29.03. Gdy odwiedza Cię bratanek, czyli Nawrocki nawraca Orbana
28 marca, wpis nr 1401
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

I rozpętało się piekło, a właściwie polskie piekiełko. Prezydent Nawrocki spotkał się ze znienawidzonym premierem Orbanem, dyżurnym Czarnym Ludkiem Europy. Czarnym Ludkiem, bo za prawdziwego Czarnego Luda robi od paru lat Putin. Przypomina się sytuacja z okolic listopada zeszłego roku, kiedy w czasie węgierskich obrad Trójkąta Wyszehradzkiego obecny na nim polski prezydent odwołał swoje spotkanie z węgierskim premierem, gdyż ten spotkał się kilka dni wcześniej z Czarnym Ludem, czyli Putinem właśnie.
Wielu zwolenników Nawrockiego bardzo zdziwił ten gest, zwłaszcza jego putinowskie tłumaczenie. W końcu Polska po stronie prawicowej rewolucji zdrowego rozsądku nie ma zbyt wielu przyjaciół (nawet w Polsce jest ich okazało się niezbyt wielu), zdawałoby się więc, że trzeba szanować takie unikaty, a tu taki klops. Odczytywano ten postępek jako powtórkę z Dudy, który często posiłkował się gestami mającymi zjednać mu (nieosiągalny przecież) elektorat uśmiechniętej Polski. Z Pałacu poszły bowiem sygnały, że ten gest był obliczony na unik wobec możliwych, a raczej pewnych ciosów ze strony uzbrojonych medialnie zagonów liberalno-lewicowych. Nawrocki miał pęknąć w tym temacie przed tą salonową groźbą, co spotkało się ze szczerą krytyką, zwłaszcza ze strony środowisk, które w niedawnych wyborach przeważyły jego szalę na zwycięską stronę – mowa tu o wyborcach obu Konfederacji. Dziś Nawrocki pojechał jednak na spotkanie z Orbanem, tak jakby samo „odczekanie” paru miesięcy miało zmyć z rąk orbańskich odium putinowskiego dotyku.
Media liberalne zawyły rzecz jasna od razu, można więc zobaczyć czego takiego wielkiego uniknąć miał Nawrocki, a co go spotkało obecnie. W sumie – nic specjalnego. Wtedy jak by się to miało skończyć takim jak obecne piekiełkiem, to nic by się nie stało. Ale Nawrocki miał pecha – jego wizyta zbiegła się z gestem Orbana w stosunku do Ukrainy, gdy Węgrzy zamknęli gazociąg zaopatrujący Ukrainę. I wytknął to od razu pierwszy pościarz III RP, premier Tusk:

Pogarszające się stosunki
Cios był celny, acz przyczynkarski. Należy przypomnieć cały kontekst, że tak powiem, stosunków ukraińsko-węgierskich. Zacznijmy od początku. Orban prowadzi słynną politykę wielowektorową i jest dyżurnym przykładem grania „powyżej własnej ligi”, to znaczy – wyciska ze swego położenia i niewielu atutów maksymalne korzyści, grając na wielu fortepianach. Jest więc to węgierski pragmatyzm, którego niezmienną busolą (oczywiście poza zrozumiałymi korzyściami swego środowiska) jest interes narodu węgierskiego. (My prowadzimy politykę suboptymalną, czyli mocno poniżej naszego potencjału). Jak daleko jesteśmy od węgierskich pozycji niech świadczy fakt, że Orban kupuje surowce i energię od kogo się da, za optymalne ceny, my zaś – pierwsi wyrywni – kupujemy od kogo się da i za ile się da, byleby… nie od Rosji. W ten sposób obywatele polscy płacą podatek solidarystyczny, z którego taka Ukraina nic nie ma, my zaś mamy drożą energię; w przeciwieństwie do Węgrów, ale do nich jeszcze wrócimy.

Orban, który mocno gra na narodowy interes Węgrów miał od dawna kosę z Ukrainą, a już zwłaszcza z Zełeńskim, który zhardział od kiedy przeszedł pod wątpliwą niemiecką kryszę. A trzeba przypomnieć, że po słynnym i upokarzającym dla Węgrów traktacie podpisanym w wersalskim pałacu Trianon w 1920 roku Węgry utraciły około 2/3 swego terytorium, 60% ludności, w tym ok. 3,5 milionów Węgrów. Do dziś na terenie Ukrainy żyje około 100.000 Węgrów, głównie na terenie Zachodniego Zakarpacia. O nich dość mocno upominał się Orban, a zwłaszcza już od kiedy ekipa Zełenskiego rozpoczęła swoją agresywną politykę etniczną przeciwko mniejszościom. Przykłady z wschodniej Ukrainy, które wykorzystał do swoich uzasadnień inwazji Putin w obu wojnach były, co prawda w mniej agresywnej formie, ale jednak aplikowane do ukraińskich Węgrów. I Orban się temu sprzeciwiał. Nota bene te same działania wobec Polaków zamieszkających na Ukrainie nie spotkały się z żadnymi reakcjami polskiego MSZ, ale widać, że polityka „sługi Ukrainy” obowiązuje ponad popisowymi podziałami.
Orban realizując swoją politykę wielowektorowości (dobrze ze wszystkimi, a więc z Rosją, Chinami, ale i… USA, gorzej, ale pragmatycznie z Unią) nie popadł w szaleństwo bezwarunkowego wspierania Ukrainy, ograniczając się do pomocy migracyjnej i humanitarnej. Daleki więc był od wszelkich spekulacji, typu polskiego sloganu „to nasza wojna”, co do czego Orban został upomniany przez Nawrockiego w uzasadnieniu odwołania zeszłorocznego spotkania pierwszego. A więc Orban podpadł i Polakom, i unionistom, ale przed wszystkim robił za ruskiego człowieka w Budapeszcie dla Ukraińców. Nie trzeba było długo czekać, aż ta polityka wielowektorowości ze strony Orbana i nienawiści ze strony Zełenskiego zaowocuje konkretnymi faktami.
Afera rurociągowa
Było ze strony Węgier wiele podejść, gróźb i realnych działań mających osłabić trend do bezwarunkowego pomagania i wspierania Ukrainy. Przysłowiowe szwy puściły Orbanowi, kiedy Unia zaczęła forsować 90 mld euro pożyczki dla Ukrainy, który to akt miał tyle wspólnego z pożyczką, co obdarowanie żebraka na ulicy, w nadziei, że ten, jak się ogarnie, to nas jakoś znajdzie i pieniądze odda. Pożyczka miała być udzielona pod zastaw, uwaga!, przyszłych reparacji, które zapłaci Ukrainie Rosja po wojnie. Jakoś się nie zanosi na to, że Rosja wojnę przegra, a świat nie widział, żeby zwycięzca wypłacił kiedykolwiek reparacje pokonanemu. Tak czy siak Orban zawetował tę pożyczkę, UE się wije jak to obejść, ale mleko się rozlało.

Przez Ukrainę idzie odnoga rurociągu „Przyjaźń” główne źródło zaopatrzenia Węgier w ropę. Nagle Ukraina zgłosiła, że rurociąg nie działa, bo go zsabotowała Rosja. Potem okazało się, że raczej nie ma tu mowy o sabotażu, raczej o zablokowaniu tranzytu przez Ukraińców. Zresztą byłoby to dziwne, gdyby Rosja miała wysadzić swój rurociąg, na którym zarabia. To coś tak prawdopodobnego jak spekulacje, że to Rosjanie sami sobie wysadzili Nord Stream. Na to Orban zagroził zablokowaniem dostaw prądu na Ukrainę, a dla Kijowa węgierski prąd to 40% zapotrzebowania. Ponieważ nie można było się dogadać co do rurociągu czy się popsuł, czy został popsuty – nawet zgłosili się Rosjanie, żeby naprawić „popsuty” przez siebie rurociąg, to w końcu Orban zakręcił Ukraińcom rurociąg z dostawami gazu.
I rozpętała się zadyma, gdyż – znowu na odwrót – ten gaz to kluczowa dostawa dla Ukraińców. Ci się poskarżyli Unii, ta zaś odbiła się od asertywnego Orbana. Ciekawym aspektem, jest pochodzenie spornych energetyków. Ukraińcy pomstują na Węgry, że te importując ropę od Ruskich de facto pompują nim ukraińską krew, bo za węgierskie pieniądze z ropy Kreml kupuje sobie wojenne zabawki. Za to gaz na Ukrainę, który stopują Węgrzy jest jak najbardziej koszerny, choć w 80% miksu pochodzi z… Rosji. Tak więc paliwa z tego samego źródła raz są zbrodnicze, raz zbawienne. I do takich dylematów Orbana pojechał teraz nasz Nawrocki.
Poróżniła nas ta jej Poli Raksy twarz
Tak w ogóle z tym Orbanem to w Polsce kłopot jest straszny. Kiedyś za PiS-u – super parka, układ polsko-węgierski, jak dwa konie zaprzężone do jednego dyszla, ciągnęły środkowoeuropejski wóz w kierunku asertywności wobec unijnych szaleństw. Niestety z Wyszehradzkiego Trójkąta najpierw wypadła Polska – i to, uwaga, za PiS-u – zaś jej miejsce zajęła Słowacja. Trójkąt więc pozostał, jednak uczestnictwo w nim Polski jest wysoce teoretyczne. Polska wypadła nie za Tuska, ale za Kaczyńskiego, kiedy drogi Orbana i polskiej łże-prawicy rozeszły się. Powodem był różny stosunek do Ukrainy. Dla obu stron byłych przyjaciół okazała się ta różnica fundamentalna – obie strony gdzie indziej upatrywały swój interes narodowy – my w służbie Ukrainy wypsztykaliśmy się z zasobów do stopnia, który spowodował wręcz pogardę ukraińską wobec polskich frajerów, zaś opór Orbana dodał do licznych jego unijnych „grzechów” kolejny argument: nie pomaga Ukrainie, a więc w czarno-białym świecie musi być poplecznikiem Putina.
PiS ma mimo zmiennej sytuacji, mimo potwierdzenia się praktycznie wszystkich orbanowskich argumentów asertywności wobec Ukrainy, wciąż kompleks Węgier. Głównie dzieje się tak przez tę pisowską postawę wobec Ukrainy, co oznacza, że kandydaci do przejęcia władzy po 2027 roku w Polsce będą kontynuowali i swoją politykę wobec Ukrainy sprzed utraty władzy, i politykę Tuska wobec Kijowa, bo te… niewiele się różnią. Otóż PiS się tłumaczy, że Nawrocki pojechał do Budapesztu, by… nawrócić Orbana ze złej putinowskiej drogi. To takie gadanie, żeby cokolwiek odpowiedzieć na konferencjach na pytania dyżurnych mediaworkerów, że jak to – taki Orban gada z Putinem, a teraz tego wirusa ma przekazać naszemu, choć kibolskiemu, prezydentowi?

Kukły Kaczyńskiego i Orbana na niemieckiej paradzie
Z Putinem się nie rozmawia (tak?), no chyba, że robi to Trump, ale to taktownie zmilczymy. A więc życzmy naszemu prezydentowi sukcesów w nawracaniu Orbana na drogę światłości, misji podobnej do tej, kiedy nasz poprzedni prezydent – Duda – przeleciał Atlantyk, by w pięciominutowej rozmowie z Trumpem sprzedać mu rewelację, żeby Donald amerykański nie wierzył Putinowi, bo ten jest kagiebistą, a ci – co wiadomo tylko oświeconym i doświadczonym Polakom – na pewno będą chcieli go okłamać. I tak prowadzimy tę swoją dyplomację, ponad podziałami, opowiadając po świecie rozsądnym ludziom nasze bajeczki, w które wierzy w coraz mniejszym stopniu nawet nasz własny naród, a co dopiero wybrańcy narodów bardziej rozsądnych.
Wybory, wybory
Wiadomo, że Nawrocki pojechał tam wyraźnie w celu wsparcia resztek prawicowych rządów w europejskim morzu lewicowego globalizmu. Nie wiem czy polski prezydent przekona choć jednego Węgra do Orbana, zwłaszcza, że będzie – jak twierdzą Polacy – namawiał go do odejścia od służby Moskwie. A tu – jako się rzekło – nie możesz wtedy grać w jakieś niuanse: jako odejdziesz od Moskwy to musisz zacząć spełniać żądania nadawane przez Kijów via Bruksela. A nie wiem czy Węgrzy marzą o takim transferze? W końcu Orban ubiega się tam o szóstą kadencję i po coś Węgrzy go wybierali. Jeśli zaś – jak u Polaków patrioci – się nim znudzili, jeśli nie daj Boże na złość orbanowskiej babci będą chcieli sobie odmrozić uszy, to zagłosują na uśmiechnięte Węgry. Tak że misja Nawrockiego jest wewnętrznie sprzeczna – jesłi utrzyma swój deklarowany przekaz – to namawiając Orbana na zwrot ku Brukseli… odbierze mu elektorat.

PiS się strasznie dystansował, że wizyta Nawrockiego nie miała nic wspólnego z odbytym dzień później zjazdem poparcia prawicowych polityków dedykowanym Orbanowi. Widać było jak się zarzekają, by tylko nie padło, że są jakoś praktycznie zaangażowani w prawicowe poparcie węgierskiego kandydata do reelekcji. Pamiętają (ach te strachy, strachy), jakie bęcki dostał w maju 2024 roku premier Mateusz Morawiecki tylko za list, który śmiał napisać na zjazd ugrupowań prawicowych. Wtedy też byli na nim i Le Pen, i Georgia Meloni, i rzeczony Orban. W związku z nieobecnością PiS osobiście takie zjazdy najwyższą polską rangą zaszczycał wicemarszałek Bosak. Tak to się – pod wpływem lewackich strachów – traci nielicznych przyjaciół w Europie w płonnej nadziei, że salon lewacki za to ucałuje w czółko przebaczającym na wieki pocałunkiem.
Orban a sprawa polska
Właściwie wszyscy, którzy pomstują w Polsce na Orbana nie bardzo mogą wskazać na konkretne przewiny węgierskiego premiera. Relacje z Węgrami, a właściwie ich traktowanie z powodów politycznych przez władze polskie, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością nas dotyczącą. Są więc tylko funkcją odzwierciedlenia nie naszej postawy, tylko efektu połączenia traktowania Węgrów przez Unię Europejską i głębokiej niechęci ze strony Ukrainy. Dziś to wedle tej busoli kształtuje się nasz stosunek do Madziarów. Smutne, ale jest on na takim samym poziomie ponad podziałami plemiennych walk – łączy tu wszystkich wojujących w wojnie polsko-polskiej Polaków wspólny ukraiński element, z tym, że w przypadku PiS kastruje on przy okazji możliwą współpracę europejskich niedobitków prawicy. Jak widać, służalczość wobec Ukrainy kosztuje nas coraz więcej, choć na każdym poziomie łudzimy się, że gorzej już być nie może.
Tak jak PiS chce jednak wesprzeć swego politycznego bratanka, tak Ukraina jest wyraźnie zaangażowana we obalający go wpływ na wynik węgierskich nieodległych wyborów. W sumie nie dziwota – Ukraina będzie walczyła o wszystko, tym bardziej gdy zamiana władzy w Budapeszcie ma otworzyć dla niej co najmniej mieszek z 90 miliardami euro. Z tej perspektywy pozbawienie Węgrów dostaw ropy może przekierować gniew Madziarów na Orbana. W związku z tym odbywa się narracyjne i wspierane przez Unię szczucie na nieludzkiego Orbana, który dobija walczącą Ukrainę, tak jakby miał on jakieś sadystyczne nastawienia do niewinnych kijowian. Aspekt agresywnych ruchów Ukrainy jest pomijany w narracji europejskiej, ale czego się tu spodziewać po poziomie dyskursu – Orban został wyznaczony na paputczyka Putina i to już wystarczy dla wytresowanych psów Pawłowa narracji lewicowej. Hasło, czy lampka zapalona w kojcu wystarczy i toczy się z pyszczka ślina łakomej narracji. To jest automatyczne i omija coraz bardziej zaniedbane od nieużywania mózgi.
Zapamiętajmy jedno – kraj walczący o przetrwanie, wszystkich oprócz swego okopowego narodu, z wieczną kroplówką pomocy, uzależniony od innych bankrut wierzga jak zechce zaingerować w czyjeś procesy demokratyczne. To, że robi to we własnym interesie nie zwalnia z oceny tego rodzaju „transakcyjności”. Ukraina dostaje wszystko, oddaje tylko chaos, jeśli tylko ten pomoże w ich egzystencji na cudzy rachunek. Należy o tym pamiętać planując dalszy ciąg „służenia Ukrainie”.

PiS się niczego od Orbana nie nauczył. Ten nie tylko wygrywał do tej pory wszystko, ale mając lepsze od PiS-u rezultaty wyborcze nie zachowywał się jak partia Kaczyńskiego, która uważała, że będzie rządzić wiecznie, a więc nie ma co zmieniać systemu na bardziej efektywny, zwłaszcza, że to wady ustrojowe dawały władzę Kaczyńskim. Orban jak tylko mógł zmienił konstytucję i – uwaga! – nie tyle w kierunku zapewnienia sobie rządzenia (co widać po ostrej walce w tej kampanii), ale by stworzyć lepszy ustrój, w dodatku zaporowo zabezpieczony przed ekscesami obecnych kulturowych ofensyw zewnętrznych. PiS tego nie zrobił – zwłaszcza w pierwszej kadencji 2015-2019, kiedy miał i Sejm, i Senat nie podjął zmian ustrojowych i, jak już pisałem, nawet nie tknął konstytucji, dał się tylko wypuścić w kanał Dudzie z jego referendum konsultacyjnym. PiS miał wszelkie narzędzia by zmiany w konstytucji zainicjować, ale tego nie zrobił – odwrotnie niż Orban wolał się umościć, a właściwie umeblować w czarnej d..ie, niż wyjść na wolność z piwnicy III RP.
Scenariusz węgierski
Jeśli w przyszłych wyborach Orban padnie, to będzie dla nas mocno źle. Bezzębny w Polsce PiS nic nie poradzi na ofensywy unijne, które dziś jeszcze blokują Węgrzy. W Brukseli też sam nic nie ugra. Znowu będzie coś bredził o reformowaniu Unii, grał w cetno i licho, pomiędzy rosnącą antyunijnością Polaków, a swoimi uzależnieniami od unijnych elit, procesów i funduszy. Ukraina zacznie dostawać już wszystko, wszelkie możliwości wet na unijne szaleństwa zmniejszą się do rozmiarów Czech i Słowacji. Polska tu odjechała i nawet jak PiS wróci, to dalej będzie kontynuował strusią politykę Morawieckiego, który podpisywał Unii wszystko, jak leci, z konsekwencjami do dziś.
Ciekawią spekulacje co do postaw USA wobec reelekcji Orbana. Trump wyraźnie odpuścił hucpę z rumuńskimi wyborami prezydenckimi, gdzie Unia poszła na rympał i odwojowała niekorzystny dla siebie wynik. Ciekaw jestem czy USA w ogóle w dzisiejszych czasach interesują się takimi rzeczami, jak wybory na jakichś tam Węgrzech. Bo Unia akurat interesuje się żywotnie – pompuje się tam węgierskich tuskoidów, przecieka to wszystko również do Polski, gdzie lud uśmiechnięty ma już wdrukowane swoje preferencje, wie kto ma wygrać, nawet nie wiedząc kto kandyduje.
Pozostaje jeszcze pytanie czy Amerykanie mają narzędzia do wpływu na węgierskie wybory, gdyby chcieli wywierać taki wpływ? Unijni się tu nie szczypią i grają już w otwarte karty, ale to wcale nie zapobiegnie sytuacji, w której to Bruksela będzie gromić ewentualne nawet najmniejsze grzeszki ingerencji ze strony Waszyngtonu. Odpowiedź na to pytanie da nam rzeczywisty obraz mapy zaangażowania Ameryki w sprawy międzynarodowe. A tu nic nie jest pewne, dopóki nie sprawdzi tego rzeczywistość. Słynna strategia obronna USA opublikowana pod koniec zeszłego roku została odwołania przez praktykę, kiedy USA zaangażowało się w światową awanturę na obszarze, który wedle tej strategii nie był nawet trzeciorzędnym terytorium interesów strategicznych Ameryki. Tam były też napisane ważne rzeczy o naszym regionie – teraz zobaczymy na przykładzie Orbana, czy to wszystko prawda.

Szkoda by było, gdyby Orban przegrał, bo wtedy ewentualne przyszłoroczne zwycięstwo Le Penowej we Francji (nie mówiąc już o wyborach w Polsce) byłoby znowu zwycięstwem solisty. Tak jakby to była sztafeta jakaś: jak się zrobił dobry układ Węgry-Czechy-Polska, to odpadły trochę Czechy, potem Polska sama odeszła na Ukrainę, doszlusowała Słowacja, teraz jako odejdą Węgry, to znowu się zrobi mniejsza pula. Wybory węgierskie są ważne i dla Europy, i dla nas a czy ważne są dla Trumpa – to właśnie zobaczymy. Jeśli Orban padnie to ubędzie dobry przykład koniecznej lekcji dla polskiego formułowania naszej racji stanu. Dowód jak interes narodowy może być realizowany konsekwentnie i długofalowo, będąc opartym na zdefiniowanej racji stanu, zamiast na poszukiwaniu patrona dla urzeczywistnienia ulubionej postawy polskiej klasy politycznej III RP: postawy klientelizmu, podłączenia się do któregoś z wybranych patronów, kosztem rozwoju kraju własnego i dobrostanu jego obywateli. W III RP, gdzie wybór polityczny polski elit polega tylko na wyborze któremu patronowi się mamy podstawić i jak namówić do tego tubylców.
Dlatego uzasadnianie powodu wizyty Nawrockiego u Orbana tym, że nasz prezydent pojechał tam do czegoś przekonywać węgierskiego premiera jest – mam nadzieję, że tylko narracyjnym – pomieszaniem ról. Tam cały PiS powinien tam jeździć raczej po naukę, dopóty, dopóki jest jeszcze do kogo jeździć.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
