20.10. Każdy ma takiego Lecha, na jakiego zasłużył
20 października, wpis nr 1430
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Jest kilka słów-sygnałów, po których poznajesz z kim masz do czynienia. Ostatnio modne, bo skuteczne, jest rozróżnienie wprowadzone bodaj czy nie przez Rafała Otokę-Frąckiewicza, wskazujące na istnienie grupy tzw. wUkraińców. Ten nowotwór językowy pojawił się przy okazji wojny z Rosją i zamienił zwyczajowy i odwieczny przyimek „na Ukrainie”, na wersję „w Ukrainie”. Przyklepała to wszystko Rada Języka Polskiego na wniosek jakiejś deputowanej z Ukrainy, co miało nadać zmaganiom Ukrainy odpowiedniej powagi. „Na Ukrainie” brzmi niegodnie, jakby to była jakaś prowincja Polski (np. „na Mazowszu”), a tu przecież Ukraina walczy i powinna być, również językowo, traktowana jako niezależne państwo, a tak językowo nie jest, a właściwie – nigdy nie było. Wygibasy tego rodzaju, fundowane przez wspomnianą Radę, to nie pierwsze wykwity radosnej, politycznej twórczości. Tej samej Radzie nie spodobało się nazywanie przez słowo na literkę „M” potomka niejakiego Bambo. Nawet tu kręcę się dookoła własnego ogona przed nazwaniem oczywistym, ale po takiej decyzji Rady słowo na „M” wobec naszych czarnoskórych braci jest wpisane do algorytmu takiego Youtoube’a i cenzurowane do samowycięcia przez nadawcę.
Konstruowanie języka
Takie twory to są nowotwory, stanowią polityczne zachwaszczanie języka, gdyż ten asymiluje nowe formy nie na wniosek jakichś ukraińskich deputowanych, nawet nie mocą uchwał jakiejś Rady, ale mocą tzw. uzusu językowego, czyli upowszechniania się obiektywnego nowych form w codziennym użyciu. Tu swą misję widzą media, które – jak to w erze postępu – są w stanie w parę dni wprowadzić nowe słowa i nowe znaczenia, oraz wcisnąć do głów jako najnowsze wynalazki, które zaraz stają się powszechne, po czym bierze to na warsztat kolejna Rada i przyklepuje, po czym bierze to do algorytmu jakieś medium społecznościowe i mamy narodziny nowej językowej gwiazdy. Kiedyś ten proces był naprawdę obiektywny, bo naturalny, trwał latami. Miało to tę zaletę, że wszelkie nowotwory były eliminowane przez obiektywne procesy używania lub nie nowych pojęć przez lud. Język nie może tak działać, że po ataku jednego kraju na drugi – zmieniają się przyimki. Nawet z szacunku do bohaterskiej obrony napadniętego. No bo co zrobić z takimi Węgrami? Białorusią? Co oni winni? Wyglądają językowo jak nasze prowincje i co – trzeba by je Putin napadł, byśmy zaczęli ich zaimkować godniej? No, a jak za parę lat Ukraina rzuci się w ramiona Rosji w porozumieniu nad (nie tylko własnymi) grobami? Jak usiądzie z tym strasznym Putinem do rozmów i poda mu rękę? Co wtedy pocznie Rada, zbierze się jeszcze raz i odbierze Ukrainie godny zaimek?
A tu mamy wUkraińców. To dobry i precyzyjny znak odróżniający. Znak, którego używam do wstępnej selekcji, może nie ludzi, ale ich opinii. Jak czytam, czy słyszę to „w Ukrainie”, to już właściwie wiem z kim mam do czynienia, co zaraz będzie mówione i odpowiadane na moje argumenty. Można już wtedy sobie darować marnowanie czasu, ale można też poboksować się dla sportu. Przynajmniej od razu człek wie jakie chwyty zaraz padną, i że dany gościu bije przeważnie z lewej, ma też tę cechę, że cię będzie lekceważył i jak (zazwyczaj) przegra, to będzie udawał, że to nie ten ring, nie ta walka, nie ten sport i że ogólnie to ci wali z japy i się nie będzie poniżał do wymiany czegokolwiek.
Lechu jako banchmark
Ja mam na swój własny użytek jeszcze inny rozróżnik. Nie jest on tak krótki i dosadny jak zaimek ukraiński, trzeba go trochę dłużej wydobywać, ale na końcu wychodzi, że warto, bo też można poznać gościa w jednej chwili. Ja szybko identyfikuję całą złożoność danej osobowości po jej stosunku do… Lecha Wałęsy. Tak, Lech Wałęsa w ocenie Polaków więcej mi przynajmniej mówi, niż wszelkie, czasem fałszywe, deklaracje poglądów politycznych. Dlatego uważam Lecha za element znaczący w Polsce, nie przez jego zasługi – o tych: później -, nawet nie przez jego minioną chwałę, ale właśnie przez to, że jest dla mnie papierkiem lakmusowym stanu duszy Polaków i każdego z nich indywidualnego stosunku do III RP.
Wyliczyłem sobie tu kilka grup zachowań Polaków wobec kwestii Wałęsy, z tym, że mało w tych grupach mocno utrwalonych postaw. Polacy w swoim stosunku do Wałęsy są wciąż „w drodze”, gdyż Lechu, delikatnie mówiąc nie daje o sobie zapomnieć. Jego aktywność niesie za sobą taki ładunek społecznego zażenowania, że ciężko machnąć ręką na ten fenomen. Co prawda rośnie grupa ostatnia (też ją omówię), która ma już gdzieś samego Lecha i kłótnie o jego dorobek. Linią graniczną jest tu nieprzekraczalne zażenowanie, szczególnie bolesne w stosunku do tych, co to kiedyś wierzyli w fenomen Lecha. To tak samo jak z zawiedzioną miłością – zawód jest tym większym im większa była miłość i zawierzenie, i im większy jest upadek idola. Jakie więc mamy grupy, pamiętając, że one wciąż się tasują, mamy transfery z jednej do drugiej, zaś motorem tych przejść jest uporczywa aktywność w samoblamażu samego Lecha, godna zaprawdę już lepszej sprawy?
Wierzący
Grupa pierwsza – wierzący w Lecha. Co ciekawe jest to grupa kompletnie ostatnio wymieniona. Należą do niej osoby sprzyjające Tuskowi, ale na zasadzie pamięci złotej rybki, nie pamiętające, że były one kiedyś jądrem grupy zagorzałych przeciwników Wałęsy. Bowiem ci dzisiejsi entuzjaści Lecha, kiedy ten ścierał się z Mazowieckim o prezydenturę i kiedy ją z Kaczyńskimi dostał – był wtedy Lechu dla tych ludzi wrogiem nr 1, dowodem na upadek III RP, która na głowę państwa wybrała tępaka. Ja pamiętam wtedy te zaśpiewy w Wyborczej, tę butę, że Mazowiecki pozamiata Lechem, wszak to inteligent, jada śniadania z Geremkiem, Kuroniem i Michnikiem, nie co ten obciach z długopisem. Wtedy ta grupa przeszła trening zimnego prysznica i trzeba było odrobić, jak widać dziś użyteczną lekcję, zmiany frontu o 180 stopni w parę godzin. W pierwszych bowiem wyborach na prezydenta nie odbyła się w drugiej turze batalia pomiędzy Wałęsą i Mazowieckim, bo ten ostatni nie dostał się do drugiej tury, wyprzedzony przez nieznany meteor polityczny w postaci Stana Tymińskiego. I Gazeta Wyborcza, ten modlitewnik tej grupy, po bezceremonialnych atakach na Lecha w jeden dzień musiał nawoływać do głosowania na Wałęsę. Warto sięgać do tych stronic, by zobaczyć jak się wtedy już trenowały całe zagony lemingów, co to łykają dziś chwilową mądrość etapu jako swoją.
Ta grupa teraz wielbi Wałęsę, nie da sobie złego słowa o nim powiedzieć, zwłaszcza neguje sądowo już potwierdzone rewelacje o jego współpracy ze służbami. Ci potwarcy, którzy serwują takie haniebne kawałki z przeszłości laureata pokojowej nagrody Nobla już nie muszą być konfrontowani z faktami, tylko z postawa świętego oburzenia. Inaczej trzeba by się było zderzyć z faktami, orzeczeniami sądów, dochodzeniami IPN, nawet z oświadczeniami o współpracy z ust „ludzi honoru”, aparatczyków stanu wojennego, którzy zabrali się godnościowo z całym narodem, rozgrzeszeni przez Michników. Ta grupa ma jeden argument, który de facto tylko ich pogrąża, szczególnie bowiem dowodzi ich ojkofobii, wstydu za Polaków. Otóż idzie to tak – Polacy wewnętrznie nie mają wielu autorytetów, zewnętrznie zaś – nie mają ludzi znanych na świecie, którzy mogliby świecić przykładem. Przykładem, że Polak potrafi, nie wypadliśmy, my tu na nizinie środkowo-europejskiej, spod czyjegoś ogona. I każdy, kto pluje na takiego Lecha, to pluje we własne gniazdo. I to pluje na pokaz, bo świat patrzy jak Polacy poniżają jedynego znanego na świecie Polaka i snuje swoje – wychodzi, że prorocze – obawy, co to za ciemne dusze są tam, nad tą Wisłą.
Ale takie podejście zakłada jedno – nawet gdyby Lechu był kapusiem, to mamy udawać przed światem, że tak nie było. Że to świecki święty, ojciec Solidarności przez małe i duże „s”. To będzie taka nasza, polska tajemnica. A że z tymi gamoniami z prawicy nie ma się co umawiać, tym bardziej na narodowy wstyd, to nie zająkniemy się złym słowem – kapusiowanie Wałęsy, to nieprawda, potwarz dla polskich ikon, a więc – per analogiam – i plucie na Jana Pawła II, i Kopernika, co to wiadomo, że był kobietą. Tak więc apologeci, wciąż doświadczani przez Lecha, to grupa dość nowa, po przejściach, która łyknęła wystawionego im przez Tusków jako „naszego”, boć przecież to Lechu wadził się i wadzi do dziś ze znienawidzonym Kaczorem, który zaczął od tego, że wystawił Lecha do wojny na górze i popsuł miłe plany prezydentury Mazowieckiego. Grupa ma go jako trofeum na ścianie, nie lubi go tak naprawdę, coś jak Sikorskiego. Po prostu ci ludzie (skąd oni to mają? z doświadczenia?) nie wierzą w szczere nawrócenie – kto raz był po tamtej stronie, to dalej u nich nie zajdzie niż do poczekalni. Przypomnę to zażenowanie z Lechem: pamiętacie marsz miliona serc i wystawienie na początku na scenę Wałęsy? Pewnie że pamiętacie – ten zaczął pleść jakieś duby smalone, o IPN-nie, jakichś ludziach, swojej krzywdzie. Lud milionowy bardzo się cieszył na początku, że „Lechu z nami”, za to jak bohater otworzył usta, to kazało się, że Lechu przyszedł w swojej sprawie, jakichś zamierzchłych wątków z nienajlepszej przeszłości, a my tu po władzę przyszliśmy, nie po wspominki. I zaczęło się buczenie na Wałka, który to ciągnął i ciągnął. Lechu to usłyszał – i się… obraził na milionowy tłum. Takie są to więc relacje tej grupy – taktyczna akceptacja, ale bez przesady.
Zdradzeni
Drugą grupę łatwiej mi będzie opisać, gdyż do niej należę. To grupa zwiedzionej fascynacji. Wielu należało do niej z wyrachowania, uważając – też bez szczególnej estymy do Lecha -, że naród tak wybrał, jest to jakaś robotnicza krew z krwi, mówi prosto ci on i smacznie i wszyscy go zrozumieją. Miał Lechu też w sobie takie przebłyski tzw. chłopskiej mądrości, rozwiązywał jednym cięciem gordyjskie węzły samozakiwanych intelektualistów – wszystkie cechy, na które łasi są inteligenci, widząc w ludzie zasoby żywotnych sił pulsujących żywiołem na tle uwikłań elit. Ta grupa traciła do Lecha szacunek w różnym tempie, kiedy wspomniane dylematy przestały równoważyć jego kolejne wpadki, w okresie przedstanowojennej Solidarności, ale zwłaszcza w stanie wojennym.
Ciosy w ten mit Wałęsa wymierzał systematycznie – w okresie karnawału Solidarności miał za nic demokratyczne struktury związku Solidarność, rządził niepodzielnie, w razie czego odwoływał się bezpośrednio do ludu, zgrabnie grając na populizmie skierowanym przeciwko dysydenckim opozycjonistom. Nieuchronnie prowadziło to do dyktaturki, czego wyrazem było organizowanie bojówek z grona stoczniowców, którymi wprost zagroził establiszmentowi Solidarności w czasie wyborczego Zjazdu w gdańskiej Oliwie, że zdrowy nurt przyjdzie do hali, gdyby go – Lecha – nie wybrali. Do tego dochodziły jeszcze kwestie wygaszania strajku bydgoskiego i stylu jego odwołania – w końcu Lechu z jednej strony był ugodowy do władz, z drugiej – w ostatnim dniu przedstanowojennym dał się nagrać jako zwolennik siłowej konfrontacji, czym żyły media w pierwszych dniach stanu wojennego. Jego zachowania w stanie wojennym to też głównie sprawki demobilizujące zapał oporu. W końcu naród jakoś tam walczył, albo siedział w kazamatach, podczas gdy Wałęsa zamknięty w ośrodku wczasowym wysyłał kapitulanckie listy do władz, co ta z chęcią publikowała. Jego jedynym uzyskiem było podobno to, że nie zgodził się firmować nowe związki zawodowe, co było zbyteczna łaską, bo gdyby tak zrobił, to słuch po nim by zaginął do dziś. A nie o to – mu, jak się dowiemy później – chodziło.
Ta grupa odpadała powoli od Lecha, ale dla większości graniczną kreską było zdobycie wiedzy o tym, że Lechu był na liście kapusiów w Stoczni w latach siedemdziesiątych, a nawet nie wiadomo czy nie w czasie karnawału Solidarności. Tym sobie tłumaczono jego dziwne zachowania. I nagle wszystko stało się jasne – te miotanie się Lecha, sprzeczne decyzje, pomiatanie współpracownikami i jedno jeszcze: mania grandiosa. Ta bowiem grupa, dość aktywna w stanie wojennym nie może wybaczyć Lechowi jeszcze jednego – kapusiostwo to jedno, co dyskwalifikuje, ale jedna cecha Lecha była szczególnie przykra dla tych ludzi. Te wszystkie jego chwalipięctwa: ja obaliłem, ja walczyłem, was ludu brakowało, ja z żoną wyprowadziliśmy radzieckie wojska z Polski. Ja walczyłem, myślałem, wystrychnąłem bezpiekę i wszystko to dzięki mnie, was nie było, boście się – jak np. stwierdził Lechu na wrocławskim wiecu o Kornelu Morawieckim – ukrywali przecież nie przed komuna, tylko przed żonami. Ktoś, kto drukował ulotki, latał z nadajnikami czy choćby nawalał się z ZOMO na ulicach, krzycząc i pisząc o uwolnieniu Lecha z ośrodka wypoczynkowego – jak już usłyszał, że to wszystko zrobił Lechu, sam z bratem i żoną, lud zaś dekował się pod pierzyną – taki ktoś natychmiast żałował swoich wcześniejszych fascynacji. Wałęsa tu ma szczególna manię wielkości, ostatnio zaś – przy tłumaczeniu się z alanfablectwa, czy jak on tam wymawiał – już bezpośrednio zagroził – ja wam pokażę! Lechu – komu i co pokażesz? Dasz tym zdradzonym ludziom do wiwatu? Milionom? Ty – trybunie ludowy? A jak to zrobisz? Poprosisz Kierwińskiego o pomoc?
Ta grupa przeżywa największą chyba żenadę z powodu Lecha. Można się od tego odciąć jako od błędów młodości, jak od szkolnych miłości, ale ponieważ chybiony obiekt fascynacji wciąż nadaje, człowiek widzi jak nisko musiał upaść wierząc w sprawczość takiej persony. A że Lechu wciąż przypomina, że jest jeszcze dalej dno pod tymi tonami mułu żenady, to wciąż nie daje o sobie zapomnieć w przypominaniu rzeszom swoich byłych zwolenników – jak bardzo ci się kiedyś pomylili.
Dwie podgrupy zdradzonych
W tej grupie mamy dwie podgrupy – różni je kwestia relacji do współpracy Lecha ze służbami. Jak już tu powiedziałem – grupa pierwsza wypiera, druga grupa ma tu dwie frakcje. Pierwsza, że ją nazwę Semkową, od redaktora Semki, który ujawnił się jako jej stronnik podczas któregoś wywiadu ze mną. Jest to wersja o Wałęsie, który podpisuje papiery o współpracę w roku 1970, kontynuuje ją do roku 1976, gdzie jest napisane w papierach, że współpraca się kończy. To półbohaterska wersja – mamy tu bowiem do czynienia z młodym zahukanym robotnikiem, który podpisał kwity i – jak dowiódł ostatnio sąd na podstawie analfabetyzmu figuranta – niewiele zaszkodził, bo pisać donosów nie umiał. W 1976 roku – tu wersje są różne – odmawia bohatersko współpracy, albo esbecja nie widzi sensu takiej współpracy – Wałęsa znika z rejestrów. Nie ma już żadnych jego kwitów.
W tej wersji wydarzeń Wałęsa męczy się i odkupuje swym zaangażowaniem wcześniejszą współpracę. Działa, jest aktywny, wręcz – ekstremalny. Dochodzi tą pracą do przywództwa w strajku sierpniowym, ładnie negocjuje – rozszerza lokalny protest w fabryce na cały kraj, przewodzi Solidarności, w końcu – odkupuje winy w pełni – obala komunizm. Ładne, co? No, można się zakochać… Jest tu wszystko, łącznie z powrotem syna marnotrawnego na białym koniu niepodległości. Jest też przebaczenie od ludu w „imieniu tych, których zdradzono o świcie”. No, miodzio.
Ale jest i druga wizja tej kariery, nazwę ją Michalkiewiczowską, od nazwiska jej autora. Wałęsa nie został wypisany z esbecji na pusto. Po prostu jako cenne aktywo (jak widać w przyszłej jego roli) zostaje przeniesiony do zasobów WSW. Biorą go wojskowi, a tam nie zaglądają nawet weryfikacje III RP. Ta wersja wydaje się dość prawdopodobna, bo przecież jak to się mogło stać, że służby nie użyły współpracy Wałęsy do skompromitowania go na sierpniowym strajku? To, że – niby się wypisał z kapowania 4 lata wcześniej – nie uratowałoby go przed osądem robotników w sierpniu 1980. Nie użyto tego, a więc – wnioskuje druga frakcja – Wałęsa był w użyciu przez służby, nawet przywieziony (do dziś nie wiadomo jak) na strajk, by go przejąć kierowniczo. Tę tezę potwierdza robota strajkowa Lecha. W pierwszych dniach bardzo dba on o to, by protest nie miał charakteru szerszego niż spełnienie postulatów socjalno-płacowych w jednym zakładzie, no i przywróceniu Walentynowicz do pracy, bo po to głównie stanęła Stocznia. Po długich naradach za zamkniętymi drzwiami w dyrekcji Wałęsa rozwiązuje strajk, wzywa robotników do pójścia do domu. Dopiero szarża trzech pań na bramę, przez którą stoczniowcy wychodzili do domu po zakończeniu strajku przez Lecha powstrzymała tłumy i spowodowała, że strajk się utrzymał i rozniecił pożar w całej Polsce. Przypomnę nazwiska trzech pań, na których determinacji wisiał włosek powodzenia Solidarności, pań, które strajk o kiełbasę w jednym zakładzie zamieniły w strajk solidarnościowy w całym kraju: Ewa Osowska, Anna Walentynowicz i Alina Pieńkowska.
I tu – jak twierdzi wersja drugiej frakcji zawiedzionych – miała nastąpić przemiana Lecha. Ten miał zobaczyć, że na takiej fali to się i on zbuduje, polepszy swoją pozycję względem bezpieki, byleby tylko nie dać sobie odebrać kierownictwa strajku i całego ruchu, który już rozpalił całą Polskę. I zacząć się miała ta gra Lecha, o której on cały czas wspomina. Ale była to gra okonia z wędkarzem, czyli ryby złapanej na haczyk. Jak tylko Lechu się za bardzo wzbudził, to wędkarz ze służb podcinał wędzisko, jak się ryba uspokoiła, to luzował żyłkę, żeby na powierzchni zjawisk wszystko wyglądało autentycznie. Tak się doholowało nie tylko Wałęsę, ale i zaufanie Polaków do Okrągłego Stołu, ba – wygranej wojny na górze. W końcu te wszystkie papiery, które przyniosła Kiszczakowa do IPJN-u w celach handlowych cały ten czas leżały w szafie Kiszczaka: kiedy Lechu zrobił wojnę na górze, kiedy przysięgał Polsce, kiedy wyprowadzał rosyjskie wojska, kiedy chciał zrobić w byłych koszarach radzieckich eksterytorialne spółki join venture z radzieckimi. Zawsze wtedy wiedział, że gdzieś tam jest teczka na niego i zawsze ktoś to może wyciągnąć.
Zobaczył to jaskrawo już na samym początku III RP. Ja sobie przypominam sobie taki spektakularny moment. Wałęsa po raz pierwszy kandyduje na prezydenta. Jest już po drugiej turze – odsądzający go od czci i wiary obóz Mazowieckiego z Gazetą Wyborczą (tak, tak wtedy Wałęsa był dla nich tym samym co dzisiaj Kaczyński, ale czasy się zmieniły. Lechu – nigdy) przerzucił swoje poparcie na Lecha, który walczył w drugiej turze z mrocznym Tymińskim. Ja już tam nie wnikam, kto tego gościa i czy prowadził. Nie mniej Tymiński zaprasza na konferencję prasową, na której ma ujawnić teczkę z kompromitującymi Lecha materiałami. Mamy wszystkie media i to na żywo. Konferencja odbywa się, Tymiński kładzie na stole teczkę, napięcie rośnie, ale… Stan nic z niej nie wyciąga.
Co myślał wtedy Wałęsa? Jakie podpisane przez niego kwity przemknęły mu przez głowę? Te z szafy Kiszczaka? Kwity za pobrane pieniądze? A więc co? Pokazano Lechowi smyczkę. Nie fikaj koleś, bo wiesz… A czemu nie pokazano wtedy papierów, a mogły być tam przecież kwity z szafy Kiszczaka, odkryte prawie trzydzieści lat później. I byłoby po Lechu? Nie zrobiono tego bo byłoby to zerwanie smyczy, czyli koniec wpływowego i przeinwestowanego zasobu. A tak tylko mu pokazaliśmy smycz, by zapamiętał. I zapamiętał. Reszta już jest konsekwencją tego stanu, w coraz bardziej pokracznej formie.
Hardcorowcy
Jest jeszcze trzecia grupa. Nazwę ją Gwiazdowską. Grupa ta – nieliczna – mówi, że od początku wiedziała, że Lechu jest prowadzony. Z ostatniego wywiadu państwa Gwiazdów wynikało, że nie mieli oni pełnej, 100% pewności, gdyż uważali, że esbecja nie postawiłaby na takiego kmiota. Że po prostu to był zasób zbyt mało ogarnięty. Podobno nabrali pewności co do pełnej agenturalności Wałęsy w trakcie sierpniowego strajku w Stoczni. Czemu więc nie powiedzieli? Dobre pytanie. Ale przecież byśmy ich wszystkich wtedy chyba zlinczowali. Że śmią pluć na ikonę i jednocześnie obniżać zaangażowanie całego obiecującego ruchu. No, muszę przyznać, że był to wtedy dylemat. Ogłoszenie nic by nie dało: obeszłoby się ostracyzmem, albo demotywacją wśród ludu. Ale – jak to mówią mądrości – widać teraz, że warto było wtedy stanąć w prawdzie, bo inaczej przeniosło się na całą Polskę, nie tylko na stan wojenny, ale i na III RP, te zgniłe kompromisowanie w imię źle pojętego pragmatyzmu, który zatopił w genach III RP jej turbopatologie ustrojowe. Ślad Lecha widać bowiem w naszym ustroju, tym kompradorstwie, wielopoziomowych układach klient-patron, istnieniu równoległego i rzeczywistego ustroju naszego kraju, przy konstytucji, z której nie wynika kto za co odpowiada.
Ci, co zawsze wiedzieli od początku trochę mnie denerwują. Nie tylko dlatego, że mogli powiedzieć wcześniej, a tak człowiek musiał sam do tego dochodzić, męcząc się po drodze. Mi to wyszło przy kowidzie. Okazało się, że są całe zastępy tych, co to wiedzieli wcześniej: i o globalistycznej klice, o Big Farmie, o szczepionkach. Żyli wcześniej już w świecie bez zasłon, widząc prawdziwe konstrukcje rzeczywistości. No, to denerwujące dla człowieka poczciwego. Okazuje się bowiem, że człowiek jest otoczony Kasandrami, które cały czas pokazywały na prawdę i cnoty, a człek tego nie widział. I jak stanąć wtedy twarzą w twarz z kimś takim, co całe swoje życie cierpi z tym cierniem w oku – samemu będąc dowodem beztroski własnej ślepoty.
Tak czy siak ta trzecia grupa, co to wiedziała od początku ma tu inne podejście. Nie było żadnej przemiany Lecha, który chciał z powodu własnego ego wskoczyć na nagle pojawiającą się kobyłę historii. Po prostu od początku do końca był prowadzony, nawet awansował z cywilnej bezpieki do wojskowych. Tyle. Pogardzany przez nich kompletnie. Taki Kiszczak uważał ludową fascynację Wałęsą za dowód głupoty narodu, którego tym łatwiej będzie zwodzić, jeśli mu można sprzedać takich idoli.
Olewnicy
No i jest jeszcze obiecana grupa czwarta – ci, co to mają na Lecha kompletnie wywalone. Jedni to są młodzi i Lechu jest dla nich jakimś zakonserwowanym dinozaurem z przedpotopowej historii. Eksponatem z czasów zaprzeszłych, który nie wiadomo o czym gada, nie wiadomo komu się podoba, bo nie wiadomo jest po co miałoby się go w ogóle słuchać. Starsi, ci co wiedzą o co chodzi, są już zmęczeni Wałęsą, a przegnał ich od Lecha wstyd, a właściwie obciach. To ci, co się rumienią, jak jakiś zagraniczniak zapyta o Wałęsę. Bo to ani mu prawdy o Lechu powiedzieć nie można, bo nie pojmie, zaś kłamać też nie ma po co, bo to i honor żaden, a Lechu i tak nie doceni. W ogóle z tymi z zagranicy to jest tak, że oni Lecha mają za lepszego niż jest, bo zawsze pomiędzy Lechem a nimi jest tłumacz, który ten strumyczek podświadomości próbuje ubrać w jakieś logiczne zdania. Ja słyszałem o takich dylematach tłumaczy Lecha, co to nie tylko muszą stawać na uszach, by wydobyć z tego bełkotu jakiś sens, ale czują się odpowiedzialni za skonstruowaniu przez samych siebie jakiegoś przekazu, tym razem wkładanego w usta kogoś uważanego za reprezentanta polskiej racji stanu. No koszmar.
Każdy ma takiego Lecha, na jakiego zasłużył. To dlatego przeprowadziłem kategoryzację grup według ich postaw wobec Lecha. Co ciekawe – myślę, że każdy mógł tam zobaczyć… siebie. Kurcze – taka persona, a tu wszystko się wokół niej kręci. Nie, nie jako punkt ciężkości, ale krzywe zwierciadło naszej kondycji. Nisko upadliśmy, skoro możemy się (musimy?) odnieść do takiego poziomu, który przyznała nam nasza historyczna beztroska. Naszym idolem, niech i byłym, jest gościu z poważnymi deficytami intelektualnymi, o moralnych już nie wspominam. Nawet końcowe sceny z Dyzmy są tu i tak już o niebo lepsze – tak, wywindowaliśmy takie elity na szczyty, takim ludziom powierzamy stery nawy państwowej. Tylko, że mi, nie tak jak hrabiemu Ponimirskiemu, nie jest dziś w ogóle do śmiechu. Nawet szyderczego.
I każde odezwanie się Lecha nam o tym przypomina. O tych nieładnych zakamarkach naszej zbiorowej duszy. Nie jest to komfortowe uczucie. Ale może tak ma być? Może to pokuta za nasze grzechy? Do powtarzania, aż się nie opamiętamy, bo tego przecież Lechu sam nie zatrzyma. Ten będzie w to brnął bez końca, z coraz większym zapałem odjazdu ego supernarcyza. Zaiste musieliśmy nieźle nagrzeszyć, skoro spotkała nas aż taka pokuta…
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
