19.04. Netanjahu, czyli powrót Stirlitza?

0
okł bibi

19 kwietnia, wpis nr 1404

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Wszyscy – z ulgą jednak – cieszą się z możliwego końca wojny w Iranie, choć z komunikatów wynika, że to może nie być nawet dwutygodniowa pieredyszka. Strony – uwaga, dwie z trzech, co nie jest tu bez znaczenia – mają się dogadać jak zakończyć te wojnę. Największy problem w tym, że każda ze stron odtrąbi swoje zwycięstwo. Trump – to proste, ten zmieniał swoje deklarowane cele wojny w miarę jej przegrywania, a więc bez obciachu ogłosi dowolne ustalenia za swój sukces. Nawet jeśli, a na to się zanosi, sytuacja Iranu po tej wojnie będzie lepsza niż przed nią, kiedy Iran kasy za przepływ cieśniną Ormuz nie pobierał, a teraz pobierał będzie. Iran już od dawna ogłaszał komunikaty odwrotne od Trumpowskich i był w tym bardziej wiarygodny, gdyż dowoził swoje stanowisko: żyjemy, walczymy, opieramy się, nigdy się nie poddamy, nie negocjujemy warunków amerykańskich.

Wojny, po zakończeniu których każdy deklaruje się zwycięzcą mają jedną charakterystyczna cechę. Stanisław Lem, w Bajkach Robotów, czy nawet w swojej Cyberiadzie, opisywał sytuację dwóch walczących królestw, które prowadziły wojnę przez lat kilkanaście, zaś po jej zakończeniu odbyła się zaraz dodatkowa, malownicza wojna trwająca już kilka lat, której powodem było to, że nie można było ustalić kto wygrał w tej pierwszej. Boję się, że będzie teraz tak samo, bo nierozstrzygnięte wojny same proszą się o dogrywki.

Siedemnaście mgnień wiosny

Jestem już w tym wieku, że jeszcze pamiętam kultowe programy z PRL-u. Był taki radziecki serial „Siedemnaście mgnień wiosny” z kultową postacią SS-mańskiego wysoko postawionego oficera, Stirlitz’a, granego przez równie kultowego Wiaczesława Tichonowa. Dla Polaków była to rywalizująca radziecka podróba polskiej „Stawki większej niż życie”, też z polskim szpiegiem w niemieckim mundurze, Klossem, którego grał Stanisław Mikulski. Polski szpieg u Niemca był raczej takim przyfrontowym wywiadowcą taktycznym: tu meldunek, tam most, tu łączniczka, tam uwolnienie więźnia. Stirlitz działał inaczej – na szczytach faszystowskiej władzy. Jego misją szpiegowską nie było podkradzenie jakichś map, ale wywarcie wpływu na konkretne, nawet nie militarne, a wręcz geopolityczne decyzje Hitlera i jego otoczenia.

Mieliśmy wtedy w serialu do czynienia z końcową fazą II wojny światowej: był już otwarty, o co błagał Zachód Stalin, drugi front, który miał dzielić hitlerowskie wojska i odciążać Sowietów. To był też ciekawy wyścig – Stalin z jednej strony chciał drugiego, zachodniego frontu, ale – z innej strony – nie za bardzo chciał, by ten posuwał się zbyt szybko. Dawało to szansę Stalinowi na zagarnięcie lwiej części Europy, kiedy alianci grzęźli choćby we Francji, czy we Włoszech. A więc wymagało to subtelnego balansowania pomiędzy popędzaniem Zachodu a mitygowaniem jego terytorialnych postępów. Skończyło się na Łabie oraz na Żelaznej Kurtynie, dzielącej świat na pół. Stalin nie był za bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy, gdyż liczył w 1941 roku, że sam, wtedy już bez oporu „ratowanej” Europy Zachodniej, zdobędzie ją całą wśród kwiatów, podziękowań od jej mieszkańców, pod pretekstem wyganiania z niej Hitlera.

Ale Stalin bał się jednego – bał się, że Zachód może podpisać separatystyczny pokój z Hitlerem. Tworzyłoby to trudną sytuację dla Moskwy. Hitlerowcy już by nie walczyli na dwa fronty, mogliby się skoncentrować na jednym kierunku, zaś pomoc techniczna i sprzętowa Zachodu dla Sowietów, na której w dużej mierze stała Moskwa, mogłaby się skończyć. Taki pokój Zachodu z Hitlerem był więc dla Sowietów niebezpieczny, ale i daleko poniżej planów Rosji. Prozachodnie Niemcy pozostałyby jednak na mapie, jako quasi sojusznik Zachodu przeciwko komunistycznemu zagrożeniu płynącemu z Rosji, pochód do Europy sowieckich żołnierzy mógł się opóźnić, a nawet skończyć i Moskwa wyszłaby z tej wojny jako przegrana, nie tak jak się okazało w rzeczywistości po zakończeniu wojny – jako mocarstwo balansujące połowę świata.

I misją Stirlitz’a było niedopuszczenie do takiego separatystycznego pokoju. Rył tam potwornie, używał pokracznych kombinacji logicznych typu „Stirlitz myślał, że Schellenberg podejrzewał, że Himmler wie…”, by tylko rozsupłać wątłą nić kto tam się chce pokątnie dogadywać z Zachodem i kto z Zachodu jest zwolennikiem takiego ruchu. Z tej dziwacznej kombinatoryki wzięły się wszystkie te późniejsze dowcipy o pokręconej logice Stirlitza. To przysłoniło ludzką pamięć o czym właściwie jest ten serial, w rzeczywistości był on o najsubtelniejszej lidze wywiadu – wywieraniu wpływu na kluczowe decyzje wrogiego kraju – bez wystrzału, podkładanego dynamitu, bez możliwości demaskacji.

Siedemnaście mgnień Izraela

Dzisiaj Izrael zdaje się być takim Stalinem. Dla niego jakikolwiek pokój Ameryki z Iranem stanowi śmiertelne zagrożenie. Będzie pod takim pokojem rył ile wlezie i już od pierwszych dni widać, że będziemy mieli bliskowschodnie „siedemnaście mgnień wiosny”. Udział USA w tej wojnie był dla Izraela kluczowy. Bez Stanów Izrael nie wybrałby się tak łatwo na tę przygodę, choć tym, że tak może zrobić udało mu się podobno… zaszantażować Trumpa. A więc cóż było wtedy robić Amerykanom – skoro i tak Izrael miał wskoczyć do tego basenu z niewiadomym poziomem wody, to trzeba było się złapać za ręce i skoczyć wspólnie. Na tym ma polegać wyjątkowość relacji Ameryki z Izraelem. Na aktach samobójczych, ale tylko dla USA.

Jeśli Amerykanie się dogadają z Iranem, to Izrael straci nie tylko zasobnego i bojowego protektora. Nie tylko zostanie sam z tym całym pasztetem. Po pierwsze – dla solowego wtedy Izraela – wśród państw Zatoki, bez Amerykanów, spadnie gwałtownie jakiekolwiek uzasadnienie do żydowskich ataków na Iran. Kwestia walki z irańskim programem atomowym, czy choćby rakietowym, okazała się bajką dla naiwnych, coś jak z bronią masowego rażenia jako uzasadnieniem napaści na Irak. Wiadomo, że nie o to chodzi – Izraelowi wyraźnie chodzi o dominację w regionie, nawet kosztem jego podpalenia, a to nie musi się podobać wszystkim mieszkańcom tej części świata.

Po drugie – wyjdzie sprawa potrzeby sprzętowego wspierania Izraela przez USA. Można się spodziewać, że – szczególnie w USA, szczególnie przed jesiennymi wyborami – ktoś zacznie dopominać się o zaprzestanie sprzętowego wykrwawiania się Ameryki i Izrael zostanie na własnym, skromniejszym garnuszku. A tu – jak udowodnił Iran – mamy do czynienia z wojną na zasoby, którą Iran wygrał. Jest to dla Izraela zła wiadomość.

Jak będą działać izraelskie Stirlitz’e? Po pierwsze – taktycznie. Izrael wyraźnie określił się, że ustalenia amerykańsko-irańskie go nie dotyczą. Jest to kłopot dla Trumpa, gdyż nie wiadomo co on teraz będzie negocjował. Zawieszenie broni w wojnie w Zatoce, czy zawieszenie broni pomiędzy tylko dwoma stronami? Jeśli to drugie, to dla Iranu to porozumienie jest funta kłaków warte. Może Amerykanie nie będą już atakować Iranu, ale mogą to zrobić Żydzi, co dla atakowanych nie czyni większej różnicy co do stanu obecnego. Na razie Izrael nie atakuje Iranu, ale wali w Liban, a to przecież „ta sama wojna”. Tu się będzie odbywać codzienne wysadzanie jakichkolwiek rozmów- w Libanie. Ot, po prostu, korzystając z zamieszania, Izrael poszerza swoje terytoria, nie certoląc się z ludnością cywilną.

Można się także spodziewać prowokacji pod fałszywą flagą. Ot, będą sobie szły jakieś optymistyczne negocjacje, a tu nagle jacyś nieznani Kurdowie odpalą atak, powiedzmy na negocjatorów i wszystko zacznie się od początku. Poleci jakaś anonimowa rakieta nie wiadomo skąd do jakiegoś tureckiego Przewodowa i wyeskaluje się konflikt, pomimo zarzekania się Trumpa o pokoju. Zanim się dojdzie (jeśli w ogóle ) kto strzelił i kiedy – powrót wojny będzie już na pełnej petardzie.

Co ciekawe mamy tu złożony konflikt interesów Izraela i… Ukrainy. Tej, odwrotnie do Izraela, zależy jak najbardziej na zakończeniu konfliktu w Zatoce. Ta wojna odciąga uwagę świata oraz intencje i możliwości pomocowe USA wobec Ukrainy. I tak jak Żydzi poślą w bój nie jednego Stirlitza, by ten rył pod pokojem, tak Ukraina pośle w bój wielu swoich, by zabiegali o jak najszybszy pokój w tym rejonie. Będzie to więc malownicza walka wywiadu izraelskiego i ukraińskiego.

Stirlitz w Waszyngtonie

Moim zdaniem Żydzi będą kwestię pokoju rozgrywać również w samej Ameryce. Mają tam swoje, od dawna namierzone, choć kwestionowane, możliwości wpływu, całe zastępy Stirlitz’ów i ich popleczników, również na Kapitolu, co dopiero w Białym Domu. Trzeba będzie grzać temat – będzie to podkreślanie kapitulanckich ewentualnie ustaleń dealu powojennego. Tu się może dużo wydarzyć. Ale będzie to wymagało odwrócenia trendów w amerykańskim społeczeństwie. A ono wyraźnie nie sprzyjało, z trendem rosnącym w czasie, tej wojnie, a więc z chęcią zobaczy jej koniec. Ale jest to koniec, którego nie chce zobaczyć Izrael. Należy się więc ze strony żydowskiej spodziewać argumentów wszelakich, ale większość z nich będzie osadzona w głębokim syjonizmie, wspieranym dziejowym i religijnym posłannictwem „narodu wybranego” – a ta bajeczka zaczyna się powoli Amerykanom nudzić.

60% Amerykanów uważa, że Izrael ma za duży i szkodliwy wpływ na amerykańską politykę. Jest to przewrót kopernikański w relacjach społecznych, gdyż do tej pory Amerykanie kupowali bajeczkę o wyjątkowości relacji z Izraelem, może powodowanej wzmaganą przez Izrael, zaś skrzętnie chowaną przez Waszyngton, całkiem realną konstatacją, że i Amerykanie – głównie poprzez swoją bierność – przymykali oko na Holokaust Żydów w II wojnie światowej. Czyli chodzi raczej o przyznanie Żydom licencji na bezkarną wyjątkowość w zamian za odpuszczenia naszych win. Słaby deal.

I teraz na pancerzu takich relacji pojawia się już nie rysa, ale pęknięcie. Izrael stoi teraz przed dylematem, gdy jego działania na rzecz utrzymania wojny w Zatoce będą się zderzały (zwłaszcza przy ewidentnie rasistowskiej motywacji Izraela) z rosnąca niechęcią do narodu, który – poprzez zdradę w wykonaniu wybrańca Amerykanów – skonstatował ze zdumieniem zamianę hasła America First na Israel First! Będzie o wiele trudniej uzasadniać wojnę inaczej – bo jak, geopolitycznie, gospodarczo? – niż poprzez odwoływanie się do… Biblii. Pomóc tu może rosnący ruch herezji tzw. chrześcijanizmu syjonistycznego, ale ten zabrnął już w obszary guseł i wciągania Pana Boga w tłumaczenie błędów całkiem już niepoczciwych ludzi z krwi i kości.

Izrael  wzmocni natężenie działań, niekoniecznie polegających na prawdzie, mających dowieść wiarołomności Iranu wobec wszelkich ustaleń z ewentualnych przyszłych uzgodnień. Jak widać, może poza możliwymi argumentami z wyspy Epsteina, Trump jest mocno podatny na argumentację Netanjahu. Ten co raz to, jak pojedzie, albo nawet zadzwoni do Donalda, to zaraz jest jakiś kryzys, nierzadko – wojna. Może być tak i teraz. Dowodów na podstępność Iranu, nierealizowanie ustaleń można namnożyć w opór, szczególnie wśród umysłów, które – jak słyszeliśmy niedawno – widzą w Irańczykach zwierzęta, które z samej swej natury podstępne są i niemoralne.  

Będziemy mieli pewnie ze dwie fale takich wzmożeń – teraz, od zaraz, w okresie dwutygodniowych negocjacji. Bardziej dotyczących poniżających warunków, na jakie miałby się zgodzić Trump, by wywołać emocjonalne uzasadnienie do odrzucenia pokoju. Druga fala, jeśli w ogóle dojdzie do jakiejś formy rozejmu, nastąpić może przed jesiennymi wyborami. Ale tu też Izrael ma problem – jak będzie walił przed wyborami w Trumpa, że jest szkodliwym pacyfistą, to będzie tylko dostarczał dowodów rosnącym szeregom jego przeciwników. Ci będą mówili: no tak, patrzcie, mamy rację, by pogonić Trumpa, który i tym razem, wracając do wojny, posłuchał się Żydów. I Trump wtedy przegra jeszcze bardziej.

A wtedy przegra i Izrael – bo jeśli w Kongresie i Senacie Trump straci większość, to zyskają ją Demokracji, ci zaś w 80% nie lubią Izraela. I skończy się pompowanie Izraela kasą i sprzętem, o operacjach wojskowych nie wspominając. Może się skończyć zezwolenie na angażowanie się USA w wojny, może z wyjątkiem wojny na Ukrainie (znowu dobra wiadomość dla Zełenskiego), którą, jako swoje dziecko, Demokraci zawsze popierali.

Podjęcie rozmów rozejmowych nie musi się więc wcale skończyć jakimś pokojem – ja tu widzę zbyt wielu wszechmocnych zwolenników kontynuacji tego konfliktu. Nawet zgłosiła się polska żaba i podkłada swoją nogę, kiedy konie kują. Ostatnio mój ulubieniec, autor naszej strategii obronnej, były minister PiS-u, Błaszczak stwierdził, że gdyby Polska miała dwa lotniskowce, to by je do Zatoki, na pomoc Trumpowi, posłała. Nikt, powtarzam, nikt na świecie z tego rodzaju bezpośrednią pomocą Ameryce się do tej pory nie zadeklarował, a my – owszem, nie wiadomo tylko: po co? Najbardziej żenująca jest pustka takiej deklaracji: przypomina to peerlowskie tłumaczenie się władzy z tego, że nie ma w sklepach konserw. Władza mówiła, że konserw nie ma z powodu braku blachy, zresztą nawet gdyby się blacha znalazła, to i tak nie mamy mięsa.   

Pokój, po co wam pokój?

I teraz pora na zadumę. Dziś trzeba się mocno zimnej wody napić przed stwierdzeniem, że postępowy świat jest za pokojem. Życie codziennie dostarcza nam rosnących dowodów na to, że pokój nie jest żadnym dobrem, nawet celem w polityce. Tu rządzi naga siła, bez oglądania się na straty, najgorzej, że i cywilne. Lud jest tu tylko mierzwą historii. A skoro władcy robią to nie dla ludu przecież, skoro wystawiają go na okropieństwa wojny, to robią te wojny po co? Myślę, że jest to jednak narkotyk dziejów popychający dążenie do władzy dla samej władzy.

Zasmuca jedynie bierna postawa suwerena, który przecież wojny raczej nie wybiera, gdyż zazwyczaj jest pierwszą jej ofiarą. Ale w sumie – wybiera. Właśnie ostatnio widzimy zatrważające efekty takiego procesu podżegactwa – zatacza ono coraz większe kręgi, zaś obywatele domagają się – jak karpie – przyspieszenia nadejścia Świat Bożego Narodzenia. Zapominamy, że wtedy przychodzi raczej Święto Zmarłych. Pokolenia tracą pamięć, najważniejszą cechę mogącą uchronić je od ciągłego powtarzania historii, która wtedy wcale nie wraca jako farsa, ale staje się jeszcze większą karą. Karą za lenistwo niepamięci.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

                                     

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *