24.08. Herezja zdrowego rozsądku
24 sierpnia, wpis nr 1422
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Przepraszam za jednodniowe opóźnienie w publikacji, ale nie wyrobiłem się z czasem z powodu lotu z Grecji.
Przetoczyła się dyskusja o nowej wierze tzw. chrześcijańskim syjonizmie, głównie z dwóch powodów: wydania książki o tym zaskakującym fenomenie, napisanej przez Pawła Lisickiego, gdzie wstawia on to pojęcie do społecznej debaty i drugi czynnik – ewidentne harce na ten temat emanujące czy to z Białego Domu, czy to z amerykańskiej armii, w której wręcz rozkazach zawierają się wątki już nie tylko mesjanistyczne, ale i apokaliptyczne. Czyżbyśmy mieli więc armię Boga, czy to tylko kolejna idea tłumacząca wojakom, że chodzi tu o cos więcej niż zarobek korporacji i realizacja wybujałych ambicji wodzowskich. Ten nurt przetoczył się przez dyskurs, zniknął, ale tylko narracyjnie. Należy więc przypomnieć o czymś, o czym zapomnieliśmy w toku bieżących wojen – prokurują je ludzie namagnesowani wiarą we własne posłannictwo od Boga. Patrzmy się więc na nich wciąż, gdyż to może nam wytłumaczyć wszelkie nieracjonalności ich działań. Rządzą światem dziwni ludzie, który wręcz szaleństwo uzasadnia wszelkie już działania, mogące doprowadzić do dosłownie apokaliptycznych rezultatów. To jest ciągle z tyłu, w kontekście działań, czy to na Ukrainie, w Wenezueli, czy w Zatoce. Pamiętajmy o tym – jesteśmy na wojnie armii Boga, Boga, który w tej postaci nie istnieje, gdyż jest figurą zmyślonej transcendencji mającej stępić aksjologiczne ostrze katolicyzmu, sprotenstantyzować go, zaś sam protestantyzm zlać z judaizmem. Do tego trzeba iście apokaliptycznego wstrząsu i ku niemu – przynajmniej w intencji wyznawców „nowej-starej religii” – zdążamy jako świat.
Pasywność konserwatyzmu
Ludzie o poglądach konserwatywnych długo czekali (i czekają) na przemianę świata. A właściwie to źle powiedziane – konserwatyści co do istoty swej postawy są mocno podejrzliwie nastwieni do zmian. Nie znaczy to, że są jakimiś jednostkami zatopionymi w formalinie, przeciwnie – są tylko podejrzliwi wobec zmian prokurowanych przez tzw. projekty, głównie w obszarze inżynierii społecznej, które mają za każdym razem uzasadnienie w idei, w rezultacie po jej implementacji przysparzającej najwięcej cierpień ludzkości. Jest to niepowstrzymany pociąg ku poprawianiu świata, by był bardziej sprawiedliwy, równy, czy jakie tam jeszcze ma za warianty współczesny progresywizm. Trudno więc oczekiwać stałej tendencji konserwatystów do działań na rzecz przemiany świata. To raczej domena właśnie postępowców, też z natury rzeczy.
Ale konserwatyści, którzy postęp upatrują w obiektywnym ścieraniu się wielowątkowych czynników, liczą na to, że sprawy świata odwrócą się dziś w lepszym kierunku. Głównie dlatego, że ludzkość wygląda na taką, co się w piętkę zagoniła, ale może tylko ta zachodnia. Nie pora tu mówić o objawach tego wszechobecnego kryzysu, który ma wiele poziomów – od geopolitycznego, poprzez gospodarczy, aż do aksjologicznego pomieszania. To dlatego mamy do czynienia z oksymoronem – konserwatyzmem czekającym na zmianę. Jednocześnie mamy tu drugą sprzeczność: by świat się zmienił na „normalny” trzeba by było podjąć realne działania w kontekście zmiany co najmniej społecznej, zaś konserwatyzm, co do swej istoty, nie posiada narzędzi do osiągnięcia takiego celu. Znowu – zmiana społeczna to raczej domena progresywistów – ci z kolei mają narzędzia na takie działania, ale zdaje się, że wyłącznie narzędzia. Wyłącznie, gdyż cele przez nich przyjęte w większości przypadków powodują odwrotne do zakładanych skutki.
Trump jako nadzieja
No i ludzie o poglądach konserwatywnych „doczekali się” takich zmian, a właściwie – jak się zaraz okaże – raczej zawiedzionych nadziei na nie. Widać było po busoli oczekiwań wielu ludzi na świecie, że ostatnia relekcja Trumpa utwierdziła tę część ludzkości (znowu zdaje się, że zachodniej tylko), że jednak zawróciliśmy znad krawędzi. Do dziś mnożone są scenariusze co by było, gdyby Trump przegrał: to smutne warianty wszechwładnego klimatyzmu, wokeizmu, globalizmu światowej gospodarki i politycznych decyzji – wszystko unurzane w narracyjnym, na razie tylko, zamordyzmie. Ten zwrot, jak to każdy zwrot znad przepaści, wzbudził uczucie ulgi, ale też i rozleniwiającej satysfakcji. A to – okazało się – dopiero początek drogi, której kierunku wciąż należałoby pilnować. Stojąc już tyłem do przepaści liczono na automatyczne i proste konsekwencje – zwycięstwo zdrowego rozsądku nad wysypem kuriozalnych mód ideologicznych, koniec wojen, powrót do zalet państw narodowych, zmniejszenie natężenia tego ciągłego wzmagania społecznego podbijanego przez medialnych szczwaczy.
Okazało się, że powrót do normalności miał dwa nieoczekiwane elementy. Po pierwsze – i to jest aspekt geopolityczny – doszło do gwałtownych eksplozji militarnej agresji w wielu zakątkach świata. To nie tak miało być, ale tak wyszło. Tasowanie się mocarstw wyraźnie przyspieszyło, nie wiadomo tylko czy to – znowu – obiektywny proces, co zrozumieliby konserwatyści, czy też jest tylko emanacja połączenia ego Trumpa z potrzebą maksymalnego „rozepchania się” słabnącego supermocarstwa, które przegrywa. Chce więc wygrać w ostatniej chyba domenie, w której ma przewagę – w militarnej sile. Stąd to miotanie się po globusie.

Ale najbardziej zaskakujące jest to drugie – zawrócenie świata znad przepaści nastąpiło pod sztandarem nowej religijnej herezji. Nie tylko dlatego, że świat odkrył chrześcijański syjonizm, który do tej pory zdawał się – głównie katolikom! – czymś niemożliwym, a więc nikt nie patrzył w tamtą stronę. Jest nie tylko tak, gdyż do tej ugruntowanej okazało się parareligii mamy jeszcze dodatkowo wątki demoniczno-kuriozalne. Oto dochodzi do podnoszenia Trumpa i jego środowiska do jakiejś formy świętego posłannictwa. Grupa pastorów, którzy namaścili POTUSa swoją energią (a może jednak czerpią ją z niego, jak to nowi apostołowie) wyglądała mi najpierw na głupi żart wspomagany sztuczną inteligencją. Ale okazało się to prawdą, tak jak później Trump udrapowany na festynowego Jezusa. Ale mamy tu do czynienia z czymś więcej niż kuriozum.
Marsjanie czy Mesjasze?
Otóż ta grupa uważa się za Mesjaszy czasów ostatecznych. Albo je poprzedzających, albo – co jeszcze dziwniejsze – mających zapobiec końcowi świata. A mamy pewne ugruntowane doświadczenia z takich przypadków. To jest jak z sanitarystami z czasów kowidowej pandemii, którzy przestrzegali przed końcem świata, totalną zagładą. Jak się ma taką postawę, to wręcz – co było widać i słychać – oczekuje się takowej zagłady, gdyż prorok nie chce się mylić. A w rezultacie – prokuruje się zagładę, nie tylko mówiąc o niej, ale będąc u steru procesów globalnych wręcz nią zarządza – taka postawa prowadzi do samospełniającej się przepowiedni, kiedy kontroluje się i kierunek, i tempo pokazywania się nowych faktów uzasadniających starą przepowiednię zagłady.
Tak samo mamy i teraz – jak się jest zwiastunem czasów ostatecznych, to się te czasy prokuruje. Dąży się do stwarzania momentów granicznych, które potwierdzają złą nowinę, inaczej fałszywi prorocy byliby wygonieni z tego festynu. Jest to możliwe tylko wtedy, kiedy takie grona mają dostęp do nieograniczonej władzy, a okazało się, że takie coś zalęgło się w Białym Domu. Ten trend wzmacnia jedna z mniej ciekawych cech demokracji – po wyborach zwycięzca może sobie dość bezkarnie pohulać. Taki Trump – przecież na niego są wkurzeni nawet ludzie z rdzenia kręgu MAGA, której idei ostatnie posunięcia PATUSa kompletnie przeczą. Czyli można zdobyć władzę pod jednymi sztandarami, zaś po wyborach, czy to nagle, czy stopniowo, pochować je i zamienić na nowe. Wszystko bezkarnie. Trumpa można złożyć ze stanowiska na dwa sposoby – albo przez impeachment polityczny, albo mentalny. W tym pierwszym wypadku wymaga to mozolnego nanizywania koalicji w Kongresie i Senacie, w tym drugim – na tzw. wariata – zgody jego najbliższego politycznego otoczenia. Oba więc scenariusze są mocno wątpliwe w sensie operacyjnym.

Pech polega na tym, że z powrotu do rewolucji zdrowego rozsądku została już tylko rewolucja w sposób kompletny sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Oczekiwana zmiana przyszła w przebraniu herezji religijnej, w dodatku o demonicznym charakterze. Czyli nadzieje na normalność zostały złożone – okazuje się – w ręce nawiedzonych heretyków. Pragmatyzm pożądanych działań zamieniono na jakiś chory mistycyzm, który jest odwrotnością zdrowego rozsądku, w dodatku pcha nas – znowu ręką ludzką, nie boską – w czasy ostateczne.
Pytanie tylko czy oni to robią na poważnie, czy ta cała otoczka quasi-religijna to tylko opium dla mas mające uzasadnić misję co do swej istoty samobójczą dla (zachodniej) cywilizacji, a może i całego świata? Są na to dwie możliwe odpowiedzi. Jedna mówi o totalnie manipulatywnych celach takich działań. Po prostu przy władzy kręcą się fałszywi prorocy, Rasputiny nowych czasów, którzy przenoszą całkiem prozaiczny merkantylizm cyfrowych oligarchów w rejony udawanej transcendencji, po to, by zwieść lud. Są zapewne tacy, bo tacy zawsze się kręcą przy pozornych, czy też przejmowanych rewolucjach. Drugi wariant to ci, którzy naprawdę w to wierzą. I okazuje się, że tu mamy dwie podgrupy – lud uwiedziony tą ideą, głównie z grona syjonistów chrześcijańskich, dla których to obecne przesłanie polityczne jest idealnie kompatybilne z ich wiarą. Ale najgorsza jest ta podrgupa druga – szaleni decydenci. Wydaje się bowiem, że tam na górce Białego Domu są tacy, co w to wierzą naprawdę. I oni zdają się najbardziej niebezpieczni, gdyż ich odjazdy nie są tylko ich domową sprawą – wysposażeni we władzę mogą narobić wiele szkód, gdyż będą swe działania (i pomyłki) uzasadniali racją wyższą, w dodatku znajdującą się w ich ręku.
Herezje rządzących pryków
Szykuje się więc niezły bałagan. Ale tak to jest, kiedy system politycznego doboru degeneruje się i wcale nie najlepsze jednostki wypływają na wierzch fali elit. Raczej elity formują się w procesie rywalizacji kto najlepiej namiesza w głowie demosowi, by ten wybrał tę lub inną frakcję. A nie są to kompetencje państwowotwórcze. Rządzą więc narracje, zaś rzeczywiste działania, jeśli są w otoczce herezji mistycznej, są już prawdziwie odrealnione, w metodach, celach, ale nie skutkach skutkach.
Bez tego fałszywego mistycyzmu wszystko byłoby na golasa widoczne. Amerykanie na pasku Izraela, czy to z powodu postholokaustowego resentymentu, czy z powodu taśm ze znanej wyspy, ego PATUSa rozdęte do rozmiarów gargantuicznej pychy, interesy lobby militarno-surowcowego, imperialne zapędy byłego policjanta świata, który na emeryturze swej potęgi chce przed pójściem na nią jeszcze ustawić parę spraw „na dzielni”. Źle to się opowiada, prawda? A z tą boską misją to jakoś brzmi. Ale dla nas to tylko taka różnica, że jeśli się to kiedyś pozytywnie skończy, to tak tylko, że główni aktorzy tej hucpy nie wylądują w więzieniu, ale w psychuszce. Słaba to satysfakcja, bo szkody będą przeogromne i w pewnych aspektach nie do odwrócenia.
Putin chce odbudować w Moskwie „trzeci Rzym”, Netanjahu zrealizować obietnicę Wielkiego Izraela od rzeki do rzeki, tym razem z trzecią świątynią w Jerozolimie, Trump czuje się Mesjaszem czasów ostatecznych, na najbardziej przytomnego wygląda chyba tylko Chińczyk. Chiny, Państwo Środka, nie chcą być wszędzie i rządzić światem – chcą być, jako się rzekło, „w środku”. Nie trzeba bowiem być wszędzie, by wszystko kręciło się wokół ciebie. Wystarczy być w środku.

I trzeba sobie zadać ponownie to pytanie: czy ci wymienieni wodzowie wierzą w swe posłannictwo, czy tylko tak gadają? Do ludu, by uzasadnić wyższymi argumentami swoje prozaiczne strategie – więcej ziemi, ludów podbitych, danin z prowincji i kolonii. A może to wodzowie w to wierzą, a więc widzą siebie jako posłanników przyszłość, lub choćby takich, których władztwo ma zostać zapamiętane? Może więc chodzić o całkiem prozaiczne rzeczy – zapisanie się w historii, co następuje zazwyczaj wtedy, kiedy władztwo danego satrapy dotrze do swoich doczesnych granic.
Podobno, gdy przypadkiem mikrofony wyłapały całkiem prywatną rozmowę w cztery oczy na spacerze w Pekinie panów Xi i Putina, okazało się o czym tak naprawdę gadają panowie świata. Kamery świata pokazywały samotny spacer i konwersację obu panów, egzegeci geopolityki spekulowali na podstawie tego obrazka o czymże to panowie tam deliberują. O świecie, gospodarce, militariach, strefach wpływów? A przypadkiem okazało się o czym tam rozprawiali – o najnowszych technikach przedłużania sobie życia. No, podobno, jak człowiek uważa, że ma wszystko, to chce już być tylko nieśmiertelny. I to są być może jedyne już tylko dylematy rządzących.
Parwo naturalne do normalności
Jakie są dylematy moralne rządzonych, jeśli ci je w ogóle mają? Popatrzmy – z praw naturalnych pozamieniano wszystko. Przypatrzmy się trzem podstawowym – prawo do życia, prawo do poszukiwania szczęścia i prawo do własności. Prawo do życia kurczy się w tempie zastraszającym – mamy cywilizację śmierci, a właściwie samobójstwa (nie pierwszy przypadek w cywilizacji zachodniej), bujamy się od aborcji do eutanazji. Prawo do poszukiwania szczęścia zostało zmienione w całe ciągi wzbudzanych roszczeń, roszczeń od państwa, szybko zamienione w postulaty rozszerzania jego władzy. Wystarczyło tylko w pojęciu „prawo do poszukiwania szczęścia” wykreślić słowo „poszukiwania” i wszystko stało się jasne. Się należy szczęście, a właściwie i praca, i mieszkanie, i dochód podstawowy. Kto ma uszczęśliwiać? Państwo, a właściwie przy tych intencjach globalistycznych – internacjonalistyczny nadzorca, ale i dostarczyciel dóbr wszelakich, z tym, że wtedy skoro te dobra mają być dla wszystkich, to muszą mieć skromne rozmiary. A więc państwo ochoczo dostarcza – na razie zgrabnie połączyło postulat posiadania własności i prawa do szczęścia w idei: nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy. Ale pozostaje pytanie – jak ludzkość ma nie mieć niczego, to kto będzie miał wszystko?

To pech, że powrót do zdroworozsądkowej normalności przyszedł do nas w przebraniu otwarcie deklarowanej herezji, bo może zaprzepaścić nie tylko szanse, ale i nadzieje na zmianę. A może doszliśmy do takiego momentu, że każda zmiana musi być ludzkości uzasadniana racjami transcendentnymi? Nawet jeśli jest to herezja do kwadratu? Jesteśmy coraz bardziej pozbawieni rozsądku, coraz więcej polegamy na tresowanych, a więc do dowolnego wywoływania, emocjach. Zwierzęcejemy, z tą różnicą, że żadne zwierzę nie uwierzyłoby w boskie posłannictwo przewodnika stada. O kim to lepiej świadczy, o nas czy zwierzętach?
Jerzy Karwelis
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
