7.06. Artyści, czyli etos szczuty

0
artyści

7 czerwca, wpis nr 1411

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Z wrzutkami to jest tak, że czasem same się robią. Przychodzą z zewnątrz i są przechwytywane przez któreś z plemiennych mediów. Rzadko przez oba media, bo tu kwestie najczęściej rozchodzą się uzupełniająco – jedno plemię grzeje to, co drugie przemilcza. Teraz zawładnął nami temat ukraiński i zauważcie, że w ciekawym układzie. TVN-owcy chcą przemilczeć i przełożyć temat na zgraną nutę ataku na prezydenta Nawrockiego, że zabiera Zełenskiemu order Orła Białego. Zresztą z tym Orderem to zadyma jakaś – jak się patrzy na to kto go dostał, to aż ręka świerzbi: jeśli poszedł do wewnętrznych uhonorowanych, to wedle szybko dezaktualizującej się bieżącej polityki, a już dawanie go zagranicznym głowom państw to czyste ryzyko, gdyż – co niełatwo zrozumieć Polakom – obce głowy państw mają własną agendę racji stanu, czasami – jak widać po Zełenskim – jawnie sprzeczną z naszą. Najwyższe odznaczenie Polski jest już tak zdeprecjonowane, że ja bym przestał je dawać komukolwiek, bo z tego same kłopoty są. Jak widać. Jak ktoś tego nie rozumie, to niech się Andrzeja Dudy spyta.

Kłopot z tematem ukraińskim mają i media pisowskie – te muszą, jak Czarnek na wiecach, właśnie zjadać własny język. Obserwowanie tych mąk to zadanie dla sadystów – tak się tam męczą. Nie wiem dlaczego, ale by wywinąć się z tych dylematów media pisowskie obwiniają o wszystko Putina, jakby to on fatalnie nazwał imieniem bohaterów UPA swoje jednostki. Deal Europy nawróconej z Putinem zbliża się wielkimi krokami i znowu mamy być ostatni, którzy zrozumieją mądrość etapu. I taki Trump będzie musiał wytłumaczyć to wszystko Nawrockiemu, inaczej będzie musiał załatwiać sam sprawy polskie z Kremlem, a takie poboczności go wyraźnie nudzą. Ale wróćmy do wrzutek intencjonalnych, lokalnych, bo te pokazują intencje władz.

Musi być z Polską i Tuskiem słabo skoro przykrywki medialne mnożą się jak pomysły w głowie Wałęsy. Jest tego coraz więcej, są coraz bardziej kuriozalne i takoż nadymane do narracyjnie monstrualnych rozmiarów. Naród jest coraz bardziej wzmożony, ale jednocześnie dekoncentrowany i paradoksalnie coraz łatwiej odwrócić jego uwagę od zapaści finansów, zadłużania kraju, drożyzny, upadku służby zdrowia i zagrożenia wojennego moderowanego naprzemiennie tromtadractwem i trwogą. Ostatnio właśnie takie cudo nam zgotował Tusk. Jest to ciekawa wrzutka, głównie dlatego, że wprowadza inny niż popisowski podział plemienny. Chodzi o awanturę ze składkami zusowskimi dla artystów.

Nowy typ wrzutki

Dotychczas każda wrzutka była prosta – dzieliła, a właściwie pogłębiała podział, Polaków. Od razu było wiadomo gdzie jest w takim medialnym zdarzeniu światła Polska uśmiechnięta, gdzie zaś pisowski ciemnogród. Z boku miał stać rzednący tłumek niezdecydowanych co wybrać i rosnący tych, którzy nie chcą wybierać między dżumą i cholerą. Dla podkręcenia procesu czasami wyciągało się jakiegoś Brauna, ale nie za często – nie można przecież pokazywać ludowi, że są jacyś „bardziej” niż Kaczyński. Seanse nienawiści muszą mieć stały obiekt. Teraz z tymi artystami mamy inaczej – poszło trochę tak w poprzek, ale sprawa się odgina na stare tory. Bo co prawda mamy podział na elitę artystyczną i lud odbiorczy, czyli inny podział niż prosty PO-PiS, ale wszystko powoli wraca do normy: my, artyści światli to Tuskowi „wszystko zaśpiewamy”, wszak broni ci on naszych interesów, zaś głupi nie-widzowie naszych wytworów to poganiani przez populistycznych Mentzenów barankowie. Wszystko więc wraca na starą płytę, jednak z pewnymi konsekwencjami.

Za złego, Ciemnego Luda robił w tym temacie sam Mentzen – jest obiekt i jest winny, a nie jakieś nieupostaciowione tłumy -, który swoim wpisem co do tej ustawy i jej grupowego obiektu naraził się artystom i spowodował wylew dawania odporu. A że polskie elity nie są w stanie powstrzymać swego urwyszcza (to nazwa odkrytego przez Ziemkiewicza fenomenu urojenia wyższościowego) zaraz poszło, że to naród głupi jest, nie wie co to znaczy ćwiczyć gamy i się czepia ofiar własnych talentów, które ciężko jest monetyzować, bo doły durne są i dają zarobić tylko na disco polo. Tak to jakoś poszło. Niestety odpowiedzi grona artystów tylko potwierdziły oczywiste tezy Mentzena, że czytanie z kartki mądrości jakiegoś autora scenariusza to nie to samo co mądrości tej posiadanie, nawet w orientacji co do zasad działania świata.

Twórcy zabrali głos

Czego tam nie ma w tej artystycznej narracji… Mamy wszystko, łącznie z brakiem zrozumienia słowa czytanego, gdyż biedaczkowi Mentzenowi wciska się w usta i w klawiaturę słowa, których nie wydał z siebie. Przeprowadza się całe ciągi manipulacyjne, wierzę, że nieświadomie, gdyż przeczytanie instrukcji manipulacji w przekazie, jak np. Erystykę Shopenhauera, to co prawda ze 30 stron, ale upstrzone łaciną i spamiętać to wszystko (i używać!) to chyba za dużo. Króluje myślenie stadne, jandowanie, które przecież kiedyś dla ochrony cennej narodowej substancji kazało wpychać się przed kolejkę do zbawiennych szczepień na zarazę tysiąclecia. Kończy się zawsze na jednym – wy prostaczki nie wiecie jak to jest, my ryzykujemy, jesteśmy w niepojętej awangardzie, jesteśmy takimi Van Goghami, umieramy w nędzy, zaś nasze dzieła są tak do przodu, że rozpoznają ich wielkość dopiero przyszłe pokolenia. A więc dawać tu składki. Słaba to narracja.

Trzeba więc, by lud dopłacił. Tylko jest jeden problem. W Polsce w ZUS jako artyści są zarejestrowane 102 osoby. Ministerstwo szacuje, że zawodowych artystów jest 60 tysięcy. Ustawa ma objąć 20 tysięcy z nich dopłatami do ZUS. Komisja złożona ze środowisk artystycznych zdecyduje, kto jest artystą. Koszt roku pierwszego tego projektu: 350–380 mln zł. Na 10 lat: 3–4,5 mld zł. Stosunek beneficjentów do finansujących: 1 do 800.

Jeden (jeden!) aktor zwrócił uwagę, że się całe swoje życie dobrowolnie ubezpieczał, sam odkładał składkę i teraz ma na emeryturę. Pozostali – słabo. Czemu? Ano temu, że akurat twórcy mają obejście kosztów uzyskania przychodu, nie są oskładkowani na umowach o dzieło, mają większy przychód netto z powodu 50-procentowych kosztów uzyskania przychodu i korzystają z tego. I niech korzystają. Ale dzięki tym mechanizmom korzystają z większych zarobków netto, z których część mogą przeznaczać na składki. Czy przeznaczają – widać że nie, skoro nie widzą problemu z tym, że społeczeństwo ma się dorzucać do tego, bo ze swego wyższego niż ludu netto twórcy nie odłożyli na emeryturę. Ot i cały kłopot.

A skoro widzą to nawet (tam, nawet – przede wszystkim) marynarze i grabarze, ludzie prości, to podejrzewam, że wiedzą to też i artyści. Ale wtedy, kiedy się to wyda, by ukryć ten proceder, używa się argumentów posłannictwa, kaganka oświaty i kultury przenoszonego przez wietrzne mroki populizmu. Takie zaśpiewy szybko lądują w obszarach pychy wyższości, bo kudy tam prostemu ludowi do naszych ważnych ról, nie tylko scenicznych, ale i narodowego etosu. Ale lud ma z tym dwa kłopoty.

Kłopoty ludu

Pierwszy to taki, że twórczość artystyczna ulega kompletnej degradacji w dzisiejszych czasach, a tylko taka postać sztuki jest obecnie promowana, ze szkodą dla prawdziwych artystów. Lud się pyta czemu ma się dokładać do jakichś prowokacyjnych happeningów, performerki, instalacji czy robienia na scenie laski Janowi Pawłowi II. Można podejrzewać, że autorzy takich wynalazków posiadają status artysty i z powodu „awangardowości” takiej sztuki nie mogą liczyć na biletowy poklask tłumów, te tłumy więc, nieczuli na sztukę nie-widzowie, mają dopłacić do tego interesu, by autor nie zdechł z głodu. I skoro tak jest, to lud się po pierwsze pyta na co ma dopłacać, a po drugie – zwraca się do prostej kultury masowej, skoro ta „wielka” proponuje mu najczęściej babranie się w ekstrementach. W ten sposób zabija się etos samego twórcy, którym może w takim przypadku zostać każdy, by wyciągnąć rękę po wspomożenie talentu.

I tu grono wchodzi na pełnej petardzie i mówi – tak, tak, trzeba nam ciał weryfikujących, by się byle chłystek do nas nie przedarł. I mamy wtedy do wyboru: albo jakaś komisja od talentów, albo wszyscy na pokład i jedziemy z dopłatami do artystycznego hektara. A rozwiązanie jest po środku, niestety Mentzenowskie. Jak jesteś dobry i ludzie za to płacą, to się utrzymasz, jak nie – to sztuka stanowi tylko twoje wymagające hobby i idź sobie dorób. I wtedy nie żadna nieweryfikowalna ochota, ani nie komisja będą decydować o poziomie twojej artystyczności, tylko rynek odbiorców. Sztuka, by się z niej utrzymać, to wyjątkowa przygoda i trzeba pochylić głowy nad ofiarami swego talentu, który każe próbować się przedrzeć, gdyż to trudne zadanie. Ale w Hollywood jak pójdziesz do knajpy, to tam ci podadzą danie ci co czekają (aktywnie!) na swoją szansę – sami wybrali ten ryzykowny los, ale nie wkładają ręki do podatkowej kieszeni swych klientów, by zmniejszyć stopień własnego ryzyka. I może dlatego sztuka urynkowiona ma większe osiągnięcia na Zachodzie, bo u nas jest jej niewiele.

Władza a artyści

Drugi element, przez który lud nie bardzo lubi artystów, to ich konformistyczne usadowienie wobec władzy. W czasach upaństwowionego mecenatu artyści, by nie głodować, podlizują się po prostu władzy. A to oznacza, że to władzuchna – tak, ta bez gustu – decyduje o kierunkach i rozwoju sztuki. Trzeba więc jej czapkować, zaglądać w oczy, zabiegać o rozpoznawalność u niej, nie u widzów i popierać ją w momentach krytycznych, czyli w obecnym politycznym kryzysie – praktycznie codziennie. Mamy więc tę „wolną sztukę” wiszącą na pańskiej klamce, śpiewającą na wiecach – wszak artyści to resztówka po elitarności prestiżu, a więc władza się z chęcią nią otacza.

Ale nie ukrywajmy – artyści zachowują się serwilistycznie właściwie wobec jednej władzy – lewackiej. Po prostu ta narracja im odpowiada: mimo zaklęć egalitarnych jest elitarna, ładnie dzieli na lud i elity, pospólstwo trzyma w dystansie bezkrytycznego zachwytu, „należenia się” wobec wyżyn talentu, mylonego, na co wskazał Mentzen, z mądrością. Jak rządzi prawica, to już  jest gorzej, a więc albo idziemy po granty do peowskiego samorządu, albo rozdzieramy szaty kiedy Glińskie nie dadzą nam na kolejny progresywny projekt biczowania budyniu. Ale były pisowski minister od kultury starał się biedaczek, ale i tak go elitka nie zaakceptowała. Pieniążki się brało, ale z kopertą w ręku wyśmiewało się państwowego darczyńcę, przy zachwycie stadka artystów, wszak brać wypada, ale politycznie kwitować, to już nie. Tu – pełna beka.

Hipokryzja wolnej sztuki

Mamy więc artystów jako „dzieci kapitana Granta” i lud to widzi. Widzi tę podległość zanurzoną jednocześnie w oparach pitolenia o wolnej kreacji, która tak naprawdę rozgląda się za akceptacją byle jakiej władzy. Lud widzi jeszcze jedno – ostentacyjne kłucie w oczy statusem materialnym. Rozbijają się super brykami (podobno za friko), dostają zniżki na domy i apartamenty, wakacjują w barterze za wpis na fejsiku, są kilometrowymi wieszakami na modę. Artyści się scelebrzyli, pracują swym wizerunkiem dla firm, nie ma to nic wspólnego z aspiracyjnym prestiżem. A jednocześnie… wyciągają ręce po składki zusowskie.

Tak to widzi lud, bo widzi tylko celebrytów, a widzi ich tylko takich, bo tacy się zapisali do popkultury. Widzi więc piękne pawie, które udają, że na wszystko je stać, a potem w realu, jako grupa wyciągają ręce po resztówki karmy. To niestety (na szczęście!) artystyczna mniejszość, ale to całe środowisko to widzi i nic z tym nie robi, ba – mam wrażenie, że większość chciałaby pójść tą drogą. Nie narzekajcie więc, że wasz obraz w oczach ludu tak wygląda – tak jest mu przedstawiany, z waszym udziałem w formie akceptującej bierności.

Trzy prześlepione wektory

Artyści w swym zacietrzewieniu nie widzą trzech czynników, którym są poddani. Cieszycie się, że będą wreszcie (liczne i gromadne) komisje przyznające status twórcy? Naprawdę to taki radosny moment? Przełomowy? A skąd taka pewność, że się załapiecie? Przecież to moment weryfikacji nie tylko waszych umiejętności (w które wierzycie zapewne), ale i układów, poglądów, przynależności do koterii. A jak ktoś daje, to może i nie dać, może też po daniu – odebrać. Jest się więc z czego cieszyć?

Druga sprawa, to to, że się daliście – znowu – uzyć jako tarana do kolejnej warstwy podziału Polaków. Poszliście w to z radością, Tusk uderzył w kamień i wyszło spod niego całe to wasze tałatajstwo – skrywana lub umniejszana dotąd pogarda do ludu płacącego. Premier wie jak grać na waszych w sumie kompleksach – jest, jak mówił Rokita – mistrzem w szybkim wywoływaniu najbardziej niskich instynktów. Bo nieuzasadnione poczucie wyższości bierze się zawsze z kompleksów. Zawsze. Może to też być odreagowanie za wasze frustracje, a tu podstawiono wam winnego zastępczego – ciemny lud, który biletu nie kupi, bo nie ma kulturowych, dorównujących waszym, kompetencji. Trzeba się więc przed taką wpadką zabezpieczyć za pomocą podatkowego spadochronu. A wtedy można wyskakiwać do woli z samolotu przekonań o własnych talentach, a to – jak widać – mocno obniża jakość latania. Zawsze się przecież bezpiecznie wyląduje.

Trzecia rzecz, która z tego wynika, a której jak widać po odpowiedziach dla Mentzena, twórcy nie widzicie, jest to, że teraz nieodwołalnie już pójdziecie na bezwarunkowe poparcie Tuska w przyszłych wyborach. Tusk, zusowski ojczulek, Was podpuścił i nagadaliście suwerenowi nieodwołalnie brzydkich rzeczy, również o sobie. Sami wykopaliście tę przepaść i teraz zostaniecie Wy z Tuskiem, bo po drugiej stronie będzie już tylko zwyzywany od bezguścia motłoch, wystawiony na lep populistów. I potem nad tym wszystkim zapłaczecie, znowu w jandowskiej histerii, że nie dorośliśmy do demokracji i trzeba jej jakoś bronić przed czernią. Choćby i puklerzem waszych recytacji, instalacji i performance’ów. Z pałą władzy za plecami.

Hobby?

Lud traktuje więc – przez was – sztukę jako fanaberię wyższościową z wysyłaniem rachunków do zapłacenia przez pogardzanych. Jako kosztowne hobby własnych zachcianek, hobby, bo niewiele przynoszące i kulturze, i samemu ludowi. A skoro sprowadzacie coraz częściej sztukę do pustych, w dodatku prowokacyjnych, gestów, to byle magazynier będzie to traktował właśnie jako wasz pociąg do dziwacznego hobby. A jemu nigdy nie przyszłoby do głowy, by podatnik miał dofinansować jego predylekcje do modelarstwa, skoro mu ono nie przynosi wystarczającego dochodu, to nie zrozumie waszych pokrętnych tłumaczeń, że akurat tu się wam należy.

W końcu całe środowisko może nie rozumie, że jest w objęciach sterowanego mechanizmu, który ekonomiści nazywają rent-seeking, a które Mancur Olson opisał w 1965 roku. „Mechanizmu, w którym państwo przez lata buduje finansową zależność środowiska od budżetu — a następnie to samo środowisko, przez te same osoby, które z tej zależności korzystały, organizuje kampanię na rzecz kolejnego trwałego transferu”.

To co tu piszę, to nie jest to populizm, nie jest to także darwinizm, ale logiczne postawienie sprawy. Kwintesencją tego sporu nie jest jego – mam nadzieję – wyjaśniona wcześniej merytoryka. Kwintesencją tego zamieszania jest to, że znowu daliście się, artyści – niektórzy chętnie – wmanewrować w wojnę polsko-polską, tylko po to, by wytworzyły się nie tylko animozje, ale byście mieli dług wobec polityki, który spłacicie w przyszłych wyborach walcząc z populistyczną większością, którą sami swym wzmożeniem stworzyliście.

Zacytuję co o tym w SoMe piszą prości podatnicy:

W końcu po następnych wyborach taki Mentzen może zostać i ministrem kultury. I co wtedy zrobią „dzieci kapitana Granta”? Ja wiem, ale tego tu nie powiem, bo nie mam ani zapędów sadystycznych, ani nie chcę tego sugerować publiczności…

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

                             

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *