30.08. Przekleństwo permisywizmu
30 sierpnia, wpis nr 1423
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Świat idzie w jakąś otchłań. Właściwie wygląda to na jakiś nieunikniony proces, jakiś determinizm, Marks by powiedział, że dziejowy. Ludzkość w swej dużej części widzi ten fakt, ale zdaje się być bezradna co do jakiejkolwiek reakcji nań. Jakby jakaś zapuszczona machina czasów miażdżyła bezlitośnie dorobek cywilizacji. A może tu chodzi tylko o dorobek naszej, zachodniej cywilizacji, od dawna na kredyt, tyle, że w końcowym rachunku może pokonanej przez inne cywilizacje, albo innym poddanej. A człowiek Zachodu ma jednak to okcydentalne spaczenie, patrzy tylko po zachodniemu i koniec jego cywilizacji widzi mu się jako koniec świata. Narzekamy, ale nie patrzymy po sobie – uważamy się za zbyt słabych, by przeciwstawić się nieuchronności losu, ale ten – jeśli odrzucić zewnętrzne fatum – składa się przecież z ziarenek naszych postaw i zachowań. Te jednak odpuszczamy, myśląc, że zginą one w dziejowych pustynnych burzach jak drobinki piasku. Jestem daleki od buddyjskich postaw, że należy zacząć od siebie i mrówczą pracą albo zmienić świat, albo go… zaakceptować. Dziś chcę się zastanowić co takiego w naszych indywidualnych postawach powoduje naszą bezradność wobec świata i czy przypadkiem tą bezczynnością sami go nie kształtujemy. A to tworzy zamkniętą spiralę samonapędzających się zaniechań, które uzasadniają coraz bardziej nasz stan – pogłębiającej się bierności. A kiedy świat popada w stan akceptacji swego losu, wytwarza to próżnię, którą może wypełnić dowolna aktywność – najczęściej miernej próby. Chcącemu nie dzieje się ponoć krzywda, ale skoro chcących jest coraz mniej – mogą oni krzywdzić większość, jeśli ta pogrążona jest w bierności.
Koniec złudzeń
Co do tego determinizmu w nam sądzonym upadku świata ciekawym czynnikiem jest powszechny upadek ułudy o ludzkiej sprawczości. Kołysani bajeczkami o naszym demokratycznym wpływie na otoczenie zostaliśmy gwałtownie wybudzeni w czasach pandemii mniemanej, choć wielu jeszcze pobywa „w dziedzinie ułudy, kędy zapał czyni cudy i w nadziei obleka złote malowidła”. Po prostu niektórym trzeba chyba końskich dawek środków trzeźwiących dostarczanych przez rzeczywistość, niektórzy zaś nigdy nie wychodzą ze swych mniemań o własnym wpływie na los swój i najbliższych. No bo gdyby tak było, że mamy ten wpływ, to czemu nasze sprawy idą coraz gorzej – przecież nie ma jakiegoś ludzkiego masochizmu, jako reakcji cywilizacji na egzystencjalne rozterki? W sumie chcielibyśmy, by było lepiej, jest za to gorzej. Zamiast więc pytać o źródło takiego zwrotu należy może się zastanowić co jest takiego w nas, że to się i dzieje i nie mamy na to skutecznej reakcji. Na razie odłóżmy tych, którzy nie widzą tu problemu i skupmy się na tych, co się niepokoją i jednocześnie nie wiedzą jak to się porobiło z tym światem i co z tym począć.
Świat idzie w złą stronę myślę, że społecznie z jednego głównego powodu. Zaraz spróbujemy to wytropić w społecznych właśnie faktach i zachowaniach, jednak o przełożeniach stricte politycznych. Ten powód to poszerzający się permisywizm, czyli masowe godzenie się na rzeczy kiedyś nie do przyjęcia. Jest to proces postępujący, przyspieszający, wszechobecny i zdaje się, że niepowstrzymany. Ciekawe gdzie jest (i czy w ogóle istnieje) jego koniec i jak świat może wyglądać, w swej formie, w której będzie wszystko wolno? Skoro wszyscy pozwalają na więcej, to pozwalają – komu? Kto korzysta z tego rosnącego przyzwolenia?
Kwestionującym tu mój kasandryzm podam kilka przykładów, by nie były to biadania starucha nad upadkiem świata, tak charakterystyczne dla pewnych grup wiekowych. Wiadomo – starszym wali się ich świat, więc zawsze marudzą, że wszystko pada, podczas kiedy może tylko się przepoczwarza. Podobno pierwszy, sprzed tysięcy lat znaleziony zapisany tekst jest właśnie o tym, jak starszy autor utyskuje na moralny upadek świata i beztroskę młodzieży, konkludując, że świat się kończy. Nie o tym jednak tu będzie – będzie o tym jak to się stało, że pozwalamy na coraz więcej.
Eutanazja
Przykład pierwszy – eutanazja. Powtarzam, mówię o zachodnim podejściu do sprawy, bez tu rozróżnień na inne cywilizacje. Kiedyś tabu, dziś kompletnie utylitarne podejście. Szacunek do starszych, zabieganie o ich zdrowie miało głębokie przesłanie cywilizacyjne i to na poziomie globalnym. W myśl tego przesłania ludzi starszych do młodszych (czasami publikowanym na grobach) „byłem kim jesteś, jestem kim będziesz”, chodziło o pokoleniową sztafetę nadawania życiu ludzkiemu sensu i znaczenia, bez względu na jego użyteczność dla rodziny czy społeczeństwa. Każdy, szczególnie w pełni sił, w opiece nad starszymi miał widzieć siebie w przyszłości, że nie zostanie porzucony, kiedy straci swoją przydatność w sensie materialnym czy fizycznym.
To dawało gwarancję sensu życiowej drogi, ale implikowało jeszcze jeden korzystny czynnik: w czasach kiedy nie było żadnych systemów społecznego wsparcia, emerytur czy rent, jedyną gwarancję na godne życie na starość dawało dobre wychowanie swoich dzieci – w poszanowaniu do starszych, estymie do ich drogi życiowej i doświadczenia, i to nie tylko w przypadku własnych rodzin. Dziś tę gwarancję przejęły wątpliwe systemy zaopatrzeń emerytalnych i ani rodzice, ani dzieci nie muszą już dbać o wzajemne relacje na przyszłość, bo te w sensie materialnym ma przejąć, a właściwie zastąpić, państwo. To, że w tylko materialnej sferze i to, że niekoniecznie nawet te materialne obietnice dowiezie, to już wstydliwy szczegół.
A w dzisiejszym systemie nowej normalności dożyliśmy czasów, w których pozwalamy na eutanazję osób wcale już nie termalnie chorych, ale po prostu starych. Podam parę przykładów. W Kanadzie eutanazja jest już trzecią co do częstości występowania przyczyną zgonów. We Francji, nawet w kościelnych domach starców obsługa, nawet siostra zakonna, nie może odwodzić od rozważań o poddaniu się eutanazji staruszków pod swoją opieką, pod groźbą bezwzględnego więzienia do lat dwóch. Japonia, czy to poprzez tezy Yusuke Narity, czy dyskusję związaną z tzw. planem 75 (obowiązkowa eutanazja powyżej 75 toku życia, na razie proponowana w formatach filmowych) zaczyna rozważać eutanazję jako systemowe radzenie sobie z problemami społecznymi.
Starość jako koszt publiczny
Dlaczego starość jest problemem społecznym? Staje się ona takim problemem od niedawna, kiedy kwestie społeczne zostały poddane bezwzględnej, dehumanizującej kalkulacji. W Polsce ponad 55% środków na służbę zdrowia idzie na leczenie ludzi w wieku 60 lat i starszych. Na świecie ten współczynnik dochodzi do 75%. Ubolewają nad tym głównie systemy ubezpieczeń, dla których starszy schorowany człowiek jest kosztem, przegraną ubezpieczalni w zakładzie wzajemnym z płatnikiem składek pt. zakładamy się za pieniądze obywatela (często przymusowo płacone) kto jak długo będzie żył.
Starszy, schorowany rodzić to udręka dla wyzutych z cywilizacyjnych wartości jego dzieci. Te, zaganiane, obciążone ze swej kieszeni kosztami leczenia, męczą się ze staruchami. W dodatku w Polsce nie ma rozwiniętego systemu opieki nad starszymi w specjalnych ośrodkach – jesteśmy na to za biedni. A więc męczą się wszyscy i „starcy niepotrzebni światu”, i ich dzieci. Państwo zaś, które tyle obiecywało w systemie służby zdrowia i zaopatrzeń emerytalnych, wycofuje się na z góry upatrzone pozycje. Nagle okazuje się, że te wszystkie systemy składek na bezpieczeństwo i przyszłość były tylko ukrytą daniną na wiecznie wygłodzone państwo. Co zrobić – obietnice redystrybucji środków publicznych w pożądane rejony wyborców jest kosztowne. Ale niezbędne na tyle, że kosztami takich procederów kupowania głosów obarczane są ofiary związane ze schorowaną i samotną starością.
W końcu można mieć, i mamy, do czynienia z różnymi formami eutanazji. Osobiście uważam, że system kolejkowania pacjentów w dostępie do specjalisty jest ukrytą formą eutanazji, zwłaszcza przy „elektronizacji” systemu zapisów. Gdyby bowiem wszyscy oczekujący na przyjęcie stanęli w realu w kolejkach przed gabinetami, to byśmy zobaczyli prawdziwą rozległość patologii. A tak czekają (i umierają) po domach. Tak to się załatwia, za takim kotarkami. Wybuchło to nam w oczy w czasach pandemii, gdy to – pomimo szalonych akcji z ujednoimiennianiem oddziałów szpitalnych i budowania szpitali tymczasowych – większość Polaków (a szczególnie tych ponad 200.000 ponadnormatywnych) umierała po domach. Z daleka od oczu rodzin, bliskich, sąsiadów, Polaków i mediów.
Słyszymy o narastających w naszych cywilizacjach przypadkach i nowych formach eutanazji i nie reagujemy. Pochylmy się nad tym pierwszym przykładem przyzwolenia – bo jego źródło ma uniwersalne podstawy. Króluje myślenie, że to gdzieś tam, u kogoś tam i do nas nigdy to nie dotrze. Po prostu żaba się łudzi, że gotują wodę w innych akwariach i do nas, do tego polskiego bagienka to nie dojdzie. My jakoś tak z boku. Ale ileż to było takich złudzeń? Ileż to wyśmiewanych mód, jakichś zachodnich dziwactw oglądaliśmy z uśmiechem wyższości, by potem to do nas zawitało?
Zezwolenie na deprawację najmłodszych
Kolejnym przykładem perfidii przyzwolenia jest kwestia tolerowania zboczonych postępków wobec dzieci. Każdy tu krzyknie – jak to, a kto na to pozwala, przecież to okropne, ścigane i karane? Tak? A czemu te procedery się coraz to rozszerzają, wybuchają skandalami, jakby latami gromadziła się w tym wrzodzie ropa i wychodziła tylko w wyniku incydentalnego pęknięcia? A ile takich wrzodów do tej pory nie pękło i nie wiemy, że one istnieją i wiedzieć nie będziemy, bo nie pękną nigdy? A cały proces, często wieloletni w wykrywanych aferach trwał sobie przy co najmniej ślepocie otoczenia, jeśli wręcz nie przyzwoleniu. I nawet nie chodzi tu o ostatnie przypadki z Kłodzka czy Złotowa, tylko o systemowe narastanie tego procederu.
Najgorsze są tu działania pozorne. Kiedyś poprzedni Tusk założył nawet kompletnie nielegalny ośrodek przetrzymywania pedofili… po odbyciu przez nich kary. Zrobił to wyraźnie pod publiczkę, bo obecnie słuch o działaniu tego ośrodka zaginął. I tak będzie teraz – będziemy tresowani pozorami surowości, a jednocześnie przestępcy seksualni będą traktowani permisywnie przez wymiar sprawiedliwości, a więc i z przyzwoleniem społecznym. Jesteśmy oswajani, że zacytuję profesora Hartmana o kazirodztwie: „Jeśli udaje się powiązać harmonijnie miłość macierzyńską albo bratersko-siostrzaną z miłością erotyczną, to osiąga się nową, wyższą jakość miłości i związku. Być może piękna miłość brata i siostry jest czymś wyższym niż najwznioślejszy romans niespokrewnionych ze sobą ludzi?”. Zaś o pedofilii: „Do opłacanych przez PiS za publiczne pieniądze trolli: Tak! Pedofile też mają prawa! Jak wszyscy inni przestępcy! Żadnego człowieka nie wolno piętnować – nawet pedofila!”. I pisze to człowiek-naukowiec, za nasze pieniądze, który był kandydatem na Lewicy na jedynkę w Nowym Sączu.
Jesteśmy osmotycznie oswajani metodą na „okno Overtona” z tematem kiedyś nietolerowalnym. Czy słyszeliście Państwo o jakichkolwiek protestach wobec rozgłośni radiowej, która zrobiła sobie fejm z naśmiewania się z ofiar Trynkiewicza, który zamordował na tle seksualnym czterech chłopców? Nie? A przecież to na tym „temacie” wypromował swój format niejaki Kuba Wojewódzki, polski papież „elyt” i panświnizmu, godny następca w tej kwestii nieświętej pamięci Urbana? Cały dzień szła na antenie beka na żywo jak to sobie „Trynek” radzi w życiu po wyjściu na wolność, jak to się tam zabawiał i za co poszedł siedzieć, bez cienia empatii, co czują słuchający tego bagna bliscy nieletnich ofiar. Można takie rzeczy robić? Nie można! Ale dało się i jakoś „piorun nie strzelił”.
Kiedyś zniewieściały Józek w szkole był przedmiotem lekkich drwin, dziś nie tylko nim nie jest, nie tylko jest chroniony, ale afirmatywnie wywyższany na zasadzie słynnej dyskryminacji pozytywnej. Kiedyś uważaliśmy to za tolerowalne dziwactwo – dziś boimy się nawet… nie chcieć tego podziwiać. No właśnie – ten nas permisywizm schodzi już na niższe poziomy – działa tu mechanizm internalizacji: przyjmujemy akceptację niedgysiejszych dziwactw za nasze autonomiczne decyzje. Byleby się sumienie i zdrowy rozsądek nie męczyły w konflikcie poznawczym z naszymi postawami. A więc wszystko, co widzimy gdzieś tam, co nam się wydaje odległe, przyjdzie do nas i to w wynaturzonej formie, jak to z nuworyszem, który chce się jako nowy wkupić gorliwością. Pytanie tylko komu i po co? Ale na to pytanie spróbujemy sobie odpowiedzieć na końcu.
Źródła przyzwolenia
Importowane w społeczeństwo przyzwolenie na te dewiacje bierze się też z „unaukowienia” problemu, charakterystycznego dla lewicy. Tak jak seryjnych zabójców tłumaczy się często trudnym dzieciństwem, tak i w tym przypadku mamy do czynienia ze stwierdzeniami typu: „Pedofilia jest zaburzeniem preferencji seksualnych, które dotyka ok. 1 proc. populacji, głównie mężczyzn, a nie czynem karalnym. Nie jest też czymś, co się wybiera. Wiele, jeśli nie większość osób cierpiących na pedofilię, nie gwałci i nie molestuje dzieci.” Czyli można być pedofilem bezobjawowym, zaś jak się przejdzie od cierpienia do czynu, to można już udać się w okolice tłumaczenia, że samemu się takiego losu (czyli preferencji) nie wybrało i koło permisywizmu się zamyka.
Powiecie Państwo, że to są jakieś lewackie tłumaczenia promilowych zboczeń suflowanych w celu dezintegracji społeczeństwa opartego na tradycyjnym modelu rodziny? Czyli to nas nie dotyczy, bo dajemy odpór. A dajemy? A kto, jak nie rodzice, my znaczy się, bezradnie, a raczej biernie patrzyliśmy się na tęczowe piątki w szkołach, promowane przez ministerstwo edukacji i wzmożonych dyrektorów szkół? Kto wpuścił do szkół promocje zboczeń, rozchwiania tożsamości wobec dzieci w najbardziej wrażliwym momencie jej formowania się? Gdzie byli rodzice?
Ja mam jednak nadzieję, że nawet większość elektoratu Tuska, nawet Lewicy stanowią rodzice, którzy nie poddają się temu trendowi, który pozwala kręcić przedszkolakom przed oczyma tęczowym transtyłkiem, czy przebierać dzieciaki za inne płcie. Dlaczego więc na to pozwalamy? Wydaje mi się, że doszliśmy do drugiego powodu – jesteśmy zakompleksieni, widzimy, że świat nam tu odjechał (oj, odjechał, odjechał…) i chcemy go dogonić. Skoro to z Zachodu, to znaczy, że to z definicji dobre jest, a jak tego nie rozumiemy, to znaczy, że wciąż jesteśmy kulturowym zaściankiem i trzeba nadrabiać. I zaczynają się te żałosne obrazki „doganiania Zachodu” w pokraczny formach nadgorliwego zakompleksionego zacofańca. Szkoda tylko, że kosztem dzieci. I pal licho, że cudzych, bo akurat w tym względzie wszystkie dzieci „nasze są”. To jak z komórkami w klasie – wystarczy jeden co łazi i gada z tą komórką i cała reszta dzieciaków jest zarażona, tak samo i tu – wystarczy jeden kolo hodowany w szkole i w domu progresywnie i mamy kłopot ze swoim dzieciakiem, bo się jeszcze nabierze na „nowoczesnego” koleżkę z ławki.
Za tą pandemią roznoszonego permisywizmu stoją też rodzice. Moja siostra opiekowała się latami cudzymi dziećmi. Jakoś tak zawsze trafiała na nowobogackie, progresywne domy. Dlatego piszę, że pracowała, bo już nie pracuje, gdyż nie wytrzymała. Nie wytrzymała ciągle powtarzającego się procederu: rodzice wychodzili do pracy, zaczynała się normalna praca i zabawa z dzieckiem, uczenie podstaw, obowiązków, ogarniania siebie, aż do momentu, kiedy przychodzili rodzice. I cała robota – jak krew w piach! Pełne wychowanie bezstresowe, żadnych wymagań, tolerancja wszelkich zachowań. I znowu – pal licho takie domy, niech się sami męczą, ale takie potworki zaraz pójdą do szkół i zderzą się z naszymi dziećmi i nikt nie wie co z tego wyjdzie. A na wywiadówce to jak zaszumisz do rodziców w tej sprawie to cię zlinczują. A więc permisywizm jest jak (prawdziwy) wirus: nieliczni nosiciele rozsiewają toto, zakażają zdrowych, nawet tych kulturowo zaszczepionych.
Owieczki i pasterze
Kolejny, ostatni przykład naszej biernej zgody przyszedł dość niedawno. Pamiętacie? Chodziło o niesławny list Episkopatu Polski wzywający do pojednania z Żydami. Pomijając kompletnie przyczynkarską, a właściwie kompletnie niezręczną w obliczu żydowskiego ludobójstwa na Bliskim Wschodzie, kwestię relacji katolicko-judajskich, to jest to temat dla katolików albo obojętny, albo wywołujący poirytowanie. Są, zaprawdę moi kardynałowie i biskupi, ważniejsze tematy w polskich katolickich domach. Ale hierarchowie Kościoła dopuścili się w tym liście szeregu herezji – pasterzom katolickiej trzódki pomyliły się mapy i kompasy. I co na to owieczki? Ano nic. Zobaczymy czy z niemocy, czy jednak z permisywizmu: dajmy spokój, nie pierwszy raz, jakoś to będzie. Nie będzie.
Polski kościół im wyżej tym mniej chyba w Boga wierzy, szczególnie tego nowotestamentowego, zesłanego nam w Osobie Jezusa. Co pozostaje? Ano lud boży i jego kapłani niższego sortu. Tu wygląda dobrze, bo kontrowersyjny list przeczytano tylko w 10% parafii, co świadczy o tym, że proboszczowie mają jednak większe rozeznanie w prawdach wiary niż ich zwierzchnicy. A lud co? Ano chyba w tych 90% odetchnął, że nie musiał się zastanawiać jak zareagować w kościele na takie bezeceństwa. Odpowiedź jednak nadeszła, bo tłumy wiernych jakoś nie ruszyły do postulowanych przez hierarchów synagog. Teraz pytanie czy Episkopat w ogóle odczytał ten sygnał zagłosowania nogami? Sądząc po ostatnim liście w sprawie bitych Ukraińców – nie bardzo.
To szkodnictwo na wielką skalę, a my nic. Ma rację redaktor Michalkiewicz, że to zbrodnia, gdyż Episkopat w niesławnym liście zakwestionował 2000 lat nauki Kościoła, że zbawienie idzie tylko przez Chrystusa. W zawiązku z tym żaden katolik nie może być już pewien zasad swojej dotychczas wyznawanej wiary. A w wierze pewność zawierzenia jest kluczowa. Przypomnę – Jezu, ufam Tobie! To dlatego wielu chrześcijan, ba – ateistów, przy takim labilnym traktowaniu wiary, zwraca się do religii, gdzie pewność dogmatu jest niedyskutowalna, takich jak np. islam. Dzisiejszy człowiek potrzebuje busoli pewności we wzburzonych czasach. I co my na to?
Trzeci powód bierności
Tu docieramy do trzeciej możliwej przyczyny naszego permisywizmu. Nie mamy narzędzi do wyrażenia, co dopiero wyegzekwowania naszego sprzeciwu. W swej zaślepionej, wmuszonej i zinternalizowanej bierności godzimy się z suflowanym biegiem wydarzeń. Ruch społeczny z dołu do góry, sprzeciw wobec spływającego z gór elit szlamu jest systemowo zaczopowany. Pod każdą szerokością geograficzną. Kiedyś wytykaliśmy takie tendencje autorytarnym reżymom jakichś Bantustanów. Dziś to przyszło i do nas, a może było z nami cały czas, ukrywane tylko pod medialną powierzchnią ułudy obywatelskiej sprawczości. Teraz, kiedy czasy stały się coraz bardziej bezceremonialne nie trzeba już bawić się w subtelności. Sami się pilnujemy, jest jak w syberyjskim łagrze: jeden fałszywy krok, zejście ze ścieżki mainsteamowego przekazu w śnieg nieprawomyślności i lodowa kula ostracyzmu wystrzelona czy to przez medialnego mediaworkera czy znajomego, trafia cię w potylicę i lądujesz po drugiej stronie społecznego muru sanitarnego.
Dlatego godzimy się na coraz więcej. Karmimy tego nienasyconego smoka, który żąda od nas coraz więcej. Wycofujemy się coraz bardziej, nawet nie zauważamy, że jesteśmy już w jego jaskini. Coraz bliżej ściany.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
