18.09. 200 dni – szybko zleciało?

18 września, dzień 200.

Wpis nr 189

zakażonych/zgonów/ozdrowień

77.328/2.270/63.312

Minęło 200 dni (podobno) od „pacjenta zero”. Tyle już zeszło od początku pandemii w Polsce. Wszystko zaczęło się wcześniej w Chinach i im więcej wiemy (?) tym mniej wiemy, kiedy i gdzie to miało początki. W sumie dwieście dni to w historii świata mgnienie, a tu takie zmiany. Jedne rzeczy przyspieszyły, drugie się nagle wylęgły. Właściwie nie ma niczego co by się ostało jak było przed tym kowidem. Nie wnikając w mechanikę tego zjawiska – ostatnio dużo tego – zobaczmy co się zmieniło.

Jeśli chodzi o rzeczy poważne i ogólne to widać poszerzającą się dominację państwa i władz. To zrozumiałe, że w obliczu zagrożenia obywatele poszukują sprawczej władzy i z chęcią oddają swą wolność w zamian za poczucie bezpieczeństwa. Ale państwo stało się ostatnio adresatem wszelkich już oczekiwań, sprawczość obywatelskie inicjatywy, a w szczególności prywatna gospodarka przeżywają swój największy chyba kryzys. A zakres władzy się rozszerza. Jednocześnie sfery gospodarcze, im mniejsze tym bardziej zgłaszają coraz częstsze zastrzeżenia co do państwowego lockadawnu w wykonaniu większości krajów. Duże firmy, a zwłaszcza sektor finansowy, jakoś się ostały, co jeszcze bardziej emocjonuje małych, utwierdzając ich w przekonaniu, że państwo „dużych” to zawsze wyratuje.

Ma to swoje odzwierciedlenie w zmianach ideologicznych. Mamy lewicę w natarciu, „jak nie teraz, to kiedy? jak nie tutaj (w USA), to gdzie?” Oddanie obywatelskiej wolności władzy za ułudę bezpieczeństwa nieuchronnie prowadzi do zwiększenia roli państwa, regulacji i egzekwowania odgórnych przepisów, co wzmacnia postawy lewicowe. Ekonomicznie, obyczajowo i politycznie. Mamy do czynienia ze wzmożeniem konfliktów politycznych na poziomie ras, klas i tożsamości płciowej. Czyli mamy niekończącą się wojnę, bo opartą na nieprzekraczalnych kryteriach. W dodatku wzmożeniu temu towarzyszy pęd do różnie rozumianego postępu, ale zgadzającego się co do jednego – trzeba przyspieszyć rozwój wypadków, by za burtą pozostawić wszystko co z przeszłości. Koronawirus ma być nie tylko katalizatorem takich procesów, ale swoistym ogniem oczyszczenia, w którym sczeźnie obmierzłe stare. Czeka nas więc pespektywa raczej rewolucyjna.

Geopolitycznie konflikt o przywództwo pomiędzy USA a Chinami nabrał w tych dwustu dniach tempa. Stany się cofają ograniczając liczbę konfliktów, w których są zaangażowane oraz swoją prewencyjną obecność na straży „pax americana”. W dodatku mają problemy wewnętrzne i gospodarcze, których Chiny nie mają i gigant się chwieje. A jak się chwieje hegemon, to pretendenci nie próżnują. I karty świata się będą tasować od nowa. Takie czasy nigdy – poza dwoma wyjątkami, 1918 i 1989 – nie były korzystne dla Polski. Zwłaszcza, że od samego początku, bez względu nie tylko na losy naszego sojusznika, ale i na jego być może zmieniającą się strategię wobec nas, obstawiliśmy wszystko na jedną kartę. Zadzierając z Rosją i niepokojąc Niemcy. Różnie to się może skończyć, bo interesy globalnych graczy koncertu mocarstw mogą być sprzeczne z polską racją stanu (jeśli taka jeszcze gdzieś istnieje).  

Nasz mały wymiar geopolityki pokazał naszą całkowitą niezdolność do patrzenia na naszą pozycję w regionie poza nasze własne granice – Białoruś zostanie rozegrana bez nas, z dominacją Rosji, która jeszcze bardziej zacieśni swoją więź z Mińskiem i to bez względu czy będzie tam rządził osłabiany właśnie Łukaszenka, czy jakiś trybun „wyłoniony” na (dla?) ulicy, która ma przecież hasła anty-łukaszenkowe ale nie… anty-putinowskie.

W polskiej polityce okres koronawirusa przypadł na końcówkę (formalnie przedłużaną w nieskończoność) maratonu wyborczego trwającego od wyborów samorządowych w 2018 roku. Dotychczas wyłącznie kampanijna wojna polsko-polska jeszcze się wirusowo zaostrzyła, bo dała opozycji paliwo do krytykowania poczynań rządu, w dodatku bardziej skupionych (wiadomo – opozycja na gospodarce się nie zna, tak jak większość polityków) na tropieniu jakichś kopert niż zasadności, skali i tempa wydatkowania środków na poszczególne tarcze antykryzysowe, na które poszły ciężkie miliardy. Na razie mamy pozorny spokój na 3 następne lata, bo pomysły by wzburzyć ustalony wyborami układ polityczny chyba już wywietrzały z najbardziej rozgorączkowanych głów. A więc będzie czas na rozliczenia (to dla leniuszków) i budowanie struktur „na za trzy lata” (to dla pracusiów). Jak ten okres zostanie wykorzystany i czy pojawi się ktoś nowy, to już pieśń przyszłości. Na razie idą jesienne, rozliczeniowe kongresy partii i zobaczymy czy i kto je przetrzyma. W dodatku mamy zachwianie w obozie władzy, tak że do końca nie będzie wiadomo jak jest. A miał się ten maraton skończyć, a tu wyszła sztafeta…

Społecznie wypadło też nie najlepiej. Politycznie znowu jesteśmy jeszcze bardziej podzieleni na plemiona, choć wydawałoby się, że to już nie jest możliwe. Możliwe. Upadło parę autorytetów: policjanci zanurkowali ze swoim image, tak ciężko odbudowywanym po stanie wojennym. Dołączyli do nich niestety lekarze. Tak, ci oklaskiwani na początku z kwarantannowych balkonów za bohaterstwo. Teraz są przedmiotem kpin, głównie z powodu teleporad, które przeradzają się w bliskie spotkania trzeciego stopnia za pomocą magicznego banknotu. Wirus okazał się całkowicie przewidywalny – groźny tylko do 16.00, kiedy zamykają przychodnie na NFZ. Dołączają teraz i nauczyciele, którzy po swoim strajku w zeszłym roku, dobijają kowidowymi bzdetami i tak kulejący etos oświaty. Kościołowi też zdaje się spadło, nie tylko za poddawanie się pandemicznej narracji (zwanej gdzieniegdzie histerią) ale za to, że dał się wciągnąć w polityczną bieżączkę.

Jaka więc może być przyszłość? No kowid nie odpuści, a właściwie nie dajemy sobie sami szansy by odpuścił. Mamy już przecież zapowiedzi drugich fal, nowych mutacji, jeszcze innych wirusów, szczepionek co kwartał, morderczej grypy, klęsk klimatycznych. A więc będzie się działo. Ja jednak się obawiam, że jesteśmy świadkami dopiero wstępnej fazy efektów ubocznych kowida, nie epidemiologicznych, a społecznych i gospodarczych – a w końcu politycznych. To znaczy jesteśmy jeszcze w okresie końcówki resorowania społeczno-gospodarczych wstrząsów różnymi tarczami, ale efekt im bardziej odłożony tym przyjdzie do nas silniej. I nawet jak spadnie liczba zakażonych, jak będziemy się otwierać i wychodzić, to efekty kowida zostaną z nami dłużej niż on sam.

Pamiętam jeszcze te spekulacje z początków kwarantanny. Jak wszyscy myśleliśmy – tak, będzie ciężko, ale dzięki temu będziemy mieli pokoleniowo unikatową szansę powrócić do źródeł. Zatrzymać się w dotychczasowej gonitwie za kasą, poznać wreszcie żonę, dzieci, zmienić może pracę, mieć czas na swoje pasje, odkryć siebie. Ile z tego wyszło? Każdy indywidualnie może sobie sam na to odpowiedzieć. Wydaje mi się, że jednak większość poszło nie tak. Jak rozmawiam z psychoterapeutami to słyszę o narastających konfliktach między małżonkami, rodzicami a dziećmi, alkoholizmie, depresjach.

Nawet gdyby jutro powstała cudowna i nieinwazyjna szczepionka na koronę i wszyscy się uodpornili na kowida, to te efekty zostaną już z nami na długo. Może nie na zawsze, ale droga, którą dotąd podążał świat ostro zaczęła się wić i to pod górę. I nie wiadomo, gdzie nas zaprowadzi.

Tacy byliśmy hej do przodu, a wystarczyło tylko 200 dni…

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: