24.01. Kościół na rozdrożu

0
dmuch to

24 stycznia, wpis nr 1392

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Kiedyś w powieści Prusa „Lalka” zauważyłem taki fenomen, że tam się chodziło na ciekawe prelekcje, wykłady, co było pewnym, sezonowym zresztą, zwyczajem arystokracji. Wiadomo, nie było wtedy telewizji czy radia, zaś raczkująca prasa nie zajmowała się takim rzeczami: była właśnie spóźnioną pogonią za relacjonowaniem zdarzeń. O dziwo – zauważam nawrót tej tradycji w dzisiejszych czasach – widać mamy deficyt w mediach szybkiego dostępu, bo albo skupiają się na bieżączce bzdur, albo łżą jak (na?)wynajęte. Zauważam ten nawrót bo sam często chodzę do warszawskiego Klubu Stańczyka, gdzie odbywają się często spotkania z ciekawymi prelegentami i na ciekawie pogłębione tematy.

Trigger

Ostatnio w jednym z cyklicznych przejawów takich spotkań trafiłem na rozmowę dwóch ekspertów o pontyfikacie naszego papieża, Leona XIV. Byłem zaciekawiony, bo moje zainteresowanie papiestwem mocno spadło od czasu, kiedy Watykan i jego stolec stał się przedmiotem spekulacji ideologicznych, oddziaływania świata zewnętrznego na doktrynę Kościoła. Pogubiłem się w tym, bo kiedyś było proste – był sobie papież, lud się modlił, w Watykanie trzymano kurs, bez większych szarpań, przynajmniej w świadomości ludu bożego. Teraz to się pomieszało wszystko i chciałem sobie wyklarować, co to za papież, ten amerykański. Wstyd powiedzieć, ale moja ignorancja doszła do tego poziomu, że musiałem sobie wygooglać nowego papieża, by nie pomylić imion i numerów. A więc zaczynałem tę prelekcję jako widz typu tabula rasa.

Mocno się zawiodłem i to z kilku powodów. Okazało się bowiem po pierwsze, że z tym Leonem to nie bardzo wiadomo: mało się deklaruje, bardziej tak na okrągło, nie odnosi się do wielkich wyzwań Kościoła wobec wpływów świeckich mód ideologicznych – tym razem to on stał się tabula rasa dla komentujących ekspertów. Ci raczej radzili, żeby poczekać, bo idą takie czasy, że się będzie musiał określić i wtedy zobaczymy kto zacz. Coś – przy zachowaniu proporcji – jak z naszym prezydentem Nawrockim. Wiele środowisk ma wielkie (i niestety czasem sprzeczne) nadzieje, że ten nowy spełni ich długo odkładane pragnienia i na razie nic nie wiadomo, bo wiele sygnałów jest sprzecznych. A więc o papieżu nie za dużo się dowiedziałem. Tak chyba, jak i świat.

Ale zafrapowało mnie jedno – miałem poczucie w tej dyskusji, że gdzieś już to widziałem. Okazało się bowiem, że przedmiotem analizy „sytuacji papieskiej” stały się meandry watykańskich frakcji, intrygi pałacowe, dworskie dopychanie się do ucha władcy, sfery wpływów i pieniądza. Bardzo to skomplikowane, tuziny jakichś nazwisk czy to kardynałów, czy innych dostojników – pełna wiwisekcja zamieszania hierarchicznego kościoła. Całe permutacje możliwości frakcjonowania wpływów, walki polityczne na całego, jak… wszędzie na świecie. Tyle, że w strukturze niedemokratycznej jaką jest Kościół, owiane to wszystko jakimś woalem tajemnicy, spekulacji wobec nietransparentnej struktury, i co do osób, i co do mechanizmów niejawnych kształtowania się wpływów. Żmijowisko jakieś i eksperci, którzy się temu przyglądają, próbując rozplątać wężowate sploty, tłumacząc każdy sznurek z tego krajanego kłębka.

Już w trakcie tej zabawy olśniło mnie – już wiem, co to mi przypomina! Otóż w beznadziei stanu wojennego oraz z racji swojego wykształcenia – filolog rosyjski – zaangażowałem się w dziedzinę polityki zwaną sowietologią. Impulsem do tego stał się mój kumpel, który z podziemnego wydawnictwa „Krąg” przyniósł mi dziejowy projekt – wydać (w podziemiu!) dwutomową, prawdziwą historię Związku Radzieckiego. Dwaj autorzy – Heller i Niekricz – wydali to dziełko po rosyjsku w Paryżu, dostałem więc dwa tomy cieniutkiej bibułki, po rosyjsku, i zadanie szybkiego przetłumaczenia tych dwóch tomów na polski, tak by w podziemiu można było dokonać wiekopomnego dzieła – największej publikacji poza oficjalnym obiegiem.

Sam bym nie dał rady, a więc wpadłem na pomysł, by zatrudnić do tego zespół… moich nauczycieli akademickich, zwłaszcza Rosjanek, które uczyły nas praktycznego rosyjskiego. Ta grupa okazała się zadziwiająco antykomunistyczna i ochotna, ale w związku z ich większymi kompetencjami co do języka rosyjskiego niż polskiego, moja praca ograniczyła się do tego, by sprawdzić czy to towarzystwo dobrze przetłumaczyło na polski. Miałem więc całą paczkę zakonspirowanych nauczycieli, ale muszę przyznać, że nie dało mi to żadnych faworów na egzaminach, chociaż to ja płaciłem swoim egzaminatorom.

Sowietologia

Tak czy siak przeczytałem te wszystkie teksty i zobaczyłem cały obszar sowietologii, nauki zachodniej (nasi to się nie za bardzo mogli przebić do zachodniego obiegu), która zajmowała się badaniem ustroju radzieckiego, zwłaszcza co do jego projekcji przyszłych działań, taktyk czy strategii. Później tych ludzi zobaczyłem w filmach amerykańskich, gdzie w przypadku tematyki zimnowojennej zawsze występował jakiś „analityk”, który na pamięć znał daty urodzin żon radzieckich notabli oraz lokalizację ich ulubionych kochanek czy dacz. Ale w sensie naukowym – z powodu ograniczonego dostępu – była to gruba spekulacja. Żelazna kurtyna działała w obie strony i znakomicie ekranowała wieści z Kremla, a więc potrzebne były różne kryształowe kule, bo cały obraz nie był widoczny, zaś istniało podejrzenie, że wiemy o Kremlu tyle ile ten chce byśmy wiedzieli. W każdym razie zafascynowałem się sowietologią, zwłaszcza w krytyce jej zachodniej naiwności, którą żwawo uprawiali dysydencji, uciekinierzy z kraju wielkiej szczęśliwości. Ci dokładali do sowietologii teoretycznej zmysł praktyczny, który rewidował okrutnie zachodnie spekulacje oparte w dodatku na kompletnie innym postrzeganiu świata – różnicy w ocenie o kryteriach łacińskich wobec konstrukcji cywilizacji turańskiej. Mnożyły się tu różne nieporozumienia, ale nie o tym tutaj.

W sumie spekulacje te ograniczały się do tropienia meandrów pałacowych intryg, śledzenia dworskich kamaryli i liczenia frakcji wzmacniających lub osłabiających sprawczość Pierwszego Sekretarza. W dodatku za główne narzędzie mierzenia wpływów robiła analiza kto w jakiej kolejności stał przy Pierwszym Sekretarzu na trybunie honorowej podczas obchodów rocznicy rewolucji październikowej (co to się w listopadzie odbyła). Stąd, oraz z kolejności wymienienia notabli w gazecie „Prawda”, wyciągano wielopiętrowe wnioski kto z kim, kto w niełasce, a kto idzie do góry. Bardzo pouczający eksperyment z taką optyką wykonał zbiegły na Zachód dysydent, Suworow, który wbił do kompa kilkadziesiąt takich list i puszczał je zapętlone jedna po drugiej. Dołożony do tego widoku puszczany utwór „Taniec z szablami” Chaczaturiana dawał pokaz „krążenia sowieckich elit”: ot, pojawiał się jakiś pretendent, piął się do pozycji bliskich wodzowi, po czym nagle spadał i ginął w odmętach nomenklaturowego niebytu, inni trwali na swych poślednich pozycjach, ale na stałe, rodziły się grupki trzymające się razem, spadał, wschodziły – ot, rzeczywisty taniec z szablami.

Takie podejście miało swoje duże wady, gdyż skupiało się albo na niepewnych przeciekach, albo podobnych spekulacjach, było ograniczone jedynie do dynamiki samej władzy, nie zaś do mechanizmów powodujących zmiany na szczycie, co było wiedzą zawsze ex post, a przecież zadania sowietologii miały cele predylekcyjne, przewidywania co się może tam dziać i stać groźnego dla Zachodu, za tą żelazną kurtyną. W sumie trwało to wszystko do czasu aż zjawił się Reagan, który jako prezydent USA nie bawił się w dzielenie kremlowskiego włosa na czworo, tylko uderzył Sowietów w ich piętę achillesową – niewydolność gospodarki centralnie sterowanej. Tę zapędził w jedyny kąt, gdzie musiała przegrać, czyli w wyścig zbrojeń. Rosjanie mogli przegrać – i przegrywali – w realizacji ambicji konsumpcyjnych swych obywateli za pomocą swej gospodarki. Ale mieli oni lud cierpliwy, od wieków ustawiony w pozycji trójcy rządzenia Rosją: jednowładztwo, ideologia oraz specyficzne pojęcie własnej wyjątkowej tożsamości określanej dziś jako „naszość”. Wszystko to dawało niewyczerpywalny  kredyt od ludu niesuwerennego dla władzy – Rosjanie mogli i głodować (nie pierwszyzna), byleby na Rusi było po ichniemu. Ale w jednym Sowieci musieli podjąć rękawicę – w zbrojeniach. Podjęli i przegrali. Wtedy skończyła się mniemana sowietologia i zamiast spekulować kto z kim w Moskwie, Ameryka poprzez fakty dokonane przeszła do ofensywy.

Watykanologia

Już Państwo po tym tekście wiecie do czego zmierzam. Tak, to co się dzieje na Watykanie przypomina mi te sowietologiczne czasy, łącznie z ekspertami – kiedyś sowietologami -, teraz watykanologami. Wszystko jest takie samo: spekulatywność analizy, spowodowana utajnieniem procesów w ciele niedemokratycznym, obawa przed niewiadomymi rezultatami takich procesów, skupienie się na intrygach, które zastępują z braku informacji analizę procesową, skupienie się na osobach. Wreszcie podstawowe podobieństwo, które jest tematem głównym tego tekstu.

Za komuny to było tak, że ustrój „jakiego świat nie widział”, został wprowadzony terrorem, ale potem został przekształcony w spragmatyzowaną ideologię. Jej pragmatyzm polegał na tym, że wiara w komunizm praktycznie kompletnie wygasła, na tyle, że niedorżnięci prorocy prawdziwego komunizmu byli represjonowani tak samo, a czasem ostrzej, niż zadeklarowani przeciwnicy ustroju realnego. Ci akolici źródeł przeszkadzali, bo wciąż wskazywali, językiem liturgicznym przecież, na niewykonanie celów zadeklarowanego komunizmu, a to władzy nomenklatury, w którą przekształciła się szpica władzy komunistycznej, przeszkadzało jak nic bardziej. Sama władza używała ideologii tylko do uzasadniania swej pozycji w hierarchii i wyznaczania ideologicznej busoli represji. Nikt nie wierzył w komunizm. Dla ludu wystarczyło tylko spełniać jego obrządkowe, zewnętrzne wymogi i deklaracje i jakoś się żyło. Lenin z Marksem obracali się w grobach.

I z tej rozmowy o Watykanie wynikał podobny wniosek. Gdzieś w tych intrygach, frakcjach zaginął Duch Święty. Cała wiara jest poza tym – zostało tylko świeckie nawalanie się o władzę w życiu doczesnym, stąd łatwa podatność na świeckie wpływy rozpychającego się profanum. Cały system, łącznie z analizującymi to ekspertami jako żywo przypomina prezydium komitetu centralnego. Tak i Watykan używa wiary jako obrządku uzasadniającego obsadzenie hierarchii konkretnymi notablami, nie wiadomo w ogóle czy ktoś tam wierzy w Pana Boga, choć recytuje katechizm z pamięci, Słowo staje się prostą narracją, niczego nie niesie, oprócz wymogu podległości ludu wobec samowyświęcających się hierarchów. Świat świecki coraz bardziej tam wnika, bowiem to coraz bardziej świeckie dylematy. Został jeszcze lud.

Populus dei

Jak się słucha o tych wszystkich meandrach watykański, które w dodatku natychmiast przenoszą się hierarchicznie do kościołów narodowych, to widać, że ta warstwa Kościoła jest przegnita do kości i wygląda na to, że nie masz nadzieje… Pasterze fraternizują się z wilkami, niektórzy z pasterzy zwodzą swe owieczki, dzielą je na podstada, konfliktują ze sobą. Baranki posłusznie, zgodnie z doktryną, słuchają się pasterzy, ale ci przemawiają różnymi głosami, wystarczy przejść z jednego kościoła na drugą stronę ulicy, by w innym kościele poznać całkiem nowego Boga. Jest więc pomieszanie, stadko się rozprasza, staje się łatwym łupem wilków materialnej obietnicy, która kusi nie życiem wiecznym – o tym wszyscy jakoś zapomnieli – ale może krótkim, ale za to pewnym, bo tu i teraz, zadowoleniem z konsumpcji.

Wygląda na sytuację beznadziejną. Ale jest jeszcze lud. Tak, ten lud, o którym papież Benedykt XVI mówił, że Kościół może upaść, ale tylko do poziomu, gdzie się narodził – do duchowo zaangażowanej sekty, prześladowanej po jaskiniach, ludzi większego serca niż rozumu, depozytariuszy tej fides simplex, prostej wiary, którą ukochał Chrystus, przewyższającej wszelkie spekulacje nie tyle już co do hierarchicznej warstwy kościoła, ale sublimacji prawd wiary, opartych nie na zawierzeniu ale na zwodniczym rozumie. Wszak to po kościołach lud do tej pory śpiewa: „wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój”, co nie jest wezwaniem do obskurantyzmu, tylko przypomnieniem, że do tego, by w kawałku mąki pomieszanej z wodą widzieć Boga-Człowieka rozum jest tylko przeszkodą, zaś wiara jedyną busolą. O tym kościół – mam nadzieję, że tylko hierarchiczny – dziś zapomniał.

A to – tylko w mojej spekulacji, ale może i nie tylko w mojej – wskazuje jednak na źródło nadziei. Jest nią lud boży, który nie ma zamiaru dyskutować o Lawendowych Mafiach, synodalności i takich tam kawałkach – to zabawy dla niegdysiejszych sowietologów, dziś watykanologów. Jeżeli jest gdzieś Duch Święty, to chyba już tylko wśród ludu. Kiedy Duch Święty wyraźnie przysypia na konklawe, już któryś raz, kiedy po poczynaniach hierarchii, szczególnie w okresie kiedy w czasie kowida spadły maski, nie widać tego światła wiary w duszach kapłanów, zostają już tylko porządni księża na prowincji i lud boży, który nie daje się zwieść fałszywym proroctwom Nowego Kościoła.

Potrzeba nam tu nowego Wyszyńskiego, ale skoro Duch Święty przysypia, to go nam na pewno nie wybiorą pozbawieni łaski hierarchowie. A może Duch Święty nas doświadcza swym milczeniem? Może – wzorem wieszczącego to Benedykta – mamy jako Kościół Boży przejść jeszcze raz tę oczyszczającą drogę – od katakumb, prześladowanej sekty ludzi wiary, do ponownej wielkości, tym razem mniej materialnej?

Fides simplex

Kiedy rozmawiałem o tym z ekspertem. On wskazywał, że w czasach początków chrześcijaństwa wielu oponentów Kościoła chciało zbudować konstrukcję organizacyjną opartą o wzorce struktury kościoła chrześcijan. Wszystko szło dobrze, aż do momentu, w którym się okazywało, że jeśli tej struktury nie wypełni wiara, to nic nie działa. Kościół – powtarzam, tylko ten hierarchiczny, mam nadzieję – idzie w drugą stronę. Traci wiarę i staje się powoli wydmuszką organizacyjno-finansową, która bez światła wiary będzie się żywiła już tylko sama sobą, a więc będzie się zapadać. Co dowodzi, że Kościół będzie oparty na fundamencie wiary, albo go w ogóle nie będzie. A przed tym uratować nas może tylko prosta, uczciwa, ale i autentyczna wiara ludu, nie zaś miazmaty w jakie osuwa się hierarchia w walce o coraz bardziej świecki – rząd dusz. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

              

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *