12.04. Dziennikarz, czyli zawód społecznego zadufania

0
okł media

12 kwietnia, wpis nr 1403

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Ja już nie mogę. Jest tyle burz w szklance wody, że już się szklanki mylą i gdyby każdą z nich postawić na półce w kuchni, to ta musiałby mieć z kilometr. Dlatego większość z nas zajmuje się pojedynczymi szklankami i nie widzi całego wielkiego szeregu, który już chyba oplótłby Ziemię. Ale są aż takie burze w szklance wody, że ta wychlapuje się i widać dno. Dno tego czym zajmują się polskie umysły popędzane przez media. Tym razem trafiamy na tzw. temat B2B, czyli nie będzie o tym czym media zajmują obywateli, tylko o tym, jak media zajmują się same sobą.

Ostatnio pan prezydent Nawrocki w czasie konferencji prasowej wyciągnął palec w kierunku dziennikarza i upomniał go, że ten nie słucha co się na konferencji mówi. Z takiego nic rozpętała się trwająca ponad tydzień histeria mediów (co jest jednym z tegorocznych rekordów trwania wrzutek medialnych) skierowana rzecz jasna przeciwko brutalnemu zachowaniu prezydenta, oraz broniąca ofiary bezpardonowego ataku – wskazanego paluszkiem dziennikarza, który okazało się, że jest tylko upostaciowieniem gnębionej i zagrożonej całej branży dziennikarskiej. Rzeczony dziennikarz zaczął być nie tylko symbolem tej brutalizacji, ale już się wyraźnie rozgrzał i zainicjował samoistnie jakieś własne inicjatywy, myląc falę, która go taktycznie wyniosła na tymczasową barykadę ze stałym trendem, na którego czele miałby stanąć. Zebrały się konwektykle samych dziennikarzy, zbiory płaczek pokazujących jak to – tylko prawicowcy i politycy, i ich media, nie mówiąc już o bezzębnych kibolach – atakują, stresują oraz, uwaga! biją i szarpią ich, jako pracowników widocznie znienawidzonych wolnych mediów. Skąd to się bierze, jak to z tymi dziennikarzami jest i co z tym dalej będzie? Skoro tak media zaczęły o sobie, to i ja spróbuję o mediach.

Jakoś tak się tak potoczyło w moim życiu, że sam jestem z mediów. Ani o tym nie marzyłem, ani tego nie chciałem, ale tak przebiegły wiry historii, że mnie w to wciągnęło i na długo kręciło. Przeszedłem całą drogę, jaką można przejść w mediach: od podziemnego radiowca stanu wojennego, poprzez naczelnego nielegalnych powielaczowych gazet, by w III RP wylądować w innej roli – organizatora i komercjalizatora znanych tytułów, od CHIP-a, Forbes’a, Newsweeka, aż po Rzeczpospolitą. Przy okazji uczestniczyłem w wielu instytucjach regulujących, a właściwie organizujących rynek wydawniczy oraz byłem obecny przy inicjowaniu przejścia mediów z papieru do internetu. Wiem więc o mediach sporo, i to praktycznie na wszystkich ich poziomach, szczególnie zaś ulubiłem sobie obszary dziennikarskie, w których widziałem pożyteczną misję czwartej władzy, w dodatku do godnego – wtedy – skomercjalizowania.

Ideał czwartej władzy

Często pada w obiegu to słowo „czwarta władza”. Trzeba na początku sobie wyjaśnić co ono oznacza. Pojęcie wprost nawiązuje do monteskiuszowego trójpodziału władzy. Jak wiadomo mamy władz u Monteskiusza trzy: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Trójpodział władzy zakłada stworzenie subtelnego mechanizmu równowagi (tzw. checks and balances), w którym pociąg do władzy jednej z nich jest równoważony przez każdą z dwóch pozostałych. Tendencje do wyrodzenia się którejś z władz mają być jak byk, trzymany na postronkach pozostałych dwóch. Na początku zakładano, że w tym trójpodziale to władza sądownicza będzie mitygować pozostałe, ale odeszło się od tego z biegiem czasu – okazało się, że i sędziowie mają zapędy do alienowania się ich władzy w postaci sędziokracji, a więc i tę sferę trzeba było ustrojowo wziąć na postronek.

W czasach nowożytnych, wraz z pojawieniem się druku i prasy pojawiło się pojęcie „czwartej władzy”, czyli mediów, które miałyby kontrolować wszystkie pozostałe trzy władze. Idea była zacna, gdyż miałaby być i kontrola, i społeczna ocena „na żywo”, w czasie rzeczywistym. W demokracji to cenna cecha, gdyż bez mediów ocena efektów działania władz ograniczałyby się do kadencyjnych, jednorazowych aktów wyborczych. A teraz, z mediami, kontrola stawała się procesem ciągłym, zaś sam akt wyborczy był tylko efektem takiego nadzoru, za to umocowanym w ciągłym i masowym obserwowaniu przez peryskop mediów poczynań rządzących. Dlatego w dojrzałych demokracjach ustrojowo decydowano się na ochronę wolności mediów, bez której obiektywna ocena mogłaby być wypaczana poprzez propagandę władzy. Pośrednio – o czym szerzej powiemy sobie później – ochrona rozszerzała się na konkretne osoby, którymi byli dziennikarze, jako żołnierze pierwszej linii frontu prawdy. Zrobił się z tej czwartej władzy układ wręcz idealny – demos miał narzędzie ciągłej kontroli wybrańców, narzędzie zaś był najęte i opłacane przez obywateli, konsumentów mediów, by spełniać niezależne role kontroli władzy. No – ideał.

Zaczynają się schody

Ale zaczął się pewien obiektywny, później już zupełnie zsubiektywizowany politycznie, proces, który uczynił z czwartej władzy jej własną karykaturę. Jej końcowy efekt to dopisanie się władzy czwartej do dealu, czyli sprowadzenie mediów do przymierza z władzą wykonawczą, a skoro ta wykonawcza – wbrew zaleceniom Monteskiusza – spacyfikowała dwie pozostałe (tak się dzieje, uwaga! – prawie w każdej demokracji), to mamy do czynienia z układem zamkniętym. Rozszalały byk samowoli władzy rozbija się po zagrodzie państwa niemitygowany, zaś obywatele, albo karnie ustawiają się w stuporze, by ich nie zauważył, albo biegają po arenie, chcąc się ukryć przed rogami byka wypchanego głosami z urn. Trzy postronki trójpodziału władzy wciąż wiszą mu na karku, ale nie spełniają żadnych funkcji kontrolnych – są już tylko kolorowymi wstążkami pozorów, ku uciesze i ułudzie widowni.

Jak do tego doszło, bo nie dam się, z racji swej wiedzy i doświadczenia, złapać wyłącznie na lep tezy, że to złośliwcy, politycy i sprzedajne media taki nam zgotowały los? Co pewnie zdziwi wielu – do tego stanu przyczyniło się wejście… reklamy do mediów. Ta oddzieliła uczciwość przekazu dziennikarskiego od nagrody pieniężnej pochodzącej od odbiorcy. Jak dla czytelnika gazeta kłamała, albo chociażby malowała rzeczywistość – ten przestawał ją kupować, gdyż nie spełniała jego oczekiwań. Ale model mediów przeszedł w inny obszar – mediom zaczęli płacić reklamodawcy, zaś płacili nie za rzetelność przekazu, ale za przykuwanie uwagi odbiorców. Stąd spsienie mediów, ściganie się na sensacje – baby z brodą i walki w kisielu szybko wyparły treści wartościowe, a już tym bardziej kontrolujące władzę. Wszystko miało być jak ze środkiem na zaparcia – cicho, bez stresu, nie przerywając snu.

Czemóż to, powiecie sami odbiorcy nie odwrócili się od takiego plebejskiego trendu i nie ukarali swą nieobecnością zdradzieckich mediów? W końcu to jeśli nawet tylko reklamodawca płacił, to jednak płacił za relacje z konkretną grupą odbiorców i chyba za to płacił mediom – by te dostarczyły kontakt z odbiorcami swemu głównemu klientowi. A tu taka zdrada nie skończyła się bojkotem ze strony odbiorców. Czemu? Jeśli porównać media do leśnych karmików napełnianych medialną paszą, to mają być one na tyle atrakcyjne, by podeszła tam zwierzyna (czyli odbiorcy), po to, by umówiony myśliwy (tu reklamodawca) mógł sobie postrzelać reklamami. W tej metaforze stan braku ostracyzmu ze strony saren można wytłumaczyć jednym: nie było innych niż takie karmiki. Po prostu towarzystwo padłoby z medialnego głodu, zaczęło więc podjadać do tej pory znienawidzone siano ustawek medialnych, czynionych w interesie reklamodawców. Odbiorcy godzili się na to i z głodu, i z powodu hipokryzji, żeby się tylko nie przyznać do tego, że to nie my, tylko inni kształtują nasze gusta – polubiliśmy tę paszę na medialnych sterydach. W końcu inne sarny zrobiły tak samo, a więc był spełniony społeczny dowód słuszności polegający na tym, że sokoro inni się uśmiechają, wtranżalając to-to, to znaczy, że coś jednak w tym jest.

Ale to nie takie proste – gdyby tak było, nie miałoby to żadnego przełożenia politycznego. Gdyby mediami rządziły tylko spożywcze czy konsumenckie korporacje, to nie przekładałoby się to na inne niż konsumenckie poglądy odbiorców. A wiemy, że tak nie jest – media jednocześnie bowiem zarabiają, ale i sączą polityczną wodę do glajszachtowanych mózgów. Skąd się bierze ten mechanizm i jak się utrzymuje? Mamy tu co najmniej trzy elementy. Zacznijmy od pierwszego.

Jak rządzi reklama

Po pierwsze samo upolitycznione przecież państwo staje się coraz większym reklamodawcą. Widać to było szczególnie za pandemii, gdzie gros przychodów mediów z wygłodzonego rynku konsumenckiego przeszło na kampanie za publiczne środki, do tego dochodzą jeszcze spółki skarbu państwa ze swoimi budżetami. W końcu trzeba było promować państwowe obostrzenia, a później – to był dopiero przewał… – promować za publiczne środki używanie jak najbardziej prywatnych szczepionek. Mieliśmy więc zamiast reklam takiego powiedzmy Pfizera odpowiednie komunikaty ministerstwa zdrowia, choćby tylko sfabularyzowane w rolach aktorskich taki Pazurów, czy innych sanitarystycznych łże-autorytetów. A jak państwo daje, to i może zabrać. Tu się pojawiło odzwierciedlenie trybalizacji mediów, których w Polsce mamy dwa typy, podzielone na polityczne plemiona. I jak któreś z nich weźmie górę w wyborach to – nie tylko w mediach publicznych – może takimi budżetami nagradzać media sobie spolegliwe, zaś ich brakiem – karać te, które nie maszerują w nogę z przekazem. Taki aspekt jest jedną z przyczyn zaniku mediów w funkcji czwartej władzy.

Drugi czynnik jest taki, że państwo uzurpuje sobie prawo do regulowania rynku medialnego. Postulat wolnych mediów jest wciąż w rękach rządzących, którzy mogą zrobić mediom (i to wybranym) szybkie kuku i wtedy czwarta władza będzie leżała na – również komercyjnych – łopatkach. Nie ma co prawda reglamentowania dla prasy – może i dlatego jest ona w odwrocie – ale już wszelkie inne media podlegają kontroli. Koncesje, zezwolenia, zasięgi emisji to są decyzje administracyjne, łatwe do upolitycznienia. Co prawda pojawiły się tak zwane media społecznościowe, ale i te – i to w randze dyrektyw wyższej rangi, np. unijnych – są regulowane pod dowcipnym pozorem walki z dezinformacją. A więc każde medium dwa razy obejrzy pod światło wszelki news czy felieton wymierzony we władze. Ba – będzie antycypować na co tam ta władzuchna może się obrazić – a antycypacja w takim wypadku idzie dalej niż obawy sponsora, jest zawsze na wyrost, powyżej zastrzeżeń regulatora, przewiduje bowiem nieprzewidywalne, czyli na co może się obrazić polityk. Mamy więc najgorszy poziom cenzury – cenzurę wewnętrzną ze zinternalizowanymi, czyli już wtedy własnymi, kryteriami o czym wolno nam pisać, co mówić i co pokazywać. Władzuchna zaś ma czyste rączki i to z tyłu – my? My nic nie mówimy, niczego nie zabraniamy, wolne media mówią co chcą, a skoro tak mówią, tak nas chwalą, to widocznie tak jest. O czym my – władzuchna – też, tak jak wy – obywatele – dowiadujemy się z mediów. Cenzura tu polega na tym, że takimi mechanizmami nieformalnie kształtuje się przekaz na przychylny wobec władzy.

Trzecim aspektem jest bardziej subtelny mechanizm. Skoro władza jest ważna dla mediów z powodów regulacyjnych, to trzeba uważać co jej się podoba. A mogą się jej – szczególnie w plemiennej dwójpolówce – nie podobać media inne. I tu jest strach – władza patrzy czy przypadkiem ty tam nie dokarmiasz wrażej stacji swoimi reklamami. I może za to pokarać. A więc trzeba uważać czy reklamujesz się w stacjach przychylnych władzy, czy nie. Sami rządzący, a zwłaszcza ich harcownicy, gorzej, że sami ludzie mediów, nie szczypią się i już w biały dzień nawołują do bojkotu reklamowego mediów im nie sprzyjających. Najgorzej kiedy robią to, sami ludzie mediów, bo to jest wyraźne kapowanie na konkurentów – nie możemy was pokonać lepszym przekazem, to narobimy hałasu wizerunkowego. I wiele firm na to idzie. Taki Owsiak sam szantażuje firmy, że ten sam klient nie może być i u niego, i w takiej telewizji Republika. W normalnym świecie za takie coś Juras sam zostałby zbojkotowany przez klientów, za taki szantaż. Tu mamy do czynienia jednak z pupilkiem władzy i wybacza się mu wszystko.

Dowód na patologię tego zjawiska jest prosty – przecież takiemu Lidlowi czy jakieś tam innej marce chyba zależy na dotarciu również i do konserwatywnych zwolenników prawicy. Ci przecież też jakoś jeżdżą, coś jedzą, ubierają się i w ogóle konsumują. W dodatku z powodu uplemiennienia mediów ci odbiorcy trzymają się mocno swoich medialnych baniek, w związku z tym rezygnacja reklamodawców z dotarcia do klientów poprzez ich media ma inny niż komercyjny podtekst. Okazuje się, że dziś reklama nie jest kosztem dotarcia z przekazem marketingowym do swojej grupy klientów, ale… okupem, który starannie wydziela się wedle kryteriów politycznych. Trochę dla mediów, trochę dla władzy. A skoro tak, to ten główny element finansowania „wolnych mediów” kosztem mediów innych jest zaprzeczeniem idei czwartej władzy, gdyż ma charakter konsekwentnie opłacanej manipulacji przekazem.

Czwarta władza w rękach pośrednika

Ważny tu jest element pośrednika pomiędzy widzem a mediami – są to agencje, a zwłaszcza domy mediowe. Jak to chodzi? Proszę – domy mediowe działają tak: podpisują z mediami umowy, że z góry na cały rok, za odpowiednią prowizję od mediów dostarczą odpowiednią i ustaloną ilość pieniędzy od swoich klientów reklamowych. Działają więc jak brokerzy, czy to ubezpieczeniowi, czy finansowi – jeżeli jesteś klientem, to szybko okaże się, że najlepsze oferty rynkowe znajdują się akurat w portfolio danej agencji i klient kupuje taki towar, jak my polisę. To upraszcza sprawę wielu stronom – klient nie musi czołgać się przez sterty ofert medialnych, a i tak dostanie u pośrednika lepszą cenę niż by uzyskał pojedynczo kupując reklamy. Media też się cieszą – mają z góry określone wpływy z reklam, inaczej musiałyby się co miesiąc zastanawiać ile wywalczą. Nawet wręczają domom mediowym swoistą łapówkę (tzw. kick back) czyli oddają część swoich przychodów od reklamodawców agencjom pośredniczącym, by zachęcić je do „obiektywnego”, ale wtedy wyraźnie tendencyjnego, lokowania u nich reklam. Tak działają media.

Powie każdy z odbiorców – a co mnie to obchodzi, ja jestem tylko odbiorcą ulubionych treści, nie reklam przecież? Ale – jak już ustaliliśmy – od wpływów z reklam nie zależy tylko CO obejrzysz w przekazie komercyjnym, ale też to, co w ogóle będziesz MÓGŁ obejrzeć. Pośrednicy reklamowi stają się więc ważnym graczem na tym rynku – mogą sadzać na tronie i z niego zrzucać dowolne medium. Przykładem na wszechmoc tych struktur niech będą ostatnie przygody telewizji kanału Zero redaktora Stanowskiego. Miała ci ona wystartować na początku roku, ale nie wystartowała. Łatwowierny, albo trochę naiwny, że tu tylko chodzi o kasę, Stanowski właśnie miał już umówione podpisanie umowy na wyłączność z jednym z brokerów – akurat przy… TVN – i się okazało, że dom mediowy się „rozmyślił” w ostatniej chwili, umowy nie będzie i telewizja nie wystartuje. I nie wiadomo czy w ogóle wystartuje, bo na rynku reklamy telewizyjnej brokerów jest ze trzy sztuki, ten od TVP na bank się nie zgodzi finansować politycznie konkurencyjnej stacji, zaś i broker polsatowy, po zmianie formatu Polsatu z symetrystycznego na protuskowy – też się nie będzie wyrywał do dołączenia Stanowskiego do swego portfolio.

Czemu domy mediowe są politycznie stronnicze i nie idą za komercjalizacją prawdziwych zasięgów? Po pierwsze – jak dowiodłem wcześniej – chcą od nich tego sami klienci dla swego nieświętego spokoju i przypodobania się władzy. Po drugie – media, głównie o lewicowej proweniencji, mocno „pracują” nad sterowalnością „obiektywizmu” domów mediowych. Na techniki tej pracy spuszczę na razie zasłonę milczenia. Po trzecie – upolitycznienie zarządów domów mediowych w przechyle na jedną, liberalno-lewicową, stronę przewyższa chyba upolitycznienie „obiektywnych” dziennikarzy plemiennych.

Pora na dziennikarzy, czyli wchodzą mediaworkerzy

No, ale dość malowania tego wielkiego obrazu, wyjaśniania jak działają trybiki tej skomplikowanej machiny, mamy już obraz zmiany zasilania tego mechanizmu, pasów transmisyjnych i w jego rezultacie zmiany produktu wychodzącego z tych piekielnych czeluści. Pora zająć się obiecanym trybikiem – dziennikarzami. Przypomnę ich ważną rolę w założeniach „czwartej władzy”: skoro wiemy, że za obiektywny przekaz nie płaci już dziś odbiorca, zaś płaci czy to komercyjny czy polityczny klient za spełnianie funkcji dotarcia i efektu, w tym politycznego, to przekaz musi sprzyjać interesom tego kto płaci, a ustaliliśmy, że nie jest to odbiorca. A o kompatybilność tego układu mają dbać mediaworkerzy, zwani kiedyś i myleni do dziś z dziennikarzami.

Specjalnie użyłem określenia „mediaworker”, gdyż ma ono dla mnie celowy pejoratywny wydźwięk. Taki trybik to nie dziennikarz – to byłe już czasy, gdy do tematu podchodził redaktor, nie wiedząc jeszcze co z tematu wyjdzie. Uważał go tylko za interesujący, zwłaszcza kiedy był ukryty lub przeinaczany. Dziennikarstwo było więc odkrywaniem, – uwaga, w towarzystwie czytelnika! – prawdy wcześniej nie znanej. To było jak każdorazowe śledztwo – parę przesłanek, przesłuchania świadków i biegłych ekspertów, dochodzenie i niewiadomy wynik takowego. Stare, dobre czasy. Ci dziennikarze, jak dinozaury, wyginęli już, tyle że z głodu. W opisanym układzie upolitycznienia się czwartej władzy nie mogło być inaczej. Tyle, że – uwaga, te obiektywne zjawiska nie zwalniają obecnych mediaworkerów od odpowiedzialności. To nie jest tak, że ci poszli do zawodu i się nagle zdziwili, jak teraz wygląda posłannictwo czwartej władzy. Nie – wiedzieli dobrze, gdzie idą i ta decyzja lokuje ich u mnie na nizinach etyki zawodowej.

Przypomnę – dziennikarz, żołnierz wolnych mediów w ich funkcji czwartej władzy, korzystał z systemowej ochrony pracownika zawodu społecznego zaufania. Miał być chroniony z powodów posiadania przymiotów, które obecnie już utracił. Utracił na własne życzenie dopisując się do służebnej roli wobec pana, którym na pewno nie jest prawda – raczej już złowieszczy miks interesów komercyjnych i politycznych, czyniących z czwórpodziału władzy żałosną, ale i okrutną parodię demokracji.

Zawód społecznego zadufania

Dlatego z żałością można patrzeć na dzisiejsze wywijanie legitymacją dziennikarską, że my tu , panie z misją, a tu na nas plują. Po pierwsze – nie tak plują, jak byście na to zasługiwali, po drugie – dawno przestaliście być szpicą poszukiwawcza prawdy w imieniu obywateli republiki. Od kiedy pozapisywaliście się do politycznych plemion, by im służyć. Od kiedy siadacie nad pustą kartką papieru i zanim napiszecie pierwsze słowo już wiecie kto (wciąż ten sam) jest winien i jaka będzie pointa. Odkąd za swoich idoli wzięliście parę pyskatych paniuś, których za swoich czasów nie dotknąłbym nawet kijem od szczotki w przedpokojach redakcji. Odkąd dla was dziennikarstwo to przesłuchiwanie zaproszonych gości (tu wersja dla plemienia wrażego) albo polerowanie politycznych zleceniodawców (tu wersja dla plemienia-sponsora). I to wszystko umaczane w Himalajach hipokryzji obrońców „wolnych mediów”.

Żeby nie skończyć na wyzwiskach pokażę jeden przykład – arcykapłanka tego dna: Monika Olejnik. Pierwsza przesłuchująca III RP, idol braci przystępującej do zawodu (no, żeby dziś chcieć być dzienn…, sorki mediaworkerem, to trzeba mieć jednak zacięcie), braki etyczne i warsztatowe ukrywane pod własną wersją pyskatej erystyki. Osoba, która za każdym razem wita nas w „wolnych mediach”.

Zapamiętałem sobie taki obrazek: w któryś ze słotnych dni stanu wojennego wyłażę ci ja z piwnicy, gdzie drukowałem podziemne ulotki, zapalam sporta i włączam telewizor na przerwę. Widzę młodziutką Monikę, która ma prowadzi reportaż w bojkotowanej wtedy TVP. Przypomnę, że jesteśmy już po drugiej zdaje się likwidacji programu III Polskiego Radia, kultowej stacji, której dziennikarze w stanie wojennym byli kilkakrotnie zwalniani i przyjmowani, aż ostatecznie ich wywalono, bo jednak nie rokowali nadziei na poprawę. Otóż na te ich ciepłe jeszcze krzesełka przychodzi i zasiada Monika, ustawiona panna po zootechnice zdaje się, ale – jak się okazało – z moralnymi i charakterologicznymi kompetencjami łamistrajka. Wtedy to był obciach, pójść do wronich mediów. Łamistrajków dziennikarskiego bojkotu w stanie wojennym było tak mało, że jak się już taki trafił, to wyciskano z niego co się da – pisał, czytał, recytował, radio, telewizja, festiwale – no wszystko. I co ja, wycierając łapy z powielaczowej farby, oglądam w telewizyjnym występie pani Moniki? Uważajcie – dziennikarstwo śledcze widzę. Reporterka Olejnik dorwała, oczywiście prywaciarza ze skupu butelek i męczy biedaka, że nie przyjmuje butelek 0,7, tylko 0,75 i krzywda się dzieje. Ludzie – stan wojenny, czołgi na ulicach, media w podziemiu, Polacy w błocie złamania, a my tu o nieprawidłowościach w skupie butelek. No, Bareja, jak ktoś ma wyporność na takie klocki.

Wolna Monika

I dzisiaj ta sama pani Monika, nie zmieniając stylówy, wierzcie mi, wita nas w „wolnych mediach”. Fraternizująca się kiedyś z medialnym mordercą św. księdza Popiełuszki – Urbanem. Chorąża (niech będzie po feministycznemu) sztandaru wolnych i obiektywnych mediów, utkanego de facto z sutych przelewów. Wzorzec etyki dziennikarskiej, idol nowych zastępów adeptów mediaworkingu (nie bez powodu podobny format językowy do „sexworkingu”). Z rękoma poplamionymi wodą z mózgu, którą wtłacza milionom pogubionych Polaków, w końcu – wylewająca krokodyle łzy nad podziałem wśród rodaków, który codziennie pogłębia. A za nią idą wszystkie te paputczyce – Sznepfy, czy taka dziennikarka ostatnio z TVP o urodzie telewizyjnej porównywalnej do urody wokalnej sepleniącego spikera w radiu, Biedrzyckie, Gozdyry i ten cały magiel – wrzasków, pyskowania, przerywania, tumultu. I to przenoszenie tej stylówy na rozmowy Polaków, infekowanych tym syfem, codziennie – za pieniądze podatników czy konsumentów. Forpoczta wojny polsko-polskiej, siewcy batalii bez końca, udrapowani w pozory funkcji czwartej władzy, uzurpujący sobie prawo do ochrony, do której prawa dawno już i świadomie utracili, nie spełniając żadnej pożytecznej funkcji społecznej.

Piszę te gorzkie słowa, bo znam te branżę jak zły szeląg i nie dam się nabrać na pojękiwania o prześladowaniach w postaci prezydenckiego paluszka. Ubolewam tylko, jak bardzo oczyszczająca idea czwartej władzy legła dziś w bagnie podobno wolnej Polski. Mieliście bracia w dziennikarstwie, i to każdy z was, złoty róg. I każdy z was zrobił sobie z niego plastikową trąbkę, w którą dmiecie za drobne na festynach wybranej władzy. Tłumacząc ludowi, że to najwspanialsze przedstawienie i lepszego nie widzieliście. I codziennie patrzycie sobie w lustro, bez żadnej żenady, w dodatku uważając się za wykonawców zawodu społecznego zaufania, a jesteście w rzeczywistości pracownikami zawodu społecznego zadufania. W siebie i we własną rolę, którą sami sobie wymyśliliście, chyba tylko po to, by zbić te społeczne ale i moralne lustro, aby wam nie pokazywało jak nisko upadliście. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

                   

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *