3.05. SAFE, czyli powtarzalny mechanizm
3 maja, wpis nr 1406
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Znowu mamy przemijające wrzutki. Nie tak dawno przetoczyła się sprawa SAFE i ucichła. Rzecz jasna sprawa jest odłożona na zaś, w okolice wyborów parlamentarnych, kiedy to obecnie rządzący, jak w słynnym roku 2023, tuż przed wyborami hipokrytycznie przypomną sobie, że ci straszni PiS-owcy mogli wziąć kasą dla Polaków, a nie wzięli i choć nie rządzą, to poprzez swojego prezydenta zablokowali środki ważne dla obronności Polski. To numer powtarzalny jak widać, to samo było z funduszem KPO w roku 2023 i jakoś te analogie nie wybrzmiały teraz, choć modus jest taki sam, idący z większym nawet natężeniem. Myślę, że rozważanie nad samymi analogiami nie miałoby sensu, świadomość tego, że chwyty są takie same nic nam nie daje. Ale kiedy bardziej się zastanowić nad istotą obu programów – KPO i SAFE – to wyjdą nam ciekawe rzeczy.
KPO, czyli Kto Pamięta Oczywistości?
Zacznijmy od KPO, bo wielu już zapomniało o co chodzi. W 2020 roku wybucha medialna pandemia kowidowa, świat staje w obliczu mnożonej codziennie grozy. Ważne są pierwsze momenty – nagle, pomijając bzdurność „objawów”, kraje zostają pozostawione same sobie. To ważne, bo w takich momentach wchodzą nieformalne zalecenia WHO, z których się ta organizacja obecnie skwapliwie wycofuje na pozycje, że wtedy tylko doradzała. Państwa, niby samodzielne w swych decyzjach, postępują bliźniaczo podobnie, tak jakby nie miały u siebie własnych służb i procedur sanitarnych.

Wszystko zaczyna się od początku. Nagle okazuje się, że takie ciała jak np. Unia Europejska są do niczego nie potrzebne, bo nie są w stanie zorganizować ani skoordynować jakiejś merytorycznej odpowiedzi w skali kontynentu. Ja pamiętam jak się w pandemii unioniści pierwszy raz zjechali – nie wiem czy była w ogóle jakaś agenda tego spotkania, eurokraci oraz europosłowie snuli się po sali obrad i jedyne na co było ich stać to były… oklaski dla dzielnych medyków all over Europe. Nic więcej. Zaczęto więc spekulować po co nam takie twory jak Unia, co to jak przychodzi co do czego to stają się bezradnym ciałem kosztującym nas i bez tego podatki i regulacje.
Ja tam już wtedy podejrzewałem, że ta pandemia to dęta sprawa jest, z dużą satysfakcją widziałem więc tę zbiorową konstatację kosztownej bezradności i myślałem, że to się tak skończy – że państwa wreszcie zaczną dbać o siebie, bez tego unijnego pośrednictwa, bałem się tylko, że scenariusze napisze im WHO. Nie doceniłem jednak przeciwnika: kiedy myśmy tu walczyli, z mniemaną, ale pandemią, cichutko ruszyły tryby unijne. Gdy odbywało się kontynentalne polowanie na maseczki i respiratory, ludzie się izolowali, firmy lockdownowały, zaś służba zdrowia popadała w jednoimienny stupor, w Unii nie próżnowano. Już przygotowywano dokumenty pod przyszłe regulacje, które skończyły się wspomnianym KPO, po to, by ustalić długofalowy kierunek już w lipcu roku 2020, kowidowego.
Czy tam się zajmowano kwestiami odporności, procedur, wsparcia finansowego poszczególnych państw? Nie. Tam Unia od razu, idąc śladem tropizmu finansowego, umościła się w węzłowych momentach redystrybucji środków publicznych. Chodziło najpierw o stworzenie funduszu na odbudowę po klęsce pandemicznej, głównie zresztą prokurowanej na własne życzenie – gospodarka poległa pod ciosami administracyjnych i kontrproduktywnych lockdownów, zaś zdrowie publiczne popadło w długotrwały – też na własne administracyjne życzenie – dług zdrowotny. Unia tutaj nie dawała żadnych dyrektyw, jeszcze wtedy sama się jakoś mitygowała, że jednak nie jest ci ona od procedur zdrowia publicznego. Ale od leczenia ich efektów – jak najbardziej. I tu się umościła – w emulacji sprzątania popandemicznej fałszywej histerii za publiczne pieniądze Europejczyków. Drugą kwestią była monetyzacja monopolu na zakup szczepionek.
Strach jako medialna osłona
Pod osłoną paniki kowidowej zrobiono numer, do którego Unia przygotowywała się od dawna. Niestety pomysł ten podpowiadał jej od samego początku nasz, wtedy wicepremier od gospodarki, ale już niedługo premier – Mateusz Morawiecki. Ten namawiał Unię do tego, by tzw. dochody własne (głównie składki) rozszerzyć o podatki, które Unia miałaby nakładać na państwa członkowskie, a z których wpływy miały zasilać różne unijne projekty. To podatki, do tego Unia dodała w czasie kowidowym drugi element: nie dość, że członkowie płacili do Unii nowe wymyślone specjalnie dla niej daniny, to Komisja Europejska dostała od państw członkowskich prawo do zaciągania pożyczek na rynkach, jakby pod zastaw tychże państw, także na realizację zaproponowanych przez Komisje – projektów.
Ten ruch uzasadniano wyjątkowością czasów popandemicznych i głębokością dna, z którego trzeba się było podnieść. Taka była narracja dla publiki – tej, która przecież codziennie widziała ofiary nie wirusa, ale reakcji nań w wykonaniu poszczególnych władz. Pompowano, zwłaszcza pod koniec pandemii, którą skończył… Putin, wersję, że może przesadziliśmy z reakcją w poszczególnych państwach, ale niech pierwszy rzuci strzykawką ten, który by tak nie zrobił. Szkody były więc jednocześnie konstatowane jako konieczne i nieuniknione oraz do pokrycia z kasy publicznej, bez niegodziwego poszukiwania winnych. To była wersja dla publiki.

W kręgu wewnętrznym globalnych decydentów odczytano pandemię jako dziejową szansę na przyspieszenie planów nowego ładu świata. Przypomnę – jesteśmy wtedy w fazie globalizmu pan-atlantyckiego, pandemiczna histeria obala Trumpa, wchodzi agenda czerwonego wokizmu, klimatyzmu, genderyzmu i podaje przez Atlantyk rękę podobnym trendom unijnym. Klamra przyspieszenia przemiany świata domyka się w otulinie pandemicznej histerii, która jak to z jednym z jeźdźców Apokalipsy, czyli jeźdźcem „Zaraza”, stawia ludzkość w medialnym kontekście czasów ostatecznych, a więc zwalnia z jakiejkolwiek odpowiedzialności przed zglajszachtowanym strachem suwerenem. Wtedy można robić wszystko. I Unia robi dwie rzeczy.
Unia jako państwo
Atrybut opodatkowania poddanych oraz zaciągania kredytów pod zastaw ich pokoleń to atrybuty państwa. A Unia chce być państwem, od lat męczy się z członkami co do tej idei, teraz ma okazję dokonać skoku na kasę, która zjednoczy zwaśnionych partnerów, tak jak małżonków spaja wspólnie wzięty kredyt na mieszkanie. Nie chcę tu ciągnąć wątku, że czyni Unia te ruchy federacyjne wyraźnie w intencji Niemiec, które chcą sobie zafundować za cenę cudzych finansów, i zaraz się okaże, że i bezpieczeństwa, IV Rzeszę, nazwaną Unią Europejską. Ten aspekt jest tu taktycznie pomijalny – mi chodzi o skupienie się na powtarzalnych mechanizmach, które zobaczymy w przypadku funduszu SAFE, kiedy wzmagana panika przesiądzie się z apokaliptycznego jeźdźca „Zaraza” na jeźdźca „Wojna”.
Co ciekawe Unia się wcale się nie kryje z otwartością swoich rzeczywistych intencji. W Polsce rzeczony program nazwano KPO (Krajowy Plan Odbudowy) i odzwierciedlał on bardziej naszą naiwność lub intencję oszukania narodu. Wychodziło z tego, że to fundusz porządny – mieliśmy pandemię, narobiło się szkód jak po wojnie, trzeba się odbudować. A więc Program Odbudowy. Figę, prawdę powiedziała Unia, nazywając program NextGenerationEU. Miał to być fundusz użyty do przemiany Europy, żadnych tam lizań ran po kowidzie – z niego miał się narodzić nowy wspaniały świat. Pandemia to był – rzeczony zresztą w wykonaniu Szwaba – Wielki Reset, skasowanie zapyziałego oprogramowania świata, by wgrać nowy, progresywny soft.

Na intencje wskazuje struktura tego funduszu – jego wydatki nie poszły na odtworzenie świata małych i średnich przedsiębiorstw, które głównie ucierpiały za kowida. Nic z tych rzeczy. Co ma bowiem z takim celem następująca struktura funduszu:
- badania naukowe i innowacje z wykorzystaniem programu „Horyzont Europa”
- sprawiedliwa transformacja klimatycznas i cyfrowa z wykorzystaniem Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji i programu „Cyfrowa Europa”
- gotowość, odbudowę i odporność na kryzysy, finansowane za pomocą Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności, rescEU i nowego Programu UE dla zdrowia
- modernizację realizowanych od dawna polityk, takich jak polityka spójności i wspólna polityka rolna, aby zmaksymalizować ich wkład w realizację priorytetów Unii
- przeciwdziałanie zmianie klimatu – na ten cel będzie się przeznaczać 30% europejskiego budżetu, więcej niż kiedykolwiek dotąd
- ochronę różnorodności biologicznej i równouprawnienie płci
Tak, widzicie Państwo – oto są efekty programu odbudowy po kowidzie. Kompletne rzeczy od czapy. Nawet dwa punkty w miarę sensowne – zwiększanie odporności poszły do piachu, co widać po rozpłynięciu się polityki odporności w projektach militarnych, zaś drugi obszar wart uznania – modernizację polityk spójności – właśnie zredukowano budżetowo.
Jak widać tu raczej chodzi o nowy świat: równy, w tym płciowo, klimatycznie „sprawiedliwie zrównoważony”, zdigitalizowany, a więc łatwiejszy do skontrolowania. Żadne tam polskie „odbudowy”. Komisja Europejska jednocześnie rości sobie prawo NA CO opodatkowani i obciążeni kredytami mogą wydawać te pieniądze. Nie są to już tylko ramy programu NextGenerationEU, ale konkretne decyzje akceptacyjne lub nie dla konkretnych projektów, gorzej, że państw, tu – traktowanych wedle politycznych kryteriów zgodności z progresywną agendą Brukseli.
KPO a la polacca
Warto się przyjrzeć jak to, oprócz zmyłki z nazwą, poszło w Polsce z tym KPO. Mamy więc czasy pandemiczne, Polska działa tu w strefie wysokiej stanów wzmożenia, sanitaryzm na poziomie średnim, wzbogacany lokalnymi hucpami. Naród dość oporny, około 50% niezaszczepionych, z tendencją po drugiej szczepionce do zera, a więc czynnik polityczny mitygujący sanitarnych harcowników. Jednak straty wynikające z pandemicznych decyzji władz zdecydowanie wysokie. Mamy strategię 2 x 200: 200 miliardów zł na tarcze, które w sumie miały chronić przedsiębiorców nie przed wirusem, ale przed decyzjami władz i 200.000 ponadnormatywnych zgonów niekowidowych. Wychodzi na to, że jest co odbudowywać.
W kraju trwa ostra walka polityczna, katalizowana dodatkowo przez pandemię. Niestety jest wyścig – kto się wykaże większym sanitaryzmem w obostrzeniach. Jedni popędzają drugich, zarzucając sobie krew na rękach. PiS jedzie tu pod dyktando eskalującej opozycji, w dodatku wchodzi włączony przez Unię, i zaakceptowany przez rząd Morawieckiego, aspekt warunkowości co do mglistej praworządności. I zaczyna się wskazywanie ludowi na leżące pieniądze w Brukseli, po które nie chce sięgnąć ubroczonymi we krwi pandemicznej rodaków – PiS. PiS się na to nabiera, nie korzysta z prawa weta wobec federacyjnych planów Komisji Europejskiej, ubranych w unijne podatki i kredyty. Była to niezła presja, że tu kowid, ludzie umierają, kasa gdzieś tam leży, wystarczy sięgnąć, wróg u bram, a tu się certolą. I pisowcy pękli.

Premier Morawiecki, co to miał nas bardziej ułożyć z Unią, przecież nie sam, ale za poduszczenia samego prezesa, zgadza się na wszystko w swej naiwności, że kwestia praworządności została mu obiecana – na gębę! – jako taka, która będzie dotyczyła tylko ewentualnych przewałów przy wydawaniu unijnej kasy. Kaczyński ma kłopot u siebie – przyjęcie KPO wymaga większości w Sejmie, ale na to nie chce mu się zgodzić Ziobro, a więc pomoc znajduje… na Lewicy. Tak, wtedy PiS musiał się podeprzeć Lewicą, by przyjąć KPO, tak bardzo nie chciała go, dziś program gloryfikująca, Platforma. Warto o tym pamiętać.
Jednak to nie koniec – opozycja donosi do Brukseli na niepraworządność PiS-u, na co chętnie przystaje Komisja Europejska. Fakt niedobrania się do pieniędzy na odbudowę po kowidzie mocno wyborczo obciąża PiS, a nie jest on delikatnie mówiąc – faworytem Brukseli. I znowu geniusze z PiS idą na ustępstwa – podpisują miażdżącą listę tzw. kamieni milowych, by dostać się do środków. Zobowiązania są straszne i daleko wychodzą poza zakres KPO, ale walka o upolitycznione pieniądze wymaga ofiar. Polska zobowiązuje się do przyspieszenia opodatkowania na rzecz Unii i wzmożenia działań obyczajowo-klimatycznych. A pieniądze… wcale nie popłynęły szerokim strumieniem. I, uwaga!, nie płyną do dziś, choć na fali tej obietnicy Tuski dostały się do władzy.
Wydanie resztek z KPO to już paranoja do kwadratu. Obszary jak już wymieniłem, były do kowidowej czapy, ale i tych nie dowieziono. Po pierwsze – wstrzymywanie na życzenie opozycji uruchomienie tych funduszy zrodziło skutki już nie do powstrzymania. Kupa forsy przepadłaby, a nawet i te – wykorzystane były na kompletne bzdury. Końcówka przyjęła już rozmiary karykaturalne – kupowanie jachtów i wyposażanie klubów swingersów to tylko piana na fali bzdur. Dotyczyło to tylko kilku procent z KPO, ale były to fundusze bezzwrotne i wyraźnie rozprowadzone wśród swoich. Tak skończyła się wspaniała przygoda z ratowaniem świata po pandemii. W świecie, który już dawno zapomniał po co był ten fundusz: wydatkowany lata po kowidzie nie mógłby pomóc w ratowaniu zagrożonych firm. Te albo przez ten czas padły, albo sobie bez niego poradziły. A tak z kasy z opodatkowania naszych plastików, z gwarantowania pożyczek na pokolenia zrobiono finansowanie kupy niepotrzebnych inwestycji klimatycznych, zaś sama końcówka i ostatnie procenciki rozeszły się po świecie bez żadnego efektu ekonomicznego, a zwłaszcza już bez żadnej korzyści dla gospodarczych ofiar administracyjnych decyzji pandemicznych.
KPO vs. SAFE. Analogie.
Warto tu pamiętać te wszystkie szczegóły, gdyż powtarzają się one i w przypadku SAFE. To nie jest analogia, to copy-paste. Mamy to samo: najpierw idzie wzmożenie narracyjne. Mamy sztafetę, gdzie pałeczkę wzmaganej medialnie paniki przekazuje się do ręki rozpędzającego się zawodnika „wojna”. Znowu czasy stają się ostateczne, zaś wirusa z zabawnymi przyssawkami, co to go nikt nie widział, zastępuje Putin. Tak jak wirus – w sposób nieodgadniony niebezpieczny. W dodatku antykowidowych foliarzy zastępują ruskie onuce, zwolennicy Putina, którzy w swych opłacanych rubelkami działaniach mających osłabiać kolektywny Zachód, zamieniają tylko temat z pandemicznego na pacyfistyczny. Wszystko na razie pasuje. A teraz trzeba zareagować. A jak? Tak samo. Trzeba stworzyć fundusz o kilku celach jawnych i kilku skrywanych.
Jawne cele – stworzenie funduszu, który ma za zadania nadrobić militarne zapóźnienie pacyfistycznej Europy, grzeszącej do tej pory flirtem z Rosją pt. business as usual. Ma to prowadzić do działań koordynujących między państwami, zrobić procurmentową grupę zakupową, kumulującą potencjał i synergizującą rozwiązania. Cele niejawne: dla Unii – kolejny atrybut państwa, tym razem w sferze militarnej, docelowo stworzenie armii europejskiej, za słabej na Rosję, ale w sam raz wystarczającej do trzymania Europejczyków za mordę. Znowu powtarza się mechanizm KPO – możecie pożyczać, ale na to, na co wam pozwolimy. Będziemy wydzielać kasę według własnych kryteriów, również ze sprawdzonym mechanizmem warunkowości. Przećwiczony z dobrym skutkiem na Polkach mechanizm praworządnej warunkowości nie dotyczy już tylko środków na militaria, ale jest ogólną zasadą dystrybucji wszystkich środków unijnych. I wcale nie jest ograniczony do prawidłowego wydawania środków unijnych – wprost przeciwnie: przykład Bułgarii, która rżenie Unię na środkach pomocowych pozostaje bez reakcji Brukseli, dopóki Sofia wypełnia unijną agendę polityczną.

SAFE jest także jak KPO narzędziem wzmacniającym Niemcy. Po ich przegranej wojnie w rywalizacji z Chinami, choćby w dziedzinie przemysłu maszynowego czy samochodowego, nie pozostaje Berlinowi nic innego niż pójść w militaria. Trzeba więc zadbać o przekierowanie strumienia nowych pożyczek unijnych do siebie i robi się to wybierając kryterium „europejskości” zamówień i rejestrując niemieckie spółki-słupy w innych krajach na zasadzie: follow the money. Wszystko więc się powtarza, ale powiecie, że może to się nie skończyć finansowaniem klubów swingersów czy jachtów. Można sobie jednak wyobrazić taki klub cały w moro, co uzasadnić może wydatki typu dual use, albo jachty w funkcji torpedowców, ale będzie chyba inaczej, co nie znaczy, że lepiej.
Białe nosorożce
Obawiam się bowiem, że ta kasa pójdzie po staremu. Na białe nosorożce. Jest to pojęcie ze strategii, które wskazuje na szkodliwość instalowania u siebie drogich i łatwych do utracenia rozwiązań – tu militarnych – które na niskimi poziomie spełniają swoje funkcje wojskowe, jednak przez swoje koszty angażują wielkie środki do ich obrony. Jest to taktyka kontrproduktywna w kategorii ekonomiki konfliktów wojennych. Wojna, nie tylko ta na Ukrainie, uczy czegoś innego. Czołg Abrams za ciężkie miliony na obecnej scenie wojny to nie przewaga. To problem, kiedy może go rozwalić dron za kilkanaście tysięcy dolarów. W dodatku w kwestii mobilności rażenia taki czołg jest gorszy od roju dronów, kosztuje zaś o niebo więcej. Trzeba go więc chronić. W dodatku takie białe nosorożce nie powstają po garażach, tak jak drony. Będziemy więc mieli duże i kosztowne fabryki, które – znowu – łatwo rozwalić choćby i jednym dronem. Znowu – będą białe nosorożce, tym razem w postaci przemysłowych sanktuariów. Do ciągłej obrony, z wielkimi kosztami w razie utraty.

Coś mi się widzi, że na to pójdzie nasza kasa. Na duże produkty, które nie będą miały sensu. Bezpieczeństwa od tego nie przybędzie, co najwyżej forsy w kieszeniach pośredników. A Ukraina nic nas tu nie uczy. Kraju w takim stopniu zoligarchizowanym dało się wytworzyć prywatny, i co najważniejsze, produkcyjnie rozproszony przemysł militarny. Za niewielkie pieniądze składający broń z czego się da, odporny na zakłócenia w łańcuchu dostaw. U nas to będą pewnie wielkie konsorcja, głównie giganci państwowi, z niesławną Polską Grupą Zbrojeniową, która nie chce mieć nic wspólnego z innowacyjnością sektora prywatnego, bo ten tylko wykazuje państwowy dinozaurowy bezruch.
Dwie prawdy
I znowu mamy dwie prawdy: prawdę czasu i prawdę ekranu. Na ekranie wszystko dla naszego dobra i bezpieczeństwa, w prawdzie czasu zaś kalkulacje, by z realnego bezpieczeństwa wykuć okowy dla realizacji swych ideologicznych mrzonek, na których zarobią korporacje, bez realnego wpływu na zmianę sytuacji. Z wielkiej chmury SAFE nie będą wynikać li tylko analogie do KPO. Będzie wynikał podobny efekt: może nie kluby swingersów, ale nic pomocnego dla naszej, tym razem militarnej, odporności. Znowu kasa pójdzie w niebo, wyłapywana przez spryciarzy z powietrza jak pieniądze z ETS. Znowu pojawią się zastępy polityków tłumaczących, że wszystko jest ok, tak miało być. Skoro tak, to dlaczego najlepiej przećwiczoną procedurą ewakuacji ludności jest ewakuacja via Okęcie polskich władz najwyższych? Ćwiczona praktycznie co roku…
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
