21.02. Napieprzamy w pierwsze damy
21 lutego, wpis nr 1396
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Nie bardzo rozumiem tego pędu. Chodzi mi o ostatni wywiad żony pana prezydenta Nawrockiego. Po co były te zabiegi, ten cały wywiad ? Po co było się w ogóle umawiać na wywiad ze stacją jawnie wrogą wszystkim mieszkańcom dużego pałacu? Tam siedzi cały czas, bez względu na to czy urzęduje Duda czy Nawrocki chyba wciąż ten sam PR-owiec, który jeżeli ma dobre chęci, to chyba lepiej, by zmienił zawód.
A la Duda
To przypomina Dudę, ale męża. Ten – jak ostatnio się wydało – niektóre ustawy puszczał, bo już „za dużo tego blokowania było”, jakby prezydent miał jakiś limit wetowania głupot. Chodziło jednak – Dudzie – o przypodobanie się michnikowskim salonom. To znany kompleks „byłych”, tych co to ich wichry historii zawiały z przedpokojów salonu elit III RP w kierunkach nieprawomyślnych, a przede wszystkim obciachowych. Jest taki sznyt, że jednak – mimo wielkiej wrogości – oczy patrzą w tamtą stronę, czy się tam, broń Boże, człowiek dla salonu, co go stworzył (ale czy uformował?) jakoś nie wygłupił. I wysyła się tam takie sygnaliki.
Co ciekawe u Dudy temu zjawisku kompletnie nie wtórowała małżonka prezydenta. Ta się nie dała namówić na twarzowanie w mediach, choć te niemiłosiernie – w końcu to 10 lat panowania – ją ku temu prowokowały. A pułapki w przypadku jej wejścia w obieg medialny były już zawczasu rozstawione. Wymyślano jej od milczącej Pierwszej Damy, że się nie angażuje, nie wspiera czy to piorunowych dziewuch, czy nie podejmuje kolejnych wątków podrzucanych przez mainstream. Prowokowali, prowokowali i trzeba przyznać, że pani Agata dzielnie to wszystko wytrzymała. Robiła swoje – gdzieś tam jeździła, coś otwierała, ale bez rozgłosu i media po waleniu w mur jej asertywności dały sobie spokój.

Zaczęło się – jak w każdym przypadku nieprawomyślnych żon nieprawomyślnych prezydentów – od ataków na kreacje żon. Dudowa ubierała się bardzo dobrze, choć dla salonu to nie miało znaczenia. Ale wystarczyło tylko zestawić jej ubrania z ubiorem tych znawczyń mody, które ją krytykowały, by zarzuty uległy samodemaskacji. W ogóle to rola Pierwszej Damy jest ustrojowo nie ustalona, zwyczajowo zaś zależy od tego jakiego prezydenta jest się żoną. Komorowska była delikatnie mówiąc niewyjściowa, ale salon cmokał i klaskał, choć jej kreacje nie były nie tylko oceniane, ale i pokazywane.
Dudowa dobrze na tym wyszła, choć jej mąż – jako się rzekło – miał zachcianki przypodobania się salonowi, na czym wychodził zawsze źle. To są jednak jakieś mrzonki – salon nie wybacza. Wybaczy jak mu Michnik karze, a to jest rzadkość, do której wrócimy. Myślenie więc o jakichś gestach w tamtą stronę, a już sny o odwzajemnieniu hołdów to już kompletna naiwność. Taki był Duda, ale nie Dudowa. I kto na tym lepiej wyszedł? Pani Agata odrobiła dziesięcioletnie lekcje i poszła w prywatność, zaś jej mąż, grający „na parę i na żagiel” podpadł obu środowiskom, do których się łasił i wylądował, oby tylko, w zapomnieniu.
Gra w salonowca
Ale wróćmy do salonu. Czemóż to on nie wybacza? Jako się rzekło czasami wybacza, ale czemu to rzadkość jest? Salon jest przede wszystkim dowodzony przez swoich demiurgów. Widziano już wiele meteorów, co to pięknie pruły po nieboskłonie salonu i nagle ktoś gasił je jak świecę. W salonie, na powierzchni musi być ruch by emulować życie, po to by ukryć starą prawdę, że salonu rdzeń pływa od dawna w formalinie. Salon kooptuje, nie można bez jego przepustki zdobyć go, bez jego woli wedrzeć się do niego. Musi być akceptacja. Służy ona utrzymaniu równowagi w środowisku.
Salon mamy dość niezwykły. Jego głównym wyznacznikiem jest generowanie prestiżu na kilku piętrach. Niektórzy czekają w przedpokojach, inni brylują na środku, wprowadzają swoich (najczęściej rodziny), inni, zapraszają, akceptują, wreszcie – wzywają medialną ochronę, by wyprowadzić jakiegoś nieszczęśnika, czy – najważniejsi – ci co gaszą światło i ogłaszają, że „koniec balu, panno Lalu”.
Kiedy salon wybacza? Nigdy do końca. Błędy salonowi obrzydłe będą zawsze pamiętane i w razie W – wyciągnięte. Można być winnym wobec salonu, ale i być przez niego akceptowanym. Tyle, że taki delikwent wie, że jest to akceptacja taktycznie uwarunkowana. Trzeba się więc starać nad wyraz. Dlatego – medialnie – brylują w imieniu salonu dopuszczeni do niego grzesznicy. Dobrym przykładem są to Giertych czy Sikorski – obaj przyszli z piekła: jednej z czarnosecińskiej Ligi Polskich Rodzin, drugi ze znienawidzonego PiS-u. Mają więc w genach grzech pierworodny apostołów prawicy. Muszą więc przerastać wszystkich, w tym salon, w ściganiu byłych przyjaciół. Mają też ten walor (ale tylko taktyczny), że są „stamtąd” i wiedzą co tam się mówi przy ognisku, jak nikt nie patrzy. Są więc dopuszczani do salonu, ale muszą się starać ciągle i nad wyraz, wciąż nie będąc pewnymi czy ktoś im nie wyciągnie grzechu głównego. Salon więc wybacza tylko taktycznie.
Ewolucja salonu
W swojej książce o elitach wskazałem, że kwestia prestiżu w elitach została rozdzielona praktycznie przy Okrągłym Stole, kiedy z trzech przejawów elitarności (pieniądza, władzy i prestiżu) postkomuniści podzielili się tak, że sami wzięli kasę, zostawili przy sobie sprawstwo władzy, zaś administrowanie, czyli publiczną odpowiedzialność przekazali solidaruchom, dając im 100% elitarności prestiżu. „Nasi” rzucili się na to jak mysz na słoninkę. Naiwniacy dostali zadanie sprzątania po komunie, misję godną czyszczenia stajni Augiasza, za którą to wkrótce Solidarność oddała władzę komunistom, bo swoim prestiżem kredytowała bankructwo autentyczności transformacji. Najgorzej, że w tym procesie głównie zużył się etos Solidarności, skoro lud zobaczył jak sobie poczynają z Najjaśniejszą ponoć jej najlepsi przedstawiciele. Prawdziwe elity pieniądza i władzy pozostały więc dla ludu nieznane i niewidoczne, na front wypchnięto więc twarzujących temu wszystkiemu solidaruchów, czyli salon, mniemaną elitę prestiżu.

Grupa ta podlegała pewnej mutacji. Dalej są tam „ludzie kultury”, poprawnościowa profesura, rotacje muzyczno-filmowe (ale to są płotki), jest tam pozorny ruch na powierzchni zjawisk. Ale główna ewolucja polegała na przyspieszającym spsieniu elit. W latach dziewięćdziesiątych jednak nikt tam nie klął, nie gloryfikował menelstwa, nie wyklinał instytucji państwowych z powodu ich wadliwego (ich zdaniem) personalnego obsadzenia z woli wyborców. Dziś już uchodzi tam wszystko – a jeśli elity, nawet te, które się zostały ulokowane na szczytach na medialnych bagnetach, ulegają spsieniu to „ryba psuje się od góry”, jak genialnie się pomylił, choć prawdę powiedział, jeden z jej pretendentów. Przykład idzie w dół, lud, który miałby się sublimować patrząc w górę na elity, z miłym zaskoczeniem widzi tożsamość języka, pojęć jak cepy i coraz niższych wzorców kulturowo-osobowych. Elity więc dziczeją. A skoro innych nie ma – czemu się dziwić, że idziemy w kulturową jaskiniowość jako naród?
Czemu zaraz prezydentowa?
Czemu więc zasadzono się na żonę Nawrockiego? To dość elementarne i pora by Pałac to pojął. Inaczej być nie mogło – tam nie ma taryfy ulgowej. Nawet gdy się uśmiechają, nawet gdy wysyłają miłą mediaworkerkę na ciepły wywiadzik pt. „my kobiety”, to z tyłu zawsze mają w rękach nóż. Zawsze, zapamiętajcie tam sobie na Krakowskim Przedmieściu. Ten co mówi, że jest inaczej jest albo niebezpiecznym naiwniakiem, albo prowokatorem. Wystarczy popatrzeć na losy Dudów jak się wychodzi na grze z tą ekipą.
Nawrocki i tak został od razu ustawiony na linii konfrontacyjnej. Pisałem już o tym, że przy POPiS-ie chłopaki inaczej nie mogą. Na przykład cały ten SAFE jest po to by zbudować wielką bułę narracji, że Nawrocki to ruski człowiek, skoro nie chce się zbroić, ba – nawet jest lobbystą pominiętych przez SAFE firm amerykańskich czy koreańskich. Ma to przylgnąć do niego na zawsze, być podbudową do kampanii w 2027 roku, że PiS-owski prezydent jest ruską onucą. Już widzę, że kropla drąży pałacową skałę, bo kancelaria Nawrockiego przygotowuje do tej ustawy jakieś poprawki. Jakie poprawki? Całość trzeba odrzucić. Możemy pożyczyć sami za mniej, mając jednocześnie pełną swobodę wydatkowania tych środków, nie zaś iść w niewolę warunkowości za kredyt na nasze wnuki. Niemcy nie uczestniczą w SAFE i jakoś tam im nikt w Bundestagu łbów nie urywa, zaś polski ambasador nie siedzi na widowni tam w Berlinie, by dopilnować głosowania niemieckich deputowanych. Ale już widać dudizm – jest presja więc gramy elastycznie. Czyli na parę i na żagiel.
Nawrocki ma już przerąbane i – na szczęście – widzi, że nie ma co się cackać z pulardą. Nie ma co zabiegać o łaskawość salonu. Ale odsłonił tyły – w sondażach mu rośnie, ale salon zobaczył, że żona ma dobre notowania, a tak być nie może. Zaczęło się – przypomnę – od ataku na małoletnią córkę, że jest walnięta, bo się wygłupiała na wieczorze wyborczym. Ale – jeszcze – wyszło na to, że troszkę przesadzono i atak na dziecko to wciąż jeszcze (do kiedy?) za dużo. Ale pani Nawrocka jeszcze nam została. Zaczęło się od ataku na kreacje, ale to nie odnosiło większych skutków. Zarzuty były dymane, modowe kwestie nie mają większego przełożenia na politykę – nienawidzący Nawrockich i tak nie potrzebują argumentów, zwolennicy zaakceptowaliby i worki pokutne, wahający się zaś mają tu rozstrzelone gusta. Facetów to w ogóle nie obchodzi. A więc moda nie. Trzeba było coś na poważnie.

I odpalono wywiad. Powtarzam – intencje TVN-u są i były oczywiste i wrogie. Nie wiem jakie miałyby być cele Pałacu, który to wszystko zaakceptował, boję się, że zaaranżował. Tu sprawa jest bardzo prosta – moim zdaniem nie powinno było do takiego wywiadu w ogóle dojść. Jak ktoś nie wie dlaczego, to niech sobie obejrzy kuchnię wywiadu z panią Komorowską. Oficjalna wersja – pełny Wersal, za kulisami – pełna kontrola pytań i przekazu, łącznie z cenzurą czy to może pójść czy nie. Z prezydentową Nawrocką – na odwrót. Gros przekazu jest zza kulis, jak się pani Nawrocka daje zacukać na pytaniach, na które w obecnych czasach nie ma dobrych odpowiedzi. Pytanie o aborcje, in vitro i takie tam, to są dyżurne „ilorazy” – od razu dzielą Polaków. I jak prezydentowa miała może i nawet lepsze notowania niż mąż, to po tym wywiadzie ta popularka ostro jej spadnie. I to miał być cel tego wywiadu, przecież ludzie – nie po to by jej popularność wzrosła! To nie są cele TVN, telewizji transmitującej przekaz salonu do uśmiechniętych dołów aspirujących. Na Boga!
Partytura
Przygotowanie akcji widać po jej rozpisaniu. Najpierw podprowadzanie, czy to modowe, czy to, że prezydentowa a to wyszywa z kołami gospodyń wiejskich, a to się głupio uśmiecha – to była uwertura do koncertu właściwego. Potem mamy allegro, czyli wywiad właściwy jako podstawę do kontynuowania wątków w dalszych częściach i okolicznościach. Ważna jest wariacja właśnie zakulisowa – te poboczności, minki, zastanawianie się prezydentowej nad odpowiedzią. Teraz pora na grande finale, czyli zgiełk. Jedne wątki dalej kontynuuje orkiestra, inne poszły w twitterowo-fejsbukowy lud i tam już Wersalu nie ma. Najciekawszy jest wątek feministyczny, w którym usłużne mediakoleżanki widzą w Nawrockiej ofiarę ustawkowej przemocowości męża, że Nawrocka wysyła niewerbalne znaki ofiary i żeby tylko mrugnęła dwa razy jeśli mąż ją leje. Taki to jest bilans – ale jeszcze rozwojowy, zobaczycie – tego „wzmacniania” wizerunku Pierwszej Damy.

Najgorsze są niepożądane rady, ale dajcie wy tam sobie w Pałacu spokój. Tej rzeki hejtu nie odwrócicie. Takie mrzonki zakładają po tamtej stronie choć cień nadziei na obiektywną ocenę, ba – niechby nawet potencjalną możliwość zmiany zdania, nawet ciekawość jak jest naprawdę. Nie bądźcie naiwni – to jest kochani walka na śmierci życie. A że się do wyroku wysyła miłą panią z kamerką to już tylko kwestia taktyki i liczenia na naiwność gospodarzy.
Zawód społeczny jako cel III RP
Teraz mamy podłamaną prezydentową, nieciekawe pewnie rozmowy małżonków za zamkniętymi drzwiami Pałacu, zamieszanie w szeregach, trochę klikbajtów na lepsze okazje i kolejny zawód wygenerowany przez mainstream. A oni to potrafią robić – to nie frontalny atak, nie. Na początku umiejętnie podsyca się nadzieje, aż do momentu, gdy się te napompowany balon samemu przekłuje. Tylko wtedy efekt zawodu – podstawowy cel takich zabaw – jest większy. Balon nie nadmuchany może sobie leżeć niezauważony i jakiż to jest efekt z jego zdetonowania. Co innego nadmuchany – wywindujemy go dętym powietrzem do góry, pokarzemy, powiększymy nadziejami ludu, że może wreszcie coś nowego i wtedy – bum!. Ma być ogólny zawód – żadnych nowych twarzy, nadziei, tylko stare truchła elit sprawdzonych. Tylko im można zawierzyć. Cała III RP to maszynka do produkcji tak zawodzonych nadziei, i już nie tylko prestiżu, ale i politycznych potencjałów. Te wzbudza się co kampanię ułudą „trzecich dróg”, tylko po to by lud zobaczył, że nie masz nadzieje, że wszelkie nadzieje poza odwiecznym POPiS-em to są mrzonki. III RP oszukuje Polaków, że tak wiele trzeba zmienić, by wszystko zostało po staremu.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
