12.06. Yankee go home

0

12 czerwca, dzień 101.

Wpis nr 90

zakażeń/zgonów/ozdrowień

28.577/1.222/13.805

Polska polityka infantylnieje i już nawet nie wiadomo co było pierwsze: jajko (media kształtujące opinię publiczną w kierunku zdziecinnienia, by im opchnąć fanty), czy kura (zdziecinniali odbiory nieświadomie wytyczają trendy, za którymi podążają media). W mediach czkawki kampanijne i dywagacje (a jakże, skłóćmy marszałka Terleckiego z Gowinem) jak polska polityka przeżyje rapowy challenge syna byłego wicepremiera.

A w międzyczasie świat nie stoi w miejscu czekając z zapartym tchem na pięćsetną interpretację gniewnych kalumnii Prezesa, dzielących, miłujących się przecież bez niego, Polaków. Otóż ostatnio wydarzyło się i przemknęło przez ekrany coś ważnego, o czym ani politycy, ani kandydaci, a co dopiero obywatele nie rozmawiają. USA zagroziły (?) Niemcom, że wyprowadzą z ich terenu swoje wojska. To kluczowa rzecz dla naszej państwowości, a więc spróbujmy się zmierzyć z tym zagadnieniem, odkładając polskie szczypanki (na razie) na bok.

Sprawa jest stara jak porządki w Europie po II wojnie światowej. Został się po niej hegemon w postaci USA, który pomógł odbudować Europę (plan Marshalla) i dał gwarancje bezpieczeństwa wobec zagrożenia sowieckiego. Nie z bezinteresownego upodobania, tylko z powodu przyjętej strategii by konflikt z Sowietami blokować na ewentualnych „frontach oddalonych”. Jak tylko Europa względnie stanęła na nogi zaczął się jej projekt „europeizacji Europy”, czyli wypchnięcia z niej Stanów, łącznie z ich militarną obecnością. Ten proces nabrał przyspieszenia po 1989 roku, kiedy „skończyła się historia” i zmniejszyło się zagrożenie ze strony Moskalików. Przodują tu Niemcy i Francja, a proces ten przyspiesza wprost proporcjonalnie do udziału we władzy ichnich lewaków. Kiedyś zawiadywał tym Związek Radziecki, który w latach 1970-1985 rozpętywał wśród zachodnich społeczeństw zbiorową histerię pt. „Yankee go home”. Byliśmy świadkami, podobnych do dzisiejszych amerykańskich, aktów poddaństwa, czyli marszów pod tytułem „Better red than dead”. Dziś „europeizacja Europy” to już (mam nadzieję) autonomiczny projekt Zachodu, zakładający, że USA słabną i trzeba sobie radzić samemu. Tu w Europie.

Na to namawiał nas Macron, kiedy w lutym tego roku przyleciał do Polski, a było to przed pandemią, która tylko jeszcze bardziej osłabiła USA, czyli potwierdziła diagnozę Macrona, że hegemon się chwieje i trzeba złożyć inną architekturę bezpieczeństwa. Miał być mniej więcej taki układ: Niemcy – widomo, lider gospodarczy i polityczny, Francja – wkład militarny (niezależne od NATO wojsko i atomowe bombki, wreszcie się liczymy) i Polska, jako wysunięty przyczółek wschodni, niekoniecznie NATO, ale Europy. Rola Polski jest tu kluczowa, bo cały deal bez nas nie wychodzi, tworzy się na wschodzie Europy jakaś strefa buforowa, w którą może wejść każdy, od USA po Chiny.

Amerykanie nie głupi i powiedzieli: sprawdzam. Po kilku próbnych balonach puszczanych przez niemieckich koalicjantów, że mogą się pożegnać z atomem na niemieckiej ziemi, USA, najpierw ustami swego ambasadora w Niemczech wyraziło swoje zdziwienie, a potem odezwała się „nasza” pani Mosbacher, że jak Niemcy nie chcą atomu, to USA z chęcią oddadzą go Polsce. Nam to i tak ganz egal, bo z atomem czy bez w razie konfliktu nuklearnego zostanie z nas …. i kamieni kupa (Sienkiewicz, nie ten od rasistowskich książek). Trochę było głupio, bo wyszło, że dwa chłopaki układają się o szturm na wdzięki dziewuszki (może brzydkiej ale jednakowoż z geopolitycznym posagiem), a biedaczka nie jest dopuszczona do decyzji, ba – do rozmowy. Oznajmia się jej tylko wspólną propozycję. Kilku rodzimych raptusów ucieszyło się, że będziemy mieli ATOM w Polsce, nie zauważając, że chodziło tu tylko o TEREN jego stacjonowania, a nie o polskie dysponowanie bronią nuklearną.

Sprawa przycichła i zmutowała w jeszcze gorszą stronę – USA zapowiedziały, że zaczną wycofywać swoje wojska z Niemiec. Wielu, łącznie z niektórymi amerykańskimi wojskowymi uważa, że to blef polityczny, ale już ma się zaczynać wycofywanie 9,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy spośród 34,5 tysięcy stacjonujących u naszego zachodniego sąsiada.

Polacy dali słaby głos w tej sprawie, nie mniej rozsądny. Premier powiedział, że to źle z tym wycofywaniem i wyraził nadzieję, że „wycofańcy” nie pojadą do USA, ale do Polski, by zasilić wschodnią flankę NATO. Ale tych ma być podobno tylko tysiąc z 9,5 tysięcy wycofanych. To dla nas jednak bardziej zła wiadomość niż korzyść z przesunięcia tysiąca amerykańskich żołnierzy do Polski.

Tu są dwie rzeczy. Po pierwsze im mniej amerykańskich żołnierzy w Niemczech, tym dłużej do nas będzie jechało NATO w razie konfliktu z Rosją. I Rosję te ruchy cieszą. Manewry Defender-Europe 20 mają pokazać jak szybko Amerykanie są w stanie ściągnąć do Europy w razie konfliktu. Jest to też pokaz wobec Rosji, że chłopaki są zdeterminowane i dadzą radę. Ta logistyka opiera się o amerykańską infrastrukturę wojskową w Niemczech i im ona będzie bardziej osłabiona tym czas reakcji będzie dłuższy. Co jest dla nas kluczowe, bo:

Kwestia druga. W doktrynie wojennej Polski na wypadek agresji ze strony Rosji jednym z kluczowych wariantów jest możliwy szybki atak Rosjan z Białorusi i okręgu kaliningradzkiego, na tyle gwałtowny i ciężki do powstrzymania, że można się spodziewać wtargnięcia na teren ¼ Polski w ciągu dwóch-trzech dni, z bezpośrednim zagrożeniem Warszawy. Ta doktryna zakłada ODBIJANIE Polski, to znaczy na pierwszy sygnał konfliktu nasze F-16 startują i lecą nie w bój, ale do… Niemiec, skąd organizowana jest wraz z NATO, ale nie oszukujmy się głównie z Jankesami, obrona, a właściwie odbijanie Polski. Teraz tych troopsów będzie mniej albo nie będzie w ogóle. Pomijając pierwszą poniżającą fazę „poddania” całych połaci kraju, to ta strategia ma sens. Oddala nasze siły od niszczących działań wroga, daje czas i głębię operacyjną dla reakcji, można pozbierać wojska. Z Niemiec startują „polskie orły” i każdy atak na ich stanowiska w Niemczech jest aktem agresji wobec Niemiec i oznacza wciągnięcie ich do wojny. A z tym to Rosjanie będą uważali, bo wtedy konflikt zbrojny z Polską przestaje być lokalny.

I teraz jeśli Amerykanie zawiną się z Niemiec, to cały ten plan leży. Będziemy sami wobec Rosji. Amerykanie jak nie będą mieli nic u Niemca, to będą tygodniami podciągać odwody, w dodatku pytanie – gdzie? Nasi sojusznicy mogą stanąć – taka to taktyka Putina – wobec faktów dokonanych. I będzie tak jak na Krymie i w Donbasie – my, Rosjanie wchodzimy i WY się martwcie co teraz. Ten układ będzie gnił jak ukraiński, latami, w chaosie.  

Dlatego każdy amerykański żołnierz wyprowadzony z Niemiec jest liczony na złotym liczydle na Kremlu. Nie wiadomo jak to sobie Moskaliki wyliczyli, ile to ma być na minusie by nacisnąć przycisk „w pieriod!”, ale liczydło ostatnio przyspieszyło.

Kiedyś Związek Sowiecki wydawał pindyliony dolarów by „yankee go home”. Dziś sen Kremla powoli się spełnia, bez wydania jednego dolara, bez jednego strzału, bez jednej demonstracji postrachanych „pacyfistów”. To ci dopiero wirus, c’nie?

Niemcy o tym debatują, Amerykanie o tym mówią, Krem liczy, a my… szkoda gadać. Włączam home page wp.pl:

  1. Andrzej Szarmach skazany na osiem miesięcy więzienia i dwa lata terapii
  2. Szydło i Biedroń kupili dwa auta
  3. Komentarz prof. Simona
  4. Koniec testów! Zobacz miejsce Kubicy
  5. 83-latek w tydzień sprzedał cały towar

I tak dalej, i tak dalej. A potem będzie znowu płacz i zgrzytanie sztucznych szczęk…

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”         

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *