14.06. Niemcy-Rosja, czyli dezintegracja pozytywna
14 czerwca, wpis nr 1412
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Coraz częściej pojawiają się sygnały, że Niemcy wrócą do business as usual z Rosją. Jest to stała dominanta niemieckiej racji stanu, jeszcze od czasów Bismarcka, ale obecnie z powodu agresji Putina na Ukrainę poddana jest ona rewizji, ale zdaje się, że chwilowej. Wydaje się to tylko lekką postacią tzw. dezintegracji pozytywnej. Dezintegracja pozytywna to fenomen psychologiczny dokładnie opisany przez Kazimierza Dąbrowskiego. Rzucił on wyzwanie klasycznej psychiatrii, która każdy lęk, kryzys emocjonalny czy neurozę traktowała jako chorobę, konieczną do wyleczenia (czyli przywrócenia pacjenta do stanu pierwotnego). Dąbrowski uznał odwrotnie: kryzys psychiczny, cierpienie, a nawet wewnętrzne rozbicie są często warunkiem koniecznym, by człowiek mógł rozwinąć się i przejść na wyższy poziom rozwoju.
I taka zasada stosuje się także do wielu innych dziedzin, niż tylko psychologii. Ostatnio karierę robi dezintegracja pozytywna w polityce, a właściwie – geopolityce. Od dawna formuła funkcjonowania świata ulega gwałtownym przemianom i nie są to kontrolowalne do końca procesy, ale nie są to też bezładne paroksyzmy. Idąc za Dąbrowskim wypada pogodzić się ze stanem popadania w kryzysy, cofania się wręcz w rozwoju – świat się resetuje, wygląda na chaotyczny, ale to nie jest koniec – rozpad to konieczna faza zmiany. Musi się rozpaść stara struktura w sytuacjach kryzysowych, bo jak uczy doświadczenie – rzadko jest tak, że dzieje się to w sposób kontrolowany. Tak jest i teraz, i wydaje mi się, że obecny kryzys na linii Moskwa-Berlin to nie wypadek przy pracy, nie początek wiecznej wrogości, ale właśnie – kryzysowa faza przejściowa, by osiągnąć wyższy poziom relacji, tzw. wtórnej integracji.
Niemcy chcą Rosji
Czemu tak uważam? Ano po pierwsze – Niemcy są krajem poważnym i nawet dość upartym na tyle, że czasami zbyt długo tkwią w mylnym błędzie swojej strategii. Ale są jak szef kompanii – ten jak ma stary regulamin, to trzyma się go co do literki. Jak przyjdzie nowy – to się zamyka w kanciapie i ryje nowy na pamięć i jak wychodzi na świat, to jest w nim zagorzałym ekspertem nowych decyzji zwierzchników. Tak jest i z Niemcami, tyle, że w sprawie relacji z Rosją nie przyszedł żaden nowy regulamin. Ot, zdarzył się wypadek przy pracy, trzeba było to jakoś narracyjnie przeczekać i wykorzystać. Kiedy Niemcy to przeczekiwały to akurat Polska – first to fight – pierwsza poszła na front i (jak widać ostatnio) zużyła się. Wtedy wyszły Niemcy, cali na biało, wręcz na defiladę. Czas też został wykorzystany przez Niemcy, które ze stymulowanego straszenia Europy Putinem zrobiły sobie uzasadnienie do federalizacji formatu Unii pod niemieckim berłem oraz sprytnie przerzuciły na kraje członkowskie ratunkowe sfinansowanie kosztów ichniego przejścia z przemysłu maszynowego na militarny. W rezultacie wynik ma być korzystny – Europa zjednoczona pod berłem zmilitaryzowanych Niemiec, zmilitaryzowana kosztem długu pozostałych naiwniaków-członków Unii. Czegóż chcieć więcej?

Dlatego Niemcy marzą o powrocie ostatniego bismarkowskiego czynnika – dealu z Rosją. Stamtąd surowce, którymi mieli handlować z Europą, marża – również polityczna – jest, niemiecki przemysł hula, zaś Europa Środkowo-Wschodnia robi za Mitteleuropę, czyli robi na Niemcy, które zawijają marżę jak świstak czekoladę w sreberka. Do tego potrzebni są Niemcom Rosjanie. Innego bowiem pomysłu na realizację swoich ambicji IV Rzeszy Berlin nie ma i chyba mieć nie może. To, co teraz oglądamy – te akty wrogości wobec Putina, to tylko teatr, który ma dać alibi już zdecydowanej intencji oraz podbić cenę przy targowaniu się z Moskwą. Jednocześnie bowiem niemieccy posłańcy powrotu suną do Moskwy jeden za drugim, nawet i nie muszą – Niemcy mają przecież tam swego stałego przedstawiciela w osobie byłego kanclerza Schroedera, upostaciowienie zdrady ideałów współpracy europejskiej złożonej na ołtarzu robienia interesów z Rosją. Były kanclerz słynie przecież z wciąż aktualnych kontaktów z niemieckim establishmentem, do tego przecież został najęty do Gazpromu, przecież nie do spawania rur z gazem.
Korzystanie z okazji
Szykowane są okazje do takiego przełamania: kryzys na Bilskim Wschodzie jest tu na rękę dla takich scenariuszy, gdyż zaraz wyjdą Niemcy w Brukseli i powiedzą: Trump nas rżnie na surowcach energetycznych, Arabowie zablokowani, Wenezuela zdobyta przez USA, a tu za Bugiem Putin macha rączką z lepszymi cenami. A więc chłopaki, przed zimą, trzeba się dogadać gremialnie z Rosją, a któż jak nie my, w końcu mocarstwo humanitarne, mamy tu pośredniczyć w tym zbożnym dziele? Do tego dojdzie prawdopodobne dopuszczenie do władzy otwarcie prorosyjskiej AfD i Niemcy się wytłumaczą przed samymi Niemcami, że naród tak chciał.

Dla Rosji to też dobry deal, bo mogą tym samym mieć Europę w ręku, dyktować polityczne ceny, szczególnie takim, jak polscy pyskaczom. Zanim się wybuduje ta europejska armia pod niemieckim dowództwem – Rosjanie będą mieli Europę u stóp, zadłużoną, wykończoną zielonym szaleństwem, w sumie spacyfikowaną duchem. Kiedy Rosja z dużym sukcesem obróciła się na Wschód Europa z Niemcami nie jest dla niej już tak łakomym kąskiem, zwłaszcza, że aktualnym bezwładem Stary Kontynent bez jednego wystrzału wpadnie jej w ręce. A to, że będzie Europa opakowana w niemieckie sreberka, to już szczegół. Dla Rosji federalizacja Europy pod niemieckim berłem to większa korzyść niż „Europa ojczyzn”. Wreszcie będzie z kim pogadać o Europie za jednym razem, kimś decyzyjnym, a nie użerać się w poniżających utarczkach z kraikami wielkości rosyjskich obwodów. Rosjanie więc czekają z otwartymi ramionami. Zwłaszcza, że Europa nie jest dla nich strategiczna, to tzw. BATNA (czyli best alternative to negotiated agreement), czyli opcja drugiego wyboru, gdyby pierwszy – obrót na Azję – nie wyszedł. Negocjacyjnie jest to wygodne dla Moskwy, bo zawsze ma gdzie pójść, o czym czasami przypomina swymi deklaracjami, że nie wie czy będzie w ogóle sprzedawać ropę i gaz do Unii. To podwyższa ceny przyszłego dealu.
Wchodzą Amerykanie i Ukraińcy
Da się więc zjeść tę żabę. Zwłaszcza, że to może być część większego dealu na poziomie Trump-Putin. Jeśli panowie się dogadali na Alasce co do nowego podziału świata (co ostatnio pojedynczo przyklepali w Pekinie), to powrót Niemiec do interesów z Rosją może być w to wpleciony. Może być też ceną jaką zażądał Putin od Trumpa za Rosji mniejszą miłość do Chin, lub choćby neutralność w konflikcie Chin o Tajwan. W przedstawionej już optyce korzyści dealowania się z Rosji z Europą przy pośrednictwie Niemców zgoda, a nawet żądanie Putina, by takie cudo jak nadzór nad Europą „podarował” Niemcom Trump wydaje się wysoce prawdopodobne. Głównych interesów USA w Europie, jeśli te w ogóle jeszcze będą, będzie dla Waszyngtonu pilnował junior partner z Berlina, nie trzeba będzie ręcznie zarządzać. I Wołodia będzie zadowolony, może się skupi więcej na Europie i odpuści Chiny, kontynent będzie zdalnie sterowny, trzymany za mordę pruskim drylem, z drugiej strony – i rozwój Europy, i samych Niemiec będzie politycznie, militarnie i gospodarczo sterowalny, czy to przez USA, czy przez Rosję. Układ dobry, na leniucha, ale skuteczny przy amerykańskiej polityce zwijania się z pozycji żandarma na poborcę świata.

Jeżeli dojdzie do zbliżenia niemiecko-rosyjskiego, to wcale nie na trupie Ukrainy. Ten nowy układ – po tej fazie „dezintegracji pozytywnej” – odtworzy naszą, polską, sytuację przy poprzednim, nordstreamowym zbliżeniu Niemiec i Rosji. I tak jak nas w osobie premiera i w narracji ambasadora Niemcy wykierowali na normalizację relacji z Moskwą „taką jaka ona jest”, tak teraz tę rolę przyjmie Ukraina. I możemy zobaczyć cuda nad Dnieprem. Rosja może się okazać dla Ukrainy – oczywiście po pewnej przepierce mózgowej – całkiem niezłym partnerem. Zwłaszcza, że wymagać tego będzie w ramach nowego dealu Ukrainy jej najważniejszy partner, czyli Niemcy. Można im za to dać Ukraińcom zatruty, acz wymarzony przez nich owoc członkostwa w Unii i jakoś to pójdzie. Oczywiście potrzebny będzie wtedy jakiś winowajca zastępczy, ale taki już się sam zgłosił, sądząc po gwałtownych, acz symbolicznych polskich reakcjach związanych z uczczeniem pamięci bohaterów UPA.
W tym układzie znajdziemy się pośrodku zajadłych wrogów. W kleszczach Niemcy-Rosja-Ukraina nie mamy szans. Zgniotą nas, zaorają i posypią solą. Ukraina się temu układowi nie postawi, bo wisi na kroplówce Europy i jak ta się zdecyduje do nowej formy wtórnej integracji z Rosją, to Kijów nie będzie się mógł nie zgodzić. Oczywiście ważna jest tutaj opcja ludzi okopowych, którym by się świat zawalił i zapadły groby bohaterów, ale nie takie numery świat widział. Ukraina będzie wszak wolna, acz wiadomo przecież, że wolność to zrozumienie konieczności.
Brak alternatywy
Zaraz z tego zakrążą mrzonki, żeby się z Ukrainą dogadać i zrobić postulowaną przez polityków czy think tanki federację państwowo-militarną: Ukropolin. Nie chcę tu się znęcać nad fantasmagorycznością takich pomysłów, tylko spytam się – z kim myśmy mieli to robić, w sensie klasy politycznej? Najgorsze są nieproszone rady i zapraszani do przyjaźni wrogowie. Ukraińcy nie liczą się z nami, najdalej od czasów Przewozowa, kiedy zobaczyli, że w sprawie reakcji na ewidentną ukraińską prowokację mającą nas wkręcić w wojnę, czekamy z decyzją aż się obudzi Biden i powie nam co robić. Ukraińcy więc z nami nie gadają, bo po kiego układać się z lokajem, co to i tak wszystko przyniesie co mu każą. Nie gadają, a tym bardziej nie będą robili żadnego paktu – zamiast tego hodują u siebie pokłady agresywnego nacjonalistycznego patriotyzmu i nie zobaczymy się we wspólnych okopach na wojnie z Rosją. I pewnie dobrze. No, chyba, że pójdziemy jako dodatkowa wkładka mięsna, na co widać, że coraz więcej graczy ma ochotę, pechowo, że i niektórzy od nas też.

I kto by to miał zrobić z naszej strony? Nasza klasa polityczna? Przecież oni nie są w stanie pójść do toalety nie zapytawszy się wcześniej co o tym sądzi opinia publiczna. A że opinia się wkurzyła na UPA, to trzeba narracyjnie to jechać. Zwłaszcza, że szerokie gremia, w tym polskie, aż zacierają ręce i nogi, by nasz konflikt polsko-ukraiński skupił się na polityce historycznej. Ta, jak wiadomo jest relatywna, zawsze można ją zniuansować, czego jesteśmy świadkami przy spektaklu pełnym porównań UPA do Żołnierzy Wyklętych. I w tych okopach możemy siedzieć latami, obrzucając się – w najlepszym razie – argumentami.
Wyjście z matni polityki historycznej
Taka postawa sączona w lud jest na rękę macherom od opisanej wyżej polityki business as usual. My mamy z Ukrainą większe problemy niż ichnia UPA czy – wiem, że bluźnię – nasi rodacy w dołach śmierci. My mamy z Ukrainą poważne konflikty interesów. I dopóki o nich nie gadamy, tylko dajemy się zwodzić zabawą z ekshumacjami w chowanego, to nikt o tych konfliktach interesów nie gada, zaś lud tego nie słyszy na tyle, by zrobić z tego ważny temat kampanijny.

Mamy poważne zatargi gospodarcze, które będą się powiększały w ramach pozostawania Ukrainy w poczekalni do UE – z prawami, bez obowiązków. Pokaz „możliwości” ukraińskich konfliktów interesów mielismy przeeiż od dwóch lat na przykładzie zagłady rolnictwa czy branży transportowej – a idą nowe branże. Mamy duże problemy społeczne: 1,7 miliona Ukraińców, jak słyszymy, nie bardzo zadowolonych z pomocy Polaków, roszczeniowych, agresywnych (na razie słownie). Zaraz do nich dojadą ojcowie z okopów i będzie koniec balu, Panno Lalu. Mamy za wschodnią granicą rozgrzaną, acz zmęczoną armię, kraj o wyraźnych i oficjalnie deklarowanych wobec nas roszczeniach terytorialnych, który już jawnie się cieszy ze swego wpływu na korzystne dla siebie wybory w Polsce. Będzie sporo roboty, by to zniwelować, ale do tego trzeba zdefiniować problemy, a nie uciekać przed nimi w emocjonalne spory kto był bardziej winny: nasz Czarniecki, czy ich Bandera.
PiS się za to nie weźmie, bo woli grać na niedawno odkrytych emocjach, w nadziei na niepamięć ludu co do tego kto zaczął. O Tuskach nie ma co gadać – jak ci realizowali w polskiej polityce wschodniej interes Berlina za czasów przeddudowych, to tym bardziej będą to robić dalej – bez względu na to, że nagle trzeba się będzie bratać z Moskwą. Ale – zobaczycie, że będą takie gadki – skoro wybaczyli im Ukraińcy, to czemóż ma się opierać Polska. I by nie siedzieć znowu w unijnej oślej ławce niezrozumienia potrzeby dziejowej i braku odrzucenia naszych prehistorycznych uprzedzeń będziemy przekonywani, że trzeba jechać, bo nie pociąg, ale cały peron nam odjedzie.
Onucyzm
Dożyliśmy czasów, że moje tu teraz rozważania czy przypadkiem nie pogadać w takim razie z Rosją stają się obrazą polskiej (nieistniejącej zresztą) racji stanu na poziomie zdrady onucowej. Tak żeśmy się dali ścisnąć przez te popisowe imadło, którym kręcą z zewnątrz, że nawet spekulacje na ten temat wydają się publicystycznym, a co dopiero politycznym, samobójstwem. Nie ma mowy – tu mamy zamurowane z obu stron, we wszystkich mediach i wypada się przyjrzeć czy przypadkiem również i nie w kruchcie. Ale zobaczmy – jakby to mogło być, żeby w takiej przyszłej nieciekawej sytuacji nie pogadać z Rosją (nawet nie chce mi się tu spekulować czy nie z Chinami).
Z Rosją są same kłopoty. Oni po prostu nie chcą gadać z pętakami. A mają nas za pętaków, wesz na grzebieniu europejskich upadłych potęg, która im mniej ma do powiedzenia – tym bardziej chojrakuje. Nasz wyścig do prymatu w regionie Międzymorza przegraliśmy w XVIII wieku i tyle to oznacza dla Rosji. Nie ma nas i nie ma o czym z nami gadać. Ale na tę sytuację sami zapracowaliśmy ciężką robotą polegająca na lenistwie elit. Te u nas postanowiły właśnie na leniucha podczepić się do któregoś z zagranicznych patronów, czym pozbawiliśmy się sprawczości – byliśmy od razu elementem cudzych rachub. To wygodne – nie trzeba się martwić, płynie się z głównym nurtem, ale jest to perspektywa jedynie na pokolenia elit, by się ustawić, daleka od racji stanu państwa. I kiedy nasi patroni się zwijają (USA), albo popadają w sprokurowaną przez siebie ruinę (Europa), to okazuje się, że włożyliśmy wszystkie nasze jajka do koszyka bez rączki. I się zbiły. Teraz się robi z tego bałaganu kogel-mogel, tyle, że to nie my go ubijamy.
I z kimś takim miałaby gadać Moskwa? A o czym? Skoro my i tak wykonamy co tam na każą, czy to w Berlinie, czy w USA, łącznie z wymianą wkładki z ukraińskiej na polską w maszynce do mięsa na tzw. wschodniej flance. Ale to nie chodzi o to byśmy „zasłużyli” na rozmowy z Moskwą. Moskwa gada nie tylko z USA czy Chinami. Taka np. Turcja to gada z nią jak równy z równym, ale ten kraj – uwaga! o budżecie na militaria mniejszym od polskiego – ma i realizuje swoje interesy daleko poza granicami swego kraju, prowadzi politykę wielowektorową i z Rosją, i z USA, o Unii, którą trzyma za gardło blokadą zalewu migracyjnego Europy nie wspominając. Da się? Da się, ale trzeba wiedzieć czego się chce i mieć klasę polityczną, w której interesie jest przyszłość kraju, którym rządzi, nie zaś prywatne obrywy na rzecz renty kompradorskiej za pilnowanie interesu we własnym kraju w imieniu zewnętrznego patrona.

Trzeba rozwiązać w jedną stronę ten dylemat: jak jesteś słaby to Rosja z tobą nie będzie gadać, jak jesteś mocny, to najpierw pobuczy, że jej zagrażasz, ale potem przełknie pragmatyczne konieczności. Do tej pory dylemat ten Rosja rozwiązywała ten dylemat na własną korzyść – wzmacniała nasze trendy do osłabienia, trzymała nas w hodowanej strefie cienia, by nie musieć się z nami układać. My nie pracowaliśmy nad własną siłą – toczyliśmy wojenkę polsko-polską ku uciesze Moskwy i wszystkich stolic, które nam źle życzą. A więc załatwialiśmy się sami. Żeby móc się układać z Moskwą, a jak widać idzie ku temu kontynentalnie, jeśli już nie światowo, to trzeba być podmiotem, nawet w jakiejś koalicji. Teraz grupa G3 (Wielka Brytania, Niemcy i Francja) układają się jak tu wejść z Rosją w dziurę po Trumpie i grupa gada z kim? Z Zełenskim, bo przecież nie z nami. My „tylko” graniczymy z Ukrainą i dowiemy się z prasy co tam kraje odległe o tysiące kilometrów od nas i od Kijowa zdecydują o naszej geopolitycznej sytuacji. Ale zdecydują tylko za zgodą Rosji, chyba, że wyślą nas na wojnę z nią.
Moskwa tu się zgodzi na cokolwiek, ale tylko jeśli jej to będzie pasować. A skoro nie ma nas przy stole, to jesteśmy w menu. My, nie mając własnej sprawczości, nie mając pomysłu na Polskę w nowym rozdaniu, nie mając siły do realizacji strategii, której też nie mamy, ani nic nie mamy do zaproponowania Rosji, ani – jak widać – Rosja nie ma o czym z nami rozmawiać. I nad tą mizerią roztacza się tylko nasza wyższościowa strategia przykrywania niemocy poprzez tromtadracką narrację – nie będziemy gadać z mordercą Putinem, a tak naprawdę to nie wiemy o czym mielibyśmy z nim gadać, gdyby się nawet i zgodził na jakieś rozmowy. A więc chojrakujemy, jesteśmy jak harcownicy armii przed bitwą – bez znaczenia, śmieszni, bo machamy szabelkami z kartonu na froncie rozbrojonej armii, która już dawno nas sprzedała.
Przeciwfaza
Tak, dożyjemy czasów nowych przyjaźni, to jasne. Zostaniemy jak zwykle w przeciwfazie – wszyscy już się rozejdą w nowym układzie, a my będziemy siedzieć jako już ostatni w okopach nieświętej Trójcy – starzy żałośni rycerze wojen przebrzmiałych i przegranych, ofiary własnej naiwności, którą jest ciągły wybór zdegenerowanych pseudo-elit. Ale dożyjemy też czasów – jak za kowida -, że wcześniejsi akolici – wtedy sanitarni, dziś antyonucowi – się nawrócą i będą nam wytykać, że nie idziemy w krok z nowym marszem. Musimy więc być nieżyciowi i nikt już nie będzie pamiętał, że to my pierwsi wołaliśmy na puszczy. Będziemy więc poddani próbie ojca cieszącego się z powrotu syna marnotrawnego, o którym wiemy, że jak przyjdzie co do czego, to i tak porzuci nie tylko nas, ale i rozsądek, każąc nam żyć w oparach opresji generowanej przez panikowaną większość.
Przypomnieć wypada wiersz z Pieśni Kochanowskiego, który jest z nami od ponad 450 lat i będzie chyba na wieki:

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
