04.06. Ameryka na kolanach

4 czerwca, dzień 93.

Wpis nr 82

zakażonych/zgonów/ozdrowień

25.049/1.117/12.227

Facet zachodzi ją z boku i nagrywa. Jest sama na chodniku. Zatrzymuje ją. Dziewczyna się boi. Facet mówi, że jest z „Black Lives Matter” i jego szef (tak, CEO, mówi o swej organizacji jako o firmie, w której pracuje) kazał mu zaczepiać takie osoby jak ona, by dać im szansę na kolanach przeprosić za swoje białych przywileje w duchu solidarności z gnębionymi Murzynami. Dziewczyna klęka i przeprasza. Nie wiem czy dlatego, że się boi, czy dlatego, że tak myśli. A może tak myśli, bo się boi?

Ta dziewczyna to Ameryka. Na kolanach, przestraszona, bo widzi na ulicach i ekranach co z białymi robią obrońcy praw czarnoskórej… większości. A jeśli nie przestraszona, to co najmniej biorąca na siebie winy pra-pra-pra-ojców za zniewolenie czarnoskórych Afrykanów sprzed 200-300 lat. W Ameryce całe seriale takich ekspiacji: żołnierze Gwardii Narodowej i policjanci z jednostek szturmowych klęczą przed Afroamerykaninami i proszą o wybaczenie, całe rzesze zbierają się na ekspiacyjnych spędach i na kolanach błagają o zbawienie od grzechów swych supremacyjnych praojców. A paru czarnoskórych, stoi i patrzy się z satysfakcją na samoponiżenie swoich byłych panów. Zbiorowa histeria.

To rasizm, który działa tylko w jedną stronę. Ale ruchy „antyrasistowskie tylko w jedną stronę” nie są takie głupie. Nie deklarują wprost, że biały ma przepraszać za to, że jest biały. Ma przepraszać za to, że jako biały ma „białe przywileje”. Pouczająca rozmowa czarnoskórego prawnika konserwatysty, który masakruje dziennikarza (dla porządku – białego) zarzucającego amerykańskiemu ustrojowi systemową supermację białych. Gdy dziennikarz jest pytany o konkretny przykład takiego zjawiska – gubi się w ogólnikach i na koniec wypala: biali policjanci częściej strzelają do czarnych podejrzanych. Larry Elder rozsmarowuje go statystykami, które potwierdzają wręcz odwrotną sytuację – biali policjanci rzadziej używają broni wobec czarnych zatrzymanych, bo boją się zarzutów o rasistowskie motywy interwencji. I tak bez końca – Elder pyta o przykłady, a dziennikarz soli ogólniki.

I tak to jest z tymi „białymi przywilejami”. Nikt ich nie widział, a każdy o nich mówi. Jest wręcz odwrotnie. Wszystkie akcje afirmatywne skierowane wobec czarnoskórych społeczności zakładają dyskryminację pozytywną, to znaczy zrównywanie poprzez poniżanie tych, których uznajemy za winnych niesprawiedliwego wywyższenia, czyli białych. Murzyni mają w Stanach wręcz rasistowskie „punkty za pochodzenie”, kosztem białych suprematorów. Elder tak bardzo wbił w ziemię „liberalnego” dziennikarza, że zachciało mi się głębiej poszukać spisu takich „przywilejów”. I znalazłem. W sumie mało tam systemowości, raczej wynik chronicznej biedy, więc trzeba było znaleźć jej źródła. I konserwatywny Elder dokładnie w tym wywiadzie je identyfikuje. Rzeczywiście winny jest system, ale w nieoczekiwany sposób. Elder uważa bowiem, że tak naprawdę krzywdę czarnoskórej społeczności zrobiły właśnie takie akcje afirmatywne, które powodują, że państwo opiekuńcze hoduje całe grupy społeczne, generacje na zasiłkach, co skutkuje systemowym i pokoleniowym uzależnieniem się od datków, z niedłączną niechęcią do pracy i nauki oraz zerwaniem więzi społecznych i rodzinnych popartym brakiem jakiejkolwiek odpowiedzialności (75% czarnoskórych dzieci wychowuje się bez ojca, a było 25% zanim nikt nie płacił „za żywota”). Ameryka zaczęła klękać przed Murzynami od lat 60-tych kupując sobie – coraz drożej – ułudę koegzystencji. I ten system właśnie zbankrutował. I to nie dlatego, że zabrakło pieniędzy, tylko dlatego, że nie zniwelował różnic, powstaniu których miał zapobiec. Nawet je zaostrzył. 1% Amerykanów ma tyle bogactwa, co reszta społeczeństwa. 40 milionów pobiera od państwa kupony żywnościowe, jednocześnie Amerykanie mają po domach 270 milionów sztuk broni. To niebezpieczna mieszanka.

Zanika podstawa Ameryki, czyli klasa średnia. Produkcję z USA zabrał globalizm i przeniósł do Chin, bo tam (było?) taniej. A jak zanika klasa średnia, to pogłębiają się różnice w statusie społecznym i majątkowym. Zanika też nadzieja na awans na drabinie społecznej, do którego drogą była zawsze klasa średnia. A wtedy „awansuje się”, na skróty. Bo teraz te nierówności „niweluje się” na ulicach poprzez akcje „grabi zagrablionnoje”, czyli uzupełnianie swoich braków poprzez odbieranie fantów systemowi. To droga donikąd, zwłaszcza, że siły porządkowe klękają, a dobytku i swego życia bronią już tylko pojedynczy Amerykanie.

Słyszę już głosy naszych lewaków, że biali policjanci przeginają i teraz jest gniew ludu. Ale dlaczego on się kończy na rabowaniu sklepów? Co ma śmierć Loyda do wyniesienia plazmy ze sklepu przez rozbite okno? Dochodzi do zasmucających (?)„nieporozumień”, kiedy sprzyjający rewolcie biali są brani za wrogów i karani na miejscu. Rabunki nie mają nawet tła rasowego, bo można zobaczyć filmiki jak Murzynka-właścicielka zostaje pobita przez rozwydrzony tłum „klientów”. Black Lives Matter, yeah? O atakowanych białych na wózkach nie mówiąc. Nikt nie wie, jak się nazywał pobity właściciel sklepu, który – podobno – przeżył. Czy miał czas powiedzieć jak George Loyd „I can’t breathe’? Ale on był biały.

I te media. One pójdą do piekła za dokładanie ognia pod tym kociołkiem z ruchawką. Jeśli CBS ma headline: „Biały właściciel zastrzelił czarnego demonstranta. Nie poniósł za to żadnej konsekwencji” a dotyczy to w rzeczywistości właściciela zaatakowanego przez rabusiów (nie demonstrantów) sklepu, który w samoobronie ratował swoje życie i mienie z bronią w ręku i odstrzelił bandytę – to widzimy czym zajmują się media. Bo co mówi CBS? Że jakiś biały właściciel zastrzelił sobie czarnego (niewinnego? pokojowego?) demonstranta i nic mu za to nie zrobiono, czyli – biali rules i to systemowo, a nasi giną na ulicach. Jaki wniosek? Dalejże! Uznana dziennikarka New York Times pani Nikole Hannah-Jones serwuje zbiorowe rozgrzeszenie, że niszczenie własności to nie jest przemoc. Do tego dochodzi cenzura na całego – np. wyrzucono z radia popularnego prezentera sportowego Granta Napear’a za to, że napisał na Twitterze, że nie tylko „Black lives matter”, ale „All lives matter”. Tej oczywistości było za dużo. W social mediach latają prześmiewcze (?) przeróbki spotów Amazon Go, że możesz „kupować” bez płacenia przy kasie.

I co? I co będzie jak już przetrzepiemy kapitalizmowi jego fanty? Przecież widzieliśmy to w każdej rewolucji. Wzburzony motłoch przechodził jak tornado przez pałace, połowę niszczył, połowę zabierał do swoich czworaków. I co potem? Potem przychodził jakiś nawiedzony, ale bardziej cwany komisarz i mówił tłumowi, że ma rację, ale trzeba wprowadzić jakiś nowy, alternatywny porządek i potem pojawiał się taki terror, że wkrótce wszyscy marzyli o powrocie pana, który może i ekspolatował, ale sam siebie nie okradał, i dbał o poddanych jak o własny majątek. Ale było już wtedy za późno. Nie można systemowi kraść fanty a jutro pójść do niego po kartki żywnościowe. Pójdziemy do domów białych i przetrzepiemy im lodówy oraz mordy. Niech się cieszą, że w ogóle pozwolimy im żyć. Za co? Ano za to, że ich pra-pra-pra-pra dziadowie siłą przewieźli naszych pra-pra-pra-pra dziadów do tego piekła? Gdzież tam – za to, że mają więcej niż my. Tak powiedzą Murzyni, a stojącym za nimi macherom chodzi tylko o to, żeby Trump nie wygrał. I rozstawią po ulicach skrzynie z brukiem na użytek sprawiedliwego gniewu motłochu.

Ameryka, jak ta dziewczyna – jest na kolanach. To mi przypomina… RPA. Tam też tak było, choć czarnoskórzy używali jeszcze jednego argumentu – tego, że są autochtonami i biali odebrali im ziemię. Ale historia poucza, że to właśnie biali zajęli się tym opuszczonym przez ludzi skrawkiem ziemi, i że jak przyszli to nie było tam cywilizacyjnie nic. Ale potem pod presją całego świata ugięli się i oddali władzę autochtonom. I co? I skończyło się RPA, nawet dla autochtonów. I nie ma już komu zarabiać na zasiłki, a ten piękny kraj stacza się w chaos.

Miałem to samo z Aborygenem, który jako przewodnik oprowadzał mnie po parku przyrodniczym w Melbourne. Zamiast o kwiatach i drzewach solił andron za andronem o tym jak to źli biali męczyli i rozpijali miejscową ludność. Zgadza się – bywało. Ale ja – Słowianin – według niego miałem się czuć współodpowiedzialny za zbrodnie Brytoli sprzed 200 lat. Dlaczego? Bo jestem biały. I TO nie jest rasizm? Jako Słowianin-sokratejczyk oczywiście mu się postawiłem. Pokazałem mu na mapie Papuę Nową Gwineę: niedaleko, rasowo dość podobna ludność, klimat trochę cieplejszy niż w Australii. Tam Brytyjczycy nie mieli interesu i się nie osiedlali. I na Papui ludność żyje, jak żyła. A w Australii żyje, jak żyje. I spytałem się go co by wybrał – swoje klimatyzowane mieszkanko, z którego dojeżdża samochodem do pracy, którą wykonuje z powodu… ekspiacji rasowej kolonizatorów, czy wolałby biegać z piką po puszczy nietknięty opresyjną cywilizacją? Bo wciąż ma wybór jak mu tu źle. Papuas nie ma. Pogniewał się, ale o drzewach nie zaczął mówić, widocznie miał tylko nagraną tę jedną piosenkę i to wcale nie o australijskiej przyrodzie.

Wiem, Ojcowie Założyciele wiele nabroili czyniąc USA wielkimi. Wiem, porywano niewolników i męczono ich na plantacjach. Ale to było setki lat temu. Pokolenia porwanych miały swoją szansę budowania się w kraju zniewolenia swych przodków. Niektórzy z nich z tej szansy skorzystali, a niektórzy nie, a było im w tym względzie coraz „równiej”, nawet – jak pisałem wyżej – „jeszcze równiej” niż białym. Teraz mamy wielogeneracyjne społeczności z dziedzicznym kuponowym podejściem do życia, które domagają się od białych panów ukorzenia się przed nimi za grzechy ich praojców wobec przodków, do których szczęśliwej ojczyzny żaden z nich ani nie myśli dziś wracać.

Pomyślałem, że my – gdybyśmy byli tak nierozumni – moglibyśmy mieć tak samo z… Niemcami. Napadli? Napadli? Wybili ¼ narodu? Wybili? Była supremacja niemieckich panów? Była. Ale przeprosili? No, przeprosili (choć zaczęli relatywizować winę). I zostało im wybaczone, w miarę, bo w zależności od częstotliwości „odbijania się” niemiecką butą sąsiadom zza Odry/Nysy. Czujność w narodzie jest, ale nie ma nienawiści. Bo pomyślcie, że tak jak teraz w Ameryce, u nas za 200-300 lat, czyli w roku 2220-2320 jakiś Polak każe klęczeć Niemcowi na ulicy i przepraszać za przynależność do narodu, który spalił całą Europę i kawałek świata. Absurd? No absurd.

I właśnie takie coś oglądamy w USA.

PS. I na co nam były te wizy?   

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: