3.10. Szantaż ekologiczny w służbie konsumpcji

3 października, dzień 215.

Wpis nr 204

zakażeń/zgonów/ozdrowień

98.140/2.604/72.209

Coraz częściej trafiam na tematy ekologiczne. Co prawda guru naszych czasów – Bill Gates, o którym szczerzej w późniejszych wpisach – stwierdził, że koronawirus to pikuś (Pan Pikuś…) w porównaniu z tym co nas czeka z powodów klimatycznych, ale mu nie bardzo wierzyłem. Zaczynam powoli zmieniać zdanie. A co, jeśli koronawirus to tylko próba dla naszych czasów jak daleko może zajść ludzkość na drodze ku zawróceniu swego rozwoju? Ale zacznijmy od początku.

Ja od dawna obserwuję taki trend i pytam się mądrzejszych jak to możliwe i okazuje się, że to możliwe. No bo tak – popatrzmy na przykład na światową akcję zmiany żarówek. Pamiętacie? Ja pamiętam. Okazało się, że te stare to zamieniają znikomy procent energii na światło, więcej marnują na ciepło i wyszło, że niepotrzebnie grzejemy planetę, zamiast oświetlać pokoje. Co marnuje wiele energii na efekty uboczne, w związku z tym – dla dobra naszej planety – trzeba przejść na inne technologie oświetlania pomieszczeń. I doszło do totalnej wymiany żarówek na całym świecie na ledowe i jakie tam jeszcze. Unia Europejska wprowadziła odpowiednie standardy, firmy przeszły na produkcję proekologicznych źródeł światła. Wszystko wydawałoby się w porządku, tylko… wszystko podrożało kilkanaście razy. A jak ludzkość przeszła na żarówki halogenowe, to się okazało, że zaraz po ich gremialnym zakupie… zostały zakazane i trzeba było przejść na ledowe. Czyli branża zmonetyzowała się dwukrotnie. Za pomocą Unii dodajmy. Jak ktoś grymasił, to mu się pokazywało w telewizji łzawą foczkę na malutkiej krze z roztopionego lodowca i świat kornie wkręcał w oprawkę nowe badziewie.

To żarówki, pies z nimi. Koszt niewielki, choć w skali świata zarobek – daj Panie Boże. Samochody. Nosz, niedawno pełno reklam jakie te diesle oszczędne i eko, a teraz do miast już niektórych nie wpuszczą. I człowiek sobie kupił (wedle reklam) samochód na długie lata, CERTYFIKOWANY przez państwowe instytucje w temacie ekologicznych parametrów również, a tu nie może wjechać tu i tam. A kolejne miasta włączają się do tych zakazów dla kopciuchów. I co? I śmo – trzeba po paru latach użytkowania spylić sprawny samochód jakimś polaczkom, bo od tych samych, którzy kiedyś certyfikowali kiedyś twój samochód, że jest ok, dostaniesz prikaz, że już nie jest ok.

Gdzie jest pewność prawa, obrotu gospodarczego? Skąd wiemy, że w tych naszych nowych wynalazkach nie okaże się po paru latach, że nie spełniają jakiejś normy nowoodkrytego zagrażacza ludzkiej egzystencji? Pistoletem przystawionym do głowy konsumenta jest ekologia. No bo któż się oprze ekologicznej argumentacji? Topniejącym lodowcom, pelikanom unurzanym w ropie, zadymionym zachodom słońca. Gdybym produkował żarówki i samochody (i Bóg wie co jeszcze) to sam bym prokurował takie filmy o ekologicznej zagładzie ludzkości. Sam bym wyciągał coraz to nowe parametry nieznanych dotąd szkodliwych składników powietrza czy diet. I postraszonym obywatelom proponowałbym nowy ratunek. I załatwiłabym to sobie w międzynarodowych instytucjach i lokalnych rządach. Zamieniałbym stymulowany strach na niezłą kasę.

Wiem co mówię. Na początku lat 90-tych zrywałem azbest w Nowym Jorku.  Azbest był kładziony w Ameryce w całym budownictwie. Ich technologia budowlana sprzyja pożarom, a azbest znakomicie izoluje ciepło, zapobiegając rozprzestrzenianiu się ognia. I azbest zastosowała cała Ameryka. Zaraz po tym jak zastosowała… gruchnęło, że szkodzi on niewyobrażalnie na płuca, wywołując azbestozę. Tak – ten certyfikowany wcześniej przez państwo azbest. Przy wdychaniu kryształki w kształcie igiełek tego minerału dostają się do płuc i rozwalają je doszczętnie. Cała Ameryka po tym odkryciu stanęła przerażona – azbest był wszędzie, w domach, biurach, szpitalach i przedszkolach. I nastała panika, i trzeba było ten azbest ściągnąć. Wkrótce okazało się, że technologia jego ściągania jest porażająco droga, ograniczono więc usuwanie do niezbędnego minimum – szkół, szpitali, hoteli i instytucji użytku publicznego. Ale i tak było to za dużo na tę skalę. Gdy zacząłem tę niebezpieczną, ale dobrze płatną pracę, okazało się, że wiele firm zajmujących się intratnym ściąganiem azbestu wcześniej go… kładło. Tak, że wytworzył się obieg zamknięty, nakręcany przez panikę stymulowaną nowymi „odkryciami” nauki w służbie dobrostanu człowieka. Genialne perpetuum mobile.

Ekologia jako hasło świetnie się do tego nadaje. Ale tylko jako hasło. Nie należy się zagłębiać za bardzo. Bo wyjdzie, że produkcja energooszczędnej żarówki to o wiele większy „ekologiczny ślad” niż wyemitowane przez jej tradycyjną wersję ciepło. Że prąd potrzebny do przemieszczenia się naszego elektryka wymaga tyle energii, że nasza ropa to przy tym pikuś (Pan Pikuś). W dodatku sama produkcja samochodu elektrycznego, a zwłaszcza jego baterii, to o wiele większy taki „ślad”. Ale kto by się tym przejmował. Lud się postraszy w mediach, wprowadzi nakazo-zakazy, preferencje dla gorliwców za publiczne pieniądze i zamknie co ciekawsze miasta przed wjazdem.

Ja jestem ciekaw jak to wygląda z punktu widzenia prawa i pogadam chyba z jakimś prawnikiem. No bo popatrzmy – miasto, powiedzmy Sindelfingen, zabrania mi wjazdu wykonanym w tym mieście Mercedesem. Ja go kupiłem – od nich – legalnie z ich certyfikatami, że wszystko jest eko. I teraz nie mogę tam wjechać, bo… no właśnie, bo co? Czemem zawinił? Jak to wygląda prawnie?

No a kominki na drewno? To samo. Też niektóre województwa sobie życzą, że już nie palimy. A ja kupiłem kominek z certyfikatami. Drewno – jeśli takie są – pewnie też z certyfikatami. Oponami ani polakierowanymi klepkami nie palę. I co? Na kiego teraz mi mój marmurowy kominek, ten za parę ładnych tysiączków?

I może wielki Bill ma rację. Kowid to pestka, jak się za nas wezmą pod flagą klimatu. Samochody, nie wiem – na wodór? Prąd – jeśli już – w gniazdku z wiatraków ustawionych po całym kraju? Panele fotowoltaiczne na czapkach? W skórę się nie obleczesz, ale w sztuczną też nie, bo ropa. Mięsa nie zjesz, ale wtedy co – soja dla wszystkich a reszta w mięsnym podziemiu albo podatek na zmianę z pogardą dla mięsożerców? Prawa zwierząt na równi z ludzkimi? A papierosy? Niezdrowe – czytaj: własne – jedzenie? Też trzeba wytropić. Bo to powoduje choroby, nawet jeśli sam je sobie aplikujesz, to potem i tak lądujesz w służbie zdrowia, opłacanej przecież przez wszystkich. Czyli płacimy za twój niezdrowy tryb życia? A więc będziesz żył zdrowo, a zdrowo to tak jak ci powiemy. Uchronimy świat, nas i ciebie przed samym sobą.  

Nie widziałem jeszcze żadnego ekologicznego wzmożenia, za którym nie stałyby interesy konkretnych branż, które ekologicznym szantażem chcą wymusić wymianę całego asortymentu na nowy i jeszcze nowszy. Jesteśmy w wirze wzrastającej konsumpcji. Musimy produkować więcej – jak mówią korporacje, by dać zajęcie rosnącej liczbie ludności planety. By rozkręcać zyski, jak dodają trzeźwiejsi. Przemysł, głownie korporacyjny, przeszedł kilka faz i zbliżamy się do końcowej. Na początku konkurowano produktami i zaspokajaniem potrzeb. Potem zaczęto generować potrzeby. Wszystko to wzmogło obroty. Wychodzimy z fazy intencjonalnego postarzania produktów, to znaczy takiej ich produkcji, by szybko się zużywały, aby konsument musiał kupić nowe. Teraz wchodzimy w wymianę całych asortymentów motywowanych troską o naturę, po to by światowe korporacje jeszcze raz mogły sprzedać nam to samo. Drożej.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: