9.08. Nieśmiałe rozliczenia pandemii

0
FB_IMG_1785637937777

9 sierpnia, wpis nr 1420

Człowiek by się już ponudził, a tu czasy coraz ciekawsze. Nudzić się nie ma jak i kiedy. Codzienny tumult medialnych bębnów zagłusza śpiew ptaków, szmer strumienia czy oddech śpiącego dziecka. Koszmar. Coraz ciężej nam od tego uciec – telefon sam wskakuje do ręki, by po godzinnym amoku samemu ocknąć się z jeszcze większym mętlikiem w głowie. Każdy z nas jest z jakiegoś pokolenia, ma swoją ścieżkę, drogę, którą poprowadził go los w ciągłym mierzeniu się wolnej woli z przeznaczeniem. Ja mam kilka perspektyw: pamiętam jeszcze Gomułkę, potem Gierek to już moja dyskotekowa młodość, następnie karnawał Solidarności, przerwany stanowojennym przetrąceniem kręgosłupa jedności Polaków. Następnie różne fazy transformacji III RP, kolejne wojny, kryzysy, migracje – dowód na to, że koniec historii był de facto początkiem, nie historii, ale histerii.

Wspólnota doświadczeń

Mamy więc różne perspektywy i doświadczenia, ale jedno nas spaja – wspólne doświadczenie kowidowe. Bez względu na wiek, odejmując dzieci, ale te mnie nie słuchają, to było to dla nas wszystkich jedno z mocniejszych wydarzeń w życiu. Głównie z powodu doświadczenia przyspieszonej przemiany oblicza świata. Nigdy to tak szybko nie poszło. Pół roku i było po wszystkim. Świat pękł na postrachanych i denialistów. I rządzące tym wszystkim władze, splecione ze służalczymi mediami. Zasiane zostały wtedy wzrastające już dziś ziarna „nowej normalności”. Świat, a właściwie jego władcy, odebrali lekcję jak daleko można zajść ze społeczeństwem. I była to dla władców nauka kluczowa, gdyż wyszło, że można praktycznie wszystko. Że sterując strachem – wtedy przed pandemią, dziś przed wojną – mogą zaprowadzić stado ludzkości gdzie się chce. Wystarczy, by społeczność wzięła wilki za pasterzy.

Dziś mijają od pandemii kolejne lata i – jak to zwykle po historycznych traumach – wykształciła się większościowa grupa, centrum pomiędzy ówczesnym zaangażowaniem zamordyzmu, a oporem. Mamy bowiem dziś „w temacie” pandemicznym trzy grupy: zawziętych sanitarystów, którzy pod dowolną lampą dowodów nie wyrzekną się dziś już skompromitowanych aksjomatów kowidowych: tych maseczek, distansignu, lockdownów, a zwłaszcza terroru szczepiennego, którymi z chęcią obdarzali innych, dla ich rzecz jasna własnego dobra. Dla nich była to lekcja kontynuowana i dzisiaj – trzeba bronić nieświadomych nawet przed nimi samymi, czy to wydając maseczkowe nakazy, czy to – jak dziś –  wciskając nas w maszynkę do mięsa „naszej wojny”. Dziś ta grupa funkcjonuje na tej samej co w przypadku kowida, petardzie: są oni najmądrzejsi, zapatrzeni w autorytety, które suflują kolejne wersje swej „nałuki”, ale jednocześnie oddają się posłannictwu ratowania głąbów, którzy kiedyś mieli nam sprowadzić na głowę śmiertelnego wirusa, dziś już – krwiożerczego Putina. Wszystko jest takie samo – to owieczki, które każą iść innym za pasterzami, o których wiedzą, że nimi nie są, bo w razie nieposłuszeństwa wołają przewodników do wykonania roli wilków, o czym wiedzą wszyscy, oprócz… większości.

Drugie ekstremum – to denialiści. To ta sama grupa, której na ramieniu zawsze siedzi diabełek wątpliwości i szepcze do ucha, by sprawdzać. I coraz częściej wychodzi, że warto sprawdzać. Ale to smutna konstatacja, gdyż jest się wtedy samotnym – prawdziwej wersji świata, odsłaniającej się w przebłyskach konfrontacji z faktami, nie da się odzobaczyć. I tacy później łażą po świecie, widząc tylko same dekoracje. Ale temu diabełkowi towarzyszy zawsze anioł – anioł cierpliwości. Tłumaczenie tej pierwszej grupie, kiedyś sanitarystów, dziś podżegaczy wojennych, z jej powtarzalnymi bo wgranymi opiniami (bo trudno to nazwać poglądami), to nudne spieranie się ze zgraną płytą. Musisz wysłuchać tych zaciętych melodii, słyszanych setki razy gdzie indziej, wyśpiewywanych z wypiekami rewelacyjnych odkryć na przejętej twarzy. I tak tu sobie żyjemy.

Wieczna większość

A pomiędzy nami – większość. Można rzec – konformiści. Ale to nie tu jest sedno. Pandemia był to czas mocnej próby, nagłego postawienia wszystkiego na ostrzu noża: tak-tak, nie-nie. Nigdy świat tak tego nie stawiał, tak nagle i wszechobecnie. Zawsze to było jakoś rozłożone, rozproszone. A tu nagle – zakaz wychodzenia z domu i klops. Potem już poszło z górki: lawina zakazów – wchodziło to jak rozgrzany nóż manipulacji w mięknące społeczne masło wgrywanej paniki. Był to okres próby, którą bez skazy przeszli tylko ci o wręcz epickich dozach determinacji. Dlatego większość to konformiści – każdy z nas (sorki, większość) w jakimiś stopniu poszedł wtedy na kompromis, gdzieś się ugiął. I dlatego teraz nie chce do tego wracać. Bo popatrzcie – największa planetarna trauma, która dotyczyła miliardów ludzi poszła w zapomnienie ciągu 2 lat. Właśnie dlatego, że człowiek nie chce wracać do czasów, kiedy – według siebie – nie za bardzo się spisał. I – uwaga!, jeśli „po drodze” ktoś z naszych bliskich (a było tego ze 200.000 ludzi) zmarł w czasie pandemii, to mamy dwa wyjścia: pierwsze, dostarczające zasilania do grupy ultrasów, że to właśnie śmiertelny wirus ich zabił i drugie wyjście: zapomnieć o wszystkim, bo inaczej trzeba by było stanąć przed lustrem, które co rano mówi, że trzeba było coś zrobić, a człowiek oddał swoich bliskich w tryby rozregulowanej machiny, zwanej szyderczo ochroną zdrowia. Dlatego większość o tym nie tylko milczy, ale wyrzuca ze swej świadomości jeden z ważniejszych swych momentów formacyjnych. Zamiast wyciągnąć z niego wnioski na całe życie, taką ważną naukę pokrywa się niepamięcią, gdyż wspomnienia mogą nas doprowadzić nie tylko do dyskomfortu, ale i do koniecznych korekt naszych postaw na całe życie. Tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono. A kowid sprawdził wszystkich, czy im się to podobało, czy nie.

Pamiętacie jak denialiści coś wtedy wspominali, że nadejdzie dzień Norymbergi 2.0 i triumf sanitarystycznej pogardy znajdzie swój niechlubny koniec na sali sądowej światowego trybunału? Byłem raczej sceptyczny wobec takiego scenariusza. Raczej uznawałem to jako marzenie pobitych o przyszłym odroczonym na świętego Nigdy zwycięstwie sprawiedliwości. Nic z tego – wszędzie cicho, a u nas to już jak makiem zasiał. Politycy nie chcą do tego wracać, bo wszystkie (prawie) ekipy się tu umoczyły. Media – to samo. Kościół… oooo, szkoda gadać. Teraz okazało się, że nikt nic nie wie, nikt nie podejmował właściwie żadnych decyzji, trzeba było aż rozpadu PiS, byśmy w ramach wewnętrznych kłótni zajrzeli do tego gara, który przygotował nam ten pasztet, by się dowiedzieć, że… nie ma winnych. Losy tysięcy przedsiębiorstw, żywot setek tysięcy ludzi, setki miliardów wyrzuconych na jakieś tarcze przed samym sobą, zdrowie psychiczne młodych pokoleń – wszystko wisi w próżni. Nie ma winnych. Tak to jest: ty obywatelu się zapomnisz z jednym kwitem i cię aparat dojedzie, ale wypatroszyć na lata kraj i naród to zdarzenie okazuje się, że jest bezkarne.

Marzenia o Norymberdze

Reiner Fullmich, adwokat, który zapoczątkował projekt Norymberga 2.0, czyli światowy proces nad władzami za poczynania kowidowe sczezł w więzieniu za sprzeniewierzenie środków ze zbiórki na taki proces. Wcześniej poodbijał się ze swymi pozwami od każdego rodzaju sądów na świecie. Okazało się, że im niżej w hierarchii występków i klas przestępczych tym system jest dokładniejszy. Im wyżej zaś – czyli im wyżej w poziomach władzy, zaś przestępstwo, choć administracyjne, acz przynoszące hekatomby ofiar – tym trudniej je osądzić. To jest nauka, która prowadzi do tego, że każdy system broni się przed… sprawiedliwością i nie ma się co dziwić, że przy takim układzie już tylko rewolucje, w formule trybunałów ludowych, mogą się na mocy swej przemocy domagać sprawiedliwości. System to wie i asekuruje się przed tym właśnie systemowo. Jedną z większych nauk, wypartych przez milczącą większość, jest to, że w sumie coraz mniej znaczymy jako obywatele. I niektórzy się z tym zgadzają, wszak trzeba rezygnować z rozpasania wolności w obliczu czy to pandemii, czy wojny. A tu obowiązuje jedna zasada: jeśli władza zobaczy, że społeczeństwo toleruje jej rosnący autorytaryzm z powodu sytuacji nadzwyczajnych, to będzie takie sytuacje prokurować i przedłużać. I tak mamy teraz z wojną, która zastąpiła w tej układance kowida.

Widząc światową powszechność podejścia władz na świecie do kowida wydawało mi się, że nigdy nie zobaczę macherów pandemicznych na ławie oskarżonych. Pomyliłem się i cieszę się z tego. Oto w USA Senat powołał wielką komisję, która pracowała ciężko i udało jej się nie tylko zidentyfikować i podważyć podstawowe filary sanitaryzmu, ale i znaleźć winnych. Oto przed komisją stanął niejaki Anthony Fauci, uosobienie – wtedy – wiedzy i decyzyjności w kwestii kowida, dziś – Czarny Lud winny wszystkiemu. Więcej się w trakcie komisji nie dowiedzieliśmy, bo Fauci odmawiał odpowiedzi nawet na pytanie jakiego koloru ma krawat. Ale dużo dowiedzieliśmy się z pytań, bo te wynikały z ponad 500-stornicowego raportu komisji. Praktycznie padło wszystko, co swym autorytetem (nie „państwo to ja”, ale „nauka to ja”, tak mówił o sobie Fauci) formował oskarżony. Właśnie, czy oskarżony? Fauci by poszedł za kraty w tempie marszowym. Ale nie, 25 stycznia 2025 roku, na godziny przed objęciem funkcji przez nowo wybranego prezydenta, Donalda Trumpa, ustępujący prezydent Biden ułaskawił Fauciego. A w USA taki akt jest praktycznie ostateczny, jednak wskazuje na priorytety systemu – ostatnia decyzja ustępującego układu, jedna więc z ważniejszych. I od razu widać gdzie są priorytety. Teraz Fauciemu niewiele można zrobić, chyba, że się go wsadzi za okłamywanie i brak szacunku (odmawiał 111 razy udzielenia odpowiedzi) wobec Senatu USA. A za to grozi do roku więzienia. Ułaskawienie Fauciego dotyczy tylko federalnego zakresu jego działalności, ale mogą go pozwać poszczególne stany. I ustawia się już kolejka, zaczyna Floryda.

Wchodzi Senat USA

Komisja w Senacie była to właściwie zabawa jednostronna. Tak, jako się rzekło – więcej dowiedzieliśmy się z pytań i braku odpowiedzi na nie. Ale urzekła mnie jedna wypowiedź senatora Bernie’go Moreno. Ten były potentat motoryzacyjny powiedział prosto w oczy Fauci’emu: Sześć lat temu zdecydowałem, że zostawię swoje biznesy, sprzedam je, wystartuję w wyborach i oto jestem. Siedzę naprzeciwko ciebie sześć lat później i pytam cię: za kogo ty się, k**wa, uważałeś, żeby robić to wszystko!? To, co zrobiłeś naszemu państwu, to całkowita hańba”. Tylko po to warto było nam czekać, by usłyszeć od kogoś ten poziom determinacji, który leczy nasze poczucie niemożności.

Jeden wątek komisji, oprócz wielu udowodnionych, wzbudził tylko moją wątpliwość. Komisja oskarża Fauciego, że organizował w chińskim niesławnym Wuhan proces tzw. Gain-of-Function, czyli uzłośliwiał istniejące wirusy, niby po to, by – uwaga! – przygotować się na nowe mutacje patogenów. Tworzył je niejako zawczasu, żeby co? No, żeby się przygotować. Z czym? Ano jak to z czym? Ze szczepionkami. A tu miał się taki jeden o numerku 19 wydostać z laboratorium i jak na filmie „Outbreak” z Dustinem Hoffmanem, zakazić cały świat. Taka wersja załatwia parę spraw: załatwia czas, miejsce i osobę. To się dobrze opowiada. Wszystko byłoby dobrze, procedury by zadziałały, ale wygrał indywidualny narcyzm i pęd do sławy (Fauci marzył, że w wyniku swych walk z pandemią otrzyma nagrodę Nobla z dziedziny medycyny) i zdarzyło się nieszczęście. Wirus był sztucznie uzłośliwiony, nie było lekarstw, procedur, wszyscy spanikowali i niech pierwszy rzucił strzykawką, który by nie przereagował dla dobra swoich narodów.

Tak jak mówiłem, nie wierzyłem w jakieś rozliczenia popandemiczne. Wymagałoby to zaangażowania na poziomie instytucji państwowych a tu i one, i same władze były wszędzie umoczone. A więc przypadek USA, że się za to wzięły, wygląda na jakiś fenomen. Zaraz wytłumaczę skąd to się bierze. Władza może zacząć udowadniać zbrodniczość swych działań tylko wtedy jak będzie mogła je zrzucić na kogoś, kto ją oszukał. I tak jest teraz – jest gościu, grzeszny w sprawie jak sto czartów, jest narracja, że łgał jak wszyscy diabli. Jest też superwirus, też sprokurowany przez Czarnego Luda, co uzasadnia nadreakcję władz, czyli… Trumpa, bo on wtedy był prezydentem. Można więc zrobić spektakl, zwłaszcza, że wiemy i że ego Trumpa nie dopuszcza, by ktoś go mógł bezkarnie oszukać. Mamy więc wszystko na miejscu – mała jednoosobowa amerykańska Norymberga, i jeszcze zły Biden, który uniewinnił piekłoszczyka, na dodatek. Ale nie tak szybko, panowie. Przynajmniej nie ze mną.

Dwie wersje przewrotne

Dobra, w wersji lajtowej – niech będzie, że tak było, a w takim razie jak działa system amerykański, że właściwie w hierarchii „pan Nikt” zakręcił nie tylko Trumpowi, administracji, państwu, mediom, ale i całemu ludowi w głowie. Na jakiej podstawie prawnej to się działo, jak teraz nie ma proceduralnie winnych? Decydenci tylko się słuchali, a gadał do nich gościu z pierwszych okładek magazynów, główny straszyciell narracji paniki. Gdzie zadziałało słynne amerykańskie checks and balances? Może to jest systemowy problem, który się ujawni (ujawnia?) nie tylko w czasie pandemii? A może jest wciąż z nami, czyli nimi?

Przecież u nas było to samo – 200.000 ludzi do piachu, 200 miliardów w błoto na tarcze i nie ma winnych? A co, po koronawirusie wszystko wróciło do normy i wszystkie zabezpieczenia działają? A jak? Jak przestały i nie wiadomo, kto to wyłączył, to jak zaczęły działać znowu (a zaczęły?) to jaka mocarna ręka o tym decyduje? A to ważne, bo w takim razie to ona rządzi, nie jakieś atrapy demokracji przedstawicielskiej? Ja bym to pociągnął, ale nawet (a może tym bardziej) w USA nie ma pogody na zaglądnie za demokratyczne dekoracje.

Tak, to jest wersja lajtowa, tak. Bo ta najbardziej porażająca jest taka, że nie było żadnego specjalnego superwirusa, nic tam nie wylazło z laboratorium w Wuhan, a jeśli już, to nie było to nic ponad sezonową grypę, jakiej odmiany okrążają świat dwa razy do roku. W swoim Dzienniku Zarazy pokazałem szereg badań, które dowodzą, że ludzie umierali, tak, ale nie w wyniku patogenu, ale decyzji administracyjnych rozregulowujących służbę zdrowia, braku dostępu do istniejących leków, by zrobić drogę do przyspieszonego wejścia szczepionek, triażowania na wejściu do systemu ochrony zdrowia, teleporad ukrywających przenoszone zapalenia płuc i wreszcie nieodgadnionego zakresu niepożądanych odczynów poszczepiennych, które doprowadziły do wysypu choróbsk o nieznanej dotąd dynamice i zaciągnięcia pokoleniowego długu zdrowotnego.

I dlatego, że władze chcą jednocześnie ujawnić kulisy amerykańskiej pandemii, muszą się pilnować, żeby nie zajść za daleko, bo wtedy same się doprowadzą na ławę oskarżonych. A w obecnym formacie wszystko jest prostsze – jest jeden winny, w dodatku producent superwisua, który to wirus wszystkich zaskoczył, zaś odpowiedzialnych zaszokował. Tak Trumpy to sobie ułożyły: przecież rudowłosy prezydent nie sprowadziłby na siebie kary własnymi działaniami dochodzenia do prawdy. I tylko dlatego, że znalazł wspomniane półśrodki – możemy się dowiedzieć kawałka prawdy.

To meczące sumienie…

I tak przeżyliśmy w tempie katalitycznym traumę formacyjnej zmiany świata. Każdy z nas. I każdy z nas może się do tego jakoś odnieść. Najczęstsze jest wyparcie i ja to rozumiem. Ale jest to wyparcie smutnej prawdy, że można zrobić z nami wszystko, a na końcu nie czeka żaden sąd, tym bardziej żadna sprawiedliwość. Na końcu nie ma winnych, nie ma tematu. Wszyscy mamy się bujać w rytm kołysanki, śniąc sen błogi o bezpieczeństwie, od czasu do czasu przerywany koszmarami z tego źródła niepotrzebnych trosk atawizmów moralnych – z sumienia.

Jerzy Karwelis                    

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *