10.05. Poczobut, czyli wiwisekcja polskiej racji stanu

0
lukasz

10 maja, wpis nr 1407

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

W dniu 28 kwietnia zwolniono na Białorusi politycznego więźnia, Polaka, Andrzeja Poczobuta. To działacz polonijny działający na Białorusi, aresztowany w marcu 2021 roku, zaś w 2023 roku skazany na 8 lat więzienia w kolonii karnej. Dzięki temu wydarzeniu i tym razem pewnie tylko wnikliwi będą mieli okazję zajrzeć za kulisy polskiej polityki zagranicznej, która – znowu okazało się, że ma znaczenie jedynie dla polityki wewnętrznej. I to polityki wewnętrznej na poziomie nawalanki plemiennej.

Rozpoczęła się medialna licytacja kto tak naprawdę przyczynił się do tego „sukcesu polskiej dyplomacji”. A polska dyplomacja potrzebuje sukcesu jak kania wody, gdyż do tej pory to jedynie jej porażki świadczyły o jej istnieniu. A ponieważ dzięki błogosławionej Konstytucji polityka zagraniczna jest tragicznie rozdzielona pomiędzy rząd i prezydenta, obie te instytucje, szczególnie gdy są z rozbieżnych obozów politycznych, jak często wypinają piersi po nagrody gdy coś się uda, tak rzadko biorą na siebie odpowiedzialność w razie porażki. I tu mieliśmy też taką licytację – a to media dowcipne zwane liberalnymi wskazywały na uwolnienie Poczobuta jako sukces Tuska, a to media plemiennie przeciwne wskazywały, że to prezydentowi Nawrockiemu osobiście podziękował za wkład specjalny wysłannik USA ds. negocjacji w sprawie uwolnienia więźniów politycznych, John Coale.

Znaki

Tu trzeba się trochę zatrzymać nad samym procesem wymiany więźniów. Tak dla wyklarowania sytuacji, bo wielu nowych w temacie, szczególnie wzmożonych tym „sukcesem” dyplomacji Sikorskiego, może myśleć, że tu Polacy ryli, chodzili i po wielu latach udało się (naszym!) uwolnić naszego z rąk wschodnich siepaczy. Prawda jest zaś taka, że wymiany więźniów idą w najlepsze od dawna, zaś sam pan Coale nic innego nie robi od lat, tylko zabiega o zwolnienie więźniów ze wschodnich satrapii. Polaków udział tu jest praktycznie żaden i znowu polska żaba podsuwa nogę, kiedy konie kują, ku uciesze innych, zakompleksionych żab, że my tu z końmi, panie żaba, wykuwamy podkowy przyszłości.

Źródło: AI

Źródło: AI

Dowód na naszą niemoc w tym względzie został przedstawiony podczas największej wymiany 28 osób (licząc z dziećmi) z 1 sierpnia 2024 roku, która miała miejsce na lotnisku w Ankarze. Gdyby Polska miała w tej wymianie cokolwiek do gadania, to od wtedy Poczobut byłby na wolności. A tak, oddaliśmy do puli wymiany złapanego u nas rosyjskiego szpiega, w zamian za to nie dostaliśmy nikogo do nas, zaś w tej wymianie samych niemieckich obywateli Niemcy otrzymali z pięć sztuk, my zaś figę i Poczobut musiał poczekać prawie dwa lata na swoją kolej. I wtedy też, tak jak i teraz, Amerykanie – właściwi organizatorzy wymian – podziękowali Polsce za współpracę, co jak widać nie oznaczało, żeśmy coś tam z Łukaszenką wynegocjowali, dostarczyliśmy tylko po jednym szpiegu do wymiany. Przeszliśmy się po prostu do własnego więzienia, z którego wypuściliśmy raz udającego dziennikarza na uśmiechniętych salonach Rubcowa, vel Gonzaleza, drugi teraz – tym razem za Polaka – nasz udział mógł sprowadzać się jedynie do wydania na wymianę Aleksandra Butiagina, archeologa, który na wniosek Ukrainy został zatrzymany w Polsce przed pięcioma miesiącami. A w polskich mediach możemy poczytać jakaż to tajemnicza i subtelna była ta gra naszych służb na międzynarodowych fortepianach.            

Najgorszy w tym wszystkim jest w sumie żenująco prawdziwy przekaz tej bezsensownej rywalizacji, któryż to obóz doprowadził do wymiany, i to, że naród nie widzi rzeczywistego kontekstu tego kolejnego pozornego sporu nad sukcesem. Otóż dwa obozy polityczne licytują się w sumie co do tego kto ma na tyle dobre kontakty z USA, które okazało się, że załatwiły całą wymianę 5 za 5. Czyli, jak mawia Jacek Bartosiak, nie ma tu chwalenia się kto załatwił wymianę, tylko o to „kto jest bliżej słoneczka”, czyli Amerykanów, na tyle, by poprosić ich o pośrednictwo, a właściwie – uwaga! – po raz pierwszy spowodować dopisanie Polaka do wielokrotnych wymian więźniów pomiędzy Białorusią a Zachodem.

Ten tumult zagłusza podstawowe pytanie, przed którym uciekają zarówno polscy politycy, jak i plemienne media. Pytanie to brzmi: jak to się stało, że Polacy, w końcu sąsiedzi Białorusinów, muszą prosić zaoceanne mocarstwo o pośrednictwo w kontaktach z Białorusią? A ponieważ zarówno oba plemienne obozy polityczne, jak i oba obozy plemiennych mediów są równo winne tej sytuacji – wszyscy chcą, by takie pytanie nie padło, bo nie ma na nie optymistycznych odpowiedzi. Tu, jak w coraz większej ilości spraw, mamy do czynienia z pełnym POPiS-em, efektami wspólnych i długoletnich działań, a zwłaszcza zaniechań, nie dziwota więc, że przekierowuje się uwagę publiczności w kierunki zmyłkowe pt. – czyj to sukces? A trzeba zapytać – czyja to porażka, że do tego doszło? Spróbujemy więc my o to zapytać, czyli dotrzeć do jednego z wielu aspektów hodowanej od lat słabości III RP.    

Dowód wprost, jak to jest z nami i Białorusią istnieje naprawdę, leży od dawna na stole newsów polskich. Oto w czerwcu zeszłego roku Ministerstwo Obrony Białorusi zwróciło się do rządu polskiego z oficjalną notą o wznowienie dialogu, którego brak „może doprowadzić do nowej wojny w Europie”, której areną będą terytoria Polski i Białorusi. Panom od Sikorskiego zabrało dwa miesiące, by odpowiedzieć Białorusi, że rząd polski „kategorycznie odrzuca przywrócenie dialogu z Białorusią”. Jako argument podano wrogie działania hybrydowe prowadzone z terytorium Białorusi przeciwko Polsce (ataki hybrydowe, migracyjna presja, współpraca z Rosją, prowokacje). Za warunek „przywrócenia dialogu” (jakiego przywrócenia, skoro on nie istnieje praktycznie od początku istnienia Białorusi?) rząd wyznaczył zaprzestanie wrogich działań, zdystansowanie się od Rosji i uwolnienie więźniów politycznych. Postulat zdystansowania się od Rosji (coś jakby powiedzieć Polakom: zrezygnujcie z USA, to wtedy pogadamy) był na tyle zaporowy, że w sumie oznaczało to: walcie się! Po takich buńczucznych oświadczeniach nagle, czyli dzisiaj, okazało się, że – jak utrzymują media i politycy – jednak z Białorusią gadamy, skoro jest wymienny sukces. To pokazuje dwie opcje: albo władze z mediami kłamią, albo całość załatwili jak zwykle Amerykanie, a nasi rżną głupa. Zresztą obie te opcje są możliwe naraz, co tylko potwierdza naszą bardziej usługową rolę, polegającą na dostarczeniu z polskich kazamatów wyznaczonego przez Jankesów więźnia do wymiany.

Polska polityka wschodnia, czyli krytyczny dialog

Skąd się wzięła taka sytuacja? Ano trzeba się cofnąć do początków III RP. Jak się popatrzy na naszą, pożal się Boże, politykę wschodnią, to widać w niej całą rozciągłość polskiej podległości. To ona pośrednio doprowadziła do tego, że mamy w Białorusi więźniów politycznych, Polaków, będących ofiarą tej polityki, która stworzyła sytuację, że goście z Waszyngtonu muszą latać do Łukaszenki dla załatwienia naszych spraw. Mamy tu do czynienia z śmiertelnym zbiegiem okoliczności wynikających z klientelizmu polskich elit, które dopuściły swą skalkulowaną podległością do fatalnego zbiegu nie okoliczności, ale kumulacji interesów obcych, ponad polską racją stanu.

Polska ma swe geopolityczne interesy w granicach jeszcze pierwszej Rzeczpospolitej. Nasza historia to historia rywalizacji na obszarze Międzymorza z rosnącą potęgą Rosji, kiedyś my wygrywaliśmy – teraz wygrywa Rosja. Ale to nie kasuje naszych interesów, wprost przeciwnie. Twardej sile powinniśmy przeciwstawić – jeszcze wtedy kiedy to coś znaczyło – soft power, czyli wszystkie niemilitarne czynniki wpływu na nasze najbliższe geopolityczne otoczenie. Białoruś, obok Ukrainy, jest tu dla nas kluczowa z powodów, o których powiemy sobie później, teraz o tym jak to wyszło, że nie wyszło i nie wychodzi.

Doszło do tolerowanego zbiegu realizacji interesów Niemiec i USA w naszym regionie, w którym Polska zgodziła się na rolę podrzędną, ba – harcownika-podżegacza konfliktu, za który zapłaciła nie dość, że wizerunkową porażką polskiej dyplomacji operacyjnej, czy upadkiem wymiany handlowej, ba! – naraziła na śmiertelne zagrożenie ponad 400.000 Polaków zamieszkujących na Białorusi. Zacznijmy od czynnika niemieckiego.

Źródło: AI

Dla Niemców obszar Europy Środkowo-Wschodniej to obszar kluczowy – niemiecki lebensraum, półkolonia, rezerwuar siły roboczej i prostej, uzupełniającej produkcji. W tym rejonie nie ma dla Berlina mowy, by jakiś kraj realizował swoje interesy geopolityczne. Jedynym wyjątkiem dla Niemców jest tu udział Rosji, której aspiracje do tego regionu Berlin rozumie, w realizacji długofalowej polityki jeszcze z czasów Bismarcka, że Europą zarządzają Niemcy w porozumieniu z Rosją. I jedyne tu ruchy są akceptowalne dla Berlina jako uzasadnienie apetytów Rosji na ten region, ostatnio podzielony na Bugu. Co na wschód to rosyjskie, łącznie z Ukrainą, z Bałtami to się jeszcze zobaczy. I Niemcy, czy to w porozumieniu z Moskwą, czy to na własny rachunek torpedowali wszelkie polskie pomysły na wciągnięcie Białorusi w orbitę Zachodu za pomocą polskiego mostu. W najlżejszym wariancie podbudowywałoby to Polskę, w najgorszym – gniewało Kreml.

Łukaszenka jako zalotnik

A sytuacja po 1994 roku była ciekawa. Łukaszenka, podobnie jak Putin, dostał władzę na Białorusi jako pogromca smuty, podobnego do jelcynowskiej degrengolady wynikającej z oligarchizacji modelu demokracji zachodniej. Podobnie jak Putin dostał władzę, bo lud tego chciał (wtedy jeszcze nie mówiono, że wybory sfałszował). Tyle, że Putin uniezależnił się szybko od Zachodu, zaś Łukaszenka zaczął trudną grę o zbalansowanie u siebie wpływów rosyjskich i zachodnich. Chciał mieć i jedno, i drugie – i spokój z Moskwą, i udział w rozwoju za zachodnie środki.

Pech polegał na tym, że Łukaszenka miał też dwa zbiegi okoliczności – oba niekorzystne dla niego. Po pierwsze na takie zachodnie harce w swojej strefie wpływów krzywo patrzył się Kreml, a więc – skoro ten się dogadywał z Berlinem na grubsze deale – to europejskie zaloty Łukaszenki zostały odrzucone. Głównie za pomocą niemieckiego narzędzia Unii Europejskiej. Drugi czynnik to były Stany. Te były wtedy w okresie majdanowania rosyjską strefą wpływów. Żadne dialogi, te – najwyżej z Moskwą. Z postowieckimi satelitami było jasne – wrogość na całego, by osłabić Rosję na przedpolach, wywoływanie kryzysów, kontestowanie wyników wyborów, hodowanie wrogiej emigracji, doginanie sankcjami. Za każdą cenę – łącznie z represjami wobec lokalnej ludności – międzynarodowy standard poczynań Waszyngtonu.

Nie chcę tu, broń Boże, utrzymywać, że Łukaszenka to jakiś gołąbek białoruskiego patriotyzmu. To typ spod ciemnej gwiazdy, ale… nie odstający od normy, okazuje się, że nie tylko w tej części świata. Ale chciał zawodnik ugrać więcej w tej grze, zaś jego zaloty kolektywny Zachód kolektywnie odrzucił. A wiadomo jak to jest z odrzuconymi zalotnikami – ci zaczynają gromadzić dowody, że tak naprawdę to się nie starali, zaś sama panna ma wiele wad. I rzucają się w ramiona miłości zastępczej, wtedy już jedynej, za to – z braku alternatywy dla zalotnika – bardziej wymagającej. I tak skończył nasz Łukaszenka. Został przez Zachód wepchnięty w ręce Putina.

Ameryka jako podpuszczacz

Wspomnieliśmy Niemców jako pierwszy czynnik prowadzący do naszej wrogości w relacjach z Białorusią. Drugim czynnikiem jest Ameryka. Ta, jak tu już wspomniano, prowadziła politykę drażnienia się z Rosją w obszarze limes. Niestety w tej strategii zawiera się oddanie pod nóż lokalnej społeczności, całych narodów. Historia zapaści naszych stosunków z Białorusią, kiedyś nazwanych szyderczo już dziś brzmiącą polityką „krytycznego dialogu”, to smutna lista ciągłej dezintegracji każdej z szans. Nie mówię, że Łukaszenka zawsze chciał, zaś nasi zawsze nie chcieli – ale jedno jest pewne: to Zachód „się zaczął”, bo myślał, tak jak z Rosją (ale tu się szybko oduczył), że pobuczy się na wschodniego watażkę i ten skuli uszy po sobie. Albo się go wymieni, albo przekona, albo przekupi. Okazało się jednak, że samo istnienie Łukaszenki jest tu przeszkodą, a więc co miał zrobić? Zabić się albo przystać do Rosjan. I wiadomo co wybrał.

Wzorem innych akcji majdanowych – co przecież widział jak na dłoni nasz białoruski włodarz -na Białorusi dochodziło do sezonowych wzmożeń, szczególnie przy okazji wyborów. Pewnie też fałszowanych, ale ośmielę się stwierdzić, że na poziomie rosyjskim, to znaczy – fałszowanych nie na tyle, by przeważyć niekorzystne wyniki, ale by wyglądały one na prestiżowy plebiscyt gremialnego poparcia. Bo – tak uważam – na Białorusi czy w Rosji naród wybiera w większości swoich dotychczasowych rządzących, chodzi tylko o rozmiar tego wyniku. Dzielna, prozachodnia warstwa to mniejszość, represjonowana, ale mniejszość. I trzeba zwrócić uwagę, że ta cecha poddania represjom, oczywistym w systemach autorytarnych, powinna mitygować Zachód w przypadku oddawania bezbronnych ludzi w ręce siepaczy. A nie mityguje.

Powinni się także mitygować w tym wypadku i pośrednicy takich zakusów. Na ten przykład Polska. Polska dyplomacja do beznadziejnej przecież akcji mającej osłabić, ba – obalić! Łukaszenkę wystawiła i wystawia nie tylko Związek Polaków na Białorusi, ale całą naszą tamtejszą mniejszość. Lepiej im było dać szanse repatriacji z reżymu, niż wystawić ich na gremialny strzał. Przecież było wiadomo, że tam kopia Majdanu nie przejdzie, zaś Łukaszenka weźmie się za Polaków, dla przykładu choćby. Stąd się wzięli Polacy w białoruskich więzieniach, łącznie z Poczobutem. Wiadomo było, że Łukaszenka to zrobi, tak jak wiadomo czym się kończy wkładanie ręki za kraty klatki z tygrysem. Tygrys – wiadomo – chapnie, ale czy to do końca jego wina? Tu zaś Polska dawała użyć swojej mniejszość, swoich rodaków, do straceńczych zadań, niepolskiej w dodatku proweniencji. W dodatku osłabiających naszą jakąkolwiek sprawczość w najbliższym otoczeniu, czego dowodem jest polska radość z tego, któreż to plemię załatwiło z Amerykanami uwolnienie jednej z ofiar swej straceńczej polityki…

A Amerykanie właśnie zrewidowali swoje podejście do Rosji. Zaczynają się dogadywać i z Białorusią, z którą Trump zdaje się mieć bardziej zabiegające relacje niż z… Polską. I znowu, jak z Ukrainą, ba – ze wszystkim – zostaniemy z tą swoją polityczką jak Himilsbach z angielskim. Świat nam odjedzie, a my pozostaniemy na peronie, bez biletu, z tym całym polskim kramem w pustych walizkach. Po więźniach przyjdzie na gospodarkę i co zrobimy jak się Ameryka zacznie dogadywać z naszym sąsiadem, z którym my nie mamy i nie chcemy mieć przestrzeni nawet do rozmów? Będzie to samo co z Ukrainą, z tą różnicą, że nasze zaangażowanie w tym regionie to już tylko funkcja interesów niemieckich. Z Białorusią możemy zostać ostatni w kolejce, jak zwykle wyśmiewani, i – jak z Ukrainą – winni wszystkiemu.

Po co nam Białoruś?

No, powie ktoś – tyle awantury o nic, bo co by nam przyszło z takiej Białorusi? Najgłębiej co do potencjału naszych dobrych stosunków z Mińskiem wypowiedział się think tank „Strategy & Future”. Tam panowie od lat wskazywali na Białoruś jako na czynnik wręcz zwrotny w naszej geopolityce. To było jeszcze sprzed czasów ich obecnej fascynacji kierunkiem ukraińskim, ale tamte argumenty wciąż pozostają obowiązujące. Co bym nam dała przyjazna i kooperatywna Białoruś? Po pierwsze pewne balansowanie zagrożenia rosyjskiego – nie wiadomo czy rosyjskie rakiety atomowe stałyby na białoruskiej granicy z Polską. Przyjazna Białoruś przybliża ideę Międzymorza, demilitaryzuje zagrożenie na tzw. Przesmyku Suwalskim, osłabia region kaliningradzki, wzmacnia Bałtów, w końcu –  daje bezpieczeństwo naszej mniejszości na Białorusi, tworzy szanse bycia hubem dla białoruskiej gospodarki, łącznie z logistycznym wykorzystaniem polskich portów.

Bartosiak z S&F podaje również kilka narzędzi, którymi można powiązać tak Polskę z Białorusią, żeby mieć na nią wpływ i środki nacisku, gdyby doszło do presji na nią ze strony Moskwy:

  • Ekonomiczne i infrastrukturalne — polskie inwestycje, przejmowanie kluczowych aktywów, integracja z polskimi korytarzami transportowymi (np. Via Carpatia, CPK, porty bałtyckie).
  • Bezpieczeństwo — gwarancje polskie lub wspólne (w ramach szerszego sojuszu z USA), wsparcie dla zmiany elit na Białorusi (mniej prorosyjskie lub neutralne).
  • Miękka siła — oddziaływanie kulturowe, medialne, na polską mniejszość i społeczeństwo białoruskie.
  • W kontekście powojennego ładu — postulowanie, by w ewentualnych negocjacjach pokojowych (np. Trump-Putin) Polska wymusiła neutralność Białorusi i otwartość na polskie wpływy (w tym w Kaliningradzie).

Wiele z tych postulatów zdezaktualizowały ostatnie wydarzenia wojenne, czy spotkania na Alasce, ale zawsze można do nich wrócić. Trzeba tylko o nie zabiegać, zaś polska dyplomacja – jak widać – jest na poziomie otrzymywania listy szpiegów do zwolnienia z polskich więzień.

Wnioski

Sprawa dzielnego Poczobuta pokazuje prawdziwy poziom siły naszego państwa. Nie tylko płacimy za błędy z przeszłości, ale tkwimy w nich uparcie. Polska racja stanu jest codziennie przehadlowywana w samobójczym sporze plemiennym. Jesteśmy na własne i uparte życzenie przedmiotem w obcych interesach, które dla innych są tylko elementem ich wręcz taktyki, zawsze do porzucenia, a dla nas są to rzeczy ważne egzystencjalne. I na koniec – III RP zdradziła i zdradza codziennie tak deklaratywnie hołubioną Polonię. Nie dość, że zapomina o naszych rodakach, to jeszcze wystawia ich na zagrożenie, by zrealizować klientelistyczne cele poddaństwa naszych polityków. I tu się kończy moja akceptacja, bo takich rzeczy nie można robić jedynie z głupoty. Takie numery to się wycina już wyłącznie z wyrachowania. 

I wtedy niech się spełni życzenie Mickiewicza, ale już jako przepowiednia dla takich zdrajców:
Jeśli zapomnę o Nich – ty Boże na niebie zapomnij o mnie!  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *