6.09. Czekamy na Ukrainian Lives Matter
6 września, wpis nr 1424
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Tropienie analogii jest zwodnicze, ale w sumie pożyteczne. Zwodnicze, bo się trzeba zastrzegać coraz to, że są jakieś różnice, gdyż należy umysłom prostolinijnym, w tym własnemu, tłumaczyć, żeby nie przekładał wszystkiego dosłownie. Pożyteczne to jest nie tylko dla gimnastyki umysłowej, ale głównie po to, że widząc pewne analogie wobec zdarzeń już byłych można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć rozwój wypadków zdarzeń przyszłych. Tak samo jest z analogiami związanymi z migracją. Tą zachodnią i naszą, polsko-ukraińską.
Migracyjne przygody Zachodu
Najpierw zaczniemy od postawienia pewnej tezy, w oparciu o znane fakty. Mamy do czynienia na Zachodzie z różnorakimi falami migracyjnymi. Wszystkie one mają dwa uzasadnienia – jedno fałszywe, wykorzystywane do tego, by uzasadnić to prawdziwe, choć skrywane. Na razie mówimy o Zachodzie, później poszukamy w tym względzie analogii u nas. Potrzeby migracyjne Zachodu były uzasadniane słabnącą demografią, zwłaszcza Starego Kontynentu oraz wstydliwym sekretem zachodniego dobrobytu – nie wszystkim się chce pracować, a zwłaszcza wykonywać prac niegodnych, gdy trzeba obsługiwać innych, czy sprzątać po nich. Po prostu „pany” europejskie nie chcą się już schylać, nie po to budowały swoje bogactwo, często wiekami łupiąc inne nacje, by teraz zamiatać, podawać do stołu czy wymieniać baseny przy łóżkach szpitalnych.
To był wstydliwy szczegół, zaś migracyjne potrzeby tłumaczyło się bardziej kwestiami wymierania, niż tego, że potrzeba nam ludzi do robót brudnych, bo my już coraz bardziej na sutych emeryturach. Mówiło się o demograficznej zapaści, nieodnawialności pokoleń i tym, że nas coraz mniej, ale tak naprawdę chodziło o sprowadzenie całych nacji do nas tu obsługi. Tak było do mniej więcej lat dziewięćdziesiątych. To była oficjalna wersja, ale powoli stająca się coraz bardziej fałszywą.
Demografia jako element destrukcyjny
Wszedł bowiem na pełnej petardzie aspekt kulturowy w wykonaniu globalistycznym. Mieliśmy ideolo multi-kulti, że „wszystkie kultury nasze są”, nie ma lepszych czy gorszych. Ale tu od razu był zgrzyt – nikt nie mówi (no, może niewielu) o tym które kultury są lepsze, czy gorsze, ale chodziło o to, że – przynajmniej według Feliksa Konecznego – dwie kultury nie mogą długo koegzystować bezkonfliktowo, a na dłuższą metę – nigdy. Projekt ideologiczny znacznie poprzedził realne fale migracyjne, ale i przygotował tzw. podglebie pod przyszłe fakty. Kiedy pierwsze łodzie ochoczo wypłynęły na zapraszające zawołanie kanclerki Merkel „Wir schaffen das!” wszystko na brzegu było już gotowe. Projekt globalistyczny, który jest w rezultacie rewolucyjny jak żaden inny, nanizywał na sznurek nowego wspaniałego świata destrukcyjne koraliki, jeden po drugim. Jednym z ważniejszych koralików była i jest dezintegracja państw narodowych, a cóż lepiej temu może służyć, niż kulturowa wojna pomiędzy migrantami o innej kulturze a tzw. goszczącymi, choć często bez udziału, lub nawet wbrew, tych goszczących woli?
Migracja, a właściwie jej bezwarunkowa akceptacja przy zaniku tu polityki wielu państw, była uzasadniana humanistycznie, czasami ekspiacyjnie – chociażby za kolonialne zbrodnie przodków danego goszczącego kraju. Te były unurzane we wstydzie za przemoc i wyzysk jakichś tambylców uprawiany pod pretekstem cywilizowania, a zwłaszcza pod pretekstem religijnego nawracania. Namnożyło się więc przewin sprzed wieków, które wciskane ludowi goszczącemu przez procesy globalizacyjne wywoływały u niego poczucie uzasadnionej winy i chęć rekompensaty. Pług migracyjny przeorał miedze spoistości narodowych i etnicznych, osłabił integralność demograficzną i kulturową. Przodowało w tej orce lewactwo, jako ideologia uzasadnienia nie tylko odkupienia klasowo-rasowych przewin, ale i realizacje misji zbawienia przez bożka równości. Nie od dziś mamy do czynienia tu z mariażem dotychczas sprzecznych intencji globalistycznego kapitału i lewackiej ideologii. Cele globalistyczne realizuje się pod sztandarami lewicowymi, gdyż przesłanie globalistów wprost (nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy) jest raczej niestrawne. Prędzej lud o farbowanych włosach nabierze się na bajki o równości i inkluzywnym odkupowaniu win rodziców, twórców systemowego suprematyzmu.
Demograficzna dyskryminacja pozytywna
Do tego doszły dwie kwestie wynikające z zasady dyskryminacji pozytywnej: pierwsza – narracyjna, że o migrantach nie można złego słowa powiedzieć. Druga – ważniejsza -, że ta nierówność zaczęła przeciekać nie tylko do procedur policyjnych ale i linii orzeczniczych sądów. Powstały dwie kategorie ludzi – goszczący i goście, z tym, że goście zaczęli mieć lepsze prawa niż gospodarze. Po prostu destrukcjonizm globalizmu dołączył do swego instrumentarium kolejny aspekt – rozpadu integralności narodu. W sensie narracyjnym widzimy to na przykładzie takiej Wielkiej Brytanii jak w soczewce. Na Wyspach siedzi za „mowę nienawiści” więcej ludzi niż w Rosji czy na Białorusi. Stworzono pojemny worek pojęciowy, procedury policyjne do łowienia i linie orzecznicze do skazywania głównie za kwestionowanie efektów polityki (bo samej polityki nie ma) migracyjnej. W mediach nie uświadczysz nic krytycznego na ten temat, nawet tożsamości narodowe, a więc i imiona sprawców wypadków są skrywane, co kuriozalnie – właśnie przy takiej anonimizacji powoduje skutek odwrotny – każdy wtedy „wie” kto, a właściwie jaka ukrywana rasa, dopuściła się występku.
To narracja, zaś gorsze jako się rzekło, staje się nierówne traktowanie cudzoziemców przez policję, prokuraturę i sądy. Przykład Polaka (Henry’ego Nowaka) zasztyletowanego w Anglii pokazuje jak to się kończy. Wystarczyło tylko, że pigmentopozytywny morderca wskazał na rasistowski kontekst zachowań domniemanego agresora, a już policja zakuła zasztyletowaną i umierającą ofiarę. Myślicie, że ktoś za to beknął? Nawet nie wiadomo co się dzieje ze sprawcą. W sądzie doczeka się pewnie pobłażliwego traktowania, wszak to też ofiara naszego przecież systemowego suprematyzmu. My, biali wszystkiemuśmy winni. I nie można nic powiedzieć, bo z drugiej strony pilnuje wszystkiego całkiem już więzienny kaganiec cenzury i bańka się domyka.
Do tego dochodzi gargantuiczny wręcz socjal, preferencje w szkolnictwie czy dostępie do służby zdrowia i rodzą się dwie klasy. Proces ten trwa dość długo, by z jednej strony się już sprzykrzyć, ale i z drugiej strony wyprodukować całe pokłady samobójczej akceptacji. Nawet na poziomie głosowania za ugrupowaniami, które sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na nasze domy i najbliższych. Widać to na zachwyconych, czy tylko zdziwionych, filmikach gości z Zachodu, którzy na polskich ulicach dziwią się, że tu można (jeszcze?) chodzić samotnie dziewuszce po nocy, ulice są czyste i nikt ci nie wchodzi na posesję, by cię obrabować, czy tylko się wysikać. Migracja stała się tematem politycznym, grupującym ludzi, którzy mają już tego dość, ale ten dekiel jest mocno przytwierdzony do gara poprawności – co prawda w takich wypadkach ciśnienie tylko rośnie, ale nie ma się co cieszyć, bo jak gar walnie, to w całości.
Polskie analogie
I teraz pora na naszą, polską analogię. My też tak my, ale od niedawna. Gościmy u siebie Ukraińców w dużej mierze od początku transformacji, ale ważne są dwie fale. Jedna – z kulminacją po 2014 roku i tzw. pierwszej wojnie ukraińskiej, miała charakter stricte zarobkowy. Nikt tu do nas stamtąd nie przyjeżdżał owinięty we flagi cierpienia, a tym bardziej roszczeń. Ta fala była nastwiona na asymilację, chciała się wtopić w polski żywioł. Ta emigracja jest najbardziej wroga, bardziej niż polskie ksenofoby, w stosunku do… drugiej fali ukraińskiej migracji, tej po 2022 roku. Ci pierwsi uważają, że ta druga fala psuje im cały dorobek, już nawet nie materialny, ale kapitał akceptacji przez Polaków. Roszczeniowe postulaty drugiej fali stają w sprzeczności w sumie z dezerterskimi motywacjami ich tu pobytu, zaś ostatnie wypadki, kiedy nabrały już charakteru otwarcie wrogiej ideologii banderyzmu, spowodowały, że konflikt polsko-ukraiński rozkwitł w formie wielkiego wora, gdzie obie strony wrzucają niewinnych Ukraińców, którzy po prostu chcieli sobie w Polsce ułożyć życie, a nie przynosić do Polski roszczenia w postaci rachunków krzywd, w dodatku zmyślonych przez kijowskich cwaniaków.
Kiedy na konferencji poświęconej Obronie Cywilnej rozmawiałem z wysoko postawioną mundurową Ukrainką i zeszło nam na banderyzm, dowiedziałem się, że nie ma na Ukrainie żadnej innej idei, która by zagoniła lud do okopów. Po prostu – państwo ukraińskie, jak słyszymy o grubo ponadtysiącletniej historii – nie dorobiło się żadnego innego etosu, niż idea czystości rasowej wolnej od historycznych ciemiężców. A więc ideologia banderyzmu jest używana taktycznie do mieszania ludowi okopowemu w głowach. By tam siedział i walczył, bo przecież powiedzenie mu, że walczy o dobrostan oligarchów mogłoby nie wywołać już takiego entuzjazmu. A jako, że mamy i w Polsce takich polityków (i to nie tylko mowa o Janie Marii Rokicie), którzy uważają, że na Ukrainie może rządzić i sam diabeł, byleby walczył z Rosją, to czemu się dziwić, że sami Ukraińcy używają tego do zaganiania do okopów kolejnych dostaw mięsa armatniego.
Order jako przełom
My z Ukraińcami, zwłaszcza po roku 2022 weszliśmy w wydeptane buty Zachodu. Wszystko jest takie samo – najpierw, do afery z Orderem było po zachodniemu. Pełna zgoda polityczna, preferencje socjalne, medyczne, szkolne, mieszkaniowe, daleko przekraczające wsparcie państwa wobec jego obywateli. Pełna na to zgoda w mediach i ławach sejmowych. Coś bąkała Konfederacja, ale nieśmiało, ośmielił ją dopiero Braun. Teraz „pożyczają” od niego na prawicy wszyscy, choć wielu – tak jak PiS – sami przyłożyli rączki do procesów, nad którymi dziś wylewają krokodyle łzy. Przełom ukraińskiej omerty nastąpił z powodu afery z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Tu pękła zmowa milczenia, już nawet nie chcę spekulować czy przypadkiem, czy po prostu PiS zobaczył z badań, że dalsze brnięcie w „sługi Ukrainy” podrzuca wyborców już tylko Braunowi, Nowogrodzka zdecydowała się otworzyć zatrzaśniętą dotąd tzw. „puszkę z Pandorą”. Tak czy siak mleko się rozlało i można było o tych ukraińskich przypadkach mówić, choć tylko – uwaga – w sferze pamięci historycznej. Bo w pozostałych kwestiach jest po staremu – tu oba plemiona służą na wyprzódki. Prapremier Czarnek tylko się zająknął o jakiejś ekwiwalentności pomocy dla Ukrainy i już musiał w przysiadach czyścić dywanik na karnym ochrzanie na Nowogrodzkiej.
Jedziemy po zachodniemu z małym wyjątkiem na to, że u takiego Niemca, to o innoziemcach może mówić źle tylko AfD, a u nas parę partii i telewizji, zaś w Anglii to w ogóle. Ktoś powie, że przecież tam na Zachodzie mamy do czynienia z konfliktem kulturowym, bo to inne ludy, inne kontynenty, inne kultury. My zaś mamy na głowie Słowian, z pewnym potencjałem jeśli już nie asymilacyjnym, to chociażby integracyjnym. I tu natrafiamy na pewien fenomen. Nasza kultura jest krańcowo odległa od ukraińskiej. Nie tylko dlatego, że to kultura turańska, a my jesteśmy łacińska, ale dlatego, że jest… gorzej.
Kwalifikacja Feliksa Konecznego wymaga tu pewnego omówienia. Kiedy słuchałem wykładu profesora Osadczego zorientowałem się, że nie jest tak do końca prosta ta turańskość Rosjan czy Ukraińców. Tam jest bardzo duży ładunek nihilizmu kulturowego, braku innych niż darwinowskie norm. Kto kogo, jak nie kopiesz – jesteś kopany, przed władzą nie fikaj, ta sama się wybiera – masz dwie drogi: bierność, albo ryzykowana walka o awans w strukturze wręcz mafijnej. Turanie to jednak jakaś kultura materialna, zaś tu nie buduje się niczego, Boga nie ma, życie pozagrobowe nie istnieje, a więc walczymy pazurami o materialną doczesność. I nie jako społeczeństwo, ale dostęp do szajki, która nim rządzi. Tak tam jest na wschodzie, za naszymi granicami. Nota bene –, żeby tu nie podbijać sobie bębenka, my zmierzamy w tempie stachanowskim w tym samym kierunku. Kulturowo nie mamy więc na razie prawie żadnych punktów stycznych, jesteśmy tak daleko od siebie jak subsacharyjczyk od Hiszpana czy Belga.
Migracja jako kolejny dzielnik Polaków
Jak się zastrzegłem na początku – przyglądniemy się tutaj pewnym analogiom. Tak jak na Zachodzie kwestia migracji została użyta do celów politycznych, tak samo stało się i w Polsce. Wybrzmiało to oficjalnie właśnie po aferze z orderem. Ja się zastanawiałem – tu mnie chyba znowu przyćmiło, bo sprawa była prosta – jak z tego wyjdzie Tusk, ale okazało się, że samo zastanawianie się nad tym tematem dowodzi spadku mojej formy umysłowej. Przecież to proste – temat został wrzucony pomiędzy bieguny wojny polsko-polskiej, jak wszystko w tym kraju. Nie mogło być inaczej.
Tak jak na Zachodzie, tak i w Polsce, sprawa migracji od razu ładnie podzieliła społeczeństwo na część godną i cywilizowaną oraz na tę czarnosecinną i niegodną. I nie stało się to mimochodem, tylko w ramach przemyślanej operacji komunikacyjnej. Linia podziału została z premedytacją sfastrygowana nitką przemocy (niechby i słownej) wobec biednych Ukraińców. Przeciekło – vide Zachód – i do nas to inne traktowanie procedur policyjnych wobec Ukraińców, inne traktowanie w sądach. Nie tylko w przypadku przestępstw w wyniku konfliktów rasowych, ale przestępstw pospolitych w ogóle.
Ostatnie rewelacje ogłaszane przez ministra Żurka, że powołał ponad setkę prokuratorów do ścigania aktów przemocy wobec Ukraińców wpisuje się w zachodnie trendy. Nic tu nie mamy nowego, tyle, że przed aferą z orderem niby ani Polacy gremialnie nie bili Ukraińców, ani Ukraińcy nie bili Polaków. Wszyscy się kochali, a teraz jakoś przestali? Figę prawda – po prostu dęty problem znowu służy do dzielenia Polaków i zbieraniu pod flagą mniemanej przyzwoitości kolejnych wzmożonych zastępów pożytecznych ukrainofilów. Ale państwo się tu będzie srożyć w realu, tak jakby nie miało ważniejszych tematów niż ochrzanione prowokacyjne dziewuszki z autobusu.
Przy analogii z Zachodem mamy tu też podobną kwestię jak z AfD czy innymi partiami antysytemowymi. Migracja robi się naczelnym problemem i stanowi najpoważniejszy, bo powszechny problem establishmentu z ludem. Agenda migracyjna, tak jak klimatyczna, są wciąż w realizacji, przynajmniej europejskiej. Tu się nie odpuszcza, będą tylko zagadywać. A objawy tej polityki nasilają się, zwłaszcza po hiszpańskiej pokazówie w Ceucie, gdzie lud wziął sprawy w swoje ręce, za co ostrzelała go, tego ludu, policja. Wokół migracji będą narastały zrozumiałe i proste w przekazie partie polityczne, niechby nawet nazywane populistycznymi. Zobaczymy jak to będzie u nas – bo na razie problem jest w dużej mierze „tylko” ukraiński, zaś zaraz po wyborach – co za przypadek – otworzy się pakt migracyjny i do ukraińskich problemów dojdzie masówka CIC (Centrów Integracji Cudzoziemców), w tym centrów rozproszonych, gdzie ludek migracyjny będzie rozwodniony po okolicy, by nie drażnić obozowością, zaś będzie się spotykał jedynie na imprezach integracyjnych. Ot, żeby pogadać jak się żyje, wymienić know-how na temat kolejnych form socjalu i podzielić rachunkami krzywd ze strony goszczących, lub wysunąć kolejne roszczenia.
Pamiętacie?
Jest jeszcze jedna sprawa, tu sam siebie zacytuję z czerwca 2020 roku z mojego „Dziennika Zarazy”. Wpis z 4 czerwca: „Facet zachodzi ją z boku i nagrywa. Jest sama na chodniku. Zatrzymuje ją. Dziewczyna się boi. Facet mówi, że jest z „Black Lives Matter” i jego szef (tak, CEO, mówi o swej organizacji jako o firmie, w której pracuje) kazał mu zaczepiać takie osoby jak ona, by dać im szansę na kolanach przeprosić za swoje białych przywileje w duchu solidarności z gnębionymi czarnoskórymi (nie mogę użyć słowa na M z czytanki, bo mi Youtube nie puści). Dziewczyna klęka i przeprasza. Nie wiem czy dlatego, że się boi, czy dlatego, że tak myśli. A może tak myśli, bo się boi?
Ta dziewczyna to Ameryka. Na kolanach, przestraszona, bo widzi na ulicach i ekranach co z białymi robią obrońcy praw czarnoskórej… większości. A jeśli nie jest przestraszona, to co najmniej biorąca na siebie winy pra-pra-pra-ojców za zniewolenie czarnoskórych Afrykanów sprzed 200-300 lat. W Ameryce całe seriale takich ekspiacji: żołnierze Gwardii Narodowej i policjanci z jednostek szturmowych klęczą przed Afroamerykaninami i proszą o wybaczenie, całe rzesze zbierają się na ekspiacyjnych spędach i na kolanach błagają o zbawienie od grzechów swych supremacyjnych praojców. A paru czarnoskórych, stoi i patrzy się z satysfakcją na samoponiżenie swoich byłych panów. Zbiorowa histeria.”
Brzmi kuriozalnie, ale to fakty sprzed nieledwie sześciu lat. Tak sobie poczynało Black Lives Matter. „Myśmy wszystko zapomnieli…”, co? Teraz ci sami ludzie w Stanach mijają się na ulicy, zaglądają sobie po sąsiedzku przez płoty. Wcześniej zmuszani do lizania butów czarnoskórym kolegom z klasy czy sąsiadom. Jak się teraz żyje w USA po takiej zbiorowej ekspiacji? Nie wspominam o tym dla wątpliwej satysfakcji z zagonienia się Zachodu do kąta. Nie.
ULM
Uważam, że mamy wszelkie podstawy do powstania w Polsce ruchu Ukrainian Lives Matter. Wszystko jest jak wtedy w USA – pretensje do polskich praojców za okupowanie „odwiecznych ziem ukraińskich”, traktowanie z góry przez Lachów i są też, jak w Ameryce… grupy chętnych wzmożonych do klękania i lizania butów ofiar. I możemy mieć dużą chęć, jak domniemywam, naszych gości do takich form powetowania sobie za wmuszane poczucie wyższości „polaczków”, którzy ich nie szanują, używają do robót niechcianych i nie widzą ich (zdalnego) wysiłku zbrojnego w walce przecież o waszą, Lachów, wolność na polach Ukrainy.
Mamy tu wszystko na tacy, nawet widać potencjalnych przywódców, sponsorów i media wspierające. Brakuje jednego – Floyda. Pamiętajmy, że BLM zaczął się od uświęcenia ofiary, na którą wybrano pornoprzestępcę, naćpanego męta, który terroryzował ciężarną kobietę przykładając jej pistolet do brzucha. Widać z tego, że ofiarą wyświęcająca cały ruch może być dosłownie każdy, nawet najgorsza szumowina. Wystarczy, że mu się coś przydarzy, a takie rzeczy można i zorganizować, jeśli tylko każą na siebie długo czekać.
Nieodwzajemniona miłość
Ostatnio po aferze z Orderem Kijów brał po uwagę dwa warianty reakcji. Umiędzynarodowienie kwestii „fali” przemocy wobec Ukraińców w Polsce – miano nas skarżyć do Unii i do trybunałów od praw człowieka, że u nas biją Ukraińców. Druga frakcja w Kijowie opowiadała się za dialogiem, to znaczy działaniami dyplomatycznymi i powołaniem grup roboczych od gadania o niczym. Wybrano układ hybrydowy – oficjalnie Kijów wzmógł narrację ofiary, jednak łaskawie spraw nam nie wytoczył. Podobno obawiano się, że jak dojdzie do skarg i procesów międzynarodowych to się Polacy wkurzą i realna pomoc, a nie pitolenie o historii, się skończy. Zaniechano więc dalej idących kroków. Wydaje mi się jednak, że Ukraińcy przeceniają naszą możliwą reakcję. Nie ma takich możliwości, łącznie z międzynarodowymi skargami na Polaków, że się krzywo patrzą, by Polska przestała pomagać Ukrainie. Będziemy jej pomagać, nawet jak zrobi wszystko, żebyśmy przestali. Dla jej dobra i naszego, by ruskie tanki nie stały nad polskimi granicami.
Ukraino, tak cię kochamy, że nigdy nie przestaniemy, nawet gdybyś nas nienawidziła (o co małodusznie cię podejrzewamy). Mamy taką cwaną politykę, że nie masz na to rady – będziemy ci pomagać. Jesteśmy nieodrodnymi dziećmi Albina Siwaka, jedynego robotnika z KC PZPR, tego który przeprowadzał staruszki przez ulicę, nawet jak tego nie chciały.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
