3.01. Nasza wojna?

0
ślimak

3 stycznia, wpis nr 1389

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Czasy o wysokim nasyceniu narracyjnym produkują zbitki słowne, które najpierw swym dziwactwem zwracają na siebie uwagę w potocznej komunikacji, potem stają się neutralne na tyle, że nie słyszymy tego zgrzytu, by potem wedrzeć się do powszechnego języka i zaśmiecać go do upadłego. Pisałem już kiedyś o używaniu określenia „na Ukrainie” i „w Ukrainie”. To nowe dziwactwo językowe w postaci wyrażenia „w Ukrainie” stało się już tak powszechne, że obecnie stanowi już przyimkowe rozróżnienie grup ludzi – ci od „w Ukrainie”, to na bank zwolennicy bezwarunkowego wsparcia Kijowa, podczas, gdy cała reszta, ta od „na Ukrainie” to albo puryści językowi, albo realiści w stosunku do zmagań Ukrainy z Rosją i naszego udziału w tym procederze. Po prostu jest to znacznik, hasło, po którym od razu rozpoznajesz z kim masz do czynienia.

Przypomnieć należy, że cała afera zaczęła się od godnościowego uczczenia wysiłku militarnego Ukrainy, przyznania mu godności niezależnego państwa, na co miał wskazywać, tak jak w innych przypadkach przyimek „w”, w USA, w Niemczech, a więc mówienie „na Ukrainie” jakoby „umniejszało” Ukraińcom, zwłaszcza doświadczanych wojną. A więc pozamieniano, że będziemy jednak mówili „w Ukrainie”, ale „na Węgrzech”, czy Słowacji to zostało po staremu. A co to oni jacyś gorsi? Tak to jest jak bieżączka wciska się w język za pomocą wmuszania medialnego. Czyli jak Rosjanie napadną na Węgry, to będziemy jeździli „do Węgier”? A jak się skończy wojna na Ukrainie, to język wróci na swoje miejsce? Tak to wygląda proces zaśmiecania języka z powodów narracyjnych, czy wręcz politycznych.

Pojęcie

Teraz króluje, i to właściwie od początku wojny Rosji z Ukrainą, pojęcie pt. „to nasza wojna”. Odmieniane przez przypadki, w każdej argumentacji, szczególnie zwolenników bezkrytycznego zaangażowania w ten konflikt Polski, jest używane codziennie i przy każdej okazji. Spróbujmy się zmierzyć z tym co to naprawdę znaczy, przez kogo jest to to używane, wobec jakich kontrargumentów i czy jest to zbitka słowno-logiczna prawdziwa.

U podstaw tej mody leży dość ugruntowane przekonanie, które właśnie ma uzasadniać nasze kompletne roztopienie się państwa polskiego w tym konflikcie, przyjmowanie bezkrytycznie już nawet nie żądań, ale wręcz gróźb ukraińskich dotyczących sprostania ich potrzebom. Na czym polega ten impas, którym za każdym razem szachuje się każdy głos krytyki co do zachowania się Polski jako państwa w tej sprawie? Jest to założenie, że Ukraińcy walczą tam poniekąd „za nas”. Jest to propaganda o źródłach zdecydowanie ukraińskich, która szybciutko została przejęta, i to głównie u nas, bo ze świecą szukać propagatorów takiej argumentacji gdzieś na Zachodzie. „Nasza wojna” nie mówią o tym konflikcie ani Węgrzy, ani Rumuni, co dopiero kraje „starego Zachodu”, czy Turcja. To my się tu wyrywamy w ramach tej „naszości”. Jak to wygląda? Ano argumentacja jest taka: (podaję od razu z kontrargumentami)

  1. Ukraińcy walcząc oddzielają nas od stania rosyjskich wojsk nad polską granicą, co byłoby dla nas fatalnym przypadkiem. Ale – my, łącznie ze stacjonującymi na Białorusi wojskami rosyjskimi mamy z nimi i bez Ukrainy granicę długości 650 km. Wiem, wiem, walczymy o to, by nie wydłużyłaby się ona o następne 535 km, i to dlatego tak niby strasznie się w ten konflikt angażujemy. Z tym, że przedłużający się konflikt obecnie toczy się we wschodnich regionach Ukrainy, nie ma ze strony Rosji żadnych roszczeń terytorialnych co do ukraińskich regionów zachodnich graniczących z Polską. Za to brnięcie w ten konflikt grozi upadkiem nie kilku regionów Ukrainy, ale całego państwa i dopiero wtedy będziemy mieli kłopot na granicy.
  2. Drugi argument jest już niby bardziej cyniczny – oto pierwszy raz w historii to nie naszymi rękoma i nie polską krwią Rosja jest ścierana w swej potędze. Mamy więc z tego mieć korzyść geopolityczną, bo to ma osłabiać agresywne zapędy rosyjskiej mocarstwowości. Ale ten rodzaj argumentów ma jedną słabą stronę: w tym konflikcie wszystkie strony się ścierają i co będzie z naszym bezpieczeństwem jak Ukraina się „zetrze” pierwsza? Jaki będzie wynik dla nas takiego biegu wypadków? Widać to już teraz – nasze dozbrajanie Ukrainy przyniosło fatalne skutki, wcale nie przeważyło szali działań wojennych – no chyba trochę na początku, ale ten początek zamiast prowadzić do pokoju rozzuchwalił tylko wojenne podżegactwo Zachodu, Polski i Ukrainy do kontynuowania tej wojny, która właśnie przebiega coraz mniej korzystnie. W efekcie zaraz nastąpi jakaś forma zawieszenia broni, na warunkach o wiele gorszych niż te odrzucone prawie 3,5 roku temu, a my zostaniemy się rozbrojeni, bo posłaliśmy zbyt wiele na Ukrainę. Pokój zastanie nas nieprzygotowanych do wojny, w wykroku pomiędzy utratą sprzętu a brakiem nowego. Rosja wcale się za bardzo nie starła, sankcje nie działają, są omijane nawet przez Unię. Kreml stać na wojnę na zasoby, zwłaszcza co do siły żywej, która nie tylko się powoli Ukrainie kończy, ale nawet Kijów zezwala potencjalnym swoim poborowym na wyjazd na Zachód. Z ostatniej decyzji by wypuszczać Ukraińców w wieku 18-22 lat skorzystało ponad 100.000 młodzieńców. Tak więc w sprzęcie Zachód już ledwo dyszy, w ludziach to samo, zaś Rosja przestawiła się na gospodarkę wojenną, zaś rekruta jej nie brak na tyle, że nie zdecydowała się jeszcze na pobór powszechny.
  3. Trzeci argument za „naszością” tej wojny jest taki, że Rosja chce zaatakować i Polskę, zaś Ukraina stanęła mu tylko na drodze. Ergo – jak Putin wygra na Ukrainie, to zaraz weźmie się za nas. To więc jak najbardziej nasza wojna, trzeba pomagać jak sobie, bo po nich – my. A skąd taka pewność? Bardziej chyba z własnej propagandy, by uzasadnić strachem swoje, w tym unijne i polskie, nieudolności. Rosja ugrzęzła na Ukrainie, nie ma zbyt wielu sukcesów militarnych, ale i nie zaangażowała się pełnoskalowo. Rosja ma za to sukcesy polityczne – Unia się rozsypała, zadłużyła, pokłóciła politycznie, wzmogła cenzurę i autorytarny dyktat. USA szukają na Kremlu partnerstwa, mogą zrobić zaraz „Jankee go home” z Europy, NATO się zatrzęsło, zaś Chiny życzliwie zaglądają w oczy Kremlowi czy przypadkiem nie pójdzie na romans Waszyngtonem. W wojnie na zasoby Rosja wygrywa, a więc może się nawet i nie przemieszczać terytorialnie, bo całe tyły jej przeciwnika się systemowo trzęsą. Ukraina staje się państwem osłabiającym cały europejski Zachód, wymaga ciągłej kroplówki, co osłabia finansowo kraje „chętne”. I po co, i jak, miałaby taka Rosja zaatakować nas tu? Jak wystarczy wpuścić (wedle oficjalnych wersji) kilka styropianowych dronów czy tuzin balonów przemytniczych i zaraz zbiera się rząd, nawet w Święta, zaś najnowsze myśliwce n-tej generacji podrywają się z lotnisk, by postrzelać rakietami za ciężkie tysiące dolarów w drony wartości zużytej Toyoty z komisu samochodowego. Po co Rosji miałby być potrzebny konflikt z jeszcze żyjącym – a w ramach konfliktu do odrodzenia – NATO, skoro za chwilę przy negocjacji pokoju mogą przy zielonym stoliku dostać wiele – miejmy nadzieję, że oprócz ziemi – z Europy Środkowej? Ten automatyzm, że po Ukrainie przyjdzie na nas kolej zakłada, że nasza przynależność do NATO nie ma jednak żadnego znaczenia, bo miałaby nie odstraszać Putina.

Naszość wojny

W końcu – jeśli przyjąć dyżurny argument-killer, że to „nasza wojna”, to trzeba sobie powiedzieć w takim razie, że tę „naszą” wojnę przegrywamy. Wojna więc to była dziwna, bo taka nasza-nie nasza. Dawaliśmy tam wszystko, oprócz siły żywej (mam nadzieję), ale nie mieliśmy żadnego wpływu nie tylko na to na jakich warunkach zwrotnych tej pomocy udzielamy (podpowiadam – na żadnych), ale nawet na co to pójdzie. Czy mieliśmy jakiś wpływ na decyzje czy to militarne czy polityczne w tej „naszej” wojnie? Żadnych. Byliśmy tylko dawcą w ciemno. Na taką rolę zgodziliśmy się od początku. Czyli wpływów żadnych – same koszty. A więc charytatywny darczyńca.

Gdyby to była nasza wojna to siedzielibyśmy przy jakichś stołach narad, a nie jechali w osobnych wagonach, bo starsi i mądrzejsi naradzają się sami. Obawiam się, że również w sprawach takich jak „co zrobić z Polakami w ‘ich’ wojnie”. Gdyby to była „nasza wojna” nie dalibyśmy się sprowadzić do roli wyłącznie dostawcy, bez decyzji na co idą nasze zasoby, co z tego będziemy mieli oraz kiedy ta nasza usługa ma się skończyć. Zaraz bowiem poziom „naszości” tej wojny może się podwyższyć w ten sposób, że do zasobów sprzętowo-materiałowych dodamy również nasz zasób ostatni – ludzki. Na razie europejski Zachód, a właściwie Grupa E3 (Niemcy, Francja i Wielka Brytania) tego od nas nie żąda, ale sam prowadzi ostrą walkę o obecność europejskich wojsk rozjemczych w jakiejś wyimaginowanej strefie buforowej, którą swoimi siłami może obsadzić w góra 10% potrzeb. Do kogo się więc zwróci o zasoby ludzkie? Pewnie do nas, ale na szczęście (tu wyjdzie moja ruska onuca z brudnych walonek) mamy Putina, który nie po to zaczął się z Ukrainą, żeby na końcu wojny, którą wygrywa stały jakieś zachodnie wojska, bliżej jego granic niż przed wojną. 

Skoro to „nasza wojna”, to należy rozumieć, że jesteśmy na wojnie z Rosją? No to mamy szczęście, bo chyba Putin o tym nie wie. Jesteśmy krajem do wojny kompletnie nieprzygotowanym, co udowodniła nie tylko wojna rozpoczęta w lutym 2022 roku. Nie zaczęliśmy się przygotowywać nawet po agresji Rosji w 2014 roku. Nic. A już brak wniosków po rozpoczęciu „drugiej wojny” ukraińskiej, to już pomsta do nieba. To tak wyglądają działania w konflikcie, w którym podobno uczestniczymy? Z jednostkami, które nie są nawet w stanie wyjść z koszar, jeśli mówimy o batalionie wzwyż? Bez obrony powietrznej? Wojsk dronowych? Po prawie czterech latach wojny w kraju z nami graniczącym? „Naszość” tej wojny polega więc nie na działaniach, nawet decyzjach, militarnych, tylko na gadaniu o „naszości”, bez żadnych, oprócz narracyjnych, konsekwencji. A więc ta nasza wojna to jest pic na użytek wewnętrzny, by rozdzielić rodzime ziarno „ochotnych” od onucowych plew pacyfizmu. Jednocześnie ma to przenieść mobilizację społeczną w obszary wzmaganego strachu, wszak jesteśmy w wojnie już od dawna, podobno. A wtedy każda władza, jak za testu kowidowego, jest fajna i każda niesubordynacja, brak zgody na dowolne szaleństwa władzuchny jest aktem zdrady państwowej.

Dziwność wojny

No dobra, dyżurnie przyjmijmy, że to „nasza wojna”, ale w takim razie to wojna dziwna. Już tylko z rzadka mówi się o niej, że jest pełnoskalowa. Nie jest też „operacją specjalną”, jak deklarował Putin. Ale popatrzmy – nie ma poboru powszechnego w obu wojujących krajach, handel kwitnie, łącznie z eksportem i wymianą handlową wojujących i wspierających stron. Charakter starcia jest – mimo wielkich zapowiedzi o powszechnej mobilności przyszłej wojny – bardziej przypominający I wojnę światową z kilometrami stałych okopów i umocnień. Na górze jeżdżą czołgi, a pod ziemią szumią rurociągi z surowcami i po wirtualnym niebie latają zaś faktury i przelewy.

I najważniejsze – moim zdaniem to wojna na zasoby. Zwłaszcza Europa, uboga po szaleństwie klimatyzmu w surowce jest tu w kropce: albo musi z marżą pośredników i pewną taką dozą nieśmiałości, jednak kupować od Rosji, albo wisi na gazie z USA i ropie od Arabów. Tego kłopotu nie ma sama Rosja. To samo jeśli chodzi o zbrojenia – Kreml jedzie pełną parą, zaś przemysł ciężki, a tym bardziej militarny w Europie rozpędza się – jeśli w ogóle – bardzo powoli. W dodatku trwają cały czas targi kto ma za to zapłacić, co antagonizuje kraje Unii.

Istniało niebezpieczeństwo dla Kremla, że ta sytuacja „obudzi” jakoś Europę, ale widać, że nic z tego nie będzie. Jak już się za to wzięła Unia Europejska, to już można być pewnym, że będzie późno (za późno?), drogo i wszystko ugrzęźnie w debatach i walkach o dojście do unijnego żłoba. Jeśli już starczy jakiejś kasy to raczej na armię europejską, za słabą na przeciwstawienie się Rosji bez Ameryki, za to w sam raz, by trzymać Europejczyków za mordę, w razie problemów z procesem federalizacji Unii. Dla Rosji nie będzie żadnej groźby przebudzenia.

To wojna na zasoby. Zawsze zastanawiało mnie, czemu Rosjanie nie bombardują kilku na krzyż magistrali kolejowych po zachodniej stronie ukraińskiej. To przecież tymi nielicznymi nitkami idzie cały sprzęt na wojnę. Wystarczyłoby kilka nalotów, powtarzanych co dwa tygodnie i ruch witalnego sprzętu by ustał. Czemu Rosjanie tego nie robili? Moim zdaniem jest to dowód na dziwność tej wojny. Zamierzoną. Skoro Putin chce, by się Zachód wykrwawiał przez ukraińską ranę to po co zatykać żyły, którymi wypływa w ukraiński piach zachodnia krew? Niech się upłynnia. A, że to głupie, bo Putin pozwalałby na zaopatrywanie frontu swoim przeciwnikom? Ale właśnie tak robi od początku. Sprzęt najwyżej pozabija mu na froncie ludzi, ale to dla Rosjan nie jest od początku jakiś najważniejszy priorytet. „U nas ludiej mnogo, wsiech nie usmotrisz” – najwyżej zginie ich ileś tam tysięcy więcej, za to Zachód się wyprztyka, będzie wojskowo nikim, zadłuży po uszy, zaś narody popadną albo w panikę, albo w apatię. A więc taka strategia przynosi Rosjanom korzyść i wysoce udziwnia wojnę, która dotąd zdawałaby się polegać na atakowaniu linii zaopatrzenia.

Czyjość wojny

Skoro to „nasza wojna”, to popatrzmy się czy jest to wojna… Ukraińców? Dla tych walczących – jak najbardziej. Dla tych, co pozostali – już nie tak bardzo to „ich wojna”. Spośród wszystkich moich znajomych z Ukrainy, ci co pozostali w ojczyźnie, wszyscy mają dzieci na Zachodzie. Po pierwsze – to oznacza, że można wyjechać, a więc to kolejna odsłona „dziwnej wojny”. Po drugie – pokazuje to dość niski stopień „ichniości” wojny dla Ukraińców. I żeby nie było – ja to rozumiem: kto by chciał ginąć za kraj zoligarchizowany do tego stopnia, że kradzież pomocy zagranicznej dla wojującego kraju jest dla jego włodarzy procederem bezkarnym. Też bym nie walczył, zgoda. Też bym chował swoje dzieci po Hiszpaniach, Polskach, czy Niemczech. Ale nie wycierałbym sobie jednocześnie codziennie ust oświadczeniami o własnej ofierze, patriotyzmie, nie świeciłbym innym w oczy pozorami bezgranicznego zaangażowania.

Czy to wojna ukraińskich imigrantów? No, na pewno nie wszystkich. Dyżurny model matki z dziećmi, która uciekła do Polski przed bombami, a tatuś ze szwagrami walczą na Ukrainie jest przypadkiem dość rzadkim. Na pewno niknącym w tłumie poborowych dekowników, całych rodzin, które po prostu skorzystały z okazji na szansę na migrację ekonomiczną, zerwanie ze zgniłym systemem ojczyzny. Ale to likwiduje wszystkie powody dla szczególnego traktowania tej migracji, inne niż czynionej z powodów ekonomicznych.

Nie bardzo widać iunktim pomiędzy ekonomicznym, jeśli już nie socjalnym, charakterem tej migracji a traktowaniem całości Ukraińców awansem jako ofiary uchodźctwa wojennego. A tu jest wszystko do jednego worka. Czemu więc socjal, czemu lekarstwa, czemu edukacja, czemu te preferencje często przewyższające prawa Polaka? Nie mają żadnego uzasadnienia wojennego, są za to otwartymi wrotami do nadużyć, które leżą u podstaw rosnącej niechęci Polaków do Ukraińców. Takie cuda są jeszcze wzmacniane narracją takich migrantów jak to oni walczą o Ukrainę, kiedy sama ich tu obecność pokazuje, że właśnie nie walczą.

Trzeba pamiętać, o czym pisałem, że mamy jakby dwie migracje – tę pierwszą, „przedwojenną”, która miała szczery charakter zarobkowy, była asymilacyjna, nacelowana na wtopienie się w polski żywioł. Druga to w dużej mierze migracja socjalno-roszczeniowa, przy okazji wojny, gdzie elementy uchodźcze są wysoce narracyjne. Widzą to nie tylko Polacy, ale i… migranci ukraińscy z pierwszej, zarobkowej migracji. Po prostu ta migracja wojenna psuje im PR, bo swą niewdzięcznością posuniętą do roszczeniowej agresji, wrzuca wszystkich Ukraińców w pojmowaniu ich przez Polaków, do jednego wora.

Odpada tu też argument demograficzny. Przypomnę, że otwarcie się na Ukraińców w pierwszej, zarobkowej migracji było akceptowalne ze względu na padającą polską demografię. Nie było komu robić, a więc ochotni do roboty byli mile widziani. Wtedy jeszcze łudzono się potencjalną bliskością kulturową, co okazało się szkodliwym mitem. Ci asymilacyjni Ukraińcy widać, że chcą się zintegrować z Polakami i ich kulturą. Ci roszczeniowi – gdzież tam, są pyszałkowaci, zaś jako przedstawiciele kultury turańskiej (nam się mylą jako Słowianie z kulturą łacińską) każdą bezinteresowną pomoc odbierają jako dowód słabości frajera. A więc demograficznie może być ten ukraiński rachunek poważnie zweryfikowany przez wojenną falę migracji. Możemy, wzorem Zachodu, doczekać się całych dzielnic i pokoleń, co to roboty nigdy nie widziały, żyją w swoich gettach, kumulując nienawiść do systemu, który codziennie wykazuje, na ich własne życzenie, że nie dość się stara uchylić nieba dekownikom.

Migracja jako zdobywca

W końcu trzeba postawić pytanie czy dla tych wszystkich oligarchów, którzy rozbijają się na ukraińskich tablicach brykami za miliony wojna na Ukrainie, to „ich wojna”, skoro to wojna nasza? Liczba milionerów w kraju napadniętym w czasie wojny znacznie podskoczyła. Na czym więc chłopaki tak nagle zaczęli zarabiać? No przecież ujawnienie przekrętów robionych na Ukrainie na pomocy dla walczącego państwa to, moim zdaniem, wierzchołek góry lodowej. Współczynnik „zwrotu”, czyli procent ukradzionej pomocy dochodzi do 30%, a więc możemy sobie spokojnie założyć, że kilkadziesiąt miliardów dolarów zostało przekręcone przez starych i nowych, wojennych oligarchów. To te miliardy właśnie rozbijają się po Warszawach, Wrocławiach czy Monte Carlach. To są te niekupione czołgi. I co? I nic? Zachód to przykrywa bo albo się działkuje, albo co najmniej nie chce tego tematu drążyć, bo by się jeszcze podatnicy zapytali na jakiej to zasadzie ich włodarze na Zachodzie tak suto dotują ferrari i aston martiny? W normalnym kraju w stanie wojny obronnej, gdyby ktoś zaiwanił kasę na pomoc z zagranicy, to odbyłoby się rozstrzelanie na rynku z udziałem publiki i byłby w tydzień porządek. Ale takie mamy czasy z bezkarnością rządzących.

No bo zobaczmy: myśmy się wypruli z paru setek miliardów (to się wciąż liczy, tylko nie wiadomo jak, zaś proceder wypruwania się trwa), zaś jak widać ukraińscy oligarchowie – nic a nic. Mydli nam się oczy tym, że jakoby Ukraińcy ratowali swoimi składkami polski ZUS i NFZ. Po stanie tych instytucji widać, że lepiej by było chyba zrezygnować z takiej kontrybucji. Do tego systemu Ukraińcy wpłacają parę miliardów, wyciągają za to dziesiątki. Bilans jest ewidentnie ujemny i stanowi filar systemowej zapaści np. takiej służby zdrowia. Jaka jest kontrybucja ukraińskiego biznesu, który – podobno – daje (uwaga!) Polakom pracę? Pewnie bez tej gospodarności Polacy by sobie sami nie poradzili.

No to jak to jest, że Ukraińcy wykupują w Polsce polskie biznesy? Skąd mają kapitał? Czyżby… od nas? No dobra, niech będzie, że sami zarobili, to czemu inwestują w fuzje polskie, kiedy (pamiętam z filmów) w trakcie wojny Polacy dawali swoje obrączki, by wesprzeć wysiłek zbrojny polskiej armii? Wyświetlmy sobie następujący obrazek: jest powiedzmy 1943 rok, trwa II wojna światowa, Wielka Brytania, Anglicy pomagają jak mogą walczącej Polsce, podczas gdy Polonusy rozbijają się po Londynie limuzynami, na które nie stać Anglików, wykupują ich firmy, siedzą na socjalu i w przychodniach. A tak jest teraz w Polsce. Przypomnę, że etosem Polaków w II wojnie światowej był ruch odwrotny. Ładnie to pokazywał serial „Jak rozpętałem II wojnę światową”, który jest de facto historią Polaka, przemierzającego całą Europę, Bliski Wschód i Afrykę by przedrzeć się do Polski, po to aby o nią walczyć.

Pokój jako sierota?

No właśnie – skoro, jak widać na wyrost, wiele grup przyznaje się do tego, że to „ich wojna”, to czyja jest ona naprawdę? Widać to po tym, kto i czy… tej wojny nie chce skończyć. To zaprawdę musi być wtedy jego wojna. Nie chce jej skończyć Putin, bo im dłużej ona trwa, tym jego sytuacja się polepsza. Nie chce jej skończyć Zełenski, który kolejny raz nie chce skorzystać z szansy, by późniejsza odsłona dała mu… gorsze warunki pokoju. Czemu tak czyni? Pewnie z kilku powodów: po pierwsze z końcem wojny czekałoby go rozliczenie i to głównie z wracającymi z okopów, po drugie – Zełenski dokładnie gra w lidze europejskiej, której kontynuacja wojny jest też na rękę. Wojna na Ukrainie odsuwa uwagę obywateli od właściwych problemów generowanych przez rządzących, którzy negatywne efekty swych polityk mogą zrzucać na poświęcenia wojenne, motywowane pięknoduchostwem szantażującym obywateli. Wojna to też wspaniały mechanizm popychający do zacieśnienia integracji europejskiej w projekcie federacyjnym Unii. Zbrojeniówka chce tej wojny, chcą jej też ukraińscy oligarchowie, którzy mają „złoty czas”, a takich miodów kończyć za bardzo nie chce się. Za promotora pokoju, za nie swoją oczywiście cenę, robi już chyba tylko Trump, no może jakieś rosnące grupy Ukraińców. Niestety wojny też chce polska klasa polityczna i to praktycznie – poza Konfederacjami – w całości. Lewacy – wiadomo, będą grali jak im Unia zagra, zaś PiS jedzie już tym podżegactwem siłą rozpędu, będąc jednocześnie proamerykański popiera wojnę, której Trump nie chce.

Spróbowaliśmy więc tu sobie rozebrać na drobne latające w powietrzu zapewnienia o „naszej wojnie”. Całe szczęście, że to nieprawda, bo z takim stanem państwa dawno byśmy taką wojnę przegrali i popadlibyśmy w niewolę. A w niewoli i tak jesteśmy, tyle, że (na razie) w niewoli narracyjnej wojny, w której podobno wojujemy, zaś tak naprawdę jesteśmy tylko źródłem zaopatrzenia konfliktu, który im dłużej trwa, tym bardziej na tym tracimy. Taka to ta „nasza wojna”.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *