11.10. Jak mieszkać i urządzić się w bańkach?

0
banka

11 października, wpis nr 1429

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Ostatnio mamy do czynienia z dwoma procesami dotyczącymi mediów. Jeden jest to proces sądowy i dotyczy Onetu i sprawy wytoczonej mu przez prezydenta Nawrockiego, drugi – to proces operacji finansowej gdzieś za Oceanem, której reperkusje – jak to w globalnym świecie – odczujemy i my, mowa tu o zmianie właściciela telewizji TVN.

Ja, jako (były) człowiek mediów nie mogę przepuścić takiej okazji do skomentowania nie tylko tych wypadków, ale i znaków, które z nich wynikają. Są to znaki nieskrywanej już walki politycznej o media, czyli rząd nad duszami Polaków, jeśli ci jeszcze mają duszę. Mówię tu o zbiorowej duszy instynktu samozachowawczego objawiającej się w postaci tzw. opinii publicznej. Do dziś trwają – już coraz bardziej ucichające dyskusje na temat typu „co było pierwsze: jajko czy kura”, – dyskusje o mediach: czy to media podążają za opinią publiczną, serwując miłe jej treści, czy odwrotnie – media swą przemożnością kształtują odbiorców w kierunkach dla siebie wygodnych do skomercjalizowania, a ostatnio – do ideologicznego ukierunkowania. Mowa tu o ucichającej dyskusji, gdyż ten jajo-kurczy dylemat zdaje się być definitywnie rozwiązany, co nie będzie bez znaczenia w przypadku omawiania naszych jak najbardziej realnych przykładów.

Co kręci mediami?

Tak, to media kształtują dość dowolnie publiczność, układając ją w całe paczki czy to do sprzedaży komercyjnych zasięgów, czy to do tworzenia całych baniek ideologicznych, w których pobywają miliony konsumentów, tym razem politycznej papki. Jak wyglądają techniki takiego kształtowania:

  1. Technologiczna wszechobecność. Media muszą być zawsze przy odbiorcy. Komunikacja mobilna święci tryumfy, gdy w rękach podrzędnego odbiorcy znajdują się urządzenia jeszcze pięć lat temu oceniane jako superkomputery. Konsumenci, w tym konsumenci ideologiczni, są pod stałą presją, a właściwie nadzorem mediów, kształtowani nie tylko ich wszechobecnością, ale całymi algorytmami poznawczymi, które uwzględniają wręcz indywidualny poziom preferencji odbiorcy. I tu – uwaga! – preferencji często wdrukowanych na zasadzie sprzężenia zwrotnego spirali: nasza treść – reakcja odbiorcy – korekta treści w pożądanym kierunku – nowa reakcja odbiorcy. I tak bez końca. Jako, że algorytmy oceniają zachowania komunikacyjne odbiorcy – są one w stanie zbadać, uwzględnić jego reakcję oraz skorygować przekaz: zmienić go albo wzmocnić.
  2. Bańkowość. Media sprzyjają tworzeniu się baniek informacyjnych. Są one wykorzystywaną koniecznością. Koniecznością, gdyż treści jest tak dużo, że odbiorca musi mieć przewodnika w jej doborze, wykorzystywane jest to do kształtowania habitatu w bankach, serwowania całych ciągów narracyjnych w oparciu o zaproponowany z zewnątrz system wartości, a właściwie dogmatycznych reguł. Tworzy to sztuczne aksjologie u odbiorców, wywołując – poszukiwane w zamęcie samotniejącego świata – poczucie przynależności, ułudę, że „cały świat myśli jak ja”. Takie bańki pakuje się w całe pakiety i przewiązuje wstążeczką czy to do skomercjalizowania, czy do oddziaływania politycznego. Coraz częściej dochodzi do kumulacji obu wstążeczek.
  3. Zamiana priorytetów. W sytuacji, kiedy większość mediów proponuje swoje produkty „za darmo” odbiorca przestaje być selektorem docierających do niego treści. Kiedyś płacił za pożądane treści, te więc musiały podążać za jego gustem. Dziś jest odwrotnie – skoro media są „za darmo”, to środkiem płatniczym jest uwaga odbiorcy. I to nie tylko kończy się krzykliwą prymitywizacją treści, ale i zawraca busolę zabiegania o kluczowego klienta, którym staje się z odbiorcy mediów – reklamodawca. Jak wszystko dla odbiorcy jest za darmo, to ktoś musi za to płacić – a płatnik staje się dla mediów najważniejszy.
  4. Płatnik polityczny. Coraz częściej mediom płacą politycy. Szczególnie w kampaniach wyborczych, momentach kryzysowych. Ciekawy jest tu też element regulacyjny – państwo, a właściwie władza za pomocą instrumentów ustrojowych, ma narzędzia by wpływać na rynek medialny i może napsuć krwi nie tylko grupom medialnym, ale i pojedynczemu podmiotowi. Media więc, czekając na przedłużenie koncesji, akceptacje zmian właścicielskich, czy regulacje rynku reklam, a ostatnio treści – starają się nie podpaść władzy.
  5. Antycypacja i internalizacja. To ostatni z ważniejszych, bo jest ich wiele jeszcze, aspektów zmian medialnych. Obecnie mamy do czynienia z większą cenzurą niż za komuny. Za komuny cenzor miał twarz, pieczątkę, siedzibę i podpis. Można było przynajmniej wiedzieć kto cię gnębi. Można się było także dowiedzieć, lepiej lub gorzej, coś przeskrobał. Teraz tak nie ma. Algorytmy nastawione nieznaną ręką cenzora używają nieznanych kryteriów oceny treści, zaś odwołania wysyłają na Berdyczów. Do tego, szczególnie w reżymie unijnej dyrektywy DSA, nawet w części ustawy podpisanej ostatnio przez prezydenta – za niedookreślone przewiny w obszarze np. dezinformacji, czy „mowy nienawiści” platformy mogą być poważnie karane finansowo. Powoduje to proces antycypowania w umysłach dziennikarzy i politykach całych redakcji tego, co może się nie podobać anonimowemu cenzorowi, bez znanych nam kryteriów oceny. Taka antycypacja jest ZAWSZE nadmiarowa. Ma jeszcze jedną cechę – tak ustawiona cenzura, mocą jej internalizacji zaczyna być samoregulującym się, wewnętrznym cenzorem, którego istnienie sam cenzurowany wypiera, gdyż stopniowo kryteria tych zewnętrznych i wyobrażonych ocen poprawności politycznej tekstu stają się psychologicznie jego własnymi kryteriami.

Przepraszam za ten „naukawy” wstęp, ale chciałem ustalić pewną bazę terminologii zanim przejdę do wspomnianych przykładów. Chodzi głównie o to, by od samego początku nie bawić się w zaśpiewy o wolności słowa, mediach kształtowanych przez widzów za pomocą  treści od odbiorców (tzw. social content), czy nawet o kształtowaniu platform informacyjno-rozrywkowo-aksjologicznych dla określonych grup widzów. Tego rodzaju perspektywą pozostawiam nieświętym naiwnym. Naiwnym, bo to tak nie działa, nieświętym, bo ci o zaśpiewach pięknoduchowych mają pełną świadomość co do brutalnych prawdach reguł własnych baniek.

ONET

Zacznijmy od Onetu. Mamy tu do czynienia z procesem cywilnym wytoczonym wydawcy Onetu przez prezydenta Nawrockiego za rozpętanie całego ciągu narracyjnego w trakcie kampanii prezydenckiej. Zaraz za nim idzie proces karny, tu już przeciwko konkretnym dziennikarzom, gdyż – jeśli potwierdzą się w procesie cywilnym wątki odpowiedzialności któregoś z dziennikarzy, czy wydawców – kwestia kontynuowania tych cywilnych dokonań będzie w procesie karnym łatwiejsza. Od razu zaznaczę, że jestem przeciwny sadzaniu nawet największych szmat dziennikarskich, ale tu sprawa odbywa się wedle dostępnych narządzi.

Nie będę tu rozwikływał całych taktyk procesowych, chęci Onetu do utajnienia procesu, mieszania przy świadkach, wyraźnego medialnego wsparcia własnej wersji w trakcie procesu. Ta sprawa właśnie ma odbywać się poza sądem, wyrok bowiem ma wydać rozgrzana, a właściwie niedogrzana, bańkowa publiczność i kwestie procesowe są tu tylko używane na potrzeby narracyjne. Jak świadkowie nie przyjdą – to okaże się, że ich kibol Nawrocki zastraszył, jak sąd odrzuci świadectwo świadka proponowanego przez Onet, to okazuje się, że to zrobiła neosędzia. Jak ma zeznać przeciwko prezydentowi jakiś ochroniarz to dla Onetu jest to super, zaś jak to ma być powołany przez Nawrockiego szef restauracji w Grand Hotelu, to jest to zgłaszane przez Onet jako świadectwo nieistotne. To zwyczajowe zabawy. Istotne jest co innego.

Operacja Nawrocki

Istotna jest przywołana wcześniej bańkowość. Cała historia – też z ukłonem do wspomnianego wcześniej klienta politycznego – była zrobiona po to, by wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich. I to nie na zasadzie schlebiania swojej grupie odbiorców, ale na zasadzie wykonania ideologicznej operacji wpływającej na wybór suwerena, operacji wykonanej na chama, w nadziei na zwycięstwo, a przecież zwycięzców nikt nie sądzi. I tylko dlatego mamy tę sprawę, bo nie wygrał Trzaskowski. To jasne, nawet dla sądu. Sprawa nie byłaby nawet osądzona.

Czy to było na zlecenie Niemców, bo oni mieli i mają interes w prezydencie nie-Nawrockim, czy to było na zlecenie Tusków, czy też po sympatii ojców-założycieli TVN i nowych globalistycznych właścicieli – to już sprawa dla ginącej rasy dziennikarzy śledczych. Ważne, że ewidentnie użyto do tego służb, które maczały swe paluchy w tej operacji. Pozostawiam więc do domysłów, tu Czytelnikowi, czy to była operacja, że tak powiem „prywatna” służb, czy zlecenie poszło jak najbardziej nieoficjalnie, ale służbowo.

W tym wszystkim ważne jest jedno, co umyka obecnemu poziomowi dyskusji o procesie Onet vs. Prezydent. Ja pamiętam w samej końcówce kampanii wyborczej, jak głównodowodzący kampanią oszczerstw przeciwko Nawrockiemu, ten spec od kawalerek i burdeli przyhotelowych, redaktor Stankiewicz zarzekał się, że bez względu na wynik wyborów – będzie drążył temat. Zapowiadał cały serial gotowych już materiałów w odcinkach. I co? I nic. Nic się nie „pociągnęło”, co jednak chyba dowodzi, że nic więcej prócz oszczerstw nie było. Bo jak by było, to by było. W Onecie, w zwierciadlanych mediach typu TVN, czy Wyborcza. Wszystkie wygłodniałe dzióbki wystawały z medialnego gniazdka czekając aż Stankiewicz przyniesie z miasta kolejne rewelacje „postaci znanych”. Gdyby przyniósł COKOLWIEK usłużniacy by to rozdmuchali na cztery strony świata, wycmokali, uekspercili na wizji i była by afera na całego. To Nawrocki by się chował po kątach, nawet Dużego Pałacu. A tak chowa się Onet – za utajnieniem procesu i wskazywaniem, że świadkowie by byli, ale się boją zadzierać z kibolem.

Nic z tego nie będzie

I teraz – uwaga! Proces potrwa długo, bo na tym polegają sądy w Polsce. Nie tylko wszyscy już zapomną, nie tylko wynik nie będzie już spektakularnie zapamiętany. Główna sprawa polega na tym, że jego wynik nie będzie miał znaczenia dla odbiorców. Żadnego. Bańkowcy i tak uwierzą prędzej w dookólne opowieści Onetu niż w spóźniony pewnie wyrok sądu. Za to jeśli Onet wygra – nie będzie ważniejszej dla nich sprawy i sprawiedliwszego sądu. Tak to jest w bańkach. A, powiecie – a nie bańkowcy? No, wiadomo – PiS zatryumfuje, jak Nawrocki wygra, ale tu wszystko pójdzie plemiennie. Wtedy Tuskowie będą utrzymywali, że to ziobrowski neosędzia przekręcił sprawę i tak się można wozić do końca.

Z poszlak i uników wynika, że u Onetu jest słabo z dowodami, bo gdyby te były, to nie padłyby na rozprawie, tylko rok wcześniej – jak obiecywał Stankiewicz – w mediach. A że nie było tego i nie ma – wnioskuję, że nie będzie i dla sądu. Ale to też – uwaga nic nie zmienia. Największą ceną jaką może zapłacić Onet za przegraną jest utrata jego wiarygodności. Ale – jak powiedziano w filmie Shrek – jest to cena, którą Onet jest gotów zapłacić. Czemu? Ano temu, że teraz wiarygodność nie jest już żadną walutą medialną. Jej utrata więc nie strąca medium w otchłań odbiorczego ostracyzmu. Nic podobnego. Prawdziwość przekazu nie jest dziś priorytetem odbiorców, nie tylko hard corowych, danego medium. Priorytetem jest wygoda pobywania w bańce, bez oglądania się na prawdziwość jej konstrukcji. Bańka rządzi, bańka radzi, bańka nigdy cię nie zdradzi. Co bez niej będziesz robił, sam samiuteńki, narażony na ciągła ocenę padających zewsząd strzałów medialnych? Będziesz miał co prawda przechlapane jak w ruskim czołgu, ale będziesz w czołgu, nie jak inni, w pojedynkę, na odkrytym terenie snajperskich narracji.

Wiarygodność nie jest już walutą

Utrata więc wiarygodności przez Onet nic mu nie zaszkodzi, bo nie o to idzie gra. A…, że to dotyczy tylko rozgrzanych bańkowców, zaś ci inni, spoza bańki to już będzie strata, bo tak to się jeszcze wahali, a teraz to do Onetu nie zaglądną? No, tu jest tylko trochę inaczej – niezdecydowani nie chcą się już za bardzo wahać. Raczej stosują taktykę opartą o jedyne słowa, które wypowiada Dulski w dramacie Zapolskiej: „a dajcie wy mi wszyscy święty spokój”. Mainstream specjalnie obrzydza niezdecydowanym zaangażowanie się narracyjne – ci wahający się, zbrodniomyśliciele niezdecydowania mają się tym wszystkim zniechęcić, bo w końcowym – wyborczym rozrachunku – najczęściej mają nie pójdą głosować i zostanie już tylko dobrze ostrzelana wojna dwóch plemion. Bez niespodzianek. Taki więc będzie koniec „sprawy Onetu”, jak zwykle, po staremu, bez rewelacji. Zgodnie z opowiedzianymi wcześniej zasadami zmian w nowych mediach: wyjdzie całe to bańkowianie i upolitycznienie klienta zlecającego. Tak czy siak – nie będzie to na pewno rozprawa o granice wolności słowa, ani o długa rękę prezydenta Nawrockiego, który mści się za niewygodną prawdę. Tyle Onet.

Płonne nadzieje na TVN

Teraz TVN. Też ciekawy przejaw nowego modelu mediów polskich. Ja z rozbawieniem obserwuję to podniecenie po prawej stronie. Jedni powodowani są satysfakcją zemsty, drudzy – nadzieją na zmianę wajchy. Obie postawy są wysoce mylne, aczkolwiek poświadczające o miałkości dylematu obu stron plemiennej Polski. Najpierw zajmijmy się usatysfakcjonowanymi.

Satysfakcja ma polegać na tym, że być może zobaczymy upokorzoną pychę. TVN dokonał jeszcze za PiS-u manewru osłonowego oddając się we właścicielskie ręce Amerykanów. TVN chciał uciec tym samym spod topora PiS-u w ramiona amerykańskie, czyli w ramiona strategicznego partnera rządu Kaczyńskiego. W ten sposób PiS mógł mu nagwizdać, co pokazała nawet bezceremonialna interwencja pani ambasador Mosbacher, gdy tylko mogło coś się stać w sumie amerykańskiej firmie na terenie Najjaśniejszej. Wszyscy skulili wtedy uszy po sobie, a była to błahostka. „Zamach” na TVN, szybko przerobiony w zamach na wolne media, miał polegać tylko na szczelniejszym opodatkowaniu przychodów telewizji, do tej pory transferowanych dzielnie za granicę za pomocą baraku na holenderskim lotnisku. Tylko tyle, i aż tyle, by wystarczyło na histerię w mediach (do dziś pani Monika wita nas w „wolnych mediach”) i widowiskową interwencję ambasador mocarstwa w polskim Bantustanie.

Tak że chłopaki w TVN doskonale wiedzieli w co grają. Ale na pstrym koniu jeździ łaska pańska kapitału. Okazało się, że właściciel poszedł pod młotek i wajcha bezkarności może się odwrócić. A była to fajna wajcha, gdyż TVN to taka Wyborcza sprzed 20 lat: płynęła na parę i na żagiel. Jak jej gazetowa poprzedniczka połączyła dwa, zdawałoby się sprzeczne, cele. Zysk i mieszanie w głowach. Zazwyczaj są to rzeczy sprzeczne, bo wciskanie wody do mózgu to raczej inwestycja, a tu się okazało, że te sprane mózgi dawało się sprzedać na rynku reklam. No cóż, jak ktoś wierzy w posłannictwo takiego Tuska, to i uwierzy w reklamowany środek na nocny syndrom niespokojnych nóg. To może dlatego reklamy komercyjne szerokim łukiem omijają konserwatywne media…

Reklama dźwignią… mediów

Z tą reklama to niby żart, ale warto tu się zatrzymać. Rzeczywiście – reklamy szaleją w mediach lewicowych, co wskazuje na… ideologiczne podejście reklamodawców do biznesu, jednak. Bo gdyby to było tylko komercyjne, to reklamodawcy zauważyliby i konsumpcyjne plany ludzi o konserwatywnych poglądach, poszliby do ich mediów, by sprzedać im maszynkę do golenia, krem do depilacji czy samochód. A tu nie – ten konsument dla nich nie istnieje. I dla tylko wąskiej grupy robi się media, które zaraz jakoś tak szybko robią się zasobne. W przeciwieństwie do konserwatywnych. Działa tu wspomniany mechanizm nie narażania się reklamowego rządowi oraz kompletny zanik reklam ze strony spółek skarbu państwa do plasowania w mediach wrażych rządowi.

Mediami nie rządzą wydawcy, a już na pewno nie dziennikarze. Nie rządzą nawet – uwaga! – reklamodawcy. Rządzą domy mediowe, które dzielą hurtowo kasę pomiędzy media. I jak ten rozdzielacz ma ideologiczne uzasadnienia i intencje, to on ma decydujący wpływ na media, ich treści i modele biznesowe. To tu, nie w redakcjach, nawet nie u klientów marketingowych, należy szukać tej kumulacji decyzji mających kluczowe znaczenie dla kształtu rynku mediowego. I na rynku telewizji rządzą trzy domy mediowe – akurat przy trzech telewizjach: publicznej, Polsatu i właśnie TVN. Co dziwne – zdawałoby się, że domy mediowe optymalizują wydatki klientów, by ci osiągnęli jak najlepszy zasięg wśród swoich konsumentów. To miała być – kiedyś – domena exela i skomplikowanych optymalizatorów, łączących wyniki zasięgowe mediów z profilami odbiorców. A tu się okazuje, że nic takiego. Gdyby tak było, to telewizja Republika miałaby więcej reklam niż TVN24, a nie ma. Pamiętajmy więc, że TVN to również twórca i tworzywo w tej mierze.

Dlaczego więc klienci reklamowi godzą się na takie dysproporcje? To dobre pytanie. Jest tu kilka na raz możliwych odpowiedzi. Po pierwsze – wspomniana chęć do nie podpadnięcia rządowi za reklamę (czytaj dofinansowanie) we wrażych politycznie mediach. Po drugie – mamy już cały przemysł „marketingowego wstydu”, całe organizacje tropiące gdzie to się kto nieprawomyślnie zareklamował, szantażujące bojkotem konsumenckim za plasowanie reklam obok „mów nienawiści”. Po trzecie – co już jest tez prostsze – szefowie marketingu zlecający domom mediowym reklamy swoich firm i produktów to często ideologicznie poprawni lewacy, wykształceni, z wielkich ośrodków, często pochodzący z domów mediowych, na zasadzie „drzwi obrotowych”. Coś takiego jak w Big Farmie i regulatorach rządowych rynku farmaceutycznego. Na końcu jest właściciel, który albo nie wie, albo „jebaćpisi”, albo chce mieć – jak Dulski – święty spokój ze strony wszędobylskiego regulatora.

Gdzie pójdą tefałenowcy?

Teraz wróćmy do tych od nadziej. Nadzieja ma polegać na tym, że nie tylko ujrzy się panią Monikę Olejnik z kartonami z butami pod pachą, wychodzącą ze swego gabineciku „wolnych mediów”, ale na tym, że pogoni się „z prawej” całe to plemię bańkowiczów tefałenowskich. Tylko to jest tak, że – gdyby się to ziściło, w co wątpię – mielibyśmy następującą sytuację: ucieszyłaby się TVP, za to by się zmartwiła Republika. No bo życie nie znosi próżni. Gdzieś ta widownia musiałaby pójść. Poszłaby do publicznej. A nowy, „prawicowy”, TVN zaludniłaby część widowni Republiki. A więc nie ma co się cieszyć, szczególnie z prawej strony. Kwestia przyszłości TVN-u zależy od decyzji właścicieli, czy będą grali na pieniądze, czy na ideolo. Wybór złotego środka może być trudny, choć tu może pomóc rozłożenie procesu w czasie.

Pytanie czy Skydance, nowy właściciel TVN-u, będzie chciał dokonać zwrotu aksjologicznego? Żeby to stwierdzić, to trzeba się przyjrzeć co się stało w USA w podobnym procesie. W końcu to, podobno konserwatywny właściciel, podobno dobry znajomy Trumpa, magnat Ellison, przejął takie zagajniki lewactwa jak CNN. Tam od razu powstała „oddolnie” rada programowa, mająca bronić odwiecznych, czyli poprzednich, czyli lewackich, standardów. Tam tranzycja z prawdy postępowej na konserwatywną będzie się odbywać powoli, gdyż nagły odpływ widowni z powodów sieroctwa ideologicznego może postawić pod znakiem zapytania ekonomiczny sens w końcu wielomiliardowej transakcji. Tak samo będzie pewnie i w Polsce.

Nie ma więc co się cieszyć, wysyłać cefałek do nowych właścicieli, liczyć na powrót prawdy na Wiertniczą. Zobaczymy czy prymat pieniądza zwycięży nad ideolo. Może też być tak, że nowy właściciel sprzeda to komuś, bo do jego – głównie filmowo-producenckiego – portfolio telewizja w jakimś odległym zakątku świata pasuje jak pięść do nosa.

Media jako dual-use

Tak czy siak widać po tych dwóch procesach, TVN i Onetu, że odbywa się walka o rząd dusz i zyski. W obu przypadkach na razie połączone. Pytanie jest tylko takie: co będzie wybrane w przyszłości? Pamiętajmy, że zakup Onetu przez Axel Springer nie polegał na polowaniu na zyski Onetu w Polsce. Ten deal polegał na zysku na giełdzie niemieckiej, gdzie notowany jest Axel. Chodziło o to, że portfolio Axla było wtedy za bardzo „papierowe”, co wpływało na wycenę jego akcji. Kupując Onet niemiecki Axel zwiększył swoje cyfrowe portfolio na tyle znacznie, że wpłynęło to na zwiększenie, lub co najmniej zatrzymanie trendów spadkowych wyceny Axla na frankfurckiej giełdzie. Transakcja TVN to jedynie odprysk wielkiego dealu medialnego za Oceanem.

Z obu tych procesów lokalnie, w Polsce, wyciągane są lokalne wnioski. Większość z nich jest kuriozalna – umoczona w lokalną polityczkę, lub pięknoduchowskie zaśpiewy o wolności słowa, na przemian z mową nienawiści. Publiczność szasta się ideologicznie w swoich bańkach, te są hurtowo przehandlowywane i nie wiadomo, czy takie teksty jak te, mające przetrzeć to szkiełko baniek, by zamknięte w nich ławice mogły zobaczyć świat zewnętrzny – mają jakiś sens. W końcu jak się nie będzie widzieć, po wyczyszczeniu, tego szkiełka oddzielającego bańkę od świata, to można sobie nabić niezłego guza. Nie każdy jest gotów do takich przygód i woli pozostawać w sferze swego komfortu. Ale to nie zwalnia, nie koniecznie bańkowe rybki, ale obserwatorów, od tego, żeby przypominać, że jest ktoś kto sypie karmę, puszcza do środka medialne bąbelki i handluje tymi duszyczkami, w myśl pięknej piosenki Pink Floydów „Whish you were here”:

We’re just two lost souls,

Swimming in fish bowl,

Year after year,

Runnig over the same old ground,

What have we found?

The same old fears…

Co się wykłada według mojego tłumaczenia:

„Jesteśmy tylko dwiema zagubionymi duszami

Pływającymi w szklanej kuli,

Rok za rokiem.

Przemierzając wciąż tę samą drogę

Cóż znaleźliśmy?

Te same stare lęki…”

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *