19.07. Gorszy sort zdradzieckiej hołoty z warszafki

19 lipca, dzień 138.

Wpis nr 127

zakażonych/zgonów/ozdrowień

40.104/1.624/30.292

Któryś raz łapię się na tym samym. Chodzi o postawę zwolenników opozycji polegającej na przyjmowaniu bezpośrednio do siebie określeń swej grupy ze strony ich przeciwnika. Mieliśmy już „gorszy sort”, „zdradzieckie mordy”, „chamską hołotę” – to Kaczyński. Mamy też Dudową „warszafkę”. Za każdym razem robi się raban jak to pisowcy dzielą Polaków, stygmatyzując opozycję coraz to gorszymi określeniami. Zaraz po takich aktach zaczyna się zbiorowe utożsamianie się z adresatami takich obelg, ruszają produkcje koszulek, nakładek na zdjęcia profilowe, cała tożsamościowa Cepelia opozycji. Wszyscy stają się „sortem” albo „mordami”. Choć określenia te są skierowana do konkretnych osób, najczęściej posłów w Sejmie, to dopisują się do grupy adresatów całe rzesze ludzi. Ostatnio właśnie napadli mnie goście z „warszafki”, że to określenie jest dla nich ubliżające, choć ani prezydent tak ich nie określił, a nawet – jeśli chcą, a chcą – to do tej „warszafki” nie należą. Proceder powtarza się coraz to, a więc postanowiłem go zbadać.

Skąd sam fenomen? Ja myślę, że ma realizuje on co najmniej trzy potrzeby. Po pierwsze, co dość zaskakujące, ale pozwala on tej dość niedookreślonej grupie (słaba jedność światopoglądowa, wartości od Sasa do Lasa)… znaleźć swoją tożsamość. W dodatku jest ona zanużona w masochistycznym sosie – proszę, jak nas zwyzywali, ale my to weźmiemy na klatę (koszulki) i poniesiemy te identyfikacyjne znamię w świat. Reszta jak zobaczy – od razu będzie wiedział o co chodzi. I już jesteśmy grupą, co prawda pod obelżywym, ale za to jakimiś sztandarem.

Drugi powód to męczeństwo. Te poniżające lapsusy stanowią widomy znak ataku na nasze środowisko. A zagrożenia potrzebujemy jak kania dżdżu. Świat zewnętrzny, pisowski, spoza naszej grupy jest, i ma być, głupi i wrogi, mamy więc tu uzasadnienie dla własnego zamknięcia. Nie ma się po co otwierać, bo tam za kordonem naszej przyjętej obelgi już czai się zagrożenie.

Trzeci powód to „przezywająca generalizacja”. Skoro obelgi wdraża się grupowo w swą tożsamość, to tym bardziej ich autor, choć pojedynczy, w ten sam sposób jest wyrazicielem na pewno sądów swoich zwolenników. Czyli to pisowcy się przezywają, nie Kaczor. Przyjęcie do siebie takich obelg i wpisanie na sztandar tożsamości ma więc jeszcze bardzie wzmacniać podziały na atakowanych swoich i brutalnych „ich”.

Właściwie to nie wiadomo kto się zaczął przezywać. To tak jak z dzieleniem Polaków. Obie strony się oskarżają, że to tamci zaczęli i poszło. Za każdym razem jak mi się wydaje, że dotarłem już do „pacjenta zero”, to się okazuje, że ktoś już wcześniej wyskoczył. Nie ma więc co się spinać, bo to syzyfowe prace.

Do tych przemyśleń skłoniła mnie ostatnio dyskusja na Fejsie. Jak pisałem dostało mi się rykoszetem za Dudową „warszafkę”. Oczywiście pisali to warszawiacy, którzy – a jakże – zbiorowo uznali się za obrażaną „warszafkę”. Duda miał dotknąć swym określeniem wszystkich mieszkańców stolicy, co gdyby nie podkręciły tego opozycyjne media, przeszło by niezauważone. Przyszło mi bronić pośrednio prezydenta, bo musiałem wrócić do znaczenia tego określenia. Po pierwsze, dla nas ludzi z (tu wrocławskiej) prowincji, jest to określenie części ludzi z Warszawy używane głównie przez przyjezdnych. Nigdy nie słyszałem tego określenia w ustach Warszawiaka. Po drugie – oznacza ono zadufaną w sobie część popelity Warszawy, nie wszystkich jej mieszkańców, żeby nie wiem jak by chcieli. W mojej dyskusji nawet doszło do tego, że jedna z osób przeprowadziła wywód, że skoro jest „słoikiem”, to też jest „warszafką”. Absurd.

Warszafka to specyficzny rodzaj elity. Jest zarozumiała, protekcjonalna wobec ludzi z prowincji, mało kompetentna, samomianująca się. Interesujący jest mechanizm zasilania tej formacji, ma od dwie drogi – kooptacja z polecenia albo media. By zobaczyć jak warszafka się wylęga i spotyka się ze słoikami czy lemingami trzeba oglądnąć talk show Wojewódzkiego. Mamy tam wszystko – są celebryci, wsobne pięknoduchy, znane nie ze swoich umiejętności czy talentów, ale głównie z tego, że są znane, na widowni aspirujące słoiki z lemingami (hehehe, beka, ale ich Kuba pocisnął, c’nie?) i kanapowy kapłan, który właśnie namaszcza kolejne persony na członków warszafki. Więc szary obywatel nie ma się co martwić, że jest „warszafką”, bo – na szczęście – daleko mu do tego.

Pamiętajmy, że „warszafka” to nie elita Warszawy. Ta prawdziwa wstydzi się warszafki, bo ta aspirując do wzorców zachowań jest jednocześnie potwornie chamska i nie bierze jeńców. Niestety w ciągu ostatnich lat dochodzi do zbliżenia elity i elyty. Wtedy widzimy szacownego profesora, który klnie jak szewc, czy znaną aktorkę, która powiela obelżywe posty zarykując się ze śmiechu jak na spędach u Wojewódzkiego.

Pisowcy nie mają takiego ciągu na masochistyczne poszukiwanie obelżywych określeń dla swojej grupy, choć propozycji w przestrzeni publicznej nie brakuje. Nie każdy przecież chce być pisorem.

Jerzy Karwelis

Wszystki wpisy na moim bloguDziennik zarazy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: