18.08. Finansowanie klasy próżniaczej

18 sierpnia, dzień 168.

Wpis nr 157

zakażeń/zgonów/ozdrowień

57.876/1.896/39.643

Przez media polskie i wakacyjne umysły przeszła burza, krótkotrwała acz gwałtowna (lato przecież), dotycząca faktu podwyższenia sobie przez parlament zarobków. Tu akurat obie walczące strony się połączyły w niebywałej zgodzie i większość posłów ze zwaśnionego parlamentu zagłosowało zgodnie. Zwłaszcza wśród zwolenników opozycji fakt ten wywołał potężne wzburzenie, bo wykazywał – dotąd wypierany przez nich – fakt istnienia POPiS-u, czyli dla plemion obelgi największej w III RP, że niby zwaśnione strony tak naprawdę współpracują we wspólnym dziele dojenia Polaków. Akurat co do sprawy własnych apanaży miały się strony porozumieć, co wskazywać ma na merkantylne podejście do kwestii misji wśród przedstawicieli niby „totalnej opozycji”. Pierwszy raz totalni zagłosowali zgodnie ze swoim śmiertelnym wrogiem i to w dodatku na temat własnych podwyżek. Źle to wygląda.

Wielu wyciąga wnioski demoniczne, zwłaszcza mecenas Giertych, który jak już pisałem – stał się Koniem-Katonem, wyznacznikiem nieustępliwej strategii wobec PiS-u, i który punktuje każde odstępstwo w tym względzie. Otóż p. mecenas uważa, że to gra Kaczyńskiego mająca do końca skompromitować… opozycję. Że to podpucha Prezesa, który najpierw wystawi na widok publiczny merkantylne wyrachowanie posłów opozycji, pokisi się toto w Senacie i opozycja sama się będzie grillowała czy to poprzeć czy nie, w końcu to pójdzie do prezydenta Dudy, który tego… nie podpisze i spektakl skończy się żenułą. To znaczy ujawnią się nieideowe motywacje opozycji, a nowy prezydent dostanie plusy dodatnie za ukrócenie pazerności polityków. Mecenas ostrzega, że opozycja „cnotę straci, a rubelka nie zarobi”…

Do tego dochodzą żenujące przeprosiny członków opozycji. To, że się jakoś tam człowiek zapomniał (i pomylił jak kelner, akurat na własną korzyść) to już nic. Posłanka jedna utyskuje, że głosowanie zastało ją w szpitalu i jakoś tak bezwiednie, zdalnie jej wyszło. I że trochę źle się czuła już przed głosowaniem, a teraz po głosowaniu – jeszcze gorzej. I że jej doradzali, by się nie kajać, a ona – dzielna – jednak się pokaja. No tylko współczuć. I znowu odbywa się spektakl, który zaciemnia całą sprawę. A jest nad czym się pochylić.

Kwestia finansowania, nie tylko posłów, załatwiona przez ustawę dotyczy bowiem kilku aspektów. Podwyższono bowiem także urzędnikom i partiom w dotacjach. To ostatnie chyba głównie zdecydowało o poparciu ponad podziałami. A mamy tu do czynienia z kozą rabina. To znaczy Prezes Kaczyński w 2018 roku wymusił na swojej partii obniżenie uposażeń poselskich, bo „nie dla pieniędzy idzie się do polityki”. I poszło. Teraz wróciło i z punktu widzenia dla klasy politycznej jako takiej – w najgorszym momencie. To znaczy jak polskiej gospodarce i obywatelem dobrze szło przed kowidem, to obniżyliśmy sobie pensje, a jak po kowidzie mamy milion bezrobotnych i niewiadomą liczbę zamkniętych zakładów, a nad Polską krążą chmury niepewności – podwyższamy sobie gaże. Słabe to.

W dodatku zamydla cały problem. W pierwszej fazie – obcinania sobie pensji, królowały frazy raczej populistyczne. Naród, w samobójczym pędzie, a może świadom słabości „wynajmowanych” przez siebie przedstawicieli, popierał przycięcie kasy politykom, uważając, że i tak dostawanie kasy za okradanie i psucie kraju to szczyt ostentacji. Teraz temat wraca, ale już na zepsuty populizmem teren. Obywateli nie bardzo wzrusza fakt, że ministrowie i wiceministrowie zarabiają mniej niż ich podwładni, mniej niż operator koparki, a odpowiadają za obszary, gdzie szkód można narobić każdemu obywatelowi i to za ciężkie pieniądze. Wyborca chętniej zapłaci mechanikowi za naprawę chłodnicy niż politykowi, choć tego drugiego niezgulstwo, lub choćby asekuranctwo, może obywatela (i obywateli) kosztować tysiąc razy więcej. Ale z naprawionego samochodu efekt i satysfakcja są natychmiastowe i zauważalne, – tak samo można nie zapłacić za spapraną robotę, a z nietrafionej inwestycji czy np. dysfunkcyjnego systemu podatkowego to efekty są ukryte i zbiorowe, a więc indywidualnie niezbyt łatwe do zauważenia. W dodatku przy wykryciu ich szkodliwość usprawiedliwiane, że dotyczą wszystkich, a więc poparte są przyzwoleniem „bo tutaj jest jak jest”.

Ja tutaj się wystawię, bo uważam, że dziadowskie pensje urzędników tworzą dziadowskie państwo. Do służby idą „idioci albo złodzieje”, jak mawiała była minister Bieńkowska, dzisiaj brylująca już w Brukseli, a więc za pieniądze, które zwalniają ją (chyba) z jej dylematu. Kwestia wynagradzania urzędników jest dyżurnym tematem III RP. Pierwsza sprawa, to taka, że administracja poszła w ilość, a nie w jakość. To znaczy armia urzędników rośnie, w związku z tym tworzy cała klasę zainteresowaną podtrzymaniem swojego istnienia, produkującą regulacje uzasadniające jej istnienie, rozmiary i wszechmoc. Po drugie – rozmycie odpowiedzialności, to znaczy – im więcej urzędników i procedur, tym mniej transparentny jest proces decyzyjny. Właściwie nikt za nic nie odpowiada. I w końcu regulacje same w sobie: zsocjalizowana Unia produkuje swoje zalecenia z prędkością ponad jednego dziennie i większość naszego procesu legislacyjnego to dostosowywanie polskiego prawa do unijnych dyrektyw. W związku z tym, procesem i tempem rozwoju administracji Polski zarządza ktoś z zewnątrz, nie ponosząc konsekwencji szkodliwości takich działań. I tak się bujamy. Płacąc żołd armii zamiast dobrze opłacać jednostki specjalne fachowców, choćby i z korporacji, którym opłacałoby się przyjść do administracji i zracjonalizować jej działania oraz procedury. O zatrudnieniu nie wspominając.

Dziś ten temat został opędzlowany następną odsłonką wojny polsko-polskiej. Temat zniknie, już przykryty dymisją ministra Szumowskiego. Donald się odezwał z Brukseli karcąc opozycję, Budkę rozegrają wewnętrznie w kwestii przywództwa, propagandyści zrzucą powoli wszystko na PiS, zaś „lud totalny” – wybaczy. Sprawa szybko wróciła z oburzonego Senatu tak by się w Sejmie PiS samozgrillował popierając, albo i nie, ustawę. A PiS zrobił unik i ugrzęźnie ustawę w sejmowej zamrażarce. (Prezes to ma ubaw z ta opozycją…). Media wytłumaczą, że to wszystko przez PiS-u pazerność, jakby sprawy z poparciem ustawy przez opozycję za pierwszym podejściem nie było. I ważna kwestia państwowa zostanie odfajkowana, pośmiejemy się z dudnienia piersi samobiczujących się opozycjonistów, którym omsknął się paluszek na przycisku. I zostaniemy z przerośniętą, wszechwładną, ale i niefunkcjonalną administracją publiczną. Z prezydentem za 13 tysięcy i wiceministrami za siódemkę – brutto. To samo z bogu ducha winnymi samorządowcami. A pamiętajmy, że koszty nietrafionych decyzji administracyjnych są ogromne, ale jeszcze większe są koszty decyzji NIE PODJĘTYCH. A za nie nikt nikogo nie rozliczy, bo przy niepodjęciu decyzji zrywa się oczywisty związek przyczynowo-skutkowy.

A kto ma podejmować takie decyzje? Urzędnicy, którzy pilnują swojej mało płatnej roboty w jedyny znany sobie sposób, to znaczy nie wychylając się poza procedury? A procedury tylko konserwują stan obecny, nigdy nie podejmą decyzji wychodzącej poza ustalony algorytm. A klasa urzędnicza boi się podejmowania decyzji, bo to jak w kultowym filmie z dyrektorem, który „miał koncepcję a teraz już jej nie ma”. I koncepcji, i dyrektora.   

A przecież sama redukcja administracji o połowę i danie ocalałym podwyżki o 100% spowodowałaby same korzyści: dobrze opłacanych, zaglądających w oczy petentowi urzędników, uproszeczenie procedur i wycofanie się administracji do niezbędnego minimum.

Naród przeniósł, z dużym udziałem wsparcia ze strony „klasy próżniaczej”, na urzędników III RP starą zasadę z PRL: my udajemy, że im płacimy a oni udają, że pracują.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: