26.04. Koniec onucowania, czyli dlaczego Putin nie atakuje?

0
puttttokładka

26 kwietnia, wpis nr 1405

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Krąży po infosferze wiele ocen dotyczących działań Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej. Nie napawają one optymizmem co do naszego najważniejszego sojusznika. Okazuje się, że włożenie wszystkich polskich jaj do amerykańskiego koszyka gwarancji bezpieczeństwa było gorzej niż zbrodnią – było błędem. Nawet już się nie mówi o gnuśności polskiej myśli strategicznej, która ugrzęzła w tym rozleniwiającym stanie. Mówi się już o konkretach, które wynikają z wydarzeń na wojnie USraela w Iranie. A nie są one dla nas szczególnie korzystne. Nawet nie chodzi tu o konsekwencje gospodarcze, ale właśnie – geopolityczne. Jest to ważny moment już nawet nie w narzekaniu, że trzeba było wcześniej, że jest za późno; chodzi o wyciągnięcie wniosków z tej wojny, by zobaczyć, czy jej przebieg, nie mówiąc już o jej możliwym wyniku, nie pokazuje nam przypadkiem w swych rezultatach kompletnie innej sytuacji, w której przebywamy, innej niż ta, która jest kreowana przez rzeczywistość medialną.

Sojusznik bez strategii

Zajmiemy się tu dwoma tylko aspektami konsekwencji sytuacji w Zatoce, jeśli chodzi o naszą pozycję geopolityczną. Otóż wiele ośrodków polskiej analityki geopolitycznej wskazuje na co najmniej dwa aspekty słabości jaką się wykazał nasz kluczowy (jedyny?) sojusznik. Pierwsza to albo kompletnie mylny plan tej wojny, albo – co gorsza – mamy do czynienia z wersją pójścia na wojnę bez planu, albo i choćby bez planu B, który należałoby rozważyć, gdyby jednak nie zdarzył się zaplanowany cud Trumpa. Cud, który – powtórzmy to – miał polegać na tym, że po serii bombardowań poprzedzonych dekapitacją władz naród irański wyjdzie na ulice i przejmie władzę. A tu Amerykanie, którzy wyzywają ustami swego POTUSA Irańczyków od zwierząt, dali się strategicznie i militarnie ograć, wychodzi, że przez zwierzęta. Nie daje to Waszyngtonowi zbyt wysokiej oceny co do jego zdolności strategicznego planowania.

Możliwa tu jest także wersja taka oto, że strategie były, były plany A, B i C i ile tam jeszcze liter ma nowoczesny alfabet wojny, ale politycy się tego nie posłuchali. To się zdarza, i to zdarza się coraz częściej. Przypomnę choćby tylko widowiskową, bo publiczną dyskusję Putina z szefem swojego wywiadu tuż przed drugą wojną na Ukrainie. Wywiadowca wskazał, że najechanie Ukrainy nie jest takie proste i nie skończy się – jak w wojnie pierwszej – na zajęciu zaplanowanych terenów praktycznie bez oporu. Obsztorcował wtedy Putin szefa wywiadu publicznie za defetyzm, a swoje decyzje podjął. Kto miał rację – pokazała historia. Nie pierwszy raz racje polityczne, często oparte nie na kalkulacjach celu, a raczej na dopieszczeniu ego przywódcy, przeważają nad racjami logiki wojny. Nie pierwszy raz wojskowi i służby muszą się przekonywać, że trudność ich roboty nie polega wyłącznie na skomplikowaniu materii, ale coraz częściej na tym, że ich – daj Boże – logiczne wnioski i rekomendacje są odrzucane przez wybrańców demosu. Może być i tak w przypadku amerykańskim, na co wskazują rosnące przypadki dymisji i rezygnacji wysokich funkcjonariuszy amerykańskiego ministerstwa – par excellence – wojny.

Czy tak, czy siak – mamy więc do czynienia z zapaścią konsekwentnej strategii u naszego patrona pokoju, co nie napawa optymizmem co do losów Polski. My tu sobie patrzymy na nasz wycinek mapy, ale nasi amerykańscy sojusznicy patrzą się na globus, kręcą nim jak widać bez większego opamiętania, i nasz grajdołek jest dla nich sprawą pomijalną. Należy przypomnieć, że USA opracowały na przełomie tego roku dwa dokumenty dotyczące swej strategii geopolitycznej, nad czym pochylili się ochoczo analitycy wszelkiej maści. Okazało się, że wzięto ten dokument jednak zbyt dosłownie. Kwestia zaangażowania się w rejon Zatoki Perskiej w tym dokumencie praktycznie nie istnieje, sam Bliski Wschód jest w tej strategii dla amerykanów areną mniej niż trzeciorzędną. A tu okazuje się, że w praktyce wszystko stanęło na głowie – główne teatry tej strategii: chiński, rosyjski i europejski wymykają się kompletnie oddziaływaniu USA, tym bardziej im dłużej Stany zakopują się (i cały świat) w bałaganie strategiczno-militarnym, który same sobie zgotowały. Czyli strategie sobie, zaś działania – sobie. Skąd my to znamy? Stąd, skąd wiemy jak można latami dzielnie walczyć z pokonywaniem trudności, które samemu sobie się tworzy. I ta „tradycja” przeszła z PRL na III RP.

Nie dworuję sobie tutaj z Jankesów, ani myślę. Chodzi tylko o to, że jak mamy takiego partnera, to trudno przewidzieć w jego działaniach cokolwiek, oprócz generowania chaosu niespodzianek. Również w naszej domenie. Szczególnie jeśli chodzi o rozproszenie uwagi USA i Trumpa na wielu chaotycznych kierunkach, z których mogą korzystać (i korzystają) i Chiny, i Rosja – nieoczekiwanie główni beneficjenci wojny w Zatoce. Nasz sojusz militarny w ramach NATO z wyraźnym wycofywaniem się z niego USA jest w opałach, co narusza fundamenty naszego obszaru bezpieczeństwa, od kiedy gwarancje w tej domenie stają się coraz bardziej iluzoryczne. A ma to dla nas ważne konsekwencje, do których zaraz wrócimy.

Sojusznik bez taktyki

Drugi aspekt ujawnionej nad Zatoką słabości Stanów to kwestia czysto militarna. Wojna z Iranem pokazała, że Stany walczą jednak po staremu. Do tej pory USA walczyły głównie w asymetrii, atakując przeciwnika słabszego technologicznie i militarnie. W starym typie wojny gwarantowało im to zwycięstwo, bardziej militarne niż polityczne, i to zawsze w wojnach dłuższych i krwawszych niż zakładano, zaś ostatnio – nawet nie zapewniało to zwycięstwa militarnego, tak jak w Iraku, wcześniej w Afganistanie, wcześniej w Wietnamie czy Korei. USA nie wyciągnęły wniosków z wojny nowego typu, której przykłady mają jak na tacy, choćby na Ukrainie. Iran, jak widać, praktycznie od obalenia szacha, czyli tak z 50 lat, przygotowywał się do wojny i okazało się, że „zwierzęta” – nawet, a może właśnie dlatego że, objęte sankcjami – same wytworzyły własny przemysł militarny, rozproszoną, mozaikową strategię obrony, oraz plany obronne polegające na natychmiastowym rozszerzeniu działań na kraje Zatoki, co zapobiegło izolacji teatru działań militarnych tylko do irańskiego obszaru. Iran wojnę natychmiast umiędzynarodowił w swoim interesie, ale mógł tak zrobić tylko dlatego, że stworzył odporny i zdecentralizowany system militarnej reakcji, projekcji swej siły daleko poza własnym terenem, przypomnijmy, że w dodatku, w sytuacji sankcyjnej izolacji.

Iran doprowadził do perfekcji zarządzanie konfliktem na zasoby, stosując taktykę ekonomizacji działań wojennych. Drony za parę tysięcy dolarów są zestrzeliwane rakietami za miliony i tych ostatnich zasoby kurczą się bardzo szybko, a były te zasoby już przed wojną o dwa rzędy skromniejsze niż rakietowo-dronowe rezerwy Iranu. Przeniesienie wyścigu zbrojeń na wyścig w kosztach wojny jest fenomenem ze strony kraju o zasobach finansowych i gospodarczych o wiele skromniejszych niż amerykańskie. Widać więc, że lepiej mieć tysiące tanich dronów i rakiet, niż dwa na krzyż lotniskowce, które stają się obciążeniem dla Amerykanów, gdyż bardzo szybko przekszatałcają się w militarno-wizerunkowe obciążenie, sanktuaria, których trzeba bardziej bronić, niż czerpać korzyści z ich funkcjonowania.

I teraz mamy rozjazd – Amerykanie wojują po staremu, zaś świat odjechał w drugą stronę. Co najważniejsze – w tym nowym typie wojny Rosja się zaprawia na wojnie z Ukrainą. To tam mamy do czynienia z sublimacją nowych technologii współczesnej wojny. A widać, że Amerykanie tam nie zaglądają. A skąd to wiadomo? Ano stąd, że właśnie zaatakowali „po staremu” państwo, które wojuje inaczej, po nowemu. Jest głównym dostarczycielem dronów dla wojującej Moskwy, to w Iranie dopracowywały się te technologie i prace tam wcale nie ustały. I kłopot polega dla nas na tym, że my, metodą osmozy sojuszniczej, też idziemy z naszymi militariami „po staremu”. Zamiast uczyć się od Ukraińców jak realnie wojuje się z Rosją jesteśmy bardziej kompatybilni z, okazuje się przestarzałą, amerykańską wersją prowadzenia wojny. Czekamy na dostawy „małych sanktuariów”, czyli czołgów za miliony, które na obecnym teatrze wojennym są bardziej kosztownym problemem niż elementem przewagi.

Zatoka a sprawa polska

Te dwa czynniki słabości naszego głównego (właściwie już teoretycznego tylko) dostarczyciela gwarancji bezpieczeństwa mocno rzutują na naszą sytuację. Po prostu wielokroć bardziej osłabiają naszą geopolityczną pozycję. Co do strategii amerykańskiej, i naszej z nią kompatybilności, to nie mamy tu pewności żadnej. Nie wiemy czy nam pomogą, nie wiemy czy NATO (z nimi? bez nich?) w ogóle zafunkcjonuje. Jak zaś nam pomogą, to w czym, skoro to my mieliśmy być w tym układzie armią pomocniczą, a wychodzi, że będziemy może wojskiem jedynym? Czyli z armii pomocniczej, o takich funkcjach i zasobach, mielibyśmy się stać wojskiem rdzeniowym w naszym regionie. Kto i czy pójdzie z pomocą ewentualnie zaatakowanym Bałtom? Co w takim przypadku zrobi Trump, w skrócie – na co się w ogóle umówili panowie Trump z Putinem tam na Alasce?

Tak czy siak – wiadomo: w każdym wariancie jedyne co może nas uratować, to własna siła. Mówią o tym wszyscy, ale co realnie jest robione od czasu tej konstatacji? Po pierwsze – pytanie kiedy polska racja doszła do tego genialnego wniosku, że trzeba budować własną siłę? Trzeba powiedzieć, że delikatnie mówiąc – dość późno, a nawet jak doszła do tak genialnych konstatacji, to niewiele praktycznie z tego wyniknęło. Polacy nie zrobili nic w kwestii usamodzielnienia i rozkręcenia własnych zasobów militarnych i zdolności dowódczych nawet po agresji Rosji na Ukrainę w 2014 roku. Do 2022 roku nic tu się nie działo, co dowodzi, że nasz stosunek do ewentualnej agresji Rosji jest funkcją relacji niemiecko-rosyjskich. Pierwsza wojna ukraińska została przez Niemcy „wybaczona”, właściwie się o tym nie mówiło, w nadziei, że przecież mamy Nord Stream wtedy w rozbudowie, business as usual się rozwija i nawet jak mamy rosyjski „wypadek przy pracy”, to się zdarza przecież. Skoro tak, to i u nas nikt nie bił w dzwony, by się przygotować na pewną dogrywkę.

Nawet – co trzeba zauważyć – już po rozpoczęciu się w lutym 2022 roku drugiej wojny nie za bardzo widać było jakiś namysł w polskich elitach. Postanowiono sobie zrobić abonament na amerykańskie gwarancje w kuriozalnym pomyśle, że jak będziemy w USA kupować co się da i za ile Waszyngton powie, i nie wiadomo po co, i do jakiej wojny (okazało się, że do tej poprzedniej), to Amerykanie będą nas bronili, że tak powiem „bardziej”. Trzeba przyznać, że jest to kuriozalna taktyka. Po zamianie władzy w Polsce doszedł do tego jeszcze aspekt unijny, kiedy Komisja Europejska w swej pogoni za dodawaniem sobie funkcji państwa federalnego – wzięła się za „koordynacje” militariów w ramach Unii. Trend do budowania armii starego modelu, ciężki i kosztownych platform, sprzeczny z kierunkami rozwoju współczesnego pola walki właśnie dostał finansowe wzmocnienie. Wielkie konglomeraty militarne, tak jak i te amerykańskie, muszą zarobić na swoich kosztownych zabawkach. Jest to skrajnie odległe od sprawdzającej się właśnie strategii, rozproszonej w produkcji i w działaniu, tej na wzór modelu ukraińskiego, która przez to jest odporna na ataki, minimalna kosztowo i innowacyjna. Tak że, jeżeli już, to będziemy budować swoją siłę na wojnę, która już nie istnieje. Nie pierwszy raz sprawdzi się powiedzenie, że generałowie przygotowują się do minionych wojen, zaś wygrywają je ci, którzy zaplanują wojnę nową, w oparciu o analizę przebiegu wojen poprzednich. Teraz te błędy staja się udziałem bardziej polityków, niż generałów.

Dlaczego Putin nie atakuje?

I wróćmy znowu do naszych konsekwencji słabości Amerykanów ujawnionych w Zatoce. W ich wyniku – jak próbowaliśmy tu opisać – nasza sytuacja pogorszyła się i strategicznie, i militarnie. Wszyscy geopolitycy martwią się, że Polska znajduje się w okienku, w którym leżymy na łopatkach. Stany okazały słabość strategiczną i militarną, NATO odjeżdża w niebyt, nawet do starej wojny nie jesteśmy przygotowani, bo nasze zasoby zużyły się na Ukrainie, zaś nowe jeszcze nie dojechały. W dodatku nawet dostawa tego sprzętu do „starej” wojny może się jeszcze opóźnić z powodu zamieszania w Zatoce oraz innych niż żeśmy się spodziewali priorytetów Waszyngtonu, który raczej ściąga ze świata sprzęt na wsparcie Izraela, niż dostarcza go światu. Armię mamy w przebudowie – znowu – i to według zdezaktualizowanych technologicznie i geopolitycznie założeń. Jest więc słabo.

I teraz trzeba powiedzieć sobie ważną rzecz, która może pozwoli nam nie tylko zaktualizować nasze filary obronności, wręcz rację stanu, ale narazi mnie osobiście, i Was, świadków tej pisaniny, na zarzut onucyzmu. Oto bowiem, skoro o naszej (mam nadzieję, że chwilowej) słabości wiedzą i mówią już wszyscy, to znaczy, że wie o tym i Rosja. Dlaczego więc nas nie atakuje, skoro jesteśmy tak słabi? Lepszej okazji nie można sobie wyobrazić. A przecież świat narracyjny pełen jest ostrzeżeń o przemyślnej krwiożerczości Putina, który tyko czeka by… No to doczekał się, i co?

Ok, przyjmijmy, że ma ci on, ten Putin, jakieś powody, dla których nie korzysta z okazji. Spróbujmy je wymienić. Po pierwsze może tego nie robić, bo przecież jest w coraz bardziej kosztownej, gdyż przewlekłej, wojnie z Ukrainą. To wojna na zasoby, w tym ludzkie, a więc Putin może nie chcieć otwierać sobie nowego frontu, tym razem z jeszcze nie wiadomo jak żywotnym NATO. Ale to argument słaby, gdyż – tak uważam – jeśliby Rosja zaatakowała np. Bałtów lub Polskę to ziściłaby się tu, nie jak na Ukrainie, idea szybkiej operacji wojskowej. Patrząc się bowiem na nasze zasoby i dotychczasowe reakcje na kilka styropianowych dronów, to dalibyśmy się rozjechać w parę dni.  

Drugi powód braku rosyjskiej agresji może być oto taki, że tak się Putin umówił z Trumpem na Alasce. Ale to argumenty dla… Polaków, którzy wierzą, jak widać nie nauczeni swoją własna historią, że paktów się przestrzega, nawet kiedy te przeczą interesom którejś ze stron. Trump jednak dowiódł swej słabości militarno-strategicznej, głównie zaś tego, że jego uwaga jest kompletnie gdzie indziej i prawdopodobnie nie mrugnąłby okiem, gdyby np. Putin ruszył na Bałtów czy Polskę. Okazało się bowiem, że bazy amerykańskie wcale nie odstraszają – przeciwnie: przyciągają ataki, zaś jak dowiodły scenariusze z Zatoki, atakowany amerykański personel jest ewakuowany z baz i rozśrodkowywany… po hotelach. Zaś co do naszych innych niż amerykańskich sojuszników, to kto będzie chciał ginąć w obronie estońskiej enklawy Narwy, tak jak ich przodkowie 80 lat temu nie chcieli ginąć za Gdańsk? I wiedząc to Putin nie atakuje…

Trzeci powód może być taki, że tej wojny nie chcą Chiny. Te uważają, że zyskują na stanie obecnym, siedząc na górce i przyglądając się miotającej się po globusie resztce amerykańskiej potęgi. I mają rację – nie wyprztykując się z zasobów (no, może lekko, powspierając materiałowo Rosję, czy ostatnio Iran) czekają spokojnie i budując własną siłę mogą doczekać się zmian na swoją korzyść bez jednego wystrzału. Ot, taki Tajwan może im wpaść jak jabłuszko do fartuszka bez trzęsienia nawet drzewem militariów. Po prostu Tajwan jak widzi, że tromtadrackie gwarancje amerykańskiego bezpieczeństwa to tylko nieszczęścia sprowadzają, to będzie wolał się bardziej dogadać z Chinami na jakąś formę autonomii, niż opuszczony przegrać wszystko. A więc Chiny mogą nie chcieć, by Putin najeżdżał Europę Wschodnią. Kłopot w tym, że Pekin też i nie chciał, i nie chce za bardzo, tej wojny na Ukrainie. Xi nie chciał, ale Putin i tak tę wojnę zrobił. I co? I nic? Może i tym razem postąpić jak chce, gdyby chciał zaatakować, ale jednak tego nie robi.

Wersja ruskiej onucy

I teraz dotarliśmy do clou tych rozważań. Przyjmijmy kolejną, obrazoburczą dla nakręconego polskiego podżegactwa hipotezę: a może Putin po prostu nie chce wojny z NATO, z Polską, Bałtami? Spróbujmy się z tym zmierzyć, zwłaszcza dlatego, że wygląda to na tezę onucową, co wynika z narracji, która każe nam wszelkie posunięcia Moskwy intepretować jako znaki agresji, jak nie obecnej, to na pewno przyszłej. Tym bardziej trzeba to zrobić, kiedy nikt tej możliwości nie bierze pod uwagę.

Po pierwsze – po co Putinowi wojna, nawet błyskawiczna, w naszym regionie? Co miałby zyskać? Zwłaszcza teraz, kiedy ma super okazję, i z niej nie korzysta? No właśnie, powie ktoś, co za dureń pyta się tu co miałby mieć złodziej z kradzieży? Złodziej, jak Putin, nie pogardzi żadnym kąskiem, Putin sam zaś obiecywał powrót do Związku Radzieckiego i rosyjskich wpływów, także w naszej, a może przede wszystkim, części Europy. Nawet potwierdził to w oficjalnym stanowisku tuż przez drugą wojną ukraińską. Zgoda – Putin miałby korzyści z wzięcia nas pod but, ale czy koniecznie musi to robić poprzez wojnę? Pokazał nawet w III RP, że środki militarne nie są tu koniecznością, by opodatkowywać swoją wirtualną polską kolonię w cenach energii i pilnować tego biznesu przez polską agenturę wpływu. Rosja miała wiele obrywów z Polski, ma je do dziś, kiedy i tak kupujemy ruską energię, tyle, że ubraną czasami w nalepki pośredników.

To znowu stare myślenie: przeniesienie byłych motywacji, skrzywione terytorialnymi harcami Rosji na Ukrainie. W kwestii terytorialnej w przypadku Ukrainy sprawa jest zrozumiała. Romanse Ukrainy z osmatycznym przysuwaniem się NATO do granic Rosji zostały przez nią zauważone, cała reszta to zasoby – rolnictwo, dość dobrze postawiony przemysł, liczenie, że brakujące rosyjskie zasoby ludzkie uzupełni ukraińska słowiańszczyzna. No, tu jest po staremu: liczy się ziemia i władztwo. Ale czy zaprawdę Rosja będzie chciała tak samo zaatakować i okupować Najjaśniejszą? Raz, że w kwestii okupacji (bo nie agresji) byłoby to wojskowo trudne. Dwa – tu raczej nie chodzi o terytorium, bardziej dostęp do zasobów, zaś kwestie szerszego dostępu do Bałtyku da się Moskwie załatwić przez Bałty, albo i z Bałtami. Tak jak z Polską. Bo – po trzecie – jak się zwiną, a już to robią, Amerykanie z naszego regionu i nie wejdą zbrojnie w obronie wschodniej flanki, tym bardziej nuklearnie, to Polska, jeśli jest rozsądna, będzie się musiała dogadać z Rosją, bo nic innego jej nie pozostanie. Wie o tym, ba – chyba liczy na to i Trump. Nasze okienko niemożności będzie otwarte na oścież, pozycja będzie słabła i trzeba będzie zjeść własny język i wielu polskich polityków (nie po raz pierwszy) będzie musiało dokonać piruetu o 180 stopni.

Pomoże nam w tym… Unia jako narracyjna tuba w rzeczywistości eksponowania interesów niemieckich. Niemcy w swej strategii są skazani na powrót z Rosją do business as usual. I aktów do tej pory niewyobrażalnych, takich jak porozumienie z Rosją, dokona za nas, bo nie w naszym imieniu, Unia. My się będziemy tak trochę opierali, gniewali, ale konieczność historyczna zostanie wytłumaczona nam po marksistowsku, że inaczej być nie może. I Rosja dostanie co chciała, bez jednego wystrzału, bez zajmowania terytorium. Putin, jak każdy satrapa starej daty, dybie na ziemie, bo tylko one dają mu pewność władztwa, że się tam siedzi i namiestnikami zgarnia daniny. Ale to – jak widać – Putin może osiągnąć bez jednego wystrzału. Uczy się od Chińczyków.

Putin lubi projekt unijny, bo w ten sposób zarządza kontynentem za pomocą dealu z Niemcami, a inaczej to by się biedaczek musiał męczyć z każdym państwem osobno. A więc będzie hołubił formaty unijne, zwłaszcza te dążące do federalizacji Europy. Putin też chce mieć ogarniętego sojusznika w osobie niemieckiej Unii, bo po co ma tam ktoś Berlinowi skakać i wsadzać kij w szprychy rozpędzonego tandemu Rosja-Niemcy? Do tego nie trzeba wcale żadnej wojny, tylko – jak można się nauczyć na przykładzie Chin i Tajwanu – trzeba poczekać aż pokojowo, przy zielonych stolikach świat się ułoży na nowo, z uwzględnieniem interesów Rosji. A o te coraz częściej zabiegają oba rywalizujące ze sobą mocarstwa – Chiny i USA – a więc rosyjska panna na wydaniu będzie mogła wybierać pomiędzy darami przyniesionymi przez kandydatów do jej geopolitycznej ręki.

Konsekwencje pomyłki, a może zafałszowania?

Jeśli tak jest, że Putin, by mieć pod sobą Polskę, nie szykuje się wcale do wojny, to taka pomyłka w naszych kalkulacjach ma wielkie znaczenie dla naszej pozycji. Wiadomo, że zbrojenia są potrzebne, co już ustaliliśmy, do budowania naszej siły, ale to oznacza w tej sytuacji, że nasza strategia powinna wyglądać inaczej. Po pierwsze – powinniśmy się jednak szykować do innej, nowoczesnej wojny, po drugie – wcale nie skończy się to na tym, że naszym JEDYNYM wrogiem w regionie zostanie Rosja. Po trzecie – osłabiamy się tymi wszystkim SAFE’ami, z których będzie tyle co z KPO, czyli kupa forsy pójdzie w korporacyjne błoto, zadłużymy pokolenia zaś efekt będzie znikomy. Czy to jest w interesie Rosji? Paradoksalnie – tak. Bankructwo Europy w celu przygotowań do wojny, której nie będzie to super prezent dla Rosji. No, chyba, że awanturnictwo europejskich podżegaczy dojdzie do poziomu agresji napastniczej na Rosję, co zresztą pozostaje wciąż poza zasięgiem naszych decyzji, bo my przy takich stolikach nie siedzimy, zaś o naszej mięsoarmatniej roli w ewentualnej agresji dowiemy się na końcowej odprawie, czyli pierwszej, w której będziemy uczestniczyli.

Jeśli Putin nie chce nas zaatakować, bo i tak weźmie co chce, to trzeba się skupić niekoniecznie na kupowaniu armat, ale na zapobieżeniu takiej możliwości, że weźmie nas przy jakimś stoliku i koniec balu, panno Lalu. A tu leżymy na łopatkach: to że nie mamy własnej siły to banał, ale nawet nie wykorzystujemy naszego istniejącego potencjału. A od tego jest przecież dyplomacja, w niektórych krajach rozgrywana nawet ponad poziomem własnego potencjału. My się zajmujemy straszeniem szczerbatych dzieci kremlowskimi sucharami. Z jednej strony jakieś durne memy, z których oprócz bezsilnej szydery nic nie wynika, z drugiej strony – budowana bariera onucowości, która dzieli Polaków na dwie części, które zamiast wspólnie rozwiązywać realne problemy, zajmują się wyścigiem kto bardziej walnie (oralnie) w Putina i zarzucaniem tym drugim, że są jego przyjaciółmi. No, wymarzona sytuacja samoobsługi dla Moskwy. Tylko siedzieć i patrzeć jak to się samo robi. Po co więc strzelać – jak mówiłem – po co trząść militarnie polskim drzewem, skoro widać jak jabłuszko sobie dojrzewa i zaraz wpadnie do koszyka? Całe i gotowe.

A w kwestii dyplomacji jesteśmy jak w starym kawale pt. „dlaczego kobiety nie są gremialnie ministrami spraw zagranicznych?” Odpowiedź jest prosta – bo wszystkie sąsiednie państwa byłyby zaraz pogniewane. A my jesteśmy właśnie pogniewani ze wszystkimi. Nawet nie tylko z sąsiadami, ale i z odległymi mocarstwami. Nie zarządzamy więc nawet tym małym i obniżającym się potencjałem jaki mamy obecnie. Dlaczego tak jest to już osobna sprawa, ale widać, że brakuje nam dwóch rzeczy – ponadpartyjnej racji stanu (zrealizowała się tylko ta na taktycznym poziomie, czyli przynależności do Unii i NATO, co okazało się rozleniwiająco zwodnicze) oraz – po drugie – jesteśmy, poprzez swój system politycznej podległości, poddani procesom zewnątrzsterowności – po prostu polska klasa polityczna jako całość realizuje interes polski na minimalnym poziomie zapewniającym reelekcję któremuś z plemion, zaś generalne decyzje, a zwłaszcza ich brak, to już emanacja interesów zewnętrznych.

Zmiana priorytetów?

A więc kiedy cię, przedszkolaczku, pani wychowawczyni będzie straszyć w telewizorni nieuniknioną wojną z Rosją zastanów się – po co Putin miałby to robić, jak już praktycznie tę wojnę wygrywa? I czy ta wojenna panika, to bujanie się od wyzywania Putina od debili, państwa rosyjskiego od kupy bajzlu i korupcji zaś z drugiej strony straszenie wszechmocą agresji Rosji – czy to wszystko nie stoi jednak na nielogicznych fundamentach, opartych na piasku sterowanych emocji? Mamy być z jednej strony przestraszeni nieuniknioną niemożnością, z drugiej – gotowi na odparcie Rosjan. Przyzwyczaja się więc Polaków tą wciskaną agresją Putina do różnych scenariuszy, z których napaść ze strony Moskalików wcale nie jest wersją najbardziej prawdopodobną.

Bardziej już ziszczą się scenariusze militaryzacji budżetu nie tylko Unii, ale wszystkich krajów członkowskich w celu przygotowań do wojny, której możliwość się (tylko medialnie, również za pomocą manipulacji rosyjskich) pompuje, zaś do której wcale nie musi dojść. Co wtedy poczniemy z armią europejską, która ani sama nie zostanie zaatakowana, ani sama się na wojnę nie wybierze? Pod dowództwem niemieckim, co już widać po obsadzaniu wszelkich taktycznych związków europejskich? Może pałę praworządności, to warunkowanie suwerenności państw europejskich, trzeba już zamienić na militaria i tak dyscyplinować niewątpliwe zamieszanie, które szczególnie w Unii, będzie narastać, zwłaszcza w procesie jej federalizacji? Zawsze można przecież będzie wysłać z Brukseli kilku rezunów pod adres polityka, który nam się nie podoba, lub spacyfikować całe kraje, by uznać ich ambicje secesji z Unii, za próby rozbicia integralności projektu federacyjnego (czytaj: państwowego), co uzasadnia każdą, nawet militarną reakcję. Pamiętajmy, że pierwsza próba stworzenia armii europejskiej skończyła się na proteście Francji, że projektowane mundury nowej armii nazbyt przypominają te wehrmachtowskie.

I zakładając onucowo, że Putin to wszystko wie i widzi, my zaś podniecamy się jego potencjalną, jak to mówią kinetyczną, agresją, to koleżka na Kremlu musi mieć niezły ubaw. Wcisnął, tylko za pomocą narzędzi dezinformacji, Paljaczyszkom bajkę o Żelaznym Wilku, że wisi ci on nad ta Polską dniem i nocą, po to byśmy patrzyli na karabiny, nie na własne interesy. I tak tu sobie pewnie dożyjemy tych czasów, kiedy naprawdę się okaże, że skoro Putin ma obecnie super okazję, z której nie korzysta, to nie znaczy, że nie chce jej wykorzystać – zrobi to i robi, ale może innymi niż militarne środkami. Na nic nie wyda, oprócz na podniecanie pożytecznych idiotów idących w miliony, my zaś wyprztykamy się resztek kasy na uzbrojenie, którego jedną część rozdaliśmy, zaś drugiej nigdy nie użyjemy. A i tak – przez taką fałszywą identyfikację źródeł naszego położenia – wpadniemy do rosyjskiego koszyka. Bez jednego wystrzału do i ze strony naszej niezwyciężonej armii.

I może jest jak u Stirlitz’a z jego kombinatoryką – jeśli my wiemy o swej słabości i Putin też o niej wie i nie atakuje, to trzeba się zastanowić nad tym fenomenem. Ale jeśli my podejrzewamy, że Putin nie atakuje, bo ma inne plany, to oprócz nas wie o tym spora część polskiej klasy politycznej. A skoro tak jest, to dlaczego nasi wciąż dmą w trąby diabelskiego miksu tromtadractwa i jednocześnie paniki? Myślę, że to wojenna implementacja… doświadczeń kowidowych. Po prostu pandemię zastąpiła wojna, zaś wirusa – Putin. Cała reszta pozostał taka sama. Antyszczepionkowych szurów zastąpiły tylko ruskie onuce, z tą tylko różnicą, że pandemicznych foliarzy można było poznać na ulicy po niemaniu maseczki, ale żeby wykryć ruską onucę, to trzeba się jednak trochę natrudzić. Pod pretekstem mniemanego zagrożenia i tym razem władza przechodzi kolejne granice swej samowoli, wyposażona w coraz ściślejsze narzędzia kontrolne – wreszcie: w cieniu dętej paniki pozadłużaliśmy się na pokolenia, po to by zarobił ten, kto miał zarobić. I co, za pandemii przyszedł wirus i wszystkich popędził na cmentarz? A skądże! Może i teraz ta wojna jest dęta jak ten COVID, o czym – jak z wirusem – przekonamy się po czasie i to tylko w przypadku osób wypatrujących konsekwencji swych decyzji, a raczej zaniechań. Może i z Putinem nie będzie tak źle jak było i z wirusem, który – przypomnijmy – wedle oficjalnych danych został sztucznie wytworzony. Może i ten strach przed wojującym kagiebistą z Kremla powstał także w sposób sztuczny, tyle, że nie w laboratorium chemicznym, ale w jakimś laboratorium, gdzie pichci się i testuje wirusy narracji? Wszystko więc zmierza do kolejnych kroków wiodących ku apokalipsie „nowej normalności”. Zmieniają się tylko straszydła.                                                                          

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

                                                                 

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *