kowidowego, która rozpaliła pandemiczne ulice w protestach błyskawicznych kobiet. Ale zanim przejdziemy do opisu tego fenomenu – jedna ważna uwaga. Ja pracowałem jako wydawca prasowy lat kilkadziesiąt. Miałem tę okazję, że można mi było – zgodnie z kodeksem etyki wydawców – rozmawiać z redaktorami naczelnymi na temat profilu gazety. Wydawca to taki ktoś jak producent filmowy, siedzi w cieniu, ale to on konstruuje całość przedsięwzięcia, łączy przekaz z komercją, dobiera i scenariusz, i reżysera tak, by ludzie kupili bilety, czyli w tym wypadku – gazetę.

Zawsze walczyłem z redaktorami naczelnymi o pociągnięcie tematu. Widziałem bowiem w wielu tekstach pierwsze odcinki ciekawych seriali. Jednak przytłoczeni, a właściwie poganiani przez bieżący wylew zdarzeń, bez ich priorytetyzowania, dziennikarze nie śledzili za często dalszych losów bohaterów, i zdarzeń. A to dawało małym wysiłkiem cierpliwej uważności teksty, które nie tylko badały ciąg zdarzeń w sposób koherentny, ale prowadziły do ogólnych, systemowych więc wniosków. Było to też dobrą przygodą dla odbiorcy, gdyż ten wspólnie z autorem odkrywał prawdę, która ukazywała się bez tez początkowych, za to w kolejnych odsłonach, warstwa po warstwie. Czytelnicy to lubili, dziś jest tu trochę inaczej, dziennikarze – nie bardzo.

I teraz wracamy do sensacji z Pszczyną. Przypomnę o kontekście: mamy czas kowidowy, rządzi PiS, ludzie siedzą po domach, młodzież chodzi po ścianach z nudów, bo szkoły – nagle, jak zamknięte  – okazały się wcale nie miejscem codziennej udręki, ale czymś, za czym się tęskni z powodów rozrywkowo-towarzyskich. Nawet jak się tam katuje kartkówkami. W tych czasach, po ewidentnej inspiracji ze strony PiS Trybunał Konstytucyjny staje przed rozpoznaniem zgłoszonej jeszcze w 2019 roku przez 119 posłów partii Kaczyńskiego poprawki do „aborcyjnego kompromisu”.

Eugenika w służbie lewicy

Chodzi o to, że zgodnie z tego kompromisu ówczesnym brzmieniem dopuszczalna była aborcja z tzw. pobudek eugenicznych. Głównie chodziło o dzieci jeszcze w łonie matki podejrzewane o występowanie zespołu Downa. Samo takie podejrzenie, na podstawie dość często wątpliwych badań, kwalifikowało się do oficjalnej zgody na aborcję. W debacie wskazywano na przykłady aborcjowania całkiem zdrowych dzieci w wyniku nierzadko błędnego badania, pokazywano szczęśliwe dzieciaki z Downem i ich rodziców. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego wykluczyło tę pobudkę do aborcji. Inaczej być nie mogło: trybunał stojący na straży Konstytucji musiał znać art. 38 ustawy zasadniczej, który gwarantuje obywatelowi ochronę życia. Każdego życia, nie tylko tego niepodejrzewanego o chorobę. Z drugiej strony odezwały się środowiska proaborcyjne: „kompromis aborcyjny” to było coś jak „puszka z Pandorą”, której otwarcie wzburzyło do tej pory w miarę spokojne fale morza dylematów skrobalnych.

Pani Iza z Pszczyny miała w ciąży problemy z dzieckiem o nieusuwalnych wadach, powodujących niezdolność do życia i małe szanse na donoszenie płodu. Płód obumarł, zaczęła się sepsa, lekarze przez swoją nieobecność zaniedbali swych obowiązków i brak terminacji ciąży spowodował nieodwracalne zakażenie organizmu matki. Pani Iza zmarła, o czym środowiska proaborcyjne przypomniały sobie dopiero po miesiącu, tak, by dopasować tragedię do tematyki protestów związanych z negowaniem orzeczenia Trybuału. Jeszcze miesiąc wcześniej, kiedy zdarzyła się tragedia było cicho w tej sprawie, dopóki jej nie wyciągnięto ze szpitalnych papierów, bo pasowała jako żywe uzasadnienie morderczych intencji ustawodawców.

Środowiska lewackie nie mogły przepuścić takiej okazji. Wyglądało to na ich zagonienie w kąt, gdyż poprawka szła dalej w swych regulacjach – dysfunkcje płodu, jeśli tylko nie zagrażały życiu matki i dziecka przestały być powodem uzasadniającym legalną aborcję. Ale lewica przeszła tu do kontrofensywy – już nie mówiła o powrocie do dawnych regulacji, tych sprzed wykładni Trybunału, gdy nowela robiła porządek z deklarowaną w Konstytucji ochroną życia poczętego. Lewica ruszyła z postulatami kompletnego poluzowania prawa aborcyjnego – tak to jest z puszkami Pandory: dlatego się ich nie otwiera, bo nie wiadomo co z tego wyskoczy.

Dni zadymne

Postawy środowisk pro-life były godnościowe i spokojne, za to cała akcja przerodziła się po stronie lewackiej w dobrze zaplanowany proces o charakterze manipulacyjno-politycznym. Co do politycznego aspektu sytuację wykorzystano do wszczęcia histerii o mordowaniu kobiet na porodówkach – traumach o noszeniu trupów w łonach, za które został obwiniony Kaczyński i Kościół Polski. Miało to zabrać PiS-owi (i zabrało) sporo punktów w popularce. Ruch prolajfersów miał wyglądać na czarnoseciński, nieczuły na problemy kobiet, które miał traktować jak maszyny do rodzenia. Był to poważny cios w PiS, może oprócz kowidowych szaleństw sanitarystycznych, ale te miały charakter międzynarodowy w percepcji ludu. Miało być wywoływane i zostało wywołane ponadpolityczne poczucie wśród kobiet-sióstr, że są to cechy i cele nasze wspólne, na które zasadzają się konserwatywni politycy, mniejszość w postaci białych szowinistycznych świń. Poczucie większości ludu i słuszności postulatów było powszechne.

Drugim aspektem dni błyskawicznych był ich wyraźnie zaplanowany i koordynowany charakter manipulacyjny. Zagęściły się tłumy na ulicach, wylazły wszystkie już chyba „akcje bezpośrednie” zadymiarzy wszelakiej maści. „Nie wiadomo skąd” pojawił się symbol błyskawicy, do dziś znak-totem, po którym poznają się do tej pory dziewuchy „z tamtych dni”. W większości lewackich politycznych cv do dziś mamy wspominki tamtych lat, motywy na profilach. Całe organizacje marszów, dowcipne wielokroć teksty na transparentach. Pojawił się też wtedy format protestu w postaci tekturki do pizzy, kiedy na kartonach wypisywano swoje hasła. Najzabawniejsze było hasło „Przez protesty jem pizzę tylko dla kartonów”, napisane było na… kartonie od pizzy. W końcu dochodziło do deklaracji wprost, z których można było wyczytać, że: „nic wam do naszego zabijania naszych dzieci”, na plakaciku trzymanym przez… dziecko.

Trzeba też pamiętać, że mieliśmy wtedy do czynienia z czasami kowidowymi i młodzież głównie chciała się… przewietrzyć. Spotkać w większej paczce, pokazać fucka systemowi w szlachetnym w dodatku – podobno – celu. Ale mieliśmy do czynienia z ciekawym fenomenem: rządzący PiS przeganiał pałami każdy najmniejszy protest z powodów sanitarystycznych przepisów. Ale tylko wtedy, jak zbierali się protestujący przeciwko morderczym obostrzeniom. Tych łapano, wywożono, okładano pałami i kolegiami. Ale jak wyszły tłumy pod hasłami wręcz depopulacyjnymi w formach bezpośrednich, to nagle służby i pały nie interweniowały, choć do dziś wiele Julek uważa, że lano tam po głowach jak leci. Był to fenomen ciekawy, gdyż konserwatywny w końcu PiS u władzy tolerował marsze ewidentnie lewackie, zaś zgromadzenia antypandemiczne, w obsadzie głównie konserwatywnej, brutalnie rozpraszał i dyskryminował. Ale taki to ten PiS – ni pies, ni wydra.

Płoną kościoły    

Zadymy uliczne, chodzące falami, głównie po stolicy, miały jeszcze jedną wyjątkową cechę – było to polowanie na bezczeszczenie kościołów. Wiadomo było wszystkim, że ta ustawa to było dzieło katolickich hierarchów, choć z moich z nimi rozmów wynikało, że oni nie bardzo chcieli tej nowelizacji, znając zasadę, że jak się ruszy te puszkę, to denko może walnąć w czoło. Manifestacje poruszały się od kościoła do kościoła jak w slalomie gigancie, ktoś tam miał wcale nie spontaniczną mapę w ręce i nie było to jedna para rąk. Ja sam pamiętam, jak z tiwttera, to było chyba przed Muskiem, czyli portalem X, wyczytałem, że kościół św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży jest w opałach. Podjechałem tam i rzeczywiście – kościół był otoczony praktycznie ze wszystkich stron, pisowska policja udawała, że się nic nie dzieje. Otoczyliśmy świątynię rzadkim kordonem i zaczęły nam nad głowami świstać butelki. Paru harcowników chciało się przedrzeć w celach bezczeszczenia, kilku spray’owców udało się pogonić. Tłum Julek (też fenomen tamtych czasów) poryczał, poprzeklinał i przeniósł się gdzie indziej.

Ale najważniejsza, ważniejsza niż same zadymy była historia Izy z Pszczyny. To była opowieść narracyjna – konieczna do takich awantur. Trzeba wiedzieć, że elektryzując tłumy należy im dać i poddać kwestie proste a jednocześnie – emocjonalne. Nie ma co gadać o nowelizacjach ustawy, trybunałach i politykach. To jakieś mgliste, nikt nie wyjdzie na ulice w sprawach urzędowo-regulacyjnych, czy pozycji w dziennikach ustaw czy czymś takim. Potrzebna jest personifikacja problemu, zwłaszcza w postaci ofiary czegoś, przed czym chcemy zaprotestować. Ma to być naoczny przykład jak to działa w rzeczywistości, a nie jakieś tam teoretyzowanie.

Personifikacja problemu

Tu uwaga! Zdarzenie i obiekt personifikacji nie muszą być do końca prawdziwe, tak jak było z tragedią pani Izy. Ta chciała donosić to dziecko do końca. Wcale nie była ofiarą strasznych regulacji Trybunału Kaczyńskiego. Było wiadomo praktycznie od początku co się tam stało. W Polsce od dawna jest równoległa do oficjalnej prywatna służba zdrowia, która w przypadku położnictwa działa w postaci umówionego lekarza, który „prowadzi” ciążę, umawia się też położną na całą akcję. Problem w tym, że takie ustawki personel szpitalny traktuje jako wyłączność danego lekarza i się nie wtrynia, w obawie o posądzenie o wyciąganie umówionego klienta konkurencji. I tak się stało w Pszczynie. Po prostu prowadzący olali sprawę, obecny personel opóźniał się z interwencją, bo czekali na zakontraktowanego lekarza i zdarzyła się tragedia.

Powtarzam – praktycznie wszyscy o tym mówili od razu, ale to już było po herbacie dla wzmożonych błyskawic. Dostały one suflowane uzasadnienie swego protestu, zaś ten, kto kontestowałby jego przyczyny faktami był jak obrazoburca plujący na dogmat podstawionej cierpiętniczki. A więc mordy w kubeł i na ulice.                   

Ostatnio sąd potwierdził fakt, że to nie Kaczor, nie Kościół, ale zawinili lekarze, którzy mieli i prawo, i obowiązek interweniować, a zaniedbali i zdarzyła się tragedia. Ale jakoś tak cicho z tym. Jak to – marsze milionów w sprawie, sprawa się wyjaśniła i każdy udaje, że się nic nie stało? Dlaczego tak się dzieje? Ano, jako się już rzekło – emocje społeczne, szczególnie te sztucznie wywoływane nie muszą mieć nic wspólnego z prawdą. Media się przecież nie przyznają do tego, że grzały fałszywy temat. Zaś sam odbiorca nie bardzo chce się przyznać (przed samym sobą w dodatku!) do tego, że się dał wtedy zmanipulować. Coś jak z czasami kowidowymi – wypieramy te czasy w postaci zapominania, nie własnych postaw, tylko tego, że się to w ogóle wydarzyło. Próżno więc szukać kajających się sióstr, Julek, co to tak walczyły, co dopiero znaleźć walącą się w pierś dziewczynę, która poszła w te marsze z naiwności wspólnej sprawy. W ten sposób ciągi dalsze takich historii nie doczekują swoich zwycięstw opartych na weryfikacji faktami. Te, jak na początku, były nieważne, tak teraz – są kłopotliwe.

Odgrzewane kotlety manipulacji

Joanna z Łodzi – performerka aborcyjna, to w obronie jej praw do terminacji ciąży miał się odbyć marsz miliona serc

I nie myślcie, że to nie są kotlety do odgrzania, o nie. Mamy wiosnę przed wyborami 2023 roku, jakoś tak to się zawsze zbiega z gorączką przedwyborczą i odpala się aferę z panią Joanną z Łodzi. Miała ona być ofiarą zesłania na nią policji z powodów takich to o to, że reżym Kaczyńskiego miał podejrzewać ją o chęć samoaborcji za pomocą piguły wczesnoporonnej. W rzeczywistości wszystko się odbyło by the book, czyli zgodnie z procedurami. Gościówa sama zadzwoniła do lekarki, ta uznała, że gada z samobójczynią, wysłano więc policję, co jest normalną procedurą przy targnięciach się. Ale była to sytuacja, moi mili, przedwyborcza i znowu uruchomiła się maszynka podgrzewająca, by politycznie zdyskontować plotkę, że Kaczyński ma swoich ludzi nawet w dyspozytorniach pogotowia, którzy zsyłają do domu policję antyaborcyjną. Należy przypomnieć, że w ramach odgrzewania tego kotleta z pandemii i tematu aborcyjnego ładniutko różnicującego przedwyborczy elektorat, to w obronie tej paniusi miał się odbyć wielotysięczny marsz. Ktoś jednak się spodział, że bohaterka jest jednak źle dobrana, niesterowna, bo – w przeciwieństwie do śp. pani Izy – żyje i gada kompletne bzdury, tak kompletne, że nawet kompromitujące dla aborcjonistów, a ci już nagadali wszystko. Marsz cudownie przeistoczył się w marsz uśmiechniętych milionów serc, zmieniły się hasła, uznano bowiem, że już tłum jest tak napalony na PiS, że nie trzeba mu podsuwać tematu i bohaterów – wszystko już jest wzmożone odpowiednio czystą polityką.

Dzisiejszą ilustracją tego tricku jest kwestia słynnego programu SAFE. Nie dawało się uzyskać dużego wzmożenia w temacie jakichś pożyczek, oprocentowania w walucie obcej, parytetów produkcji własnej czy warunkowości. To w ogóle nie jest sexy. Ale jak się pokaże dyrektora Huty Stalowa Wola, to już mamy wszystko ustawione. Jest człowiek, jest krzywda i szaleństwo politycznych onuc, co to nie chcą dać roboty zdychającej (tak?) fabryce. Bez tego były do tej pory same teoretyczne gadki o przewagach i niechęci do skorzystania z okazji. Teraz – po zbiorowej personifikacji problemu – cała opowieść się domyka, jest ofiara i zrozumiały morał.

Co się stało naprawdę 

I tak – sprawa pani Izy znalazła swój oczywisty koniec, jednak należy przypomnieć, że w czasach protestu zbijano ten argument powodami niedowodliwymi. Lekarze mieli bowiem nie podjąć interwencji z powodu „efektu mrożącego”. Po prostu medycy mają się generalnie wzdragać przed interwencjami i zmuszają ciężarne do naturalnych porodów i poronień, obawiając się, że zza szafy sali operacyjnej wyskoczy trójca Kaczor-biskup-prokurator i wsadzą wszystkich do ciupy, łącznie z instrumentariuszką. Wydawać się mogło, że taki argument z czapy już jest mocno zużyty w swojej nieweryfikowalności. Ale nie – rzecznik rządu, pan Szłapka, zapytany zaraz po wyroku, czy te wszystkie akcje miały sens, skoro fakty okrutnie zweryfikował wyrokiem sąd – rzecznik z miejsca zagadał, że fakty faktami, ale „wszyscy wiemy” (ostateczny argument słuszności) jakie to były czasy, dusznej atmosfery i lekarze się bali i siedzą teraz (chyba) za biezdurno.

Jakie wnioski płyną z tej nauki? Ano kilka – po pierwsze, że trzeba uważać na swoje reakcje, zwłaszcza stadne, coraz mniej bowiem mamy spontanicznych tłumów. Po drugie: trzeba się starać weryfikować fakty, choćby – a właściwie zwłaszcza – kiedy te stają w sprzeczności z naszą uładzoną, a najczęściej medialnie wdrukowaną, prawdą. Nie należy się uchylać przed konfliktem poznawczym, tylko brać go za rogi: jedynie bowiem prawda może nam dać komfort integralności naszych poglądów z rzeczywistością. Po trzecie – śledźmy dalszy ciąg naszych fascynacji. Sami, skoro nie robią tego za nas dziennikarze, tfu – mediaworkerzy.

No i wniosek chyba najważniejszy: uważajmy z otwieraniem puszek Pandory. Prolajferzy zrobili to z pobudek szczytnych, acz naiwnych. Okazało się, że naruszenie „starego” kompromisu aborcyjnego doprowadziło nas na krawędź proaborcyjnej pragmatyki. Wtedy cieszono się, że przeżyją downowcy, dziś – po otwarciu tej puszki – mamy półprawną sytuację, że wystarczy jedna rozmowa przez telefon z uczynnym psychologiem, o tym iż brzemienna ma jakieś wewnętrzne niepokoje, wystarczy wystawiona telefonicznie diagnoza, którą się drukuje i idzie do szpitala, by legalnie uśmiercić najzdrowsze nawet dziecko. Takie to mamy korzyści grzebania w kompromisach. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

     

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *