15.12. Religia w czasach zarazy

15 grudnia, dzień 653.

Wpis nr 642

zakażeń/zgonów

3.881.349/89.714

Jestem katolikiem, który czasami miewa kłopoty z regularnością obrządków i kontynuacją obcowania z łaską uświęcającą. Czemu od razu takie deklaracje? Ano dlatego, że dzisiaj naszły mnie przemyślenia religijne i powinienem zacząć je od kontekstu, zanim przejdę do meritum. Otóż i kontekst. Otacza mnie wielu przyjaciół i znajomych z podobnym podejściem jak to moje, wyłuszczone wcześniej. Czasami postawa ta wynika z tego, że nie doznali oni łaski wiary, czasami, jak ja, oddalili się od niej z powodu nachodzącego lenistwa w wierze, które wymaga przecież stałości w wytrwaniu. Ale większość z nich, nawet słabiutko wierzący, uznają rolę Kościoła Katolickiego w kształtowaniu się i przetrwaniu naszego narodu. Większość z nich nie daje się złapać na prymitywny antykatolicyzm, tak modny ostatnio, a raczej mniej powszechny a bardziej krzykliwy.

Mam też wielu znajomych po stronie aktywnie ateistycznej, którzy niestety padają ofiarą potwornych uproszczeń. Są to poglądy względem Kościoła sprymitywizowane do bólu, co szczególnie razi w przypadku osób wykształconych i obytych. Akurat w tym wypadku kończy się na pluciu na księży-pedofilów zaglądających do łóżek i macic kobiet. Można żyć w takiej bańce – jak widać – bez końca, a właściwie do końca. Co najgorsze w takim „myśleniu” te kawałki a la Siekielski przesłaniają całkowicie to społeczne i kulturowe znaczenie, jakie miał i ma kościół katolicki w Polsce.

Niestety kościół polski, i to o zgrozo im wyżej tym bardziej, daje asumpt do takich ateistycznych uproszczeń. W kwestiach nadużyć i przestępstw na tle seksualnym kościół w swej hierarchicznej warstwie zamiast wypalać ogniem, ukrywa te przypadki, w złudnym przekonaniu, że to da się przykryć i zamieszać – dla „dobra” kościoła oczywiście. Do tego wielu zarzuca hierarchom rozpychanie się polityczne, wszechobecność i wpływ na politkę. Zapomina się, że każda władza w Polsce flirtowała z kościołem, a wiele razy władze kościelne dały się uwieść, czyli wciągnąć, czyli wykorzystać. Obecni zwolennicy lewicy czy PO nie pamiętają, że ich polityczni idole robili w sojuszu tronu z ołtarzem te same rzeczy co dzisiejsza władza. Ale Kościół miał mocną pozycję i korzystał z możliwości poszerzenia swoich wpływów „ponad podziałami”.

Jedną z takich rzeczy był powrót religii do szkół po okresie PRL-u, co zdaje się zagwarantowano już przy Okrągłym Stole. Miało to być odwojowanie pozycji utraconych w czasach PRL, ale – moim zdaniem – było to niepotrzebne. Jestem bowiem przeciwnikiem powrotu religii do szkoły i to z kilku przyczyn.

Po pierwsze: religia dołączana do programów szkolnych schodzi do poziomu… przedmiotu nauczania, jak każdy. Pomiędzy fizyką a plastyką nie ma tu miejsca na włączanie sobie trybu transcendencji i przeżywania spotkania z tajemnicą. Pojawiają się stopnie, klasówki, ściągania i religia powszednieje ze szkodą dla wszystkich. Druga sprawa to wyjątkowość. Ja jestem z pokolenia, kiedy religia wygnana ze szkół trafiła na parafie, do domów katechetycznych. To dawało inne podejście, bo młodym będąc trzeba się było specjalnie przejść do kościoła, co eliminowało już na wejściu to co mamy teraz – się idzie na lekcję religii w szkole, bo rodzice zapisali, zaraz po wuefie, a więc często na odwal się. A tu trzeba było włożyć minimum wysiłku. Do tego – to zbliżało nas z parafią. Tryb cotygodniowych niedzielnych mszy rodzi często rytm, w którym po mszy idzie się do domu, bo następują kolejne obrządki i księżą oraz wierni nie mają czasu i okazji pogadać. A jak się szło na katechezę na parafię, to się i pogadało, i pomogło, i poorganizowało. I pogadało z księdzem.

No i jeszcze jeden argument – świecki. Ludzie się mieszali, mogłeś spotkać kogoś z innej szkoły, a nie tylko być skazanym na te same twarze, co we własnej szkole. A to był niebagatelny zysk z mieszania się społeczności szkolnych, bez tego skazanych na własną bańkę, zastygłą na osiem lat.

W związku z tym uważam, że dzisiejsze kłopoty z wiarą młodzieży to – również – wynik tego, że religia wylądowała w dzienniku jako przedmiot. Nic szczególnego, dla czego trzeba się było specjalnie postarać, ot tak tylko, żeby przejść z klasy do klasy. Wtedy, kiedy Kościół stosuje arytmetykę dusz, wtedy zazwyczaj się źle dzieje z duszami. No, bo to się może tak tylko wydawać, że jak się załatwi religię w szkole, to utrzyma się większe stadko, niż te, które by zostało, gdyby trzeba było specjalnie, po lekcjach drałować na parafię, czasem parę kilometrów. Może i tak, ale tylko może. U mnie z klasy to więcej nas chodziło na osobne zajęcia w domu katechetycznym niż teraz tych, którzy mają religię pod nosem, w klasie. A nawet gdyby grupa chodzących na religię poza szkołą by stopniała, to na pewno nie kosztem dzisiejszej utraty „jakości” religii i zaangażowania.

Jestem więc za powrotem religii do sal katechetycznych dla dobra wszystkich zainteresowanych. Po prostu pamiętam jak to było w czasach, kiedy tak był urządzony świat. I wszystkim nam to pasowało. W związku z tym sądzę, że powrót religii do szkół, który wydawał się być sukcesem Kościoła po 1989 roku, był jednak zatrutymi owocami pyrrusowego, świeckiego zwycięstwa.

Dlaczego o tym pisze w „Dzienniku” poświęconym przecież pandemii? Uważam bowiem, że nasz koronawirusowy zakręt dotyczy również Kościoła. I że ten egzamin zdaje raczej kiepsko. Bo i przed pandemią miał on swoje problemy, których nie rozwiązywał, a które nawarstwiały się w niespłacone odsetki długu, jakim był brak odwagi stanięcia w prawdzie. Do tego doszedł kowid i totalna abdykacja w tym czasie z roli duchowego przywództwa. Wręcz pogrążenie się w doczesności, jaką było i jest powielanie (a czasem wzmacnianie) rekomendacji władz w jej epidemiologicznym szaleństwie. Nie tylko spowodowało to odizolowanie wiernych od obcowania z Bogiem i sakramentami ale wskazało na rzeczywisty brak rozdziału tronu i ołtarza, bo ten pierwszy zaczął wpływać na to co robi ten drugi.

A to powoduje, że ludzie tracą wiarę, zaś młodzież częściej odchodzi od Boga, albo nawet do niego nie „dochodzi”. Teraz gdy lekcje religii coraz częściej przechodzą „na zdalne” widać to jeszcze bardziej. Nie ma tego w parafiach, w szkołach przed komputerami tym bardziej. Ot, przedmiot jak każdy, można posymulować nawet aktywną obecność. I tak powoli: religia na ekranie, w kościołach ograniczenia zachęcają do fizycznej nieobecności, msza przez telewizor to erzac izolujący swą ułudą od sakramentów. I tak zmniejsza się ta nasza religijność, a najgorsze, że nie odtwarza się pokoleniowo. Bo słabnącej wierze świat cały podsuwa codziennie powody, dla których nie warto się w pełni angażować. I tak karleje nasza wiara, katolicyzm złapał kowida i leży pod respiratorem.

I polski Kościół kupił tę poniżająca pozycję, dał się wciągnąć w fałszywą odpowiedzialność za zdrowie publiczne. Czyli za doczesność, która przecież nie należy do królestwa jego. I Kościół za te decyzje mocno zapłaci, bo dzisiejsze czasy są nie tylko próbą wiary ludu bożego, ale i odpowiedzialności pasterzy za dusze wiernych. A te są dziś w niebezpieczeństwie egzaminowanym przez strach, ten egzystencjalny. I często, wraz z pasterzami, zapominamy, że nie wolno zamieniać bojaźni Bożej na strach o własne, doczesne życie.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.     

22 thoughts on “15.12. Religia w czasach zarazy

  1. Panie redaktorze. Mówiąc jednym rozbudowanym zdaniem:
    Polski (i nie tylko polski) Kościół Katolicki w czasie pandemii zrobił wszystko, by wierni przekonali się dowodnie, iż ów kościół i jego kler jest w masie swej… niewierzący, a zatem podporządkowujący się bez szemrania covidonazistowskiej władzy świeckiej, z nieodwracalną szkodą dla całego Kościoła Świętego..

    I tyle. Tego się już nie odrobi. Zwłaszcza przy papieżu – wyznawcy pachamamy.
    Po Prymasie Tysiąclecia i Papieżu tysiąclecia, którzy kiedy trzeba twardo mówili każdej władzy: Non possumus!, dziś w Polsce mamy miękkie faje w autach i ornatach służbowych od ósmej do szesnastej plus nadgodziny.

  2. Zawsze broniłem Kościoła, zawsze przekonywałem, że pedofilia jest w Kościele zjawiskiem zdecydowanie marginalnym i jej poziom w środowisku murarzy, nauczycieli, lekarzy czy taksówkarzy jest taki sam albo wyższy. Teraz mam jednak świadomość jak bardzo lawendowa mafia przejęła władzę nad Kościołem. A „lawendy” mają dwie ważne cechy – lubią młodych chłopców oraz popierają wszelki komunizm. Łatwo więc zrozumieć że biskupi skrzywieni w stronę komunizmu tak chętnie podchwycili projekt komunistycznego zamordyzmy pod pozorem pandemii. Oczywiście niektórzy ale większośc poszła za tym bo – i tu dochodzimy do jeszcze jednego kluczowego aspektu – jest skażona modernizmem. Jest to postawa która mówi zróbmy to tak żeby było fajnie, żeby przyciągnąć młodzież, niech tam ksiądz na Mszy coś zarapuje, puści spoko muzę pojeździ hulajnogą. I wielu wielu katolików wierzy w to że tak można i tak trzeba. I żeby wyjść do ludzi i zajmować się ich codziennymi sprawami. A jak ma być fajnie i miło no to to trzeba zadbać o nastrój i o samopoczucie i o zdrowie, bo zdrówko jest najważniejsze. Tak więc przyziemne potrzeby ludzi wyszły na pierwszy plan. I jak lawendowo-marksistowska awangarda narzuciła narrację „ratujmy zdrowie” to reszta zatruta modernizmem nie wie jak albo nie chce się z tego wyłamać. I tak Kościół stał się przedstawicielem handlowym.

    1. Kto może uratować Kościół (nie ratować tyłki biskupom tylko wiernych)? Zwykli ludzie i szeregowi księża i proboszczowie. Iskra odnowy nie wyjdzie z Warszawy ani Krakowa tylko z Wałcza, Grójca, Tłuszcza, Ciechanowa, Jelcza, Skarżyska…

  3. Z innej beczki, ale bardzo ważne!

    Niedzielski po raz pierwszy podał dane, z których można cokolwiek porównać:

    Dziś:
    592 zgony
    Z czego 150 zaszczepionych (czyli zmarło też 442 niezaszczepionych)
    Udział zaszczepionych w ogólnej liczbie zgonów – 25,3 procenta

    Ale teraz najlepsze:
    Niedzielski wypaszczył się, ilu było z chorobami towarzyszącymi wśród dziś zmarłych ogółem: 400!
    Z czego 100 wśród zaszczepionych (67%)
    ZATEM: 300 z chor. towarz. wśród niezaszczepionych (UWAGA, UWAGA – TO TAKŻE 67 procent!!!)

    Wniosek jest jeden (i zarazem kolejny mit dotyczący szprycy obalony):
    SAM FAKT ZASZCZEPIENIA NIE MA ŻADNEGO WPŁYWU NA PROCENTOWE RYZYKO ŚMIERCI JUŻ ZARAŻONYCH OSÓB Z CHOROBAMI TOWARZYSZĄCYMI!
    Czyli wszelkie połajanki tych sq…ów akwizytorów, jakoby niezaszczepieni narażali schorowanych i wielochorobowych staruszków na śmierć, mozna o kant d…y potłuc – TO RYZYKO JEST NIEZALEZNE I PROCENTOWO IDENTYCZNE U WSZYSTKICHosób z chorobami towarzyszącymi!
    Kwestia tylko – że szczepionka NA RAZIE zmniejsza u zaszczepionych ryzyko zachorowania na covid o jakieś 40-60%. Ale to NA RAZIE!
    I tylko licząc wg polskiej fałszowanej statystyki: czyli z nieposyłanymi na testy zaszczepionymi, z utajnianymi i nieprzyjmowanymi NOP-ami, z nadreprezentacją na testach fałszujących (PCR!) osób niezaszczepionych itd. Biorąc dane z mniej nieuczciwych krajów – to już jest podobne u wszystkich. Zarówno identyczny procent śmiertelności u osób zaszczepionych i niezaszczepionych z chorobami współistniejącymi, jak i procentowe liczby zaszczepionych i niezaszczepionych w ogólnej liczbie zachorowań (odnośnie do stopnia zaszprycowania społeczeństwa, rzecz jasna.
    Nie wiem jak wy, ale ja już nacieram sznur woskiem… Na Norymbergę 2.0 będzie jak znalazł!

  4. Co do oceny zachowania hierarchów kościoła wobec pandemii pełna zgoda, ogłosili akt kapitulacji zanim ich ktokolwiek przymusił. Nie kojarzę żadnego głosu episkopatu polskiego podobnego do głosu chociażby Vigano. Podzielam pogląd Pana Herbatki, że biskupi są po prostu niewierzący i w związku z tym kierują się wyłącznie korzyściami doczesnymi, widocznie wydaje im się, że opłaca się być w głównym nurcie. Dla ludzi wierzących i jednocześnie świadomych ogromu manipulacji covidem to smutne, bo jednak my tu w Polsce przyzwyczailiśmy się, że kościół jest za wolnością i z ludem, i nie boi się byle chłystka w rządzie. Trzeba się odzwyczaić niestety. Ryba jest zupełnie zepsuta od głowy, ale wśród zwykłych księży jest jeszcze wiele rozsądku, myślę, że są podobnie podzieleni, jak pozostali, mniej więcej pół na pół. U mnie na parafii jest wolność wyboru, można być w masce, można bez. Msza była odprawiana na cmentarzu w zeszłym roku i było też triduum. Kolęda była na życzenie, kto chciał, ten zgłaszał i ksiądz przychodził. Teraz proboszcz zapowiedział, że uroczystości związane ze świętami będą odprawione ” bez względu na okoliczności”. No ale ja mam to szczęście, że to jest nie byle kto, tylko proboszcz, który 40 lat temu stał pod Arką w Krakowie, a potem szukał swoich robotników w Załężu, Wiśniczu i innych więzieniach bezpieki, więc mimo podeszłego wieku on się żadnej komunie kłaniał nie będzie. Po mszy na cmentarzu widziałam, jak do spanikowanego wikarego podjechała suka, ale proboszcz się tylko lekceważąco uśmiechnął i ich zbył, chyba mu nawet mandatu nie wystawili. Do mojego kościoła w razie potrzeby nadal można uciec. Ja myślę, że jak ktoś jest człowiekiem, to nim zostanie mimo okoliczności, a jak nie był, to teraz to wypływa.

  5. Witam i z podziękowaniem za bardzo mądry zapis, pod którym się podpisuję, dodam tradycyjne trzy grosze staropolskie…

    Zgadzam się z Naczelnym i opiniami Szanownych Komentatorów, że najbardziej poszkodowany w tym pandemicznym zamieszaniu jest Kościół jako instytucja i kościół, jako wspólnota wiernych.
    Myśląc „spiskowo” – można nawet domniemywać, że całe „pandemonium” było po to by zniszczyć takie instytucje jak kościół. Kościół jako instytucja i kościół jako wspólnota parafialna. I tego nie da się odwrócić!

    Ale do tego by ostatecznie doprowadzić kościół do roli posłusznego sługi i wasala wykonującego bezsensowne i zabójcze dla tej instytucji rozkazy, „zasługiwano sobie” przez dziesięciolecia. To nie tylko „religia w szkołach”, ale chciwe i często bezprawne zagarnianie nieruchomości, to brak walki z różnymi patologiami w Kościele, nie tylko chowanie brudów pod dywan ale bezczelne wypieranie się oczywistego zła…

    Owszem, jest jeszcze wielu mądrych i młodych księży, ale oni są już w większości „skażeni rzeczywistością”. Choć znałem wspaniałych księży-społeczników, którzy za swą działalność w parafiach byli sekowani przez przełożonych i w większości odeszli od kościoła…

    A jak pamiętam, było tak dobrze! Młodzi tego nie wiedzą o czym pisał wyżej Naczelny. Opiszę na swoim przykładzie. Chodziłem w moim miasteczku do dwóch odległych szkół podstawowych, a co za tym idzie, należałem do dwóch parafii. W obu parafiach trafiłem na wspaniałych księży. W pierwszej podstawówce – klasy od pierwszej do połowy piątej, mieliśmy księdza, który porzucił studia matematyczne, by przyjąć święcenia. Więc jako niedoszły matematyk, czy nauczyciel, zawsze po lekcjach religii odpytywał nas z zadań i pomagał przygotowywać się do sprawdzianów i klasówek. Dwugodzinne zajęcia przerywane były wspólną z księdzem grą w piłkę nożną. Co ciekawe, na lekcje religii chodziło 100% mojej klasy, w tym kilka osób „niewierzących”: synowie i córki „sekretarzy” i osób „antykatolickich”, czy „innej wiary”. Te osoby siedziały z nami na zajęciach religii i odrabiały lekcje przed „normalnymi zajęciami szkolnymi”.
    W drugiej szkole, „byliśmy doroślejsi” więc prócz turniei w ping-ponga rozgrywanych w przerwach, przed lub po lekcjach religii, mieliśmy wycieczki do sąsiednich parafii, ogniska itd…
    I tak samo jak w poprzedniej parafii, na lekcje uczęszczali wszyscy, w tym osoby z drugiej parafii – bo ich rodzicom „partia zabraniała wysyłać dzieci na lekcje religii”.
    W tej drugiej parafii nasz ksiądz robił doktorat i często wyjeżdżał do Rzymu. Mówiono, że miał tam w Rzymie zrobić karierę, ale zesłano go za jakąś karę do małomiasteczkowej parafii. Co ciekawe, ksiądz nie tylko uczył zasad wiary katolickiej. Miałem jeszcze niedawno zeszyt z religii z klasy VII czy VIII, gdzie opisane są zasady wiary wszystkich religii chrześcijańskich, religii muzułmańskich (uczyło czym się różnią szyici od sunnitów), i ogólnie „religia Abrahamowa”. Należało znać na przykładzie naszego kościoła parafialnego i zwiedzanych innych kościołów, jakie są „przymioty świętych” – czyli cała symbolika kościelna, jakie są zasady „ustawiania w kościele” świętych w różnych ołtarzach. Bo mało kto wie, ale zasady są trochę podobne do tego co spotykamy w cerkwiach i „ustawianiem ikon” w ikonostasie.
    W VIII klasie mieliśmy lekcje na temat zapobiegania ciąży, gdzie omówione były wszystkie „sposoby”, z podkreśleniem, że Kościół „zatwierdza” to, a nie zgadza się z „tamtym”.
    Dodam, że w mojej klasie zdarzały się osoby które czasem „odpuszczały” lekcje religii. Z przyczyn „rodzinnych”, alkohol w rodzinie i bieda… Ksiądz „zachodził” wtedy do tych domów, koledzy i koleżanki wracali znów po tym na lekcje religii, i zawsze w jakichś nowych ciuchach…
    W domyśle: ksiądz pomagał materialnie…

    Przyznaję, że ten ksiądz-doktor, potem znany wykładowca i rektor jednego Seminarium Duchownego, zachęcił mnie do czytania Biblii. Przeczytałem porównując kilka wersji w różnych tłumaczeniach, podobnie jak Koran. Dzięki czemu, mogłem prowadzić „teologiczne dyskusje” z Arabami, Żydami czy „innowiercami chrześcijańskimi”…
    Bo i takie dziwne rzeczy mi się w życiu zdarzały…

    A znajomość „symboliki chrześcijańskiej” i „zasad ustawiania ołtarzy i obrazów” w kościele katolickim, pomogła mi gdy na egzamin przewodnicki uczyłem się o tym w jakim porządku ustawiane są ikony w ikonostasie…

  6. Co do religii w szkołach, to nie zgadzam się z autorem. Mam wrażenie, że patrzy Pan na to trochę przez różowe okulary młodości. W latach 80-tych, gdy chodziłam do podstawówki, też katecheza była w salkach parafialnych. Większość dzieci chodziła, chociaż nieraz, zwłaszcza latem, gubiliśmy się w parku i nie docieraliśmy na czas. Ale jakość katechezy była podobnie niska, jak obecnie. Dla mnie to po prostu niewyobrażalne, że po ośmiu latach podstawówki i kilku latach szkoły średniej można o własnej religii nie wiedzieć zupełnie NIC. Wystarczy porównać z jakimkolwiek innym przedmiotem szkolnym, po prostu nie da się wiedzieć mniej. Gdyby mnie ktoś chciał porządnie nauczyć, to byłabym równie biegła z religii, jak z polskiego czy matmy do matury. Wszystko musiałam, czy raczej chciałam doczytać później, bo z tych ” lekcji” nie wyniosłam nic. To samo jest teraz, lekcje religii w obecnym kształcie to strata czasu. Moim zdaniem religia powinna być kształcona właśnie na wzór innych przedmiotów, czyli trochę historii, lektura Pisma Świętego i innych budujących wiarę książek, może jakaś biografia świętego, która by poruszyła dziecko w danym wieku, lektury świeckie, ale ważne (np. Narnia), wycieczki do miejsc kultu religijnego, poznanie dowodów na istnienie i działanie Boga w świecie, dobre filmy o wydźwięku chrześcijańskim, niekoniecznie bezpośrednio. Na początek i koniec lekcji pacież, albo zwykłe ” dzięki Ci Boże”. Na to wszystko jest czas, przecież edukacja szkolna to szmat czasu! Błędnie uznano, że to nie jest zwykły przedmiot i trzeba robić jakieś mistyczne uniesienia. To zwykły przedmiot, ma tylko niezwykły przedmiot swych rozważań! Zupełnie nie trafia do mnie naiwna próba przekonania młodego człowieka, że „Jezus cię kocha”. On jest wobec takiego sloganu zupełnie bezradny, nie dostaje żadnego argumentu do obrony swej wiary, bo na dobrą sprawę nie wie, kto to jest Jezus i dlaczego miałby w niego wierzyć. Trzeba mieć więcej zaufania do młodych ludzi, że jeśli poznają swą wiarę, to zobaczą w jej głęboki sens. A do tego że ’ Jezus mnie kocha” to każdy i tak sam musi dojść, poczuć to na własnej skórze. Łatwiej by mu było, gdyby był otwarty na wiarę dzięki wiedzy, jaka uzyskał i chciał to poczuć. Przecież żeby być patriotą, to trzeba otrzymać jakieś wychowanie patriotyczne, nie wystarczy się dowiedzieć, że ma się kochać swą Ojczyznę! Z Bogiem jest tak samo. A zatem kluczem jest jakość kształcenia a nie to czy religia jest w szkołach czy przy parafiach. Ja mieszkam na wsi, dla mnie jest to niezwykle wygodne, że nie trzeba dzieci gdzieś wozić na kolejne zajęcia. Może w miastach byłby mniejszy z tym problem, ale przecież nie chodzi o to, by ludzie mieli trudniej, tylko żeby najprostszymi środkami osiągnąć cel.

    1. Od lat powtarzam że w szkole powinno być „religioznawstwo” – bo jeździmy po świecie i taka wiedza staje się potrzebna jeżeli nie konieczna.

      Nauka wiary („religii”), powinna się odbywać w parafii…

      PS
      Dodam do zapisu Naczelnego, to co już pisał kilka razy i co też dodawali Komentatorzy: nową religią jest „wiara kowidiańska”, którą mają wyznawać wszyscy od urodzenia aż do śmierci.
      A że czasy mamy „humanitarne”, więc zwolenników „starych religii” nie pali się na stosach, nie topi, nie gilotynuje…

      Tylko zamyka w obozach koncentracyjnych i segreguje, jak śmieci…

  7. Moim zdaniem religia powinna być w szkole, ale nie na świadectwie i bez płacenia katechetom. Jeżeli rodzice chcą, szkoła powinna być zobowiązana udostępnić salę. Tyle. Takie czasy, że rodzice wożą dzieci do szkoły, często w pobliżu miejsca pracy; szkoła dziś może zbierać uczniów z dużego obszaru, więc religia tam to najwygodniejsze rozwiązanie.
    Co do covida, po świecie rozlewa się piąta już chyba fala, ale po raz pierwszy górki w zgonach nie widać ( https://www.worldometers.info/coronavirus/ , można sobie wyświetlić 7-dniową średnią ruchomą dla wygładzenia wyniku). Siedem tysięcy dziennie, jedna osoba na milion. To już mały ułamek wszystkich zgonów (ponad 150 tysięcy), z niecierpliwością czekam, czym będą straszyć na święta.

    1. Jeśli średnia umieralność na świecie wynosi ok 7tyś, a samej Polsce ok 500 to wychodzi, że jakieś 7% umieralności światowej ma miejsce w Polsce.

      Pytanie czy nasza służba zdrowia nie potrafi leczyć czy jednak w Polsce jest mocno kreatywna księgowość przy wpisywaniu c19.

      Na moje oko to jedno i drugie z naciskiem na drugie, bo jak to możliwe, że w niedziele umiera 50 osób a w ciągu tygodnia 500, Oczywiście nie jest to jednorazowa sytuacja, tylko regularna.

  8. Słuchajcie, żeby nam trochę ulżyło. Bluzg na Sami Wiecie Kogo (prawie jak 40 lat temu na Spawacza, ale aktualny😁):

    Przebrzydła szumowino, pachołku faszystów
    Ty farbowana świnio, bucu wśród ministrów
    Chamie zbuntowany, zatęchła sklerozo,
    Gnoju zasmarkany, ty sanitarozo.

    Gnido zarzygana, jadowita mendo,
    Ty kukło gówniana, bigpharmy przybłędo.
    Tchórzu zafajdany, ropiejący strupie,
    Padalcu rozdeptany, ty wrzodzie na dupie.

    Ty diabelskie łajno, głupi urzędaku,
    Ty kurwo sprzedajna, szczepienny zupaku,
    Wypierdku Fauciego, psychotyczny wale,
    Kurduplu tępogłowy, ty głupi bęcwale

    Ty skunksie śmierdzący, pluskwo zasuszona,
    Wrzodzie ropiejący, ty małpo zielona,
    Ty strachu na wróble, zboczony sadysto,
    Judaszu za euro, tępawy marksisto.

    Ty szpryco gumowa, wredny okupancie,
    Zakało narodowa, złamany palancie,
    Cuchnący śmierdzielu, pełzająca glisto,
    Ponury skurwielu, covidonazisto!

    Sługo szczepionkowy, lokaju niemyty
    Ty zbóju parszywy, pomiocie spod pyty
    Ty mówco obłąkany, nadęty bufonie,
    Za naród sprzedany piekło cię pochłonie!

  9. Choć wychowany „pokatolickiemu” WYROSŁEM z uczestnictwa w obrzędach.
    Poczytałem na temat historii Kościoła w Europie i mi przeszło…
    Jak powiedział mi kiedyś pewien ksiądz:- „Kościół dzieli się na powszechny i polski.”
    Ten nasz Kościół różni się znacząco od takiego np. hiszpańskiego.
    Nasz Kościół pięknie spisał się za czasów Solidarności. Tu zdał egzamin przygarniając wszelkich buntowników peerelu. Dziś Kościoła nie ma po stronie zwykłego człowieka, a sam biskup Vigano, to stanowczo za mało.
    Nie wiem czemu tak się stało? Nie rozumiem ani motywacji, ani stylu ZANIECHANIA wszelkiej dyskusji na temat „pandemii”, czym by ona nie była.
    Niby wyrosłem z obrządków ale dekalog pozostał we mnie na resztę życia, jako ten najlepszy z kodeksów ziemskich.
    Gdy jakiś zwolennik szczepiennego sanitaryzmu i sadyzmu próbuje mi wmówić jak bardzo moje postępowanie jest niewłaściwe i egoistyczne odsyłam do postawy niejakiego Jezusa.
    Bo gdy nie wiesz co zrobić, odpowiedz sobie na pytanie drogi obywatelu – CO ZROBIŁBY JEZUS?
    Z pewnością nie poszedłby na kwarantannę.

    1. Nie da się „wyrosnąć” z obrzędów, można ewentualnie nie dojrzeć do nich i nie dojrzeć w nich głębszego sensu. Czytając zaś o historii Kościoła trzeba brać pod uwagę przynajmniej 2 rzeczy: wiele informacji a raczej mitów o Kościele pochodzi od ludzi Oświecenia lub Reformacji – de facto wrogów Kościoła. Po drugie trzeba uwzględnić kontekst historyczny. Np może sie komuś nie podobać inkwizycja, gdy tymczasem ona była sądem najbardziej humanitarnym i najbardziej zbliżonym do dzisiejszych standardów: obrońca z urzędu, obowiązek przesłuchania świadków itp.

  10. Niewątpliwie mamy obecnie okres próby, dla Kościoła również, a najciekawsze, że i sam Kościół miał świadomość nadejścia takiego czasu i jasno pisze o tym w swoim Katechizmie w pkt. 675:

    „Przed przyjściem Chrystusa Kościół ma przejść przez końcową próbę, która zachwieje wiarą wielu wierzących.
    Prześladowanie, które towarzyszy jego pielgrzymce przez ziemię, odsłoni „tajemnicę bezbożności” pod postacią oszukańczej religii, dającej ludziom pozorne rozwiązanie ich problemów za cenę odstępstwa od prawdy.
    Największym oszustwem religijnym jest oszustwo Antychrysta, czyli oszustwo pseudomesjanizmu, w którym człowiek uwielbia samego siebie zamiast Boga i Jego Mesjasza, który przyszedł w ciele (…)”

    Mimo tej świadomości nie widać niestety aby Kościół był dobrze na to przygotowany i przechodził tą próbę jakoś szczególnie pomyślnie – to znaczy w sensie jako całość, bo jednak jest sporo chlubnych wyjątków.
    Po części bierze się to zapewne z odgórnych nacisków, bo pontyfikat mamy niezwykle trudny, a po części ze zwykłej ludzkiej słabości.

    Można się na to oburzać, niemniej warto pamiętać, że ta ludzka słabość jest wbudowana w Kościół już od samego początku.
    Wśród 12 Apostołów jeden się zaparł, drugi zdradził, dwóch chciało sobie zaklepać miejsce w niebie „po prawicy”, sprzeczali się między sobą kto jest ważniejszy, a pod Krzyżem stał tylko JEDEN (sic!).
    Ni i tak to się toczy od dwóch tysięcy lat…

    PS. ja również jestem z czasów religii w salkach, więc trochę po tym świecie się już kręcę i jako żywo ani razu nie spotkałem „księdza pedofila” ani o takim przypadku w swoim otoczeniu nie słyszałem.
    Za to w szkole było dwóch skrzywionych, ale znamienne, że o problemie pedofilii w środowisku nauczycielskim jakoś w ogóle się nie mówi. W innych zresztą też.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: