30.06. Rozprawa szprzed lat, ciągle aktualna. Niestety.

30 czerwca, dzień 485.

Wpis nr 474

zakażeń/zgonów

2.879.912/75.021

Przyszło do mnie wezwanie z sądu, bym zeznawał w sprawie z 2017 roku. Tak szybko działają młyny polskiego sądownictwa. Sprawa dotyczy zadymy, która się wytworzyła po tym, jak mój były szef-szefów z Ringier Axel Springer napisał fatalny list do swoich polskich pracowników. Ja, już wtedy w odstawce, napisałem z kolei swój list do niego, który, po publikacji w Do Rzeczy online, stał się przyczynkiem do dyskusji w rozgorzałym wtedy sporze o konieczności repolonizacji mediów. Ponieważ sprawą zajęła się jedna z gazet i to dość agresywnie przeciwko Springerowi, ten postanowił się – jak to zwykle bywa – odmachnąć i pozwał medium krytyczne o niezłe odszkodowania. Sprawa się kisi już czwarty rok, w dodatku spowolniona jeszcze kowidem. Ponieważ z tego powodu zostałem wezwany na świadka, i to online, musiałem pisemnie odpowiedzieć na zadane przez sąd pytania. Pomyślałem sobie, że ta, dość dawna już sprawa, daje jednak jakiś wgląd w istotę systemu medialnego w Polsce i może być ciekawa dla czytelników. Dlatego publikuję fragmenty moich zdalnych zeznań. Odwołania do źródeł znajdują się w linkach.

W związku z wezwaniem do odpowiedzi na pytania świadków w sprawie, udzielam co następuję:

  1. Jaki był wydźwięk listu Marka Dekana skierowanego do polskich dziennikarzy grupy Onet-RAS Polska?

Odpowiedź: Wydźwięk tego listu był gorszący. Wydawca nie powinien zwracać się bezpośrednio do dziennikarzy, zwłaszcza w formie otwartych pism. Jako wydawca uczestniczyłem w przygotowaniu samoregulacji tworzonych przez środowisko i Izbę Wydawców Prasy, której byłem członkiem Zarządu. W tym Kodeksie Dobrych Praktyk (https://iwp.pl/wp-content/uploads/2018/09/2007_Kodeks_Wydawcow.pdf) szczególnie chodziło nam o wskazanie standardów dla relacji w prasie, które nie pozwoliłyby oskarżyć jej o podleganie wpływom zewnętrznym na kwestie treści. Podstawowym rozwiązaniem była „zasadach chińskiego muru”, który miał rozdzielać funkcje dziennikarza i wydawcy. Ten list naruszał regulacje w/w Kodeksu w kilku punktach, szczególnie 1.2; 1.8; 2.3. Szczególnie list ten naruszał par. 2.6, który wręcz uzależnia kontakty wydawcy z dziennikarzami od obecności redaktora naczelnego.

  • Czy na skutek skierowania przez Marka Dekana tego listu rozbudziła się debata publiczna o roli i zaangażowaniu zagranicznych mediów w Polsce i konieczności dekoncentracji mediów?

Odpowiedź: Tak, rozgorzała żywa dyskusja, zwłaszcza, że jej front przebiegał dokładnie wzdłuż podziałów plemiennych sceny politycznej, odzwierciedlanych przez równie plemienne media. Śledziłem ją i widząc, że nie ma ona dużych podstaw merytorycznych tylko polityczne, sam zdecydowałem się wziąć w niej udział.

  • Czy w okresie pracy świadka dla Powoda, także były do pracowników przesyłane takie listy, jak wystosował Mark Dekan?

Odpowiedź:  Absolutnie nie miało to miejsca. Za moich czasów w RASP szefował nimi niemiecki menedżer, który bardzo uważał na takie rzeczy. Niestety, kiedy odszedłem z RASP rządy tam objęła polska prezes, bardziej martwiąca się o swoje stanowisko, niż o zasady panujące w prasie, których ani nie znała, ani nie przedkładała ponad swoją karierę. W centrali RASP miała podobnego szefa i stąd to „rozzuchwalenie się”.

  • Czy po ujawnieniu listu Marka Dekana napisał Pan własny, jeżeli tak, to dlaczego?

Odpowiedź: Tak, napisałem własny list i wysłałem go do redakcji „Do Rzeczy”, która go w ten sam dzień opublikowała online. Napisałem go dlatego, że dyskusja nad listem Dekana szła moim zdaniem w złą stronę, nie opierając się o istniejące regulacje środowiska wydawców, tylko o polityczne wyobrażenia na temat relacji pomiędzy polskimi a zagranicznymi mediami. Dyskurs miał wyraźny podtekst polityczny, co akurat nie miało nic do rzeczy, choć było na rękę obu stronom polityczno-medialnego sporu.

  • Jak kształtował się rynek medialny w Polsce po upadku komunizmu?

Odpowiedź: To historia na grubą książkę, ale spróbuję się streścić. Jeśli chodzi o prasę, to decydujące były działania polityczne po 1989 roku wokół schedy po upadłym koncernie Książka-Prasa-Ruch. Tam zawierały się kluczowe dla prasy filary – tytuły, drukarnie, redakcje i dystrybucja. Komisja likwidacyjna Ruchu była od początku polityczna (jej członkami byli np. przyszli przeciwnicy polityczni, jak Tusk czy Czabański) i dokonano rozdziału tytułów pośród partie polityczne. Tytuły od razu popadły w kłopoty, co Komisja Likwidacyjna ratowała oddając tytuły i infrastrukturę spółdzielniom redakcyjnym. Te też od razu miały kłopoty i upadające przedsiębiorstwa zaczął wykupować obcy kapitał, głównie niemiecki, ale i francuski oraz włoski. Potem nastąpiła integracja tytułów regionalnych pod niemieckim parasolem Polska Press. Z rozwojem prasy ogólnopolskiej było inaczej. Dominowała Gazeta Wyborcza, koncesjonowana jako dziennik Solidarności. Kapitał zagraniczny, po kilku nieudanych próbach, odsunął się od chęci wydawania prasy newsowo-opiniotwórczej. Zaczął od Newsweeka Axel Springer na początku lat 2000. W końcu całą prasę kolorową bardziej wykreował niż przejął kapitał głównie niemiecki.

Jeśli chodzi o radio, to początki były jeszcze bardziej malownicze, gdyż na koncesjach uwłaszczono byłych piratów (RMF i Radio ZET), którzy od transformacji i przed przyjęciem ustawy o radiofonii i telewizji, która dopiero miała rozdawać koncesje i częstotliwości, nadawały ponad dwa lata bez licencji, czego nie mogli robić inni pretendenci. Później obie stacje otrzymały jako jedyne koncesje ogólnopolskie. Potem system się ubogacił o sieć Eska i rozgłośnie regionalne, ale podział „piracki” pozostał. Obie stacje ogólnopolskie stały się własnością kapitału zagranicznego.

Jeśli chodzi o telewizję to rozdział jedynej ogólnopolskiej koncesji był sprawą polityczną i wygrana Solorza była dla wielu polityków dużą niespodzianką. Potem wszedł TVN. Jedno, co można przyznać temu procesowi, to to, że zagwarantował on polski charakter kapitału w telewizjach prywatnych.

W rezultacie wylądowaliśmy jako naród z wyłącznie plemiennymi mediami, z których po jednej stronie przeważa kapitał zagraniczny. Taka sytuacje może rodzić podejrzenia, że tak delikatna kwestia jak kapitał w mediach, może być częścią sporu politycznego w Polsce i animować go.

  • Czy dziennikarze Newsweeka i Forbesa są zaangażowani politycznie?

Odpowiedź: Nie wiem, bo tam nie pracuję. Mogę tylko oceniać po rezultatach. Za moich czasów byłoby to niemożliwe. Ale teraz widziałem już kilka takich zaangażowań, będąc już tylko obserwatorem. Dodam, że szef z centrali w Zurichu, odpowiedzialny za wydawnictwa międzynarodowe, w tym Polskę, został w 2013 roku Hieną Roku za wtrącanie się w prace polskiej redakcji Forbesa i zmuszanie jej naczelnego do publikacji nienależnych przeprosin i sprostowań za publikację artykułu o spekulacji majątkiem pozyskanym od państwa przez gminy żydowskie. W charakterze dziennikarskim upolitycznienie dziennikarzy Newsweeka oceniam jako czytelnik jako typowe dla plemiennego podziału Polski, w który na ich nieszczęście zaangażowane są media, nawet podostrzając ten spór. Co do Forbesa, to oprócz wyskoków w mediach społecznościowych jej byłego naczelnego nie uważam redakcji za sprofilowaną politycznie. To miesięcznik gospodarczy a pieniądz nie lubi polityki.

  • Czy ma Pan wiedzę o tym, aby redaktor naczelny Newsweeka włączał się do polityki?

Odpowiedź: Redaktor naczelny Newsweeka nie ukrywa swoich konkretnych sympatii politycznych, posuwając się nawet do bezpośredniego uczestnictwa w wiecach politycznych, nie jako obserwator, ale wiecowy. W ten sposób Newsweek zamiast opisywacza sporu politycznego stał się jego częścią, co dla „tygodnika opinii” jest przekroczeniem podstawowych granic niezależności dziennikarskiej.

  • Jeżeli odpowiedź na pytanie nr 7 jest twierdząca, to czy może świadek podać jakiś przykład?

Odpowiedź: Przykładem takiego zaangażowania było jego uczestnictwo redaktora naczelnego i występ na wiecu KOD, oraz głoszone tam hasła. W dodatku na mediach społecznościowych redaktor Lis wzywał do manifestacji oraz przekazywał tam organizacyjne wiadomości. Miało to wręcz rewolucyjny przekaz wzywający do obalenia rządu. To kompromitacja dla dziennikarza, zwłaszcza już redaktora naczelnego.

  • Jaka była wg. Pana wiedzy skala politycznego zaangażowania dziennikarzy RASP w spór polityczny w Polsce? Czy redaktor naczelny „Forbesa” instruował opozycję, jak zrobić w Polsce „Majdan”? Czy RASP pozwalała na takie zachowania?

Odpowiedź: Jak już pisałem wyżej, oceniam zaangażowanie w przypadku Newsweeka jako duże, jeśli nawet nie kluczowe przy doborze redakcji przez naczelnego. Co do Forbesa, to uważam, że było ono niewielkie z wyjątkiem byłego już redaktora naczelnego, który na mediach społecznościowych instruował, jak trzeba zrobić w Polsce Majdan. Dla mnie była to osobista nawet katastrofa, gdyż na image Forbes’a jako poważnego czasopisma gospodarczego pracowałem z zespołem ciężko przez 7 lat. I to wszystko legło w gruzach przez jednego ignoranta. Co do tego czy RASP pozwalał na takie zachowania to najlepszą odpowiedzią jest okres od tego wyskoku do momentu zwolnienia takiego naczelnego przez szefostwo RASP. Moim zdaniem upłynęło od tego momentu ponad dwa lata. Za moich czasów niemiecki prezes wywaliłby go na drugi dzień. Od ówczesnego szefostwa poszedł wyraźny i szkodliwy sygnał, że łamanie podstawowych zasad dziennikarskich będzie tolerowane.

  1. Zna Pan opinię Centrum Monitoringu Prasy SDP na temat listu Marka Dekana? W jego ocenie list narusza zasady niezależności redakcji i grozi ograniczeniem wolności słowa w Polsce. Czy tę ocenę uważa Pan za uzasadnioną?

Odpowiedź: Nie znam oceny Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, ale dla mnie podstawą jest nie opinia jednej czy drugiej instytucji, ale to, że takie zachowanie przeczy przyjętemu przez wydawców Kodeksowi Dobrych Praktyk.

  1. Dlaczego publicznie postanowił Pan zaprotestować przeciwko listowi Marka Dekana do dziennikarzy?

Odpowiedź: Po pierwsze dlatego, że tam kiedyś pracowałem i RASP występuje w moim cv. Chciałem tylko zaznaczyć, że za moich czasów takie numery byłyby niemożliwe. Żeby nie wyszło, że kiedy tam pracowałem, to w takich rzeczach uczestniczyłem. Po drugie: cały list uważałem za uwłaczający mi jako Polakowi z samego faktu jego wysłania. Mark Dekan NIGDY by takiego listu nie wysłał do niemieckiej czy szwajcarskiej redakcji. Poczułem się traktowany jako człowiek drugiej kategorii, to znaczy, że w wyobrażeniu Dekana takie listy wypada wysyłać do Polaków, zaś do innych, bardziej „cywilizowanych” redakcji nie tylko nie wypada, ale i nie wolno. Dekan jako profesjonalny dyrektor finansowy mógł nie wiedzieć o regulacjach w środowisku polskich wydawców, ale dlaczegoś przyjął, że tak można uczynić wobec Polaków. Nic oprócz pogardy nie jest w stanie mi wytłumaczyć takiego zachowania. Dlatego napisałem ten list.

  1. Co Pana zdaniem chciał osiągnąć Dekan pisząc ów list do polskich pracowników?

Odpowiedź: To pytanie o poruszenia intencji pana Dekana, o których nie mam pojęcia. Z listu przebija kompletna naiwność co do rozumienia polskich realiów politycznych, co napawa, pewnie i odbiorców takich wynurzeń, politowaniem. Są tam ujęte w wątpliwe metafory strategie integracji europejskiej pouczające dziennikarzy, że musimy się załapać, bo europejski pociąg odjeżdża. To coś takiego jak mały Jasio wyobraża sobie zagraniczną politykę Polski na podstawie oglądania niemieckich dzienników telewizyjnych relacjonujących działania nielubianego konserwatywnego rządu w kraju. Dla mnie – żenada. To tak jakbym ja miał spekulować, przy podobnym poziomie wiedzy, na temat rozgrywek w rządzie szwajcarskim i dzielił się tym ze swymi podwładnymi. Bo np. o rządzie w Niemczech zapewne wiem więcej niż, sądząc z lektury listu, pan Dekan o polityce polskiej – a nie wypowiadam się na forum publicznym na ten temat.

  1. Jak według Pana wiedzy i doświadczenia, dziennikarze traktują taki list od szefa?

Odpowiedź: Jak już pisałem, za moich czasów to byłoby niemożliwe. A więc traktowaliby to jako kuriozum. Nie wiem jak tam teraz jest, ale z tego co wiem, pan Dekan ma już jakieś większe piśmiennictwo w korespondencji z dziennikarzami. Moim zdaniem ci traktują to z zażenowaniem, jako indolentną próbę instrukcji na temat rzeczy, które i tak rozumieją lepiej, i i tak realizują. A więc myślę, że w odbiorze dziennikarzy przeważa zażenowanie. 

  1. Czy po takim liście, w którym wiadomo co myśli pracodawca, dziennikarze mogą realizować materiały w innym duchu? Pokazując inny punkt widzenia?

Odpowiedź: Ja myślę, że taki list tylko ich utwierdza w tym co robią. Jest przekroczeniem wewnętrznych regulacji wydawniczych. One były po to, by władza nas sama nie uregulowała, a takie filifonki polityczne działają odwrotnie. Budzą we władzy chęć regulowania środowiska, które idzie na patologie, nie przestrzegając własnych, obiecanych ogółowi reguł. I tak się stało – zaczęło się polityczne grzebanie w delikatnej materii. Pisałem we Wprost o tym ubocznym   efekcie, który wywołał list Dekana. To tym bardziej żałosne, bo taki ignorant z zewnątrz przyszedł na polską polanę i dolał chłopakom do gasnącego politycznego ogniska zainteresowania repolonizacą mediów beczkę benzyny. Co do tego czy to miało wpływ na niezależność dziennikarzy to nie wiem czy ona tam była obecna. Dobór redakcji np. Newsweeka jest ściśle polityczny. Nie ma to nic wspólnego z tzw. „linią programową redakcji”, która zakłada pewien profil programowy tytułu. Ale nie ma to nic wspólnego z jednostronnością ocen i materiałów, brakiem dyskusji na łamach i osobistym, wręcz emocjonalnym zaangażowaniem dziennikarzy. Taki jest Newsweek, takie jest w większości niestety polskie dziennikarstwo. List Dekana tylko w bardzo naiwnej formie potwierdził to, co już i tak było realizowane. Miał na dziennikarzy nie tyle wpływ poprzez swoją treść, ale sam fakt jego wysłania – to pokazywało środowisku, że tak można i nawet sami dziennikarze mniej lub bardziej publicznie zostali zaangażowani w uzasadnianie, że szef miał rację i właściwie nic się nie stało. To jest w tym wszystkim najgorsze.

  1. Dlaczego media niemieckie w Polsce nie pisały o aferze Volkswagena, czyli o celowej produkcji przez niemiecką firmę aut niespełniających norm?

Odpowiedź: Nie wiem. Wszelkie moje wypowiedzi w tej kwestii miałyby znamiona spekulacji a robię tu za świadka, nie za eksperta czy publicystę. Mówię więc o tym co wiem, a tu nie mam nic do powiedzenia, jeśli chodzi o fakty. 

  1. Czy znany jest świadkowi fakt udzielenia przez Marka Dekana odpowiedzi redaktorowi Maxowi Kolonko w związku z wygłoszonymi przez niego wątpliwościami co do włączenia się redaktora naczelnego Newsweeka jako aktywnego podmiotu polityki?

Odpowiedź: Nie, nie jest mi znany ten fakt.

  1. Jeżeli odpowiedź na pytanie 16 jest twierdząca, to proszę świadka o wskazanie, kiedy to było, w jakich okolicznościach i skąd świadek ma wiedzę o tym fakcie?

Odpowiedź: Jak wyżej, nic nie wiem o tym fakcie, więc nie mogę go oceniać

  1. Czy „Forbes” na swoich łamach kiedykolwiek udzielał publicznych wskazówek jak obalić polski rząd?

Odpowiedź: Jak już pisałem jedynym faktem, który znam to jest opublikowanie takiej instrukcji przez byłego redaktora naczelnego Forbes’a na jego profilach społecznościowych, co miało charakter publiczny, zwłaszcza, że było cytowane przez wiele mediów. Nic nie wiem, by takie rzeczy były publikowane na łamach Forbes’a.

  1. Czy standardy dziennikarskie „Forbes’a” zmieniły się na przestrzeni ostatnich lat w związku z naciskami RASP?

Odpowiedź: To były dwie fazy, Pierwsza, po moim odejściu, to obrona niezależności przez redaktora naczelnego Kazimierza Krupę, którego znam z bezkompromisowej postawy w tym względzie. Kryzys zaczął się po publikacji przez Forbesa artykułu o przekrętach gimn żydowskich na majątku własnym. Wybuchł skandal, bo temat drażliwy, zwłaszcza w… niemieckim wydawnictwie. Ale Forbes miał na wszystko papiery. Zaczęły się niemieckie naciski, by opublikować jakieś podyktowane przez stronę sprostowanie. Naciski wywierała centrala, zwłaszcza, nasza Hiena Roku, pan prezes Buechi. Ja już tam nie pracowałem, ale pan Krupa mi mówił, że ma już powoli dość tych nacisków i chyba odejdzie. RASP miał (ma?) taką strategię, że jak jest jakaś delikatna afera, to nie wywala od razu, tylko męczy konia, aż ten sam podziękuje. Tak było i z Krupą. Minęło tyle czasu, by zapomniano, że to może być z tego powodu i strony się rozstały. Druga faza to nowy naczelny, kompletna pomyłka merytoryczno-organizacyjna, ale tak wybrał Zarząd. Nowy naczelny nie bardzo wiedział co to jest ten Forbes i gazeta w ogóle, biznes go w ogóle nie znał, gazetę robił zespół, ale bez lidera to inna wartość. Jak tam u nich było na zebraniach to nie wiem, na łamach raczej nie było politycznych jazd, za to pozaprasowe zachowania naczelnego, o których wspomniałem musiały budzić zażenowanie wśród załogi. Wiem, bo ją znam.

  • Czy świadek ma wiedzę o fakcie i okolicznościach towarzyszących zwolnieniu Grzegorza Jankowskiego? Jeżeli tak jest, to proszę to opisać.

Odpowiedź: Wiem tylko z ogólnej wiedzy medialnej, że zwolnienie Grześka poprzedziła rozmowa zdaje się Kulczyka z Grasiem „przy ośmiorniczkach”, że Grzesiek bruździ w swoim Fakcie i jedzie po Tusku i Platformie i że trzeba coś z tym zrobić. Kulczyk miał się zadeklarować, że załatwi to z wdową po Axlu, która tam rządzi. Nie wiem jak i co załatwił, ale potem zaraz Grześka zwolnili. To oznacza jednak, że sprawę załatwiono ponad głowami polskiego zarządu i przyszedł prikaz c centrali. To skandal, bo to są stosunki jak wobec Bantustanu. Zwłaszcza, że i Grzegorz, i jego profil był jak najbardziej po linii, która przynosiła sukcesy dla RASP. Fakt sprzedawał się z taką narracją bardzo dobrze, bo czytelnik tej gazety nie bardzo lubi lewackich rządów. A więc w moim mniemaniu, przeważyły jakieś interesy polityczne ponad pieniędzmi. Bo po odejściu Grzegorza Fakt zmienił profil na prorządowy (za PO), co mu zaszkodziło, bo to nie jego czytelnik. I to nie chodzi nawet o to, że Fakt ma być w ogóle za władzą jaka by ona nie była, ale okazało się, że on jest określony politycznie wobec jednej tylko władzy. Bo kiedy PO straciło władzę Fakt stał się gazetą opozycyjną wobec nowych władz. To świadczy, że jego wybory są koniunkturalne politycznie a nie zgodne z linią programową: czy własną grupą czytelniczą. Po czymś takim ja bym się zapadł jako wydawca pod ziemię, a co najmniej wypowiedział robotę. 

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

1 thought on “30.06. Rozprawa szprzed lat, ciągle aktualna. Niestety.

  1. Sprawa, być może, wreszcie ruszy i robi się ciekawie. Nie wiem jak innych Czytelników „SDZ”, ale mnie temat interesuje. A już myślałem, że coś się przedawni albo ktoś z kimś zawrze jakieś porozumienie, czy tp. Ale dobrze, że ruszyło. Interesuje mnie sama sprawa, jej rozwój, ale też to, jak sprawę poprowadzi dalej „wolny Sąd”. Jeżeli to możliwe, oczekuję bieżących relacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: