26.07. Największe oszustwo współczesnego świata

0
plaża to

26 lipca, wpis nr 1418

Szybko zleciało. Właśnie dołączam do grupy ludzi, którym się przypatrywałem z rzadka, z pewną może nie pogardą, gdyż zawsze szanowałem ludzi starszych, ale z pewnym dystansem, że to mnie czeka dopiero kiedyś i będę się martwił jak to się stanie. Nie, nie mówię tutaj o śmierci – mówię o tym, że właśnie osiągnąłem wiek emerytalny. Znajduję się w momencie rytuału przejścia do specyficznej grupy społecznej, a właściwie uposażeniowej. No bo emeryci tylko z tego powodu stanowią, jeśli już, jakąś społeczność – nie z powodów jedności poglądów politycznych, nawet pokoleniowych – są tylko zjednoczeni tym, jak potraktowało i traktuje ich państwo. Nie dając im żadnej alternatywy.

Niedługo więc dołączę do tej grupy, która codziennie czyta poradniki (najczęściej w Wyborczej, co nie jest bez politycznego znaczenia) jakież to tam dodatki przewidziało dla mnie państwo, jak dostać kolejną zapomogę, dofinansowanie, po ile dziś leki i po ile za babciowe (dziadowe?) w tym miesiącu. Stanę się ofiarą codziennych kalkulacji, rewaloryzacji, przeliczeń. Mam już zresztą swój stały, indywidualny numerek w ZUS-ie, w którym zaczynam bywać coraz częściej. Tak, dopiero teraz zaczynam tam bywać, choć to ta instytucja, okazało się dziś, towarzyszyła mi od młodości, od pierwszego odpisu składek (wcześniej zbiorowych, później indywidualnych), zabierając mi sporą część zarobków. Dziś więc odwiedzam ten Watykan emerytów, by zobaczyć co tam dla mnie mają. Mój los, tych spóźnionych i odkładanych odwiedzin u swego codziennego ciemiężyciela powtórzą kiedyś wszyscy młodzi, tak ja kiedyś dziś myśląc, że to za sto lat.

ZUS jako ciemiężca

Mówię o ZUS-ie „ciemiężyciel”, gdyż system emerytalny jest jednym z większych skandali oszukańczego przymusu. Państwo bowiem wmusza we mnie swój jedyny, monopolistyczny system emerytalny, określa, rosnące w procentach czy też w okresach, składki, te latają gdzieś tam po OFE, ZUS-ach, czy FUS-ach. (Nota bene – my myślimy, że emerytury płaci nam ZUS – nic podobnego płaci nam Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, ZUS tylko wylicza, a więc jest tylko wystawiony do nas, emerytów do kontaktu). Kiedy przychodzi co do czego, to dowiadujemy się po skomplikowanych algorytmach ile tej emerytury dostaniemy. A więc system jest taki – dziś zabieramy tyle ile nam się chce, zaś – jak mawiał redaktor Michalkiewicz – „kiedyś” „coś” ci na emeryturze wypłacimy. „Kiedyś”, gdyż rozmowy na temat osiągniecia wieku emerytalnego wciąż trwają, zaś co do jej wysokości, to jak już się zacząłem dowiadywać, to wysokość emerytury się zmieniała za każdym razem.

System emerytalny to jakaś porażka. Po pierwsze – mieliśmy do czynienia z totalnym przewałem. Wiadomo za komuny zindywidualizowanie podatków czy składek było mitem – wszystko szło do jednego wora, który przy przejściu do formatu III RP okazał się pusty. I jak nowa Polska zechciała się zabawić w budowanie nowego systemu, to weszliśmy w spiralę, gdzie na ludzi na emeryturze nie pracowały ich odkładane pieniądze, bo tych nie było, tylko pracowali na nich ówcześnie płacący składki. Okazało się więc, że pracujący nie płacili na własne przyszłe emerytury, tylko na emerytury tych, co na nie odkładali, zaś ich środki zostały zdefraudowane.

Nie wszystko można zrzucić na PRL

Ale nie było to takie proste, że nowa III RP odziedziczyła bankruta po PRL i nie było co z tym zrobić. (Przypomnę – wciąż są ludzie, którzy za PRL-em tęsknią, będąc jednocześnie przezeń obrabowanymi ze swych składek, a właściwie popierając system, który na ich dzieci nałożył obowiązek utrzymania swoich rodziców pozbawionych sprzeniewierzonych środków). III RP miała okazję napełnienia tego pustego garnka. Okazją była prywatyzacja. Już na samym początku tzw. transformacji Unia Polityki Realnej (partii z Korwinem na czele) postulowała, żeby z każdej prywatyzacji odpisywać 20% i zasilać nim FUS, tak, by wypełnić tę dziurę po PRL-u. Mimo rządów partii postsolidarnościowych prywatyzacja poszła jak poszła, a właściwie – tak jak się wysokie umawiające się strony umówiły się przy Okrągłym Stole.

Prywatyzacja była najszybszym sposobem półlegalnego uwłaszczenia się nomenklatury i nie było – przy Okrągłym Stole przynajmniej – żadnej mowy o jakichś odpisach na rzecz ludu. Ten był ganiany – przez solidaruchów najbardziej – za zwierzęcy antykomunizm, sami komuniści przeistoczyli się nagle we wzorce kapitalistów (dodajmy – za nasze), zaś Gazeta Wyborcza zaczęła promować fałszywy amerykański mit, jakoby „pierwszy milion trzeba ukraść”. Z takiej ochrony skorzystali postkomuniści, tyle, że nie skończyli na „pierwszym milionie”, nie tylko uwłaszczając się na publicznym mieniu, ale budując cały równoległy i nieoficjalny system podwieszeń typu patron-klient. Interesy przyszłych pokoleń, polegające na reanimowaniu systemu emerytalnego za pieniądze z prywatyzacji były tu na ostatnim miejscu. Tyle, że nawet emeryci o tym nie pamiętali i nie pamiętają do dziś, utyskując albo, że za PRL było lepiej, albo, że Solidarność chciała dobrze przy Okrągłym Stole, tyle, że wyszło jak wyszło.

Demografia jako praprzyczyna   

Do zapaści obecnego systemu doszła jeszcze zapaść demograficzna, która włączyła nożyce pokoleniowe – coraz więcej ludzi przechodziło na emeryturę, do pustej kasy zaś dokładało się coraz mniej pracujących Polaków. Nie bez znaczenia było również to, że lawinowo zwiększyła się administracja, którą oceniam na około miliona ludzi. Jest to milion ludzi wykazywanych jako pracujących, ale pensje dla nich i składki za nich płaci polski podatnik, a więc ich składki są mocno iluzoryczne, bo to przekładanie z kieszeni do kieszeni tych samych pieniędzy. 

Ta finansowa dziura deficytu pomiędzy składkami a wypłatami wciąż rośnie. Przypomnieć należy, że do tej kolejki po kasę ustawiły się obecnie jeszcze tysiące Ukraińców – wystarczy bowiem miesiąc pracy w Polsce (czyli miesiąc płacenia składek), by Polska dopłaciła – z naszych przecież – do ukraińskiej różnicy do polskiej emerytury minimalnej. Dodać należy, że to kuriozum – gościu z Ukrainy płacił TAM składki, my zaś mu płacimy u nas część emerytury po jednym miesiącu wnoszenia składek. Roczny deficyt systemu emerytalnego wynosi obecnie ponad 64 miliardy złotych i rośnie rok do roku.

Tyle kwestie finansowe. Teraz pora na społeczne. System emerytalny, który mamy obecnie, pamięta jeszcze czasy swego założyciela, Bismarcka, i jest przykładem jak rozwiązania w miarę pasujące do czasów swego stosowania mogą narobić szkód w czasach, gdy okoliczności usprawiedliwiające ówczesne rozwiązanie obecnie nie istnieją. Chodzi o demografię. Za Bismarcka ludzi było pełno, było więc komu płacić składki, nawet państwo się zabawiało nadwyżkami. W miarę upadku europejskiej demografii, szczególnie w przeliczaniu tego w odwrotnych przepływach finansowych, że to nie emeryt pobiera sobie emeryturę ze swoich składek, ale to pracujący płaci na niego, zaciągając wobec siebie coraz większy dług na przyszłość, proporcje zaczęły się zmieniać. Wystarczy porównać ilość pracujących w danym roku i ilość pobierających emeryturę. Na początku lat dwutysięcznych na jednego emeryta „pracowało” 3 pracowników, dziś to 2,6. W 1980 roku było to 5,2 pracującego na jednego emeryta. Czyli spadliśmy o połowę.

Społeczne efekty systemu emerytalnego

Taki system powoduje duże szkody społeczne. W dotychczasowej historii cywilizacji jakoś obywaliśmy się przez tysiąclecia bez bismarkowskich emerytur i zusów. Jak to działało? Po pierwsze – dzieci były inwestycją. Nie tylko w pracę i zarabianie dla rodziny, ale również w spokojną starość rodziców. Rodziny musiały być więc w miarę liczne, ale też wychowywanie dzieci odbywało się poprzez wpajanie szacunku do starszych, gdyż tylko ten szacunek gwarantował, że jak się rodzice zestarzeją, to – będąc na łasce dzieci – nie zostaną pogonione z domu jako obciążenie. Istnienie między innymi takiego systemu emerytalnego spowodowało po latach, że dzieci stopniowo przestawały być traktowane jako inwestycja, ale jako koszt. Bowiem utrzymanie na starość rodziców przejął ktoś inny, w większości niestety państwo, w wymuszonym podatku, za który, jak się tu rzekło „kiedyś”, „coś” dostaniemy. Zwolniło to dzieci na przyszłość od zajmowania się rodzicami, zaś sami rodzice nie musieli już wychowywać dzieci na porządnych ludzi, gdyż rodziców dobrostan nie zależał już od poprawnych stosunków w rodzinie, tylko od okazało się, że od złudnej nadziei, że te obowiązki przejmie państwo.

Z tego też powodu spadła demografia, bo kto chce zamiast mnożenia inwestycji fundować sobie dodatkowe koszty? Tu się właśnie pomyliły wszelkie te programy socjalne z plusikiem, gdyż myślały, że jak się dosypie kasy do rodzin, to się zwiększy dzietność. Ale nie tędy droga, no długo by o tej demografii mówić, ale dzietności programy pomocowe nie zwiększają, jak już – są formą redystrybucji budżetu w pożądanych (dodajmy – wyborczo) kierunkach. Ale w wielu przypadkach efektem ubocznym jest degrengolada budżetu i morale społeczeństwa, że „się należy”.

Co ciekawe, słyszałem, że na początku III RP chciała wręcz wypchnąć ludzi na emeryturę. Postanowojenny wyż demograficzny dawał szanse na sfinansowanie tego procederu, zaś chciano obywateli skażonych PRL-em zredukować jako element nie nadający się do nowej rzeczywistości. Wkrótce okazało się, że poszło jak zwykle. Nowa Polskę zbudowało uwolnienie tłamszonego w PRL potencjału przedsiębiorczości, zaś nowi „młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków” wcale nie ruszyli gremialnie do roboty. Za to ruszyli gremialnie do szkół, systemu, który wymyślały całe wydziały „wyższych szkół gotowania na gazie”, byleby tylko zmonetyzować na głupotach wyż demograficzny. W efekcie narobiło się pełno magistrów od wszystkiego, przedsiębiorczo przydusił gospodarkę fiskalnie aparat państwowy i okazało się, że w wielu przypadkach to emerytura takiego nie nadającego się do niczego peerelowskiego odpadu jest jedynym stałym i pewnym dochodem całych rodzin.

Siwy (łysy?) elektorat

Politycznie emeryci nie istnieją. Są podzieleni na plemiona, jak reszta Polaków. I jak reszta Polaków nie są w stanie przełożyć swych wspólnych interesów na wspólnotę polityczną. A są na tyle liczni, że – jak przedsiębiorcy – są w stanie zdmuchnąć każdą władzę. Ta jednak utrzymuje ich sprawie – znów jak przedsiębiorców – w kleszczach pomiędzy wojną polsko-polską a strachem przed wychylaniem się, wspartym organiczną niechęcią do samoorganizacji. Zresztą nawet projekty podstawienia emerytom gotowej formuły reprezentacji politycznej nie spotkały się z ich strony z większym odzewem. Jest to więc bardziej grupa bezradnych ciemiężonych, niż społeczność świadoma swych interesów.

Przechodzę więc w smugę cienia, w siwy elektorat. Będę więc członkiem grupy, do której nie czuję żadnego przywiązania, żadnej wspólnoty. Zresztą widziałem już wielu emerytów, którzy mieli więcej energii i chęci do życia niż młodzi, którzy nimi pogardzali w erupcji swego naiwnego ejdżyzmu. Ponieważ jestem już w wieku, kiedy rówieśnicy powoli znikają, mam więc więcej znajomych i przyjaciół młodszych ode mnie. Mam więc do was przesłanie, które często można zobaczyć na nagrobkach, ale tu – bez bezpośrednich aluzji. Brzmi ono: „byłem kim jesteś, jestem kim będziesz”. To jednocześnie przestroga, ale i dobra rada – emerytura przychodzi bardzo szybko, nie wiadomo kiedy, a więc proszę o szacunek dla każdego, moja młodzieży. W waszym wieku (zaczęło się emeryckie gderanie…), tez byłem taki, jak Wy. Ale za to Wy też tacy kiedyś będziecie jak ja, a to wersja optymistyczna, bo pesymistyczna oznaczałby, że do emerytury nie dożyjecie. A więc jeżeli w przyszłości kiedyś będziecie się denerwować, że jakiś siwawy Jerzyk nieporadnie, a więc długo, grzebie się do autobusu, jeśli będziecie się wkurzać jak będę w Biedrze godzinami wyskrobywał moniaki ze swej pomarszczonej portmonetki, wreszcie – jak będziecie utyskiwać na to, jaką Polskę Wam zostawiliśmy, wiedzcie, że dziadzia starał się jak mógł.                  

Jerzy Karwelis

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *