24.05. POPiS – objawy

0
popis

24 maja, wpis nr 1409

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

„By odkryć, kto tobą rządzi, po prostu sprawdź, kogo nie wolno ci krytykować” miał powiedzieć nie Wolter, ale amerykański neonazista, Kevin Strom. Dzisiaj posłużymy się tym aforyzmem, jako narzędziem do tropienia istnienia i jego przejawów tzw. POPiS-u. Jest to nazwa powszedniejącej koncepcji, że tak naprawdę ta wojna polsko-polska to pic na Grójec jest, fałszywa wojenka dla podkręcenia publiki, żeby myślała, że komuś tam na górze zależy na tyle na losie Polaków, że kłócą się ze sobą na śmierć i życie, jak tu rodakom dogodzić. Mamy coraz częstsze przesłuchy, że ta pozorowana wojna to efekt tylko eskalacji ustaleń okrągłostołowych, gdzie dokonano (z góry) podziału na lewicę i prawicę w sposób koncesjonowany i trwający do dziś w różnych przeobrażeniach. Zwolennicy tej teorii tropią później te objawy „porozumienia ponad wojenkami” czy to pokazując te same postawy walczących plemion, czy – co jest najbardziej symptomatyczne – wspólnych, zgodnych głosowań w Sejmie. Fakt, można dojść tu do pewnych „punktów wspólnych”, ale to dość trudne, bo wspólnie uchwalane ustawy są „na temat” i czasem ciężko wyodrębnić z jej szczegółów wspólnotę rzeczy naprawdę ważnych. My zrobimy inaczej.

Trybalne bańki

Oba plemiona POPiS-u mają swoje trybalne media. Nadają tam swoje porcje narracji, czasami je zmieniają, ale głównie pod kątem lepszego dołożenia przeciwnikowi. Ale żeby zobaczyć szwy skrywanej wspólnoty wystarczy tylko wrócić do aforyzmu naszego antyfaszysty z początku tekstu. Wystarczy tylko zobaczyć krytyki czego oba obozy unikają, by znaleźć wspólne, ważne wartości i strategie. Mamy tu parę ładnych wątków wspólnoty narracji, a zwłaszcza omijania wątków niewygodnych dla obu plemion. Z tego możemy wywieść kształt POPiSu. Czegóż to POPiS nie krytykuje?

Po pierwsze, co jest chyba systemowo najważniejsze – nie krytykuje ustroju III RP. Pojawiają się co prawda od czasu do czasu jakieś inicjatywki w dużym pałacu (Duda, niedawno Nawrocki) dotyczące projektu zmiany konstytucji, ale tu POPiS jest bezwzględny – natychmiast grupowo się obrusza, zaś sam PiS nawet krytykuje „swego” prezydenta i topi takie projekta w głębi zamilczenia. Tak chyba będzie i z inicjatywą Nawrockiego. Dlaczego jest taka zgoda na nieruszanie tego tematu? Ano, oba obozy są beneficjentami wad ustrojowych, a więc trudno się spodziewać, by rozwalali maszynkę, która naprzemiennie daje im władzę. Maszynka ma tylko tę wadę, że raz wyrzuci z siebie jedno plemię jako zdobywające władzę, raz drugie. I tylko tu trzeba się martwić albo postarać. Ale to zero-jedynkowe współzawodnictwo jest sto razy lepsze niż niepewność w innych układach ustrojowych.

Nietykalny ustrój

Co się wspólnego podoba obu plemionom, że nigdy nie krytykują ustroju? No, po pierwsze to, że sam system wyborczy wyznacza ramy nie do przejścia „tym trzecim”, pilnuje się więc duopolu jako osobliwej formy monopolu. Po drugie ustrój daje jednocześnie władzę wszędzie, ale – i tu jest cymes – bez szczególnej odpowiedzialności. Brak odpowiedzialności polega na pomieszaniu ustrojowym systemu prezydenckiego i parlamentarno-gabinetowego, które trzymają się w szachu, kiedy w każdym z pałaców jest przedstawiciel wrogiego obozu, zaś kiedy wszystko jest z jednego plemienia – zanikają wszelkie kontrolne funkcje wynikające z trójpodziału władzy. Warto więc pielęgnować takie cacko i walczyć już tylko o to w którą parę rąk toto wpadnie.

Tyle rys ustrojowy „tematów zabronionych”. Teraz rys charakterologiczny: nie wolno krytykować patrona swojego plemienia. Patrona plemienia przeciwnego krytykować nawet trzeba (szczególnie w przypadku niemieckości Tuska), ale swojego – nie wolno. Taka postawa warunkuje jedno – musi być zewnętrzny patron. Taka się już przyjęła służalcza zasada w III RP, że politycznie nie stać nas na suwerenność wyboru obywateli, zawsze to musi być jakiś projekt eksportowy dla Polaków. Dba o to nie tylko zwyczaj, nie tylko medialna narracja, nie tylko klienckie nastawienie klasy politycznej, ale i sam ustrój. Wspomniana wcześniej degrengolada ustrojowa powoduje, że nie może powstać władcze centrum zarządzające państwem, wszystko jest rozmyte w mętnych kompetencjach, pełno dziur, w które łatwo wejść z nie swoim interesem.

Nie można więc w mediach pisowskich zobaczyć krytyki USA, tak jak trudno znaleźć coś złego na temat Berlina w mediach tuskowych. Te mają ostatnio trochę trudniej, bo tam – szczególnie w sztandarowej stacji TVN – trzeba balansować pomiędzy interesem niemieckim a amerykańskim. Tu PiS ma łatwiej ze swoim bezwarunkowym lizusostwem wobec Waszyngtonu, zaś z drugiej strony nie musi się tak obcydalać z krytyką Berlina, tak jak musi się obcydalac z krytyką USA Platforma. Ale ogólna zasada, tyle, że różnie adresowana, posiadania swego patrona jest obowiązująca, najgorsze, że też coraz bardziej tolerowalna dla publiki. Zawsze musimy mieć umocowanie poza Polską, cóż – zakompleksiona brzydka panna wciąż chce się wydać za kogoś, kogokolwiek.

Jednak Unia

Teraz przejdziemy do tematów zabronionych na poziomie taktycznym. Pierwszy, to – tu niespodzianka – Unia Europejska. Powie ktoś – jak to, przecież Tusk wychwala, zaś Kaczory krytykują w czambuł – gdzie więc tu współpraca? Po pierwsze – zmiana tonu wobec Unii w wykonaniu PiSu to wynalazek taktyczny dopiero czasów niedawnych. Teraz PiS krytykuje Unię, bo mu wyborcy uciekają, wcześniej było z tym tematem całkiem w porządku. I traktaty się podpisywało, zgody na Zielone Łady, kamienie milowe i nikt się nawet w pisowskich – wtedy i rządowych – mediach nie skrzywił. Ale jedno jest przecież wspólne – temat. Sama potrzeba istnienia Unii nie jest przez oba obozy kwestionowana – obozy różnią się tylko narracyjnym stężeniem ochoty do reformowania Unii. A reformować chcą wszyscy – nawet Tuski. To stara bajka o Unii – przy wszystkich ewidentnych zastrzeżeniach zawsze wraca temat – bądźmy w niej, reformujmy. I tak reformujemy i reformujemy, że jest coraz… gorzej. Unia już ostro i ostentacyjnie gra na państwo federalne pod niemieckim przywództwem, zaś nawet ten kierunek chce reformować, nie zmienić, nie wyzerować – PiS.

Temat więc zasadniczy – czy wyjść z Unii i za jaką cenę, nie jest w ogóle podejmowany w obu plemionach, jest raczej używany jako straszak przed oszołomstwem, mamy więc do czynienia z kolejnym porozumieniem ponad popisami. Będziemy reformować, a więc nie mówi się nawet o „przejęciu” Unii w sposób demokratyczny, a co dopiero o wyjściu z niej. Tej dyskusji nie uświadczysz w medialnym duopolu, chyba, że jako pretekst do pokazania skrajności postaw polexitowych, jako pomysłu jakichś politycznych straceńców.

Ukraina

Kolejnym wspólnym tematem chronionym porozumieniem POPiSu jest temat ukraiński. Wszyscy jadą równo – jak o zmarłym: albo dobrze, albo nic. Wobec ukrainosceptyków używa się tu takich samych oskarżeń: putinizm, onucyzm, czołgi ruskie na granicy, walczą tam za nas, a my tu marudzimy. Ochrona tematu ukraińskiego łączy plemiona ale z różnych, jak to się mówi, pozycji. PiS jest za Ukrainą, bo – pomijając jagiellońskie mrzonki – dał Polskę wkręcić Amerykanom w „ich” wojnę. Problem się tylko zrobił wtedy jak Bidena, który znacznie przyczynił się do wybuchu wojny, zastąpił Trump, który się z Putinem zaczął układać. Wtedy pisowcy znaleźli się w wykroku, ale widać, że pomimo ewidentnego dylematu (być za Ukrainą i jednocześnie za proputinowskim Trumpem) wysoko trzymają proukraińską gardę narracji. To też – biedaczkom – odbiera elektorat, ale PiS nie jest mistrzem w narracyjnym wiciu się. Jest jak rycerz zakuty w zbroję swojej narracji, widzi tylko tyle co przez szparkę w hełmie tak ciężkim, że trudno pokręcić głową, by się rozejrzeć.

Takich dylematów nie mają również proukraińscy Tuskowie. Tak jak filoukraińskość PiS-u jest funkcją polityki zabiegania o względy Amerykanów, tak polityka Tuska jest realizacją polityki niemieckiej. Niemcy z prorosyjskości przeorientowali się (i Tusk za nimi) na wroga Putina i nagle najlepszego przyjaciela Ukrainy. Niemcy jak zwykle grają tu na wielu fortepianach, licząc na co najmniej dwa warianty – przyspawanie Ukrainy do Unii, nawet na tymczasowych warunkach, jako kolejnej zdobyczy Berlina w unijnym koszyku i ostateczne wykończenie europejskich małorolnych. Drugi wariant, jako przedłużenie pierwszego – takie osłabienie Rosji za pomocą słowiańskiego mięsa armatniego, że wróci się do interesów z Rosją – a wróci się! – na lepszych warunkach. Lepszych dla Niemiec, gorszych dla Europy. Dochodzi więc w narracjach wymiennych w mediach plemiennych do swoistej licytacji kto zrobił lepiej Kijowi. Dogmat jest jeden – sława Ukrainie! -, co prawda z innych pozycji, głównie wobec plemiennych patronów zewnętrznych, ale wynik jest taki sam, kosztem naszej państwowości i narodu.

Tak w ogóle z tymi tematami zastrzeżonymi do popisowskiej cenzury jest dziwnie. Jak już się jakiś taki temat trafi, to jeśli jest uważnie cenzurowany w jedną stronę, to na tym polu odbywa się jednak plemienna rywalizacja – kto bardziej. Mieliśmy tego przykład w kowidzie – żadne z plemion nie kwestionowało jego istnienia, odbywał się tylko licytacja kto się bardziej stara. Rządził w pandemii PiS i łatwo go było zajść od strony niedbania o lud kowidowy, że się nie stara, że ma krew na rękach. Takie cuda wysadziły choćby Trumpa z Białego Domu, a pod każdą szerokością geograficzną (no, może z wyjątkiem Szwecji, ale ta pękła w szczepieniach) prowadziło do spirali sanitaryzmu. PiS się w Polsce dał na to nabrać, choć nie było na co, bo Tuski w sprawie pandemii kręciły jak kołowrotek. Szczególnie widać to było na przykładzie wyborów prezydenckich, kiedy wirus zabijał przy urnach, zaś zabijać przestał, jak tylko podmieniło się fatalną kandydatkę na bonżura. PiS mógł to olać, ale w zmianach narracji sztywny jest jak kołek i trzyma się tego, co do tej pory nadawał, choćby wyszło, że to bzdury i wypadałoby skręcić.

Izrael

Ale wróćmy do kolejnych tematów zakazanych. Mamy jeszcze co najmniej jeden wspólny – to Izrael. Też albo dobrze, albo w ogóle. Tu też mamy wspólne podejście ale z innych punktów wyjścia. Pomijając filosemityzm przeszywający jako temat całą klasę polityczną ponad podziałami, to drażliwość „w temacie” Izrael ma swoje taktyczne uzasadnienia. Dla PiS-u to wyznacznik linii zgodnej z waszyngtońską, a w Ameryce Żydzi mają się dobrze, albo jako wpływający na rządy, czego dowodzi Bliski Wschód, albo jako co najmniej święte krowy. Temat żydowski, mocno doświadczony w Gazie staje się słabym punktem w narracji PiS-u, który nie dość, że nie unika tu swoich jednoznacznych, acz kompromitujących deklaracji, to jeszcze wypuszcza w trasę takich Jakich, którzy pogrążają się w temacie izraelskim, co dostarcza rzesze, już wtedy byłych, zwolenników do takiego Brauna, który się nie certoli i mówi jak jest.

Tuskowa estyma do tematu żydowskiego, to – oprócz wspomnianego rysu filosemickiego całej politycznej Europy, chyba w ramach ekspiacji za grzechy kolaboracji w II wojnie światowej – też kwestia realizowania strategii niemieckiej. Niemcy w roku 2000, ustami swego kanclerza Shroedera, zadeklarowały koniec swego okresu pokuty wobec Izraela (ale wobec Polski takiej pokuty nawet nie rozpoczęli). Polityka relatywizacji wstydu za niemiecki holokaust Żydów jest jednak wciąż kontynuowana. Ale do tego trzeba znaleźć „winnego zastępczego” i znalazł się taki – Polak. Tak hodowani Niemcy już uważają, że nie tylko naziści objawili się w niewinnych Niemczech z kosmosu, ale że głównymi nosicielami wojowniczego faszyzmu byli Polacy. Nie Niemcy. A więc Tuski nie mają wyjścia – uprawiają politykę wstydu za niemieckie winy, i wychodzi, że nie tylko dzisiejszy Izrael jest wtedy niewinny jak łątka, to jeszcze wszystkiemu winniśmy my, a więc na temat wyczynów w Gazie – ani słówka.

Jednak klientelizm

Przeszliśmy więc po szwach łączących oba plemiona, które zamulają swoją wspólnotę interesów pozorami wojny na śmierć i życie. Wyszło, że jest tego sporo, ale z pewną osobliwością – choć tematy są wspólne, to realizowane z rozbieżnych, czasem sprzecznych pobudek. Najgorsze, że każda z tych pobudek to nie pomysły na politykę jednego z plemion, ale realizacja emanacji interesów zewnętrznych. Łączy ich wszystkich tak naprawdę klientelizm, poczucie, że my tu, Polacy, sami się urządzić nie potrafimy, musimy więc sobie znaleźć pana, a właściwie nie sobie, tylko, kolonizowanemu ludowi, którego my – światła elita – będziemy pilnować dla naszego patrona. Cała klasa polityczna staje się wtedy kompradorska, to znaczy staje się tylko namiestnikiem kolonizatorów do zarządzania kolonią, z pewną szansą na marżę za te usługi. I to w sumie wychodzi z całego tego POPiS-u – pogarda wobec tych, o których głosy zabiega się. Ale tylko raz na cztery lata, po akcie „święta demokracji” mogą oni bowiem wszystkim swoim wybrańcom skoczyć tam „gdzie pana majstra mogą w dupę pocałować”.                           

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *