4.08. „Fałszywa epidemia” – lektura obowiązkowa.

4 sierpnia, dzień 154.

Wpis nr 143

zakażeń/zgonów/ozdrowień

48.149/1.738/35.056

Zamówiłem książkę tydzień temu. Okazało się, że muszę poczekać na dodruk, bo sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Nic dziwnego – reklamę zrobił poseł Braun przekazując ją w Sejmie rządowi i panu marszałkowi. Z poselskiego komentarza wynikało jedno – będziecie siedzieć. Trudno o lepszą promocję.

Ja o książce wiedziałem wcześniej. Jedyny w niej polski autor Paweł Klimczewski mówił mi o niej, kiedy przeprowadzałem z nim profetyczny „Wywiad z wampirem” w swoim „Dzienniku zarazy”. Książka „Fałszywa pandemia” jest zbiorem artykułów naukowców i lekarzy z całego świata, którzy od początku kwestionują pandemiczność rozmiarów ekspansji koronawirusa, jego śmiertelność, tempo rozprzestrzeniania się oraz środki podjęte przez rządy. Wszyscy są fachowcami w swoich dziedzinach. Mamy tam epidemiologów, wirusologów, jest patolog, anestezjolog, biometra medyczny, pulmonolog i statystyk-analityk. Artykuły zebrał i wstępem opatrzył dr Mariusz Błochowiak z instytutu Max Plancka w Moguncji. Książka ułożona jest chronologicznie, tak, że mamy perspektywę rozwoju wiedzy o koronawirusie. Jednak już w marcu epidemiolodzy alarmowali, że coś jest nie tak.

Po pierwsze – testy. Właściwie mamy na całym świecie niecertyfikowane testy, pochodzące z jednego laboratorium, które nie wiadomo co wykrywają. Na pewno NIE TYLKO KORONAWIRUSA. A od tego zaczyna się wszystko – selekcja do kwarantanny, hospitalizacja, rozmiary „pandemii”, wahania statystyk i nadreakcje państw. Po drugie – kwalifikacja koronawirusa jako przyczyny zgonów z jednoczesnym utrudnianiem i wręcz zabranianiem autopsji. Do tego dochodzi wiek pacjentów i choroby współistniejące jako główne przyczyny zgonów. Sekcje przeprowadzane przez profesora Pushela nie wykazały innych niż standardowe objawów infekcji wirusowych dróg oddechowych i płuc. Do tego cała statystyka, jej alarmistyczne podkręcanie przez różne strategie testów oraz kwalifikacja zgonów. Statystycznie rzecz biorąc koronawirus nie powoduje większej liczby zachorowań i zgonów niż sezonowa grypa. Sprawa szczepionki to osobna kwestia – lekarze nie wyobrażają sobie jej szybkiego wytworzenia, przetestowania i skutecznego zastosowania. Ostatnia sprawa to miażdżąca krytyka WHO, która jeszcze w czasie najłagodniejszej fali zachorowań, jaką była świńska grypa, zmieniła definicję pandemii z występowaniem w wielu krajach podwyższonej liczby zgonów na występowanie podwyższonej liczby zachorowań. Specjalne śledztwo wykazało wtedy, że alarm był niepotrzebny, żadnej pandemii nie było, zaś kraje, które spanikowały, zrobiły to niepotrzebnie, kupując szczepionki, których utylizacja kosztowała np. Niemcy ćwierć miliarda euro.

„Polski wkład” Pawła Klimczewskiego daje czadu. Są to logicznie mordercze wnioski wyprowadzone z wszechstronnych analiz statystycznych. Jest to końcowa część książki, która jest – obok opinii lekarzy – ostatecznym obiektywnym wyrokiem. Nic specjalnego się nie dzieje, nawet mamy mniej zgonów niż w poprzednich sezonach grypowych, w których nikt przecież nie maskował całego społeczeństwa i nie zamykał gospodarki.

We wszystkich wypowiedziach, oprócz naukowej do spodu analizy Pawła, przebija jedno – wszyscy, którzy mówili z naukowymi dowodami w ręku, że „król jest nagi” byli banowani przez media. Gdyby nie internet nigdy byśmy się nie dowiedzieli o ich opiniach. To źle świadczy o całym układzie informacji, bo – przy wyciszaniu krytyków – nie trzeba żadnych kontrargumentów na ich naukowe tezy. Mamy tylko popwirusowe dywagacje poparte na eskalowaniu strachu. To okropny tandem polityków i mediów: tym pierwszym zależy na schlebianiu społeczeństwu, które ma zestrachane priorytety bezpieczeństwa, tym drugim – mediom, zależy na popularności, więc strach ten wzmagają.

Myślę, że nigdy się nie dowiemy, jak było naprawdę. Za dużo zostało już postawione na jedną wersję i będzie broniona jak niepodległość. Sprzyja temu znana ludzka przypadłość, że łatwiej oszukać człowieka niż skłonić go do tego, by się przyznał, że dał się oszukać.

„Washington Post” opublikował analizę działań pandemicznych nie pozostawiając suchej nitki na politykach i mediach. Nie ma żadnej pandemii a środki przedsięwzięte przez władze były daleko zbyt radykalne, wręcz przeciwskuteczne. Tezy są poparte twardymi dowodami opartymi na faktach i statystyce. I co? I nic. To już za daleko zaszło, za dużo rządów w to weszło, za dużo ludzi w to uwierzyło, za dużo autorytetów się pod tym podpisało. Będziemy to wypierać do końca. Naszego albo wirusa.

„Fałszywa epidemia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto jest ciekawy otaczającego go świata. Podane tam są obiektywne statystyki i naukowe argumenty, których próżno szukać „po drugiej stronie”. Ja – wyposażony w taką wiedzę – nie będę na innym niż faktograficznym i naukowym poziomie rozmawiał już więcej z „maseczkowcami”. Za równowartość dziesięciu maseczek (a to przecież dzienna liczba ich używania przez każdego z nas, prawda?) można dostać wykład prawdy od płaskoziemców. Każdy kto się uchyla przed tą prawdą nie chce jej poznać. Nawet gdyby w nią nie uwierzył (pisze o wierze, bo tylko ona może odrzucić naukowe argumenty) to warto by było, aby ją poznał. Poznał prawdę o największej ściemie świata cywilizacji tchórzy.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: