19.07. Autobus z napisem „koniec”

0
autobus ses

19 lipca, wpis nr 1417

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Do tego artykułu miałem wiele linków z internetu, ilustrujących moje tezy. Kiedy dziś sięgnąłem do nich to okazało się, że… nie istnieją. A więc ogłaszam wielki wjazd sprawy ukraińskiej do algorytmów cenzurujących media społecznościowe. Rzecz jasna, bo jak by inaczej, na zgłoszenie samych polskich władz, a może nie tylko polskich…

Zazwyczaj nie poddaję się chwilowym módkom medialnym. Odczekuję trochę, by zobaczyć czy to dłuższa opowieść, ale i tak czekam dalej, by zrozumieć po pierwsze o co tak naprawdę chodzi i jeśli chodzi o coś poważniejszego niż odwracanie uwagi od rzeczy istotnych kolejną przykrywką, to zastanawiam się dopiero o co tak naprawdę chodzi? Ale dzisiaj zrobię wyjątek – wrócę do afery z awanturą w autobusie w Bielsku-Białej. Ukazał się filmik, kręcony przez poszkodowane ukraińskie dziewczyny, z którego wynika, że jakiś raptus zelżył je słownie, co dziewuszki nagrały. Po tej publikacji mieliśmy do czynienia z falą oburzenia, nie tylko na agresora, ale na wzrastającą falę szowinizmu antyukraińskiego, co dało asumpt do pociągnięcia sprawy – zelżone dziewuszki, to ofiary Brauna (to jasne), Bosaka (to już mniej jasne) i… Czarnka (co już jest sporym zaskoczeniem). Wylały się wiadra zatroskania nad stanem polskiej duszy, pojawiły się kuriozalne zarzuty o rasizm. Nawet w tej sprawie odezwali się najważniejsi politycy, łącznie z ukraińskimi. Powtórzę jeszcze raz – to wszystko z powodu jednej awantury w autobusie. Nasze stosunki między narodami stanęły na granicy. Przystanku autobusowego.

Taka w sumie głupota, a właściwie reakcja na nią pokazuje głębsze pokłady przyczynowo-skutkowe, ale daje też szansę na przewidzenie przyszłości. Tak, taki bzdet daje nam aż tyle możliwości. Trzeba tylko metodą księdza Bozowskiego oddzielić przypadki od znaków. A tu mamy poważny znak. Po pierwsze – samo nagłośnienie akcji. Od zdarzenia, do wypłynięcia całej sprawy upłynął cały weekend. Aferę miała nagłośnić znana z proroctw pożarowych aktywistka ukraińska z polskim obywatelstwem, niejaka Natalia Panczenko. Nagranie miał też ujawnić pan Strelnikow, aktywista ukraiński (co to znaczy właściwie – aktywista ukraiński, aktywista w czym? Skoro siedzi w Polsce, to nie chyba aktywista pomocy Ukrainie, gdyż w tym wypadku siedziałby w okopach), który stwierdził, że to film jego córki, zaś z kolei jego starsza córka, która obejrzała film stwierdziła, że sama z koleżankami była obiektem podobnych jak w bielskim autobusie ataków. W rezultacie sprawa się zaczęła zagęszczać frekwencyjnie. Okazało się, że w duszach polskich czai się (i czaił do zawsze – zawsze? nawet od lutego 2022 na granicach?) skrywany szowinizm w stosunku do Ukraińców, to genetycznie przeniesione przez wieki poczucie wyższości panów Lachów wobec siczowej czerni.

Reakcja

Sama sprawa pokazuje, że jak coś ma zaistnieć publicznie, to musi być nagrane. Bez filmiku – nie ma sprawy. Same opowieści, nawet teksty nie przemawiają do niegramotnej części widowni. Obraz mówi wszystko. Ale cały obraz. Zaraz pojawiły się głosy strony przeciwnej – jak w Polsce się coś dzieje to zaraz objawia się „strona przeciwna” – że filmik powinien być puszczony w całości, by zobaczyć co takiego sprowokowało faceta do takiej reakcji. No bo fakt – z filmu wynika, że dziewczynki spokojnie przechodziły właśnie z tragarzami i nagle zaczepił je facet z wyzwiskami. Ot tak, po prostu. Ważne jest więc cóż to takiego mogło spowodować taką (nad?)reakcję. Filmików to wskazujących nie widziałem, ale widziałem opisy, że dziewuszki zachowywały się głośno i wyzywająco, grały na full muzykę ze smartfonów i zakładały nogi w butach na siedzenia. Na zwróconą im uwagę przez mężczyznę miały go opluć i zacząć nagrywać filmik. Wyszło ostatnio, że tak naprawdę słowny agresor tak naprawdę to opieprzał matkę tych dziewczynek, która nie reagowała na uwagi, żeby jej dzieci zdjęły nogi z siedzeń, a więc cały kontekst (szowinistyczna agresja na biedne dziewczynki) ma inny wymiar, zaś opieprzana pani okazała się żoną wspomnianego aktywisty, teraz już wiadomo aktywisty od czego.

Tu mała dygresja. Mój znajomy popadł kiedyś w toksyczny małżeński związek. Żona od dawna chciała go wystawić na przemocowca, by rozwieść się z sutym orzeczeniem o winie. Oczywiście robiła to w pełnej konspirze, facet – jak to wielu w naszych czasach – się nie orientował, że intryga trwa od dawna. Otóż okazało się, że jego żona zaczęła coraz częściej prowokować awantury, łącznie z atakami fizycznymi na małżonka. Ten prowokowany reagował różnie, z tym, że żona nagrywała takie przypadki, ale dopiero od momentu samej reakcji, nie jej czynu, który prowokował odwet. W czasie rozprawy w sądzie – a po to to było robione – pokazywała filmiki, gdzie agresor nie wiadomo dlaczego ją atakuje, wyzywa i awanturuje się. Na szczęście sąd nie dał temu wiary właśnie na zasadzie wątpienia, że tak po prostu, bez powodu facet wychodził z nerw.

Nie twierdzę, że to w autobusie było ustawką. Tego nie wiem, ale widzę, że wielu patrzy w tę stronę. Twierdzę natomiast, że cała ta histeryczna reakcja ustawką już była. Rozdęcie tej sprawy do granic możliwości, reakcje mediów i władz na taką w sumie głupotę wskazują na specjalne grzanie tej sprawy. Piszę „głupotę”, bo dzień przed wypadkami w autobusie w Bytowie trzech Ukraińców pobiło na śmierć Polaka i jakoś w mediach nic się nie działo. Związek Ukraińców nie wezwał (swoich) do opamiętania się, zaś ambasador ukraiński odezwał się, ale dopiero dzień po zajęciu swego twardego i zatroskanego stanowiska w sprawie słownej zbrodni w bielskim autobusie. Mamy więc do czynienia z selektywną narracją, a to już są procesy z gruntu sterowane.

To dość długi proces. Ja go pamiętam jeszcze z czasów kowidowo minionych, kiedy doszło do pewnego wypadku. Facet wjechał samochodem w przystanek i nauszkadzał ludzi, łącznie ze zgonem. Nic nie zwróciłoby mojej uwagi, gdyby nie to, że w prasowym opisie tego zdarzenia kierowcę określono inicjałem A. Zazwyczaj podaje się pełne imię i pierwszą literę nazwiska, by zanonimizować sprawcę. A tu podano inicjał imienia. Wpadłem na to, że nie po to żeby zanonimizować sprawcę, ale… jego pochodzenie. I sprawdziłem – okazało się, że gościu ma na imię Andrij i już samo imię wskazuje na ukraińskie pochodzenie sprawcy. A tak nie można, bo wzbudzi się jeszcze niechęć do naszych gości spod bomb. Żeby sadystycznie podrążyć sprawę zadzwoniłem na policję, tam po ganianiu się pomiędzy tymi co wiedzą (policja) ale nie powiedzą, a rzecznikiem (który nie wie i o tym mówi) doszedłem, że decyzja o zatarciu imienia jest decyzją prokuratury. Zgodziłem się z rzecznikiem, że już samo to świadczy o tym, że bronimy publiczność przed wiedzą o pochodzeniu sprawcy.

Anonimowi sprawcy politycznej poprawności

W tym wypadku mamy dwa warianty rozwinięcia zagadnienia. Po pierwsze – jak piszą, że coś nabroił Polak, to oznacza żebyśmy rasistowsko nie spekulowali, nasza wina, ale i droga dedukcji – jak nie piszą, że to Polak, to na bank Ukrainiec. Jest tez drugi sposób – nic. Nic, nawet imienia, żadnych liter, żadnych wspominek o pochodzeniu. Po prostu kręcimy się w kosmosie bezimiennych kosmopolitów, anonimowych tylko po to, byśmy nie wyciągali z tych swoich brudnych dusz ukrytych złogów szowinizmu.

Cała sprawa odzwierciedla trendy zachodnie, polegające na ukrywaniu pochodzenia sprawców, by uchronić publiczność przed pokusami ksenofobicznymi, że to jednak nie był dobry pomysł z tą migracją. Skończyło się to systemowymi problemami z NIEŚCIGANIEM gangów gwałcicieli, oskarżaniem ofiar o rasizm czy sekowaniem wszelkich medialnych sygnałów w tej sprawie, aż do aresztowania prywatnych ludzi za prywatne wpisy. My weszliśmy w te same koleiny, tyle, że u nas byli to Ukraińcy, z tym, że na razie chodzi o utarczki słowne, nie zaś o procedery kryminalne, choć przykład przemilczania sprawy typu morderstwo w Bytowie, i wielu innych przypadków, wskazuje że podążamy tą samą drogą. Tyle, że kolor skóry świętych krów jest tutaj inny. Reszta jest taka sama, z tym, że my jesteśmy dopiero w fazie wstępującej, mamy więc szansę na przykładach krajów bardziej „rozwiniętych” w tej kwestii zobaczyć co nas czeka. Pytanie tylko czy będziemy w stanie na to prewencyjnie zareagować i czy mamy na to społeczne czy polityczne narzędzia?

Bezkarność rozzuchwala

Ważny jest tu jeszcze jeden aspekt. Tak jak na Zachodzie, jak i u nas będziemy świadkami realizacji zasady, że bezkarność rozzuchwala. Tam rozzuchwaliła do tego stopnia, że nożownik, który zasztyletował w Wielkiej Brytanii nieszczęsnego Novaka, swobodnie rozmawiał sobie z policjantami, że biały go rasistowsko zaczepił. Na takie wieści policjanci zareagowali jak pies Pawłowa na światełko lampy – włączyły się procedury preferencji ścigania zgłoszonej ksenofobii i zakuto umierającego białasa w kajdanki. Mamy więc do czynienia z wzajemnym przeciekaniem poczucia bezkarności sprawców do procedur publicznych. Postawy te warunkują się wzajemnie – bezkarność wzrasta przy braku ścigania, brak ścigania włącza się automatycznie przy kontekście ksenofobicznym, zawieszając ogólną logikę interwencji i kontekst przyczynowo-skutkowy definiujący kto jest ofiarą, a kto sprawcą.

Tak będzie i u nas. Kiedy Ukraińcy zobaczą, że Polacy się samobiczują i można wszystko, zaś policjant walnie prędzej Polaka niż upomni Ukraińca, to sprawa jest prosta jak droga do kasy w IKEA. Ukraińcy zhardzieją, wiedząc, że teraz aparat publicznych urzędników i funkcjonariuszy stoi murem za nimi. I nie, nie będą (na początku?) mordować i gwałcić bezkarnie jak na Zachodzie, ale zacznie się proces, którego koniec będzie zależał wyłącznie od… nich. Bo to oni, nie porządek prawny, jak widać zawieszony, będzie wyznaczał tu granice. W niesławnym autobusie w Bielsku-Białej okazało się, że działa monitoring i widać co się nagrało. To znaczy zarządcy linią autobusową wiedzą co się stało, a my z tego wiemy tylko to, co nam powiedzieli. A co nam powiedzieli? Ano, że „zachowanie dziewczynek nie odbiegało od standardowych zachowań młodzieży” w zbiorkomie. Ale standard to nie znaczy, że to dobrze, tylko, że często. Standardem może być i wydalanie się w autobusie, i zaczepianie innych pasażerów, darcie ryja i inne harce do tej pory uważane za chuligaństwo. Może to być i granie głośnej muzyki, i wykładanie nóg z butami na siedzenia, tak jak ponoć to miało miejsce w autobusie bielskim. Co to znaczy? Ano sporo.

Po pierwsze – widać, że takie zachowania – i uwaga! i o wiele gorsze – będą tolerowane i będą przeciekały do standardu. W dodatku mamy tu dwa warianty: jak na to zareagują służby, a jak mogą – i czy w ogóle będą mogli po casusie bielskim – zareagować obywatele? Służby będą się mroziły z interwencją tym przykładem, albo – tak jak w Bielsku-Białej – postawią zarzuty każdemu interweniującemu Polakowi. (Gościa z autobusu wzięli w kajdany i na bęben, z zarzutem do lat trzech, w ten sam dzień, a – przypomnę – niesławnych bohater afery w Szpitalu Południowym swobodnie sobie hasa nieprzesłuchany już ze drugi miesiąc i podobno leczy). Polacy zaś sami są właśnie uczeni braku reakcji na dowolne ekscesy naszych gości, bo jeden z drugim narozrabia, nagra potem reakcję jakiegoś Polaka, a ten się znajdzie w podobnych kłopotach co nasz nieszczęśnik z Bielska-Białej. Jesteśmy więc trenowani do pewnych zachowań i dlatego przykład bielski to nie incydent, tylko znak.

Polowanie na ksenofobów

Ostatnio widziałem filmiki z rodzącego się procederu. Ukraińcy, wzorem cwanej żony mego kolegi, prowokują Polaków, potem jak ci zaczną reagować, to włączają telefon i nagrywają. Puszczają to w sieci. Tak, by pokazać niewdzięczność Polaków wobec walczącej Ukrainy. Mamy już podobno oficjalne, po pochodzące z ambasady ukraińskiej instrukcje. Oczywiście w celach bezpieczeństwa.

A propos – żaden z nagrywaczy nie walczy z Rosją, bo siedzi sobie w bezpiecznej Polsce i strzępi sobie język o bohaterstwie jego narodu. Są to więc pretensje dekowników i dezerterów, nad którymi powinien się kiedyś zastanowić naród ukraiński jak wróci z okopów, nie my – Polacy. Pal ich licho, ale u nagrywaczy pojawił się jeden kuriozalny szczegół. Na nagraniach Ukraińcy wyzywają Polaków od rasistów, jakoby to ich zachowanie było wyrazem rasistowskich i wyższościowych ciągot Polaków. Kuriozalność tego zarzutu to pokraczny import zachodnich trendów: zarzuty o rasizm (i to systemowy) to wynalazek amerykański, gdzie murzyni, przedstawiciele innej rasy niż biali, zarzucali suprematyzm białym. Miały te zarzuty, mimo ich absurdalności, jednak jakieś uzasadnienie rasowe. Ale jak my, Polacy, mielibyśmy być rasistami wobec Ukraińców? To absurd – nie moglibyśmy być wobec nich rasistami, nawet gdybyśmy bardzo chcieli. Z jednej prostej przyczyny – my, bracia Ukraińcy – jesteśmy Słowianie, jesteśmy tą samą rasą. To, że różni nas wiele, bo należymy do różnych cywilizacji kulturowych – my do łacińskiej, wy do turańskiej, jeśli w ogóle – to nie znaczy, że nie mamy pochodzenia ze wspólnej puli genetycznej. Tak że zarzut rasizmu jest tu nietrafiony, acz będzie pewnie używany na zasadzie importowania mód zachodnich, co wskazuje na niespontaniczne jednak źródła takich aktywności, jak zaczepianie Polaków, by ujawnić ciemne zakamarki polskiej duszy, gdzie czają się wielkościowe uroszczenia. A raczej to wszystko świadczy bardziej o kompleksach ukraińskich, ale każdy ma własne piekiełko.

Najgorsze, że to się będzie rozwijać. Z prostej przyczyny – grzanie animozji pomiędzy Polakami i Ukraińcami ma zbyt wielu popleczników, jest na rękę zarówno Rosji, jak i Ukrainie. Rosji, bo wiadomo –  rozbicie poparcia Polaków dla Ukraińców, to dla Rosji duża sprawa. Ale to też dobre dla Ukrainy. Nie po to Zełenski przecież zaczął cały ten proces, by nie miał on swojego celu, jak i scenariusza rozwojowego, który nam dozuje prezydent Ukrainy. Oni tam mieli to rozpisane na całe odcinki, serial wciąż trwa, kiedy my jesteśmy biernymi widzami tego spektaklu i tylko łapiemy – lub nie – spadające talerze ze stołu naszego odreagowywania. Oddawanie medali Polakom, zorganizowana fala antypolskiego hejtu, te wszystkie Panetony, obraźliwe i agresywne deklaracje władców Ukrainy – to wszystko jest planem. To, że właśnie realizacja tego planu jest na rękę Rosji każe powtórzyć tezę redaktora Parafianowicza, że największą ruską onucą jest sam Zełenski.

Ukraińscy zakładnicy Zełenskiego

To pokazuje skalę cynizmu władcy Ukrainy. Pal licho, że wobec nas, Polaków i całego Zachodu, który nota bene też gra w tę grę. Te zachowania Zełenskiego, jak widać, postawiły ze 2 miliony Ukraińców wobec sprowokowanej przez niego fali niechęci Polaków do gości z Ukrainy. A tu przecież wielu z nich chciało sobie spokojnie ułożyć życie, może i z pożytkiem dla Polski. Teraz wylądowali w jednym worze z banderowcami i żyje im się trochę bardziej, że tak powiem, bardziej niekomfortowo. My zaś, a szczególne nasi władcy, wciąż deklarujemy Ukraińcom, że powadzimy się o historię, ale nie o pomoc Ukrainie. Tu będziemy – w fenomenie porozumienia ponad śmiertelnymi podziałami – stali przy Ukrainie. Przecież spory historyczne sporami, ale nasz interes jest w tym, by wspierać ukraiński wysiłek, który odsuwa widmo czołgów na polskiej granicy, tak jakby one nie stały w obwodzie królewieckim czy na Białorusi. Znowu będziemy w jednym zdaniu straszyć Putinem, by w drugiej jego części przekonywać, że Rosja jest na ostatnich nogach. Jest to dla Ukraińców miła pieśń straceńcza w naszym wykonaniu. Będzie bowiem można zrobić z Polakami co się chce, do dopiero wstawić nogi na siedzenie w autobusie czy bezkarnie opluć Lacha za to, że się krzywo spojrzał.

Kwestia autobusowa jest też na rękę Tuskom. Widać to po histerycznych reakcjach, detektowaniu polskiego rasizmu i zwróceniu się do publiki, że to Braun z Bosakiem, a ostatnio z Czarnkiem zaatakowali niewinne dziewczynki. Dziś słownie, jutro fizycznie. Przecież agresor wykrzykiwał wobec dziewczynek właściwie hasła polityczne tych zaprzańców. Widać jak na dłoni, że Tusk nie przegapi żadnej okazji do dzielenia Polaków, a właściwie wtłoczenia każdego, nawet jak to autobusowe, zdarzenia w manichejskie tryby dwójpolówki wojny polsko-polskiej. Cały aparat oburzenia stoi gotowy na stand by, można więc do niego wrzucić każdy impuls, każdy wątek, zwłaszcza jak popchnie się je w czeluści tej machiny jakimś pieniążkiem. Mamy nawoływania wprost do zabrania się fizycznie za agresora, łącznie z zesłaniem go na, ukraiński oczywiście, front. Wylewają się pięknoduchowe deklaracje i zasromania za ciemnogród, odżywa na kolejnej wysypce alergiczna reakcja na manię wyższości wobec „tego narodu” w „ten kraju”. Po drugiej stronie zostali już tylko obywatele szury, czyli szurnięci, których jak zwykle jest większość, ale dla systemu, który skutecznie alienuje się od wpływu suwerena jest to dotkliwość jak widać systemowo pomijalna.      

Autobus to znak, tyle, że wielu go nie dostrzega, zaś jeszcze więcej ludzi nie wie jak na to zareagować. Nie ma bowiem żadnych narzędzi, gdyż system właśnie trwale odizolował obywateli od wpływu na jego kształt. Po prostu zakonserwował się na stałe, domknięty wieczkiem okrągłego stołu dokręconym, radosnymi „niekonfrontacyjnymi wyborami” 4 czerwca roku pamiętnego. Sam system mutował, ale w tych właśnie granicach, ot tak, jak zmienia się nieznacznie organ złożony w słoju z formaliną.

Na Zachód marsz!

Politycznie to też pójdzie jak na Zachodzie. A tam ludzie się martwią o bezpieczeństwo swoich i najbliższych, które stanęło pod imigracyjnym znakiem zapytania. Ale z drugiej strony głosują na tych, którzy takie niebezpieczeństwo sprowadzają na ich głowy i domy. To pokazuje jak skuteczna jest mieszanina propagandy i przymusu, który ściga ofiary. Oczywiście na końcu – tak jak obecnie na Zachodzie – dochodzi do pewnego opamiętania, ale jest zwykle za późno. Po prostu diabelskie połączenie demografii i demokracji robi swoje. Kiedyś problemy migracyjny to były jakieś kulturowe egzotyczne oboczności. Dziś to wszystko przenika do instytucji, władz, jako prawa (byłej) mniejszości. A więc mimo przebudzenia koniec tego procesu wcale nie musi być optymistyczny. My mamy ten handicup, że jesteśmy o fazę do tyłu, możemy więc wyciągnąć wnioski co do skutków przyszłych błędów, które popełnili już inni. Tylko czy będzie komu je sformułować. Ba, sformułować –  wdrożyć!

Biedny Czarnek, który w telewizji zagroził wstrzymaniem pomocy Ukrainie, czyli jedynym realnym dla niej czynnikiem nacisku, został natychmiast wezwany na pisowski dywanik. Czyli już widzimy jak będzie wyglądała sprawa ukraińska, jak PiS będzie u władzy. Widać też, że jego ostatnie nawrócenie na ukrorealizm jest tylko na pokaz, bo ograniczy się do sfery symbolicznej, co jest na rękę Ukrainie. W nowej Polsce, jeśli taka przyjdzie, przy starym układzie plemiennym, będziemy znowu politycznie skazani przez nasze pseudoelity na rolę „sługi Ukrainy”. I będą o tym wiedziały dziewuszki w każdym autobusie, będzie wiedział każdy ukraiński byczek w wieku poborowym. I wierzcie mi, nie będzie się obcydalał z kindersztubą, gdyż jako się rzekło – pochodzimy z różnych kręgów kulturowych. Dojdzie więc do konfliktu cywilizacji w pokracznej sytuacji, gdy państwo będzie sekowało własnych obywateli, jeśli ci staną w obronie wartości stanowiących fundamenty naszej wspólnoty.

Tak to jest, jak za sprawy między narodami wezmą się samozwańczy władcy. Jedni naiwni, drudzy wyrywni. Autobus z Bielska-Białej właśnie odjechał. Na przystanku został tylko lud polski, zagubiony całkowicie, patrzący tylko jak ulicami mijają go jego przedstawiciele w limuzynach politycznej poprawności, o której wiemy z doświadczeń zachodnich czym się kończy. Powtarzam – to nie przypadki, to znaki. Tylko kto je odczyta, a kto się nimi przejmie? Od tego kiedyś byli władcy na poziomie mężów stanu – jak wytrawni tropiciele wykrywali wcześniej zagrożenia, potem wiedzieli jak ich uniknąć i jak to przeprowadzić. Dziś mamy mężyków stanu, których może kiwać jak chce byle komik, który kiedyś wygrywał zabawne melodie. Na fortepianie.

Penisem.                                     

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *