29.11. Establiszment, czyli kto nami rządzi

29 listopada, dzień 1002.

Wpis nr 991

zakażeń/zgonów

763/7

Dziękuję za wsparcie bloga i polecam się pamięci

Wersja audio wpisu

Właściwie to można mnie uznać za antyestabliszmentowca. Ja jestem w ogóle jakiś taki anty, co uprzykrza życie mi i moim bliskim. Ale jak już wiele razy pisałem – taką mam karmę i nic na to nie poradzę, choć jestem w wieku, w którym buntowniczość doskwiera, poza tym wygląda na stetryczałą złośliwość, która tylko nieudatnie ma przykrywać niezadawalający bilans życia. Antyestabliszmentowcy, czyli przeciwnicy elit są często oskarżani o podłą motywację, jaką ma być zawiść. Nie lubią elit, bo te ich nie przyjęły, a najgorzej jak odrzuciły. I za to się takie odrzutki mają mścić. Kiedyś to się szło z widłami na zamek, teraz, w erze demokracji, sączy się jad zawiści już otwarcie. Mamy wolność słowa i można się wykrzyczeć. Głównie w celach terapeutycznych, bo wolność protestu w sferze medialnej uważam za mechanizm korzystnego dla systemu spuszczenia pary, z którego, oprócz świstu gwizdka, niewiele wynika. Ja jestem pozbawiony takich motywacji, gdyż do elit nigdy należeć nie chciałem. Trochę się o nie przetarłem z racji zawodu, ale tylko mnie to utwierdziło i o tym jakie one są, i o tym, że się tam kompletnie nie nadaję.

A więc mamy elity nowego typu. To nie arystokracja niegdysiejsza, choć paru „z papierami” by się znalazło. Zresztą ciekawe czy tam u nich w tych elitach mamy jakieś podziały i czy np. jakiś spryciarz z jakiejś tam loży to czuje się lepiej niż taki baron? Może tam też są sublimacje? Czy obrotny parweniusz może się dostać? Za kasę? A może za to, że jest sprawny politycznie, to znaczy umiejętnie mami tłumy, czym dorabia się tego, co elity cenią najbardziej – sprawczości.

Elita nowego typu to wytwór liberalnej demokracji. Tak, jak już kiedyś pisałem, traktuje demos taktycznie, bo nie wierzy w jego mądrość, zaś by świat się kręcił dłużej niż kadencyjne kaprysy suwenira, trzeba utrzymać ciągłość opartą nie na demokracji, ale na instytucjach, które tylko z nazwy zwą się demokratycznymi, bez określonej kadencyjności, niewybieralne, kooptacyjne. Coś na kształt zarządu rozdrobnionego akcjonariatu spółki akcyjnej. W końcu to tylko zarząd wie o co kaman, a właściciele mogą się obejść ze smakiem. Byleby nie dopuścić do przewrotu, czyli nie organizować jak długo się da zgromadzenia akcjonariuszy państwa, lub wprowadzać takie reguły wyłaniania woli suwenira, by nie było suwenirów przykrych dla zarządu.

Ja ostatnio zauważyłem pewną prawidłowość. Elity muszą czuć się bardzo pewnie, bo ich nachalność, wręcz demonstracyjna pogarda dla ludu prostego jest już nieskrywana. Kiedyś elity miały swoją estymę wynikającą z pochodzenia, potem i osiągnięć. Każdy mógł się przedrzeć – wystarczyła ciężka praca i desperacja. Za to lud nagradzał szacunkiem. W końcu mieliśmy mariaż arystokracji z przekupującymi ją parweniuszami i poziomy się zrównały. Jak to wygląda teraz? Mamy mieszankę polityki, celebryctwa i drugiego-trzeciego pokolenia dorobkiewiczów (u nas o wyraźnej proweniencji z uwłaszczenia nomenklatury). Tylko ludzie małego serca z dzisiejszego gminu mogą poszukiwać tam wzorów. Media bowiem dostarczają coraz to doniesień jak to się jedne z drugim pokochało czy rozwiodło. Stwarza to pociągającą ułudę demokratyczną. Kurcze, oni tam mają tak jak i ja z Józkiem. Raz się kłócą, raz godzą, odchodzą, (nie)wracają. No, jak u… ludzi. Czyli właściwie bez estymy wobec nie lepszej, bo takiej samej, jakości uczuć i zachowań.

A więc elity nie mają się co mitygować, by na szacunek zasłużyć. I mamy do czynienia z ostentacją, pokazywaniem ludowi gdzie jego miejsce. Bo bezkarność rozzuchwala. Przykłady? – proszę. Pamiętacie p. Jandę co-to-się-pierwsza-zaszczepiła-poza-kolejką? Mechanizm był wręcz odruchowy. Ten co miał dostęp wiedział, że ma swoje grono No.1 i zaproponował. Grono zareagowała w sposób oczywisty – przysługa wzajemna do zbilansowania, a że to – wtedy – wielu musiało się obejść ze smakiem, nic to. I kompletne niezrozumienie o co się te media czepiają. A czepiały się tylko te, z którego grona NIE pochodzili nowozaszczepieńcy. Milionerzy latają swoimi odrzutowcami po całym globie, by dyskutować i (chamom) ograniczać ich (suwerena) szkodliwy wpływ na planetę, przesiadając go na rowerki, odcinając cenami i paskarskim paliwem od samochodów, a dla wytrwałych fundują 30 km/h w mieście.

A, samochody. Dla plebsu – koniec spalinowych do 2030 roku. Potem przejście na kosmicznie drogie w zakupie i eksploatacji elektryki. Ale – z jednym wyjątkiem, samochodów luksusowych, no, bo taki jeden z drugim to jak da gazu w swym spalinowym Ferrari o spalaniu 25 litrów na godzinę, to klimatu to nie ruszy. I tak w kółko – dyskusje elit o przejściu na mięso sztuczne dla towarzystwa niższych stanów odbywane na kolacyjce z wykwintnym mięsem. Dla nich kumulacja zysków świata, dla nas gwarantowany dochód na poziomie minimum egzystencji i depopulacja. Dla elit globalistycznych ma wystarczyć na świecie 500 milionów ludzi, by planetę, czyli ich, obsługiwać. Oczywiście dla dobra Gai. Ciekaw jestem jak będziemy dochodzić do tej 16-krotnej redukcji. Niektórzy już widzą pandemiczne próby „nadania trendu”. Teraz będzie co? Czysty zamordyzm, czy znowu postraszymy suwenira, tym razem klimatem?

Demos jest ubezwłasnowolniony. Kowid się sprawdził. Można z towarzystwem zrobić wszystko. Strach i głupota zbierają swoje żniwo. Bez wartości staliśmy się stadem worków z mięsem, zaś taktyczny konformizm prowadzi nas nad przepaść. Tak się kończy postawienie na doczesność w życiu społecznym. Jak się chce uratować dobrobyt za cenę hańby, traci się i jedno, i drugie. Dziś elity śmieją nam się w twarz, nawet nie udają. Kiedyś to udawały, że ich nie ma, chowały się za wyborczym głosem ludu. Dziś już w biały dzień mówią, że są i zrobią z nami co zechcą.

Chyba na to zasłużyliśmy, a więc… nie mylą się?

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”        

7 thoughts on “29.11. Establiszment, czyli kto nami rządzi

  1. No tak do końca to się nie dali ogłupić i obłapić przez władzę. W Chinach, choćby teraz dzieją się rzeczy tak poważne, jak protesty sprzed 2020. QA proszę sobie przypomnieć co tam się wtedy działo. Było ciepło. Więc ludzie mają nerw, ale jak w tym filmie: „jestem spokojny do momentu az ktoś mnie wnerwi”. A u nas to już w ogóle. Rząd swoje, ludzie swoje. A policja czy Sanepid wreszcie zajęli się tym do czego zostali powołani(czyli ściąganie złodziei i odbieraniem czystych zapleczy w sklepach i sprawdzaniu książeczek sanitarnych). A nie do gonitwy za bezmaseczkowcami.

    1. „A policja czy Sanepid” – jesteśmy podgotowani, jak przyjdą polecenia w związku z kolejną falą zachorowań to ochoczo ruszą do pałowania. Jest oficjalnie nadal stan zagrożenia epidemiologicznego czy nie? Szpitale i przychodnie się stosują, nawet jeśli to bzdura.

  2. Na przełomie XII/XIII wieku, kiedy Kościół już dawno zapomniał o reformie z Cluny, wpadł w zeświecczenie, symonię, a w Bizncjum dodatkowo (ichni kościół i władze) w celebryctwo i przymilanie się do plebsu przez cesarzy (takie PRowe równanie w dół – jak to ma miejsce we wszystkich upadających imperiach), KK dostał w darze swojego Świętego Franciszka z Asyżu. I przetrwał, a wraz z nim tradycyjny zachodni porządek rzeczy, więc i cywilizacja. Aż do rozdziału Reformacji. I to pomimo megaepidemii dżumy z połowy XIV wieku, która wybiła PONAD POŁOWĘ Europy.
    Zaś Bizancjum, które swego Franciszka nie dostało, czekał coraz szybszy upadek, pod naporem młodej, ekspansywnej i EGALITARNEJ, wręcz równościowej wówczas religii, czyli wojującego islamu.
    Obecnie Zachód ma dwie drogi. Może Bóg dać mu jeszcze jedną szansę w postaci nowego jakiegoś nowego św. Franciszka odnawiającego istotne wartości (oczywiście prawdziwego, a nie nazywającego się tylko Franciszkiem). A może upaść, w perspektywie najbliższych kilku dziesięcioleci (i ku temu właśnie na razie idzie) a końcu być wręcz zastąpionym w efekcie („tam gdzie nie ma własnej armii – jest cudza, tam gdzie nie ma własnego kościoła – jest obca wiara) przez równie dziś ekspansywny islam.
    Tak czy inaczej – to nie tak, że nas zdepopulują, i na to nikt nic… Europa i Ameryka wraz z ich kręgiem kulturowym to dziś przecież raptem kilkanaście procent ludności kuli ziemskiej. Ich upadek to już nie będzie katastrofa cywilizacyjna na miarę upadku starożytnego Rzymu.
    Będzie Azja (Klingonowie;), będą Indie, będzie Ameryka Południowa, Afryka, Oceania… Świat nie stanie dlatego, że jacyś właściciele Blackrocka czy innych takich megafunduszy trzymających w garści ZACHODNIE korporacje, zapragnęli stać się Bogami.
    W cywilizacji Majów też niekórzy zapragnęli, też po trupach, i jak się to dla nich skończyło? Starożytnyy Egipt też był rządzony przez ludzi uważających się za bogów. I gdzie się podział, poza grobowcami?
    ZAWSZE na miejsce zdegenerowanych cywilizacji i kultur przychodziły młode, biedne, głodne sukcesu, w których aspirowało się do warstw WYŻSZYCH a nie wpajało wszystkim (jak ekoświry na pasku NWO wmawiają nam dziś) równanie w dół.
    Pycha wykorzystująca wariatów potrwa, poboli i przejdzie.
    Ba! Zostanie wykopana. Potrwa to , ale jest i dziś nieuniknione.

    1. Zbyt wiele rzeczy dzieje się pierwszy raz. Więc nigdy już nie mów ZAWSZE 😉.

      Pierwszy raz imperia mają (szansę na) globalny zasięg. Nie ma już w zasadzie ludzi (poza nieliczącymi się enklawami) których tryb życia nie polega na zasiadaniu wieczorem przed TV (tych samych marek na całym świecie) w takich samych T-shirtach (pranych w tych samych proszkach) i oglądaniu tych samych seriali czy rozgrywek sportowych (owszem, ten model globalizacji właśnie jakby się rozpada, ale nie zmienia to faktu, że zaczynał istnieć pierwszy raz w historii ludzkości, zresztą obecna awantura może się skończyć na tym, że to Chiny – albo finalnie inne Indie, kto wie – narzucą własne seriale reszcie ludzkości w miejsce amerykańskich – bo o to w dużym uproszczeniu toczy się gra, albo – tym razem jeszcze – skończy się dwoma czy trzema konkurującymi centrami globalizacji – do następnej, ostatecznej rundy). W każdym razie pierwszy raz w historii ludzkości mamy obecnych na całym świecie niemal identycznych zglajszachtowanych kulturowo ludzi robiących niemal identyczne rzeczy, posiadających podobne ubrania, samochody, meble. programy komputerowe [kolejna nowość – tego akurat „zawsze” nie było] czy ubrania, a nawet – co najważniejsze – myśli i zachowania).

      Nigdy nie było globalnych producentów, globalnej (pop)kultury z własnymi legendami (typu Jedi czy Gra o Tron), znanej wszystkim muzyki i paru innych rzeczy. Ani globalnej broni (czy globalnych szczepionek).

      Nie było tak rozwiniętej psychologii, sposobów sterowania tłumem, technik perswazyjnych czy posuniętej do perfekcji propagandy, co pozwala nie tylko podporządkować trendy cywilizacyjne swoim potrzebom, ale wręcz nimi sterować. Postęp w kontroli społeczeństwa jest co najmniej tak samo imponujący, jak w innych dziedzinach postępu. Być może jest już na tyle rozwinięty, że pozwoli kontrolować całą populację przez setki lat (w zasadzie wieczność, aż do interwencji z zewnątrz np. jakiegoś meteoru będącego zbyt wielkim wstrząsem dla Systemu) i stąd taka demonstracyjna wręcz, pewna siebie bezczelność „establiszmentów” (chyba że to tylko ta sama poczciwa pycha, która od wieków gubi zbyt pewnych siebie).

      I nie było tak skokowej wręcz przemiany jaką jest pojawienie się sztucznej inteligencji, zdolnej „ogarniać” otaczającą ją rzeczywistość w sposób zostawiający umysł ludzki (dotychczasowego „pana stworzenia”) daleko w tyle. Która to SI co prawda (podobno) ciągle jeszcze raczkuje, ale… kiedyś przestanie (a ludzie na pewno coś wymyślą, żeby za parę lat nie była jedynie tym samym co dzisiaj, tylko bardziej, już ja ich znam).

      Już nigdy nie mów „zawsze”. Bo nigdy nie było tak, jak jest teraz (i to bardziej niż kiedykolwiek).

  3. Wszystkim nieodpornym na narkotyk „przynależenia do elity” (lokalnej, krajowej, światowej – obojętnie jakiej – od szkolnej zaczynając na globalnej kończąc) polecam felieton „Wewnętrzny krąg” C.S. Lewisa zawarty z zbiorze „Diabelski toast” (tytuł zbioru esejów pochodzi od pierwszego tekstu, będącego niejako kontynuacją i finałem „Listów starego diabła do młodego” tegoż autora – świetnego wykładu psychologii, również dla niewierzących, dla których tytułowe demony są tylko literacką personifikacją sił tkwiących w ludzkim umyśle).

    W skrócie – kiedy już się do wymarzonego „establiszmentu” dostaniecie, natychmiast okaże się, że w jej ramach funkcjonuje jakaś wewnętrzna part… znaczy „wewnętrzna elita”, w sumie przypomina to cebulę i nie ma końca – wasz głód przynależności nigdy nie zostanie zaspokojony, jedynie się zwiększy. Nie warto startować w tych zawodach, każdy puchar będzie gorzki, nie ugasicie pragnienia nigdy, jest tyle lepszych zajęć.

  4. Orwell w 1984 powiedział na powyższy temat właściwie wszystko.
    I jak się popatrzy dziś na dwójmyślenie polityków, realizację przez nich hasła Ignorancja to siła, na ewaporcję sieciową i publiczną niewygodnych, w ramach culture cancel, na dowolne zmienianie przeszłosci i „poprawianie” nauki przez nawiedzonych aktywistów oraz sługi Bestii, czyli organizacje finansowe NWO , na szykowanie rzeczywistej ewaporacji dla zbrodniomyślarzy za sprawą punktów przydatności i elektronicznego wyłącznie pieniądza, w połączeniu ze śladem węglowym, a nawet na współczesnych proli i teleekrany, to właściwie widać, co chcą nam uszykować. Ba! 2+2=5 też już nam narzucają, w postaci 56 płci czy tych MRNA, tudzież globcia. Ha, ha, nawet orwellowską z 1984 Organizację Kapusiów już nam zakładają (patrz: donosy tzw aktywistów – kapusiów-studentów na wykładowców mówiących że 2+2 jednak = 4.).
    Ale… Nie uda się.
    I globalizacja to wcale nie jest argument. Świat starożytnego Rzymu to też był przecież dla jego mieszkańców CAŁY świat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: