17.05. Proste sterowanie światem
17 maja, wpis nr 1408
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Ostatnio uczestniczyłem w ciekawej dyskusji naukowej, zahaczającej o cybernetykę, czyli teorię sterowania i to w kontekście globalnego zarządzania procesami politycznymi, czy wręcz geopolitycznymi. Zaczęliśmy się zastanawiać jak to jest, że tak skomplikowanymi zagadnieniami jak polityka, geopolityka, finanse, gospodarka, migracja czy informacja można w ogóle zarządzać i to w kilku skalach – od globalnej do ściśle lokalnej. Pojawiły się koncepcje, że to trudne i złożone, a więc ciężko utrzymać kontrolę nad… samą kontrolą i dzieje się to zapewne spontaniczne, w samoregulacji wielu systemów i interesariuszy. Tropienie reguł tego działania jest więc zajęciem żmudnym, skazanym jedynie na cząstkową wiedzę.
Mnie zaciekawiła inna koncepcja – że to jednak prostsze. Że wieloma takimi procesami można zarządzać za pomocą ledwie kilku gałek i przycisków. Trzeba je tylko zidentyfikować i posiąść. Wygląda to na spiskowe podejście, ale – tu chciałem zaznaczyć wyraźnie, że – świat daje nam coraz więcej dowodów na co najmniej chęć kumulacji zarządzania światem w jednym centrum, co pokazało się chociażby na przykładzie fascynacji Zachodu podobnymi koncepcjami w wykonaniu pisarza Harrariego. Jego książkowe przepowiednie, ba – postulaty, zaludniły półki cywilizowanych ludzi, wyglądających we mgle nowej normalności drogowskazu na przyszłość. Konstatacja o konieczności jednego zarządu świata była wtedy uzasadniana potrzebami wynikającymi ze światowych i uniwersalnych procesów pandemicznych. Jako korzyść wskazywano tu synergię marnowaną na różne i niespójne szarpaniny poszczególnych państw. Nowy świat miał się zacząć od światowego ministerstwa zdrowia, co wcale – patrząc na traktaty pandemiczne ONZ i WHO – nie zeszło z agendy. Zeszło tylko z ekranów. Tak to się więc będzie robić ze wszystkim – osmatycznie, małym drukiem, bez bicia w dzwony.

Skoro więc mamy takie zapędy, to pora – idąc tropem szukania takich gałek i przycisków – próbować znaleźć uniwersalne i wszechobecne narzędzia wpływu na losy świata. Aby je namierzyć trzeba najpierw ustalić jakie muszą mieć one cechy, by tak zafunkcjonowały. Po pierwsze – musi to być coś, co jest wszędzie. Po drugie – ma to być coś, co można kontrolować, no może nie z jednego miejsca, ale na pewno nie przy rozproszonym zarządzaniu. Po trzecie – musi to mieć aspekt nieuchronności, nikt nie może się przed działaniem takiego czynnika uchronić. Po czwarte – ten uniwersalizm ma mieć wielowarstwowy charakter – działać i globalnie, i lokalnie. Kolejny aspekt – musi się wymykać kontroli ze strony obiektów podlegającym takiemu czynnikowi, co oznacza – w demokracji zachodniej szczególnie -, że suweren nie ma narzędzi do oddziaływania na taki czynnik, nawet nie jest świadomy nie tyle jego istnienia, ale uniwersalnego i wszechobecnego oddziaływania takiego czynnika na jego życie i otoczenie. No i musi istnieć jakieś ciało, które jest świadome istnienia tego czynnika i jego uwarunkowań, mające wpływ na jego używanie. Jakieś centrum (centra?) nim zarządzające.
Pieniądz globalny
Pierwszy czynnik spełniające te założenia jest pieniądz. Jest wszędzie, ktoś emituje jego podaż, wszyscy mu podlegają, z małym wpływem na skutki i kierunki jego używania. W dodatku przy pieniądzu fiducjalnym, a zwłaszcza przy jego digitalizacji zarządzanie pieniądzem się centralizuje. Biedny lud jedynie się może na to popatrzeć, łapiąc tylko talerze spadające ze stołu kolejnych kryzysów. Wszyscy są pozadłużani, pytanie tylko – u kogo? Gdzie jest ten beneficjant tych wszystkich pożyczek, obligacji? W dodatku temu trendowi pieniężnej wirtualizacji towarzyszy przenoszenie się tej magii pozorów na gospodarkę. Od kiedy do PKB wlicza się wartość instrumentów spekulacyjnych gospodarek wielu państw, z daleka wygląda to przyzwoicie, ale w środku nic tam nie ma. PKB takich Chin, oparty bardziej na gospodarce wytwórczej, liczony w dowolnej walucie jest o rzędy wyższy – choć nominalnie podobny – niż PKB takich Stanów, gdzie te wartości polegają np. na wliczaniu wartości różnych instrumentach finansowych, których charakter coraz częściej przyjmuje formy zakładów wzajemnych. To tak, jakby wartość PKB podłączyć do kasyna i cieszyć się, że obrót jest, choć polega na tym że jeden się z drugim o coś założył.
Ostatnio jesteśmy świadkami używania instrumentów zadłużania całych państw, do osiągnięcia celów politycznych. Projekty takie jak KPO czy SAFE dowodzą, że choćby taka Unia, by dojść do wymarzonego państwa federalnego musi znacząco osłabić państwa członkowskie, by te zbankrutowawszy poddały się dyktatowi, najpierw jakichś „trójek” a la Grecja, potem bankowi centralnemu Europy, by zrezygnować ze swej całkowitej suwerenności. A że robi się to strachem, owym reductio ad Putinum, to tylko narzędziowe szczegóły. Pieniądz jak widać to broń potężna – i globalnie, i lokalnie, zaś biada tym, co tego nie widzą, tym bardziej jeśli są to politycy wręcz szydzący z procederu oddawania w niewolę całych pokoleń, wraz z państwami staczającymi się do form kolonii.

Pieniądz jest potężną gałką, którą można sterować światem. Do tej pory w globalnej wymianie beneficjentem tej „gałki” były USA, zarządzały dostępem do dolara, karały za odstępstwo od niego i nagradzały za walutowa podległość, zawsze zaś brały prowizję. Pieniądz był więc globalnym instrumentem globalnej polityki. Teraz, kiedy sytuacja waluty świata się zmienia, wcale nie będzie od tego zaraz lepiej, po prostu – pojawią się nowe waluty w światowym kantorze wymiany. Do tej pory USA walczyły zażarcie akurat o ten swój światowy monopol, teraz, kiedy nie mają na to siły zacznie się spore zamieszanie. Ale to aspekty globalistyczne, a obiecaliśmy sobie, że przyjrzymy się obecności tego czynnika na poziomie lokalnym, a nie ma lepszego przykładu jak nasz, polski.
Gałka pieniądza lokalnego
Polska jako tako trzymała do tej pory w III RP swoje finanse pod kontrolą. Mieliśmy (i mamy!) to w konstytucji, zadłużanie kraju było jakoś kiełznane, ale rosło. Była to jedyna ponadplemienna duma Polaków – patrzyliśmy się na deficyty i miotanie się w ich pokryciu w wykonaniu innych państw, trochę tak z wyższością. Nasz PKB, choć mniejszy – wtedy – od Zachodu wydawał się jakoś bezpieczniejszy, mógł służyć rozwojowi, nie spłacie rolowanych długów. I to był jakiś konsensus, bez względu na rządzące plemię. Jednak to się skończyło – zaczęto chwiać finansami, raz z powodu typowego dla demokracji przekupywania elektoratu jego własnymi pieniędzmi, dwa – poprzez spełnianie różnych obrywów na rzecz możnych grup wpływów. Do tego doszła antyrozwojowa polityka, zwłaszcza Tuska, w interesie niemieckim, która czopowała praktycznie wszystkie kierunki rozwoju Polski, jako konkurenta gospodarczego Berlina w naszym regionie.

Aby nas podporządkować wystarczy nas tylko trwale zadłużyć. Na dużo i na długo. I z tego lejka nie wyjdziemy. Poziom deficytu i jednoczesnego zadłużenia, które wcale nie idzie na inwestycje, które mogą ten deficyt zdusić w przyszłości, jest już w rozmiarach sugerujących premedytację. To jest ta gałka, którą można sterować Polską, nie trzeba się rozdrabniać na polityki, ministerstwa, programy i interesariuszy. Po prostu nie ma krwi w krwioobiegu i siada wszystko, nawet najbardziej zdrowe organy. Bez chirurgii, podtruwania, inwazyjnych metod. Pacjent usycha, nawet nie kojarząc swego stanu, a tym bardziej jego źródeł. Wypłaty jeszcze są, jakoś się kręci, inflacja jest chowana, zaś kto się tam będzie martwił o to, że przyszłe pokolenia będą to spłacały, nawet nasze wnuki, jak z pożyczką SAFE? Ale rachunki już przychodzą, są tylko odwlekane w rytmie zbliżających się wyborów.
Destrukcyjna premedytacja
Uważam taką politykę zadłużania Polski przez „jej” władze za działalność wprost agenturalną. Dowód jest prosty – to jest na rękę wyłącznie Niemcom, nie nam. Wiele razy wymieniany SAFE jest tego znakomitym przykładem. Cieszymy się – uwaga! – że jesteśmy największym beneficjentem ZADŁUZENIA się w grupie państw, do której Niemcy nie przystąpiły. A więc co mamy? Konsorcjum finansowe zmontowane przez Niemcy unijnymi rękoma, by kraje w nim uczestniczące zadłużyły się na ratowanie upadającego przemysłu niemieckiego. Po co więc Berlin ma w tym wszystkim uczestniczyć jako kredytobiorca? Niech zadłużają się inni, byleby tylko wydali to u nas. A to się da zorganizować – szkołę „zawracania” takich pieniędzy na Zachód ćwiczy Unia od samego początku. Z funduszy unijnych, według badań profesora Günthera Oettingera, byłego komisarza UE, z unijnych pieniędzy przechodzących przez Polskę jak woda przez gęś, na jedno euro dla Polski do Niemiec wraca 85 centów. Czyniono to za pomocą funduszy spójności, teraz, kiedy te zostają wycofywane – mimo tej marży widocznie za dobrze poszło „uspójnianym” kraikom – ten mechanizm przerzucany jest na inne projekty, stymulowane strachem: po pandemicznym przewale pt. KPO przyszła pora na SAFE, popędzany panikowaniem przed Putinem.

Jak wygląda ta polska gałka, za pomocą której można regulować wszystko? Pieniądze nie tylko ukierunkowują rozwój, ale mają wpływ na jego tempo, łącznie z kompletnym rozwojowym stuporem. A my – na kartkach oficjalnych niemieckich strategii – nie mamy być od rozwoju. Nasza rola? Tania produkcja, zasoby siły roboczej, ale i militarnej. Geopolityczne: ludzki, przestrzenny i geograficzny bufor militarnego obszaru pomiędzy Rosją i Niemcami, od kiedy ci ostatni nauczyli się po drugiej wojnie światowej, że taki zderzak jednak się przydaje. Taka nasza rola. Jak to uzyskać? Ano przez antyrozwojową gałkę finansową. Ma nią kręcić namaszczony sternik, namaszczony przez armatora, nie przez załogantów przecież. I tak kręci jak mu każą, a że załoga, a właściwie jej część jest super z tego zadowolona, co możliwe jest tylko dlatego, że wygląda ona za burtę wyłącznie za pomocą medialnych peryskopów, które pokazują co one chcą, zaś wątpliwości są zagłuszane stymulowaną walką miedzy grupami załogi, które zajmują się tylko kłótnią która to z nich prowadzi na mielizny. A tak naprawdę – który sternik będzie stał za kołem z tą samą fałszywą mapą, tyle, że z kompasem dostarczonym przez innego armatora.
Zatrważa prostota tego mechanizmu, która jest możliwa tylko z powodu fatalnego zbiegu słabości polskich, pożal się Boże elit, i zdurnienia suwerena. Ale wszystko się zaczyna jednak od elit, u których, jak to mówił mój faworyt od przekręcania przysłów w prorocze bon moty, „ryba psuje się od góry”. Ale skąd się te elity biorą? Ano z zaprojektowania systemu ich wyłaniania. Nie zaprojektował tego przecież suweren, bo ten tylko oklaskiwał swoich wybrańców, a nie siedział w pokoikach Magdalenki, gdzie tak naprawdę rodziła się III RP. In vitro, poza organizmem narodu. A więc powstał układ, pilnowany przez elitę kompradorów, system kompletnej zewnątrzsterowności, w której za pomocą monopolu dostępu do gałki finansowej można zadusić potencjał Polski, konkurenta Niemiec. Jedna gałka – a ile wielowektorowych konsekwencji…
Gałka energetyczna
Drugą gałką, którą można wysterować świat i Polskę jest energia. Jej ceny, ale i dostępność. Wszystkie apokaliptyczne filmy typu Mad Max były o światowej walce o dostęp do energii. Było to zawsze w fabułach po apokalipsie, w rzeczywistości mamy dziś tylko jedną różnicę – jesteśmy przed Apokalipsą, ta raczej będzie wynikiem, niż warunkiem początkowym walki o dostęp do energii. Dziś światowa walka mocarstw ma duży kontekst energetyczny. Nowi pretendenci walczą nie tylko o wytwarzanie swej energii, ale o dostęp do niej na rynkach światowych. Ten, kto reguluje jej ilość, cenę czy jej dostępność staje się kolejnym sternikiem nawy światowej, za pomocą jednego narzędzia.

Energia w Polsce ma też swój uniwersalny aspekt lokalny. No bo popatrzmy, jeżeli jesteśmy w opresji strategicznej chęci obniżania naszego potencjału przez Niemcy, to kwestia naszej suwerenności energetycznej jest tu niebagatelna. I została ona sprowadzona do kompletnego uzależnienia zewnętrznego. A przecież śpimy na węglu. Dwie dodatkowe kopalnie węgla kamiennego w lubelskiem leczyłyby nasze problemy z surowcami energetycznymi. Osobna sprawa to nieodnawianie infrastruktury elektrowni odziedziczonej po okazuje się, że energetycznym zbawcy Polski – Gierku. Gałką energii tak kręcono, że znowu jesteśmy – całym życiem, całą gospodarką – uzależnieni od cudzych decyzji. Jest gałka? Jest sterowanie, ale nie w naszych rękach.
Głupota jako sterowanie
Trzecią gałką do sterowania jest kolejny czynnik uniwersalny, obecny wszędzie i… kontrolowalny. Jest nim głupota ludzka. Uważam, że czynnikiem roznoszenia tego wirusa, ale przede wszystkim stawia głupoty do twarzowania pozorom sprawczości suwerena jako czynnika systemowego – jest demokracja. Ta ma najbardziej zdegenerowane i manipulatywne mechanizmy windowania do quasi-elit sterowalnych, pożytecznych gamoni i drobnych cwaniaczków. Ci ostatni to najbardziej pożyteczny ludek warstwy przedstawicielskiej, myślą, że się dobrze umościli ze swymi interesikami i nie widzą, że ich obecność w systemie władzy jest możliwa tylko wtedy, kiedy ich łapówkarskie aspiracje służą do wywołania nieuświadomionej bierności w sprawach naprawdę ważnych, ale poza ich zasięgiem.
Demokracja u szczytów władzy osadza na całym świecie ludzi, którzy się podobają wyborcom. A dla nich kryterium kompetencji zarządzania państwem w ogóle, a już w konkretnym projekcie politycznym, nie jest żadnym punktem odniesienia. Wystarczy się nie tylko przyjrzeć wybrańcom, ale i motywacjom wyborców. Że wybraniec fajny, sympatyczny, mówi to co myślę (ale, gamonie, najpierw zbadał co chcecie usłyszeć i to wam mówi), a jak zmieni zdanie, to i ja z nim, bo „jemu widnieje”, poważam go, bo tam jest pewnie jakieś przesłanie. W końcu – wybieram go, bo tylko on dowali moim wrogom: kapitalistom, komunistom, białym, czarnym, Żydom, Arabom, Kaczorom czy Tuskom. A gdzież tu państwo?

O tym jak używać gałki zarządzania emocjami wyborców mamy już kilometry półek na każdym wydziale zarządzania i marketingu. Wiadomo, że łaska suwerena na medialnym koniu jeździ. Ale dlaczego do góry pchani są gamonie? No, bo elity obecne, przy zaczopowaniu wszelkich mechanizmów awansu z dołów, są już wyłącznie kooptacyjne. Brakuje krążenia elit, wymiany, świeżej krwi, a więc co mamy? Gnicie. Ale gnicie zazdrośnie strzeżone, by się jakiś nuworysz nie wpakował w szeregi. Ale trzeba jakoś zapełnić osobami tę machinę administracji zarządzania łuszczą. Kogo więc wziąć? Cwaniaczka albo głupola – ideałem jest połączenie: durny, najlepiej jeszcze pogrążony w pysze własnej wyjątkowości cwaniaczek. I wtedy wszystko jest jasne – żadnych buntów, co prawda stale obniżający się poziom tzw. usług publicznych, ale wicie-rozumicie – czasy trudne, Kaczory były jeszcze gorsze, mamy pana mandat w szatni i co pan nam zrobisz?
Gdybym chciał agenturalnie zarządzać takim krajem jak Polska, to nie tkałbym sieci agentów, tworzył struktur tajnych spotkań po lasach, szyfrów i skrzynek, łączników i haseł. To nie tylko łatwe do wykrycia, ale kompletnie nieefektywne – to tysiące gałek i przycisków. A wystarczy jedna – pchamy do góry głupków i cwaniaczków i oni bez jednego spotkania, bez świadomości, że są prowadzeni, wykonają wszystko co trzeba. A zwłaszcza to, że, jak ustaliliśmy, zadaniem jest chaos i zapaść państwa, a co jak nie niszczenie idzie Polakom najlepiej? Tu jesteśmy fachowcami na poziomie światowym. I tak, za pomocą tylko pewnej negatywnej do spodu filtracji jesteśmy w stanie, bez możliwości przyłapania, wykonać zadanie. Ale tylko negatywne i destrukcyjne, a innych niż takie „gałek” w Polsce nie widać. Te są bowiem nam podstawiane, zaś prawdziwe, patriotyczne gałki naszej suwerenności zostały przed nami schowane przez samomianowane elity III RP. I żeby je wydobyć, bo one istnieją – jeszcze – wystarczy tylko, by Polacy zechcieli chcieć. I dopóki nie widzą w sobie tej oczywistej siły, dopóki będą się zachwycać medialnie malowanymi cielcami swych kompleksów, to będziemy tak grzęznąć.
Pływanie
My jeszcze umiemy jakoś pływać, szczególnie ci, co się za komuny ratowali jakimś rozpaczliwcem. Byliśmy świadomi i wody, i głębokości, ale i sposobów jak się uratować. Nowe pokolenia, wyposażone w kredytowe betonowe koła ratunkowe i dziurawe tratwy – nie przetrwają. I to nas powinno popychać do nauki pływania wobec nowych pokoleń, zamiast oddawać je w przyszłą niewolę, zmontowaną za pomocą kilku gałek, w rękach naszych globalistycznych i geopolitycznych wrogów.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
