27.09. Slalom gigant dla Donalda
27 września, wpis nr 1427
Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Demokracja uprawiana jest obecnie podobna do slalomu. Rządzący niestety widzą tylko najbliższą tyczkę, jadą na nią w pełnym pędzie, gdyż ta pojawia się nagle i niespodziewanie po minięciu poprzedniej. Można widzieć takich zawodników nie tylko w telewizyjnych zmaganiach sportowych, ale i politycznych. Kłopot w tym, że przy takiej taktyce widzi się tylko tyczkę najbliższą i cały wysiłek skupia na minięciu jej, po czym wychodzi się fatalnie z zakrętu na następną tyczkę i znowu zaczyna się straszny wysiłek, by nie wypaść z toru jazdy. Jedno jest pewne – nie widzi się mety, tylko najbliższą tyczkę. Kto rozstawia tyczki? A to już jest całkiem inne, acz ciekawe, zagadnienie. W dobrym rządzie rozstawia je on sam w ramach planu rządzenia. Można się jednak przekonać, że czy to z lenistwa, czy ze zrządzenia losu rządzący zawodnik coraz częściej nie wie gdzie się wyłoni tyczka na następnym zakręcie.
Tyczki rozstawia też zły los (lub brak zdolności patrzenia w przyszłość, co dopiero aktywnego jej kreowania), wtedy tyczki pojawiają się nagle i jeszcze bardziej trzeba się kłaść w zakręcie. Ale tak to jest jak się prowadzi politykę wyłącznie reaktywną. Coraz częściej więc zawodnik i tak nie robi planu, jedzie na tzw. aferę, czyli w trakcie zjazdu okazuje się co i jak. Po co planować jak i tak nie wiadomo jaka jest trasa, zaś czort, nie wiedzieć jak, rozstawia tyczki w ostatniej chwili? Inni, ci od planowania, jak powiedział kiedyś Tusk, mają jakieś wizje i powinni się udać z tym do lekarza. Tego od wizji.
Unia podaje rękę Tuskowi
Ale jest jeszcze jeden wariant, obecnie grany w Polsce: rząd Tuska jest faworyzowany przez Unię i Niemcy, którzy w Polsce go zainstalowali. Oczywiście, powie ktoś, zainstalował go polski suweren w ramach demokratycznych wyborów, ale doświadczenie każe mi twierdzić, że coraz to jesteśmy świadkami zbliżania się interesów, a właściwie ich nieuświadomienia, całych grup społecznych, do interesów aktorów zewnętrznych. Jest to proces narastający, ciągnący się od początków III RP, wzmacniany ciągłą medialną ojkofobią, polityką wstydu i zakompleksionym dążeniem do Zachodu, którego już dawno… nie ma.
Tak czy siak, ze społecznego nadania mandatu, czy z zewnętrznych sterowności Tusk jest, delikatnie mówiąc, oceniany jako niezbywalny walor, potrzebny do zewnętrznego zarządzania Polską. Chociaż wykonuje obecnie zadanie nie tylko samobójcze dla Polski ale i dla… własnej kariery. Moim zdaniem Tusk intencjonalnie doprowadza do bankructwa Polski, by – wzorem przykładu greckiego – przyjechała tu „trojka” z Brukseli i zaczęła ręcznie zarządzać Polską. Ot tak, by Najjaśniejsza nie szurała w procesie centralizacji Unii, oraz spełniała peryferyjne i uzupełniające role w stosunku do gospodarek „starego Zachodu”, a zwłaszcza Niemiec. Takie działanie to jednak podcinanie przez Tuska gałęzi, na której siedzi, bo jak wspomniana trojka tu przyjedzie, to żaden Tusk Brukseli czy Berlinowi nie będzie już potrzebny. Ale, wzorem poprzednich zachowań, Tusk zrobi swoje i Tusk będzie mógł odejść – odejść na jakąś sutą posadkę od gadania o niczym. Taka to perspektywa – czyli nie samobójstwo, ale synekurka po zrobieniu z Polską co trzeba.
Póki co Berlin poprzez Brukselę chce jednak spróbować Tuska ratować na następne wybory i stworzył mechanizm odsuwania na „po wyborach” w roku 2027 szczególnie bolesnych regulacji unijnych. Jedne są wstrzymywane, drugie przychodzą na po wyborach w 2027 trochę z przypadku. Tak czy siak wygląda na to, że – wracając do naszej metafory o slalomie, koledzy z Berlina i Brukseli będą w tym zjeździe Tuska likwidowali tyczki, by pojechał na krechę. Ale nie będą tych tyczek niszczyć – one nie znikną, tylko zostaną przesadzone na półmetek po wyborach. Wtedy się druga część zjazdu zagęści potwornie, bo dojdzie do kumulacji odkładanych tyczek. Odkładanych po to by Tuskowi dobrze było jechać do wyborów szybko na krechę, by nie sypał w oczy widzom śniegiem na zakrętach. Wszystko będzie przeniesione na po wyborach.
Warianty powyboracze
Wybory są więc półmetkiem tego wyścigu. Bo może dojść do zmiany narciarza. Jak zostanie Tusk i się zaplącze w lesie tyczek przełożonych to zrzuci wszystko na Unię. Trudno, taki mamy klimat, zwłaszcza jego akolici zrozumieją unijne wymogi, gdyż te są niekwestionowanym dogmatem w tej grupie elektoratu. Będzie więc i ciężko, i bez winy. No, inna sprawa jak na półmetku zmieni się zawodnik na nieakceptowalnego przez unio-berlińczyków. Wtedy ten las przełożonych tyczek i praktycznie żadne możliwości wyslalomowania tegoż będzie pokazywany jako nieudolność rządzących i to od pierwszego dnia ich władania. Ponieważ rzeczy odkładane spowodują, w dodatku w kumulacji, gwałtowne i katastrofalne pogorszenie poziomu życia Polaków, pojawią się medialnie wzmacniane i powtarzane przez samobójczych akolitów argumenty, że za Tuska było lepiej, a nowi nie potrafią rządzić.
Mamy więc sytuację fatalną, jaka następuje zawsze wtedy, kiedy zbieramy efekty priorytetów rządzących leżących poza obszarem interesów Polski. Kto by bowiem nie rządził, to będzie słabo. Nawet jak nowi rządzący wezmą się za ten bigos, to na wyniki trzeba będzie długo czekać, zaś koszty społeczne mogą być zaraz przekute w zawiedzione nadzieje na poziomie politycznym. Po prostu nie ma czego zazdrościć wszystkim aspirującym do władzy. No, oczywiście oprócz już rządzących, bo ich chęć przedłużenia „misji” w Polsce jest mieszanką kontynuowaniu „modelu biznesowego” eksploatacji resztek dobra publicznego i strachu przed poniesieniem za to konsekwencji już karnych. Czyli – mamy przechlapane i trzeba o tym pamiętać i obywatelom, i nowym, może przyszłym rządzącym. Otrzymujemy kraj zdewastowany pod względem regulacyjnym, o źródłach prawa poza nami, ale także i fatalny stan finansów publicznych, z których bez potu i łez, ale da Bóg bez krwi nie da się tak łatwo kraju wyprowadzić na prostą. Będzie tak jak za czasów początku III RP, kiedy postkomuna tak rozbujała towarzystwo, że za koszty sprzątania po komunie, ukarano… sprzątających. Teraz też tak być może. Niemniej w obu wariantach – z Tuskiem czy bez – będzie ciężko.
Remanent bomb z opóźnionym zapłonem
Zrobiłem sobie remanent tego, co nas czeka na po wyborach. Nie chcę nawet tu wnikać, co zrobiono „pod Tuska”, odkładając dla Polski wejście w życie poszczególnych unijnych regulacji, by nie drażnić wyborczego misia przed największym świętem demokracji. To dość złożony proces, bo trzeba by było zajrzeć w czasy, kiedy dane regulacje się decydowały co do zakresu i dat, by zobaczyć ewentualne intencjonalne koincydencje. Tak czy siak jest tego sporo, z tego co wchodzi, ale Unia, jak to twór biurokratyczny, bombarduje nas i tak regulacjami, co jest charakterystyczne dla tworów socjalistycznych, zwłaszcza umoczonych w sosie globalistycznym. To jasne, że Unia walczy tym samym z problemami, które sama tworzy, bo te mogą istnieć tylko w jej ustroju, co jest nie tylko trudem próżnym, ale i procederem, który się nie kończy. Popatrzmy więc na to, co się będzie działo po wyborach, bez względu na to kto je wygra. Skóra cierpnie, ale nie ma co się zakłamywać – lepsza prawda, która nas i tak czeka, niż kolorowanie buta, którego zaraz będziemy całować.
Pierwsze, bo to teraz tragicznie modne, to migracja. Mamy kwestię odłożoną „dla Donka”, tyle, że na początku roku 2027 trzeba będzie wystąpić o przedłużenie unijnej dyspensy i premier to zrobi, bo to będzie pracowało przez cały rok wyborczy dla jego fejmu obrońcy Ojczyzny. W tej unijnej dyspensie posiłkowano się dotąd „presją migracyjną” ze strony uciekinierów spod bomb z Ukrainy. Mały kłopot pojawia się tu na przyszłość w dwóch wariantach: że Unia odmówi przedłużania z tego powodu naszej dyspensy migracyjnej, bo tak zechce (a może zechcieć, bo jak Tusk wygra to i tak mu to nie zaszkodzi, a jak przegra to zaszkodzi, ale nowej władzy), albo drugi wariant – sam powód ustanie. Może po prostu skończyć się wojna i zniknie pretekst „presji migracyjnej”, gdyż – i tak dęte – uzasadnienie „ucieczki spod bomb” się zdezaktualizuje. A taki wariant stawia nową/starą władzę przed wyborem – albo wpuszczamy po 30.000 pigmentopozytywnego luda rocznie, albo płacimy kasę za zaniechanie objawów solidaryzmu w naprawianiu migracyjnych błędów Zachodu. Czy i który wariant wybierze którakolwiek z władz i tak wyjdzie gorzej – albo więcej nieintegracyjnych kultur na polskich ulicach, albo słone kary złożone na barki polskich podatników. Słabo.
Ekologia w służbie Unii
Będziemy mieli też reformę „starego” systemu ETS1. Od początku 2028 roku system wejdzie w kluczową fazę reformy dotychczasowego systemu handlu emisjami (obejmującego elektrownie, ciepłownie i ciężki przemysł). Zgodnie z reformą zlikwidowany zostanie mechanizm bezpłatnych przydziałów uprawnień CO₂ dla przemysłu. Po 2027 roku proces ten przyspieszy, co dla polskiego przemysłu hutniczego, chemicznego i nawozowego oznacza znaczny wzrost kosztów produkcji i konieczność szybkiej modernizacji. System ETS1 po 2027 roku w pełni obejmie wszystkie rejsy morskie wewnątrz UE oraz zaostrzy wyliczanie emisji dla sektora lotniczego, co przełoży się na wzrost cen biletów lotniczych i frachtu morskiego. Do tego wejdzie Mechanizm CBAM (podatek od śladu węglowego na towary importowane spoza UE, np. ze stali, cementu, nawozów czy aluminium) przechodzi z fazy przejściowej w pełną fazę operacyjną. Importerzy wprowadzający te produkty na rynek UE będą musieli kupować specjalne certyfikaty CBAM. Rząd wybrany w 2027 roku będzie musiał zorganizować sprawne pobieranie opłat granicznych, aby chronić polskie firmy przed nieuczciwą konkurencją z krajów o niskich standardach ekologicznych. Jest to ekologiczny protekcjonizm, który podroży ceny konkurencyjnych produktów spoza UE.
Wchodzi też ETS2, to znaczy system, który nakłada opłaty za emisję CO₂ na dostawców paliw kopalnych (węgiel, gaz ziemny, olej opałowy, LPG, benzynę i olej napędowy). Opłaty te zostaną wliczone w ceny detaliczne dla konsumentów, co przełoży się na wzrost kosztów ogrzewania budynków oraz paliw na stacjach. System ma wejść na początku roku 2027, a więc oddziaływałby na ceny konsumenckie, co byłoby niekorzystne dla Tuska. Ale ten skorzysta pewnie z możliwości jakie dała w tym względzie i zawnioskuje o odroczenie wejścia tego podatku od początku 2028 roku, a więc po wyborach. Jest na to możliwość jeśli dany kraj powoła się na gwałtowny wzrost cen energii i Tusk może chcieć z tego skorzystać. Tak czy siak – na pewno po wyborach ETS2 wejdzie i jak tu wykazano, będzie bombą z opóźnionym zapłonem podłożoną pod ewentualne nowe rządy.
W roku 2027 rozpocznie się proces wdrażania dyrektywy budynkowej EPBD. Do końca 2027/2028 roku państwa członkowskie muszą stopniowo wprowadzać zakazy dotowania samodzielnych kotłów na paliwa kopalne (np. pieców gazowych) oraz wprowadzić nakaz instalacji urządzeń wykorzystujących energię słoneczną na budynkach publicznych i nowych obiektach. Idę o zakład, że Tusk będzie spowalniał ten proces, zwłaszcza, że jego koniec – przełom roku 2027/2028 – przypaść już może nowej władzy. Rok 2027 to również start procesu wdrażania dyrektywy CSDD, czyli rygorystyczne obowiązki w zakresie należytej staranności w łańcuchach dostaw dla największych firm (odpowiedzialność za ochronę środowiska i prawa człowieka u poddostawców). To także podroży końcowe ceny produktów i choć dotyczy to dużych firm po czym przestraszona Unia zrezygnowała – odłożyła? – wcześniejsze plan, bo w 2027 roku ta dyrektywa miała dotyczyć już małych i średnich firm, co wykończyłoby je (i chyba o to chodziło) w konkurencji z gigantami, których stać na tak kosztowne raportowanie i uwzględnianie w swych łańcuchach dostaw wyśrubowanych regulacji ekologicznych.
No i na koniec ekologicznych harców Unia Europejska przyjmie wiążący prawnie cel redukcji emisji gazów cieplarnianych na 2040 rok (propozycja Komisji Europejskiej zakłada cel na poziomie 90% w stosunku do roku 1990). Tak że pani minister z polskiego ministerstwa klimatu, która stachanowsko zarzekała się, że będziemy ambitnie dążyć do 90% reedukacji emisji – wykrakała. Główny ciężar negocjacji krajowego harmonogramu wygaszania bloków węglowych, rozwoju energetyki jądrowej oraz rozbudowy sieci elektroenergetycznych do tych wymogów spadnie na rząd w latach 2028–2030.
Budżetowe pułapki
Jakby tego było mało z tą Unią, to końcówka roku 2027 będzie poświęcona walce o budżet unijny na nową perspektywę w lata 2028-2034. Oznacza to konieczność sprawnego pilnowania polskich interesów w Brukseli, który będzie się odbywał w czasie dynamicznych zmian w polskich władzach. Potem trzeba będzie to wdrażać a polskim Sejmie, a cała sprawa nie jest łatwa, gdyż będzie to budżet ostro forsowany, głównie przez Niemcy, w stronę wdrożenia nowej struktury wydatkowania funduszy unijnych. Polski Sejm nowej kadencji będzie musiał uchwalić krajowe ustawy wdrażające nowe programy operacyjne, z większym naciskiem na obronność, innowacje i przemysł zrównoważony.
Jeśli chodzi o bomby z opóźnionym zapłonem pozostawione w polskim systemie, to należy zwrócić uwagę, że nowe rozdanie powyborcze wypadnie w 2027 roku w samym środeczku uchwalania budżetu na 2028 rok. Oznacza to duże boje i miotanie się, w przypadku zmiany ekipy, pomiędzy chęciami reformatorskimi i starymi rozwiązaniami poprzedniej ekipy wtopionymi w budżet na 2028 rok. Po prostu może nie być czasu by go zmienić i nowa ekipa będzie się męczyć z budżetem poprzedniej jak Koalicja Obywatelska z budżetem po PiS w 2023 roku. Należy podejrzewać, że wystąpi tu ochota do „zwalenia” (tak jak to zrobiła KO w 2023 roku) swoich win w pierwszym roku powyborczym na poprzednią ekipę, bo jakoby stary budżet wiązał reformatorskie plany nowych władców Polski. Oznacza to prawdopodobnie rok stracony na reformy nowej władzy, przy wygodnym wytłumaczeniu zaniechań.
Jak widać szykuje się po wyborach niezły Armagedon. Gdzieniegdzie pozostawiony przez poprzedni rząd „na wszelki wypadek”, gdzieniegdzie podłożony przez Unię w mechanizmie politycznej, czasowo ograniczonej, dyspensy, żeby pomóc reelekcji zwolennikom Tuska. W końcu wiele z tych regulacji, które utrudnią start każdemu rządowi po 2027 roku to po prostu kalendarz zalewu regulacji unijnych, głównie w realizacji szalonych dwóch agend: klimatycznej i migracyjnej. Po prostu te projekty zbiegają się w okresie przełomu lat 2027/2028, co generuje fatalnego pecha regulacyjnego, skutkującego obniżeniem poziomu życia Europejczyków oraz zniwelowania do zera poczucia bezpieczeństwa. Zwłaszcza w kwestii budżetu unijnego należy się spodziewać potężnej presji na militaryzację tego budżetu, co jeszcze bardziej pogorszy poziom życia na Starym Kontynencie i będzie wywoływać wielkie ciśnienie medialne, straszenie Putinem, by te ruchy budżetowe uzasadnić. Europa musi wymyśleć dla siebie powody obniżenia poziomu życia, inne niż własne przewiny, a tu Putin jest dobry na wszystko.
Trzy warianty
W sumie – człowiek może się ze zdziwieniem przyglądać, a właściwie dziwić po co te zażarte walki polityków, pretendentów do takiego bankruckiego dziedzictwa. Mamy tu kilka możliwych wariantów motywacji do walki o władzę. Tuski będą walczyły o kontynuację rozpoczętego projektu niszczenia potencjału Polski i tu, nawet jeśli wejdą poważne skutki wymienionych regulacji, zwłaszcza unijnych, to powtórzę – da się to wszystko „zwalić” na Unię, która – jak w piramidzie, tu nie finansowej, ale narracyjnej, zwali wszystko na Rosję. Da się więc to opowiedzieć, nawet wtedy, kiedy poglądy te będzie podziało nie więcej niż 30-35% Polaków, zwolenników Tuska. Wariant, w którym prawica obejmuje władzę ma dwie wersję – optymistyczną i pesymistyczną.
Zacznijmy od optymistycznej – nowa władza obejmuje stery, ściera się z wieloma odłożonymi bombami, po pierwsze – identyfikuje je zawczasu, reaguje na nie, jedne rozbraja, drugie odkłada, jeszcze inne akceptuje jako zło konieczne. Jakoś resoruje społeczne koszty ich zafunkcjonowania, naród wie co się dzieje, cierpliwie czeka, grymaszących w opozycji oskarża o hipokryzję, że sami sprowadzili na nas te nieszczęścia i jakoś z tego wychodzimy.
Wersja pesymistyczna wygląda tak – ugrupowania prawicy nie mają świadomości istnienia takich bomb, tym bardziej metod ich rozbrajania. Nic tu się nie dzieje, to znaczy, że łapiemy spadające talerze z brukselskiego stołu. Koszty życia lawinowo wzrastają, nowy rząd wskazuje na Unię, ale nic z tym nie robi. Do tego dochodzą, już nawet genetycznie wrodzone, kłopoty ze spoistością koalicji rządzącej. Brauna się zaprasza, potem wyprasza i tak w koło. Morawiecki „pojawi się i znika”, wszystko jest chwiejne, brakuje przywództwa. Koalicja jest niestabilna, a to oznacza, że ma minimalny zapał reformatorski. Pozostaje tylko walka o swoją popularkę poprzez dosypywanie socjalu, co warunkuje kierunek odwrotny od rozwojowego. Unia, delikatnie mówiąc, nie będzie nowym sprzyjać – co może włączyć szkodliwego zaraz po wyborach – włącza, nawet SAFE staje w polskim wykonaniu, gdyż od razu pojawią się zastrzeżenia co do polskiej praworządności.
Wychodzi na jedno – nawet jak wielu Polaków podskoczy ze szczęścia w dniu wyborczym, będzie to radość krótkotrwała, gdyż w tym samym dniu zaczną się poważne, wymienione tu wcześniej problemy. I to – wiele z nich – bez względu na to, kto będzie rządzić. Taki stan wskazuje na jedno – skoro będzie i tak po staremu, bez względu na wynik wyborczy, to możemy po tym stwierdzić niski i a właściwie niknący nasz stopień suwerenności. Gdyśmy byli suwerenni, to sami byśmy patrzyli na swoje plany rozwojowe i z nich wybierali kombinacje partii do ich realizacji. My zaś widzimy, że i tak, i tak, będzie jak ma być. I jest to postanowione jak widać – gdzie indziej, poza naszym ustrojem. Centrum naszego sterowania jest poza naszym krajem, co właśnie możemy widzieć w tym momencie, kiedy w Polsce odbywają się wybory, od których mniej zależy niż się spodziewają i mają nadzieję wybierający, nawet najbardziej zaangażowani, Polacy.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
