2.10. Zawirusowane partnerstwo

2 października, dzień 214.

Wpis nr 203

zakażeń/zgonów/ozdrowień

95.773/2.570/71.353

Bantustaniejemy. I to od początku III RP. No, że za PRL to już w ogóle to wiadomo, ale wtedy ucisk mocy zewnętrznej tłumaczył wszystko. Teraz, kiedy pono się sami urządzamy, nic – zewnętrznego – nas już nie tłumaczy. Piszę o naszej polityce zagranicznej i szerzej – pozycji naszej na świecie. I od razu zastrzeżenie – jesteśmy peryferiami i nie stać nas na żadną politykę „z pozycji”, co jest wynikiem dwóch wyborów, dokonanych u zarania III RP i kontynuowanych bez względu na ideologiczne sztandary rządzącej władzy.

Pierwszy moim zdaniem błąd polegał na tym, że przyjęliśmy wolność darowaną nam z powodu korzystnego zbiegu międzynarodowych okoliiczości i trzymaliśmy się kurczowo tej konstelacji, bez względu na zmiany światowej koniunktury. (Byliśmy co prawda na tę wolność jakoś tam obywatelsko gotowi, ale bez przesady – okazało się). To znaczy ustawiliśmy się jako klient międynarowdowanego patrona. I nie zmienialiśmy swojej klienckiej pozycji do dziś, co najwyżej zmieniaśmy – patronów.

Korzystnie znaleźliśmy się po 1989 roku jako koledzy zwycięzców, respektując korzystny dla nas układ przebywania w zachodniej strefie wpływów. Z naszymi wschodnimi, bezpośrednimi sąsiadami było już gorzej i efekty widzimy tam gorsze. To było ok, ale problem polegał na tym, że „na leniucha” zwolniliśmy siebie samych z prowadzenia samodzielnej polityki w regionie i wielowektorowego oddziaływania na swoją pozycję międzynarodową. Była ona jedynie „zapośredniczona”, jako funkcja aktualnej polityki naszego aktualnego patrona.

A problem z patronami jest wielki. Nie ma bowiem tego już jednolitego „Zachodu”, z którym pod pachę urwaliśmy się Sowietom. Po zniknięciu żelaznej kurtyny i upadku sowieckiej Rosji zaczęły na Zachodzie brać górę partykularne interesy poszczególnych państw. Wtedy, kiedy my śpiewaliśmy sobie złudną piosnkę o tym, jak to jedność europejska i podzielane wartości dadzą nam paszport do lepszego świata. A ten świat już był podzielony, teraz zaś ucieka już wyłącznie w narodowe partykularyzmy.

To spowodowało drugi błąd. Przestaliśmy budować własną siłę. A tylko ona liczy się dziś na świecie. Można, niepodlegająca wahaniom gospodarka, rozbudowana infrastruktura, sprawne państwowe instytucje, niezależność, a chociażby dywersyfikacja energetyczna, prężna armia – to są wyznaczniki składowych pozycji danego państwa. A my znowu – działaliśmy „poprzez”. Gospodarkę „załatwiła” nam (nie bez kosztów własnych) produkcja dla Niemiec, „dzięki” której nie wychodziliśmy poza pozycje peryferyjne i uzupełniające wobec Berlina. Bez transferu znacząlcych technologii czy know-how. Z krajem-montownią, której produkcja służy do realizacji marży za granicą. O sile polskich instytucji lepiej nie mówić. Jeśli zaś chodzi o wojsko to mają nas obronić traktaty, zresztą po co się zbroić jak i tak sami Ruskom nie damy rady?

I konsekwentnym rezultatem takiego „budowania wartości dodanej” państwa jest nasza polityka zagraniczna. Jeśli już robiona, to znowu „poprzez” – Unię Europejską, NATO, wreszcie inicjatywy innych i ich „formaty”, nierzadko mniejszych podmiotów państwowych. A przecież jesteśmy naturalnym pretendentem do liderowania w regionie. A mamy dokładnie na odwrót – poprzez kompletny kolaps komunikacji naszych intencji, braku działań, a jeśli już podejmowaniu działań, to fatalnych – jesteśmy przez naszych potencjalnych partnerów z regionu Europy Środkowo-wschodniej oceniani jako chełpliwy awanturnik, co to wszystko chce wziąć po but polskiego pana. Boże, żeby to były choć zawinione grzechy, żebyśmy choć prowadzili jakąś politykę w regionie, nawet nieakceptowaną. Ale my nie prowadzimy żadnej, ba – dajemy się wciągnąć w jakieś awantury, z których wychodzimy z jeszcze bardziej pokiereszowanym wizerunkiem.

Partnerzy na naszym poziomie mają nas za zarozumialców o nieczystych intencjach. Za to kraje mądrzejsze (niekoniecznie większe) – za Banstustan. I my się z tym… godzimy. I to mimo buńczucznych deklaracji wstawania z kolan. A jak się wstaje z kolan to trzeba uważać czy się nie jest przypadkiem pod stołem. A wtedy można sobie takim aktem wstawania rozbić łeb o blat swoich możliwości.

Wiem – postawiliśmy na USA. Ale dlaczego tak bezrefleksyjnie i w zawierzeniu kompletnym? Stany się chwieją wraz z ich pozycją międzynarodową i wcale nie jest takie pewne, że przyznane nam przez Boga miejsce na mapie świata jest dla nich wciąż interesujące. A my łykamy wszystko jak żaba. Pominę już kwestie strategicznych decyzji, ale najlepszym dowodem naszej pozycji jest to jak nas traktuje nasz patron.

Ostatnio Polska została pouczona przez ambasador USA, panią Mosbacher, w sposób, który nie tylko nie licuje z obyczajami dyplomacji, ale nawet z jej uregulowaniami prawnymi, zabraniającymi obcym dyplomatom wypowiadać się na temat wewnętrznych spraw kraju goszczącego. Pani Mosbacher stwierdziła, że w sprawie LGBT „stoimy po złej stronie historii”. To są słowa godne namiestnika obcego państwa w kraju zwasalowanym. W dodatku – normalnie – powinny się skończyć odwołaniem do Waszyngtonu na konsultacje nabotoksowanej pani ambasador. I jej tam już pozostaniem. No bo jeśli to wyskok pani ambasador to tak powinno się skończyć. Jeśli zaś jest to oficjalne stanowisko naszego jedynego, no – największego partnera, to wiemy kim dla niego jesteśmy.

Występy pani Mosbacher nie przyczyniają się do wzrostu popularności Stanów Zjednoczonych w Polsce. Opozycja – oczywiście pochwaliła i list 50 ambasadorów, i buńczuczny wywiad amerykańskiej ambasador. Taktyczny temat – LBGT – rozgrzesza wszystko, nawet poniżające traktowanie Polski. Występy Mosbacher są trudne nawet dla ekipy rządzącej, która postawiła wszystkie sztosy na tak niepewną damę. A rolą ambasadora jest dbanie o pozycję i interesy swego kraju w kraju goszczącym. Nie są to połajanki, w dodatku świadczące o kompletnym nierozeznaniu w sytuacji i mijaniu się z faktami.

Stawia to także w kłopoliiwej sytuacji Polonię amerykańską, która musi wybierać między kontrowersyjnymi wypowiedziami pani ambasador a racją stanu Polski. Uważam, że dla Polonii jest to ciężkie wyzwanie.

Bo jeśli nasza międzynarodowa pozycja gospodarcza, ba – militarna ma być uzależniona od tego czy Margot wyjdzie z więzienia (wyszła/o – i co?), czy od tego, co uchwalą radni w Kraśniku, to… może lepiej zrewidować naszą – jak widać słabą – pozycję sojuszniczą? Już co najmniej raz się w tym względzie przeliczyliśmy w XX wieku, a koszty tego płacimy do dziś.

Jeśli ktoś obcy mówi ci w twoim domu takie rzeczy, których by sam nie zniósł wobec siebie samego w domu swoim, to wiesz co o tobie myśli. I wiesz, co będzie myślał o tobie później, jeśli w ogóle nie zareagujesz.      

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

2 thoughts on “2.10. Zawirusowane partnerstwo

  1. Trudno uwierzyc aby ktos rozumny mogl sie dopuscic takiego steku absurdalnych wnioskow opartych na jeszcze bardziej absurdalnych zalozeniach.

    Co to jest takiego …”wolnosc darowana”?!

    …”Koledzy zwyciescow” ?! Dzieci (przynajmniej te na zachodzie) sa mniej naiwne od tworcy takiej skladni 😉 !

    …”Korzystnie sie znalezlismy po 1989 roku”… ????? Oddajac obcym wszystko za 20 zlotych dla kazdego ?

    …”Korzystne przebywanie w zachodniej strefie wplywow”… jaka roznica jest z ktorej przyjdzie pogorzelisko atomowe ?!

    Obrazanie sie a moze jeszcze jakies tupanie bosymi nozkami przeciwko okupantowi bo ten pokazal swojemu NIEWOLNIKOWI gdzie jest jego miejsce?

    Karwel, poczytaj sobie Wyspianskiego, Czecha.
    Zawsze aktualny … 🙁

    http://teksty.org/przemyslaw-gintrowski,wyspianski,tekst-piosenki

    1. Krzysztofie. Co to za pyskówki i to z pozycji wyższości? Czasami mam kłopot by zaakceptować taka amerykańską postawę byłych POlonusów. Weż się tam przjdź na jakąś zadymę Antify czy co… Takie ocenianie zza Oceanu to tylko dowód jakichś kompleksów. To już nie pierwszy raz w Twoim przypadku. Ja wiem – już nie tu, jeszcze nie tam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: