10.06. Przekleństwo wyrywnego pierwszego.

10 czerwca, dzień 830.

Wpis nr 819

zakażeń/zgonów

53/0

Zawsze ze mną tak było. Przyciągałem kłopoty, a właściwie sam się w nie pchałem. Nie wiadomo skąd miałem charakter oporowy wobec wszelkich więzów i systemów. I zacząłem oczywiście od szkoły. Tak to jest, że jak już w szkole system nie złamie takiego gagatka, to zostaje mu na dłużej. Mnie to nie złamało, za co płaciłem złymi ocenami z zachowania, zgryzotą rodziców i tym, że nauczyciele (ci jeszcze żyjący)… pamiętają mnie do dziś. Oczywiście był to cielęcy opór, nie wynikający z jakichś specjalnych powodów. Ot, taka przekora. Dość kosztowna zresztą. Taka raczej poza, by się sprzeciwiać, bo jakiekolwiek systemy wydawały mi się niepotrzebnymi pętami, które nie wiadomo po co narzucali ludzie ludziom.

Kiedy ukończyłem studia ze specjalnością nauczycielską, gdy poznałem na praktykach koleżeństwo uczniowskie i przeżyłem parę przerw pilnując rozbrykanych watah Hunów odczytałem to nie tylko jako karmę, która wróciła, ale zrozumiałem jaki byłem wtedy nieznośny i takich jak ja to bym rozdarł na strzępy.

Ale gen został (co zrobić z genami?), chyba po Matce. Ta była pryncypialna do bólu i nie znosiła naginania swoich zasad do relatywizmu świata. Prosta droga do samowyniszczających codziennych batalii na śmierć i życie, ze światem i z ludźmi. Dopiero jak zacząłem powoli rozumieć obroty świata, w którym przyszło mi żyć, to kwestia buntu nie odeszła, ba – nawet się nasiliła. Nawet nie wiedziałem, że stałem się antysystemowcem. Za komuny była to częsta droga. Różniła się tylko momentem odpuszczenia i poziomem urządzenia się w konformistycznej niszy. Nie był to więc akt jakiejś szczególnej odwagi. Ot, coś w stylu Herbertowskiej „Potęgi smaku” – to wcale nie wymagało wielkiego charakteru.

Dopiero czasy Pierwszej Solidarności dały szerokie pole do ujawnienia się skali buntu przeciw systemowi i to buntu twórczego. Wspomagała mnie bowiem krzepiąca świadomość, że wielu tak ma, co jest rzadkim przywilejem w życiu buntownika. Świadomość, że (znowu Herbert) (nie) „jesteśmy – sami”. Potem, w stanie wojennym, przyszły na mnie srogie termina. Po wyjściu z obozu internowanych zaangażowałem się w spektakularną działalność podziemną (radio) i były to czasy trudnej próby. Armia odpływała. 10 milionów ludzi zaczęło odpadać, strumieniami, rzekami napędzanymi strachem i wojenną stabilizacją na poziomie kartek żywnościowych. Na szczęście kredytowała mnie rodzina, bo pewnie jak inni musiałbym się zacząć rozglądać za jakąś robotą, a ta za komuny wciągała szybko w bagno kompromisu. Ale dałem radę. Głównie z powodów… moralnych.

Śmieszą mnie dziś ci, którzy mówią, że wtedy walczyli o zwycięstwo, mieli jakieś polityczne kalkulacje. Ja, może dlatego, że polityczny neptek, takich kalkulacji nie miałem. Może dlatego dociągnąłem do końca, podczas, gdy ci co mieli rachuby na politykę często się zniechęcali brakiem realnych rezultatów. Ja miałem, wcale nie wyższościowe, podejście moralne. Obliczone na własny spokój sumienia. Dla mnie – dziś od Herberta się chyba nie uwolnię – „była to sprawa smaku/ Tak smaku/ który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo/ choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała/ głowa”. Oczywiście głowy to tam nikt mi nie urywał i nie zanosiło się na ofiarę ostateczną, co zdaje się wyczuwałem i mogłem sobie pozwolić na swój prywatny poziom bohaterowszczyzny. Ale przynajmniej ocaliłem duszę swoją (wtedy).

I nabrałem jednej wprawy. Zacząłem najpierw rozpoznawać, później – przyciągać – takich typków jak ja. Wyczuwałem przez ścianę. Takich rozbitków, którym cały czas siedzi na ramieniu ten upiorny duszek, szepczący do ucha, że tak nie należy. Przekleństwo, które sprawi, że nie doznasz spokoju, będziesz się albo męczył przygryzając wargi sumienia, albo narzucał swoją źle pojętą, bo braną za wywyższanie się, pryncypialnością. To nieczęste spotkania, jak ginących gatunków w lesie. Rzadkie, ale tym bardziej radosne. Dziwne, bo jak się człek zorientuje kto zacz, to… nie ma o czym specjalnie gadać, bo wszystko już jest jasne.

Dostałem za takie życie same bęcki. Ale zobaczyłem, że jest to warte zachodu, bo zacząłem się zastanawiać wspólnie z myślicielami dlaczego np. armia rusza do ataku, albo przestaje uciekać. Przecież musi być ten pierwszy, który wyskoczy z okopów, wcale nie wiedząc, czy pójdą za nim inni, albo ten pierwszy, który przestanie uciekać i grozi mu stratowanie ze strony spanikowanego tłumu. Tacy prawie zawsze przegrywają („nie mieszkają w historii”), bo dopiero masa stanowi, że dołączają inni. Albo przestają uciekać. Mnie los wyznaczył niestety tę rolę. Ale bez takich typków, którzy tak się nadstawiają, właściwie nie wiadomo dlaczego, zmieniają się obroty tłumów, zmienia się historia i świat. Nie dodaję tu sobie nienależnej mi ważności. Ot, piszę sobie o poruszeniach własnej duszy, w miejscu i wśród ludzi, których na mojej drodze postawiło przede mną przeznaczenie. Pomyślcie czasami o tych przegranych-wygranych. Ja ich widzę w swoim świecie, rozpoznaję wspólną, rzadką grupę krwi. Widzę wspólnotę losów obróconych na słodko-gorzką satysfakcję, skierowaną wyłącznie do siebie.

Kiedyś myślałem, że to jakaś skaza na moim charakterze, tak się pchać. Ale Herbert mi to wszystko wytłumaczył. Zaś w momentach zwątpienia wystarczy tylko przeczytać po raz tysięczny „Przesłanie Pana Cogito”.

Być wiernym. Pójść.

I powiesić nad łóżkiem to zdjęcie:

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.     

2 thoughts on “10.06. Przekleństwo wyrywnego pierwszego.

  1. A tymczasem i teraz strumyki odpływają.
    Koleżanka w pracy. Wytrzymała całe szaleństwo kowidowe, nie dała się „wyszczepić”, nawet nie zachorowała.
    A miesiąc temu jej brat zaczął w Stanach umierać na przewlekłą chorobę. I ona chce mu pomóc, zobaczyć, zaopiekować się.
    Ale bez ausweisu – eintritt nach USA verboten.
    Tłumaczyłem- daj w łapę i wylej, aby tylko ausweis dali. Ale nie miała już czasu by szukać jakiegoś lekarza wyklętego.
    I dała sobie wstrzyknąć to świństwo, już teraz, kiedy na nic to nikomu, poza mafii z bigpharmy.
    A wstrzykujący jeszcze sobie z niej dworowali… Że dopiero teraz.
    Tak więc miał Pan, Redaktorze duuuże szczęście. Że nie stanął Pan np. przed takim ostatecznym wyborem jak ta moja znajoma dziś.
    Bo niektóre wybory, jeśli są PRAWDZIWE, ZAWSZE łamią wybierających.

  2. „Bunt jako forma samorealizacji”. U niektórych Herbert u innych Lec.
    Za wszystkim stoi UPADEK AUTORYTETÓW, a jeśli trafi w okres dojrzewania – mamy gotowy przepis na bunt przeciw światu … Wtedy już tylko „Buszować w zbożu” by na koniec stwierdzić, że:
    „Unikanie klatek, wpadek i pułapek kosztuje znacznie więcej energii niż przeróbka więzienia na znośny azyl”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: