11.08. 150 dni płonnych nadziei. Bilansik

11 sierpnia, dzień 161

Wpis nr 150

zakażeń/zgonów/ozdrowień

12.345/1.2345/12.345

To już 150. wpis. W swoim setnym dokonałem podsumowania pierwszej setki z punktu widzenia tego co się wydarzyło. Dziś przy 150. wpisie wracam do wątków nadziej z początków koronawirusa, kiedy świat myślał, że po takim szoku MUSI się wiele zmienić – zmieniło się, ale czy po myśli większości ludzi? I czy na lepsze?

Pamiętam jeszcze z kwietnia nie tylko moje rozważania jak to się skończy ta pandemia. Wiele osób miało wspaniałe wizje, że chwilowe zatrzymanie się świata i poszczególnych ludzi we wcześniejszym biegu do… nikąd sprawi, że i świat, i indywidua zastanowią się nad sobą, spojrzą wstecz i wyciągną wnioski na przyszłość.

Dla wielu – osobiście – w kwestii ich własnych losów była to projekcja swoich pragnień, to znaczy: wreszcie będę miała/miał/miało czas, siądę (może z rodziną), zastanowię się co dalej, może zwolnię tempo, może zmienię kierunek? W większości skończyło się pewnie tak jak na noworocznych obietnicach: kupiliśmy sobie w marzeniach karnet na siłownię zmiany własnej figury życiowej, i – po pierwszych próbach skończonych zakwasami – karnet wrzuciliśmy do szuflady i wróciliśmy na swoje tory, lekko tylko przyszlifowane pandemią.

Gdy dziś patrzę po znajomych na tę skalę mikro, to w wielu przypadkach się zmieniło. I to nie tyle z powodu decyzji, a raczej okoliczności. Wielu straciło pracę, musieli więc przeformułować nie tylko luksus swoich pasji zamienianych na zawód, ale i obniżyć swoje potrzeby, tak by je dostosować do niższego poziomu środków na ich zaspokojenie. Przy zachwianiu się prywatnej gospodarki wielu upatruje nadzieję na bezpieczną pracę w jej przeciwieństwie – instytucjach publicznych pozbawionych ryzyka gospodarki kapitalistycznej, z niej żyjących, ba – czasami jej wrogich.

W skali makro nadzieje na zmiany także rozłożyły się po linii wishful thinking. To znaczy każdy sobie, wedle własnych upodobań aksjologicznych, dokonał projekcji, że jak się świat zatrzyma i zastanowi nad sobą, to w obszarze wartości każdego z nas będzie lepiej. A że tak nie mogło być wobec wszystkich, czasem wykluczających się, politycznych nadziei – warto zobaczyć „komu się spełniło”.

Wyłonił się chaos, co być może i zadowala lewicę, bo przed nastaniem „nowego wspaniałego świata” musi być przecież zamieszanie obalania cywilizacyjnych pryncypiów, by wyłonił się nowy człowiek. A więc lewaków możemy odhaczyć jako zadowolonych. Konserwatystom się – znowu – nie powiodło, bo jak może się powieść formacji osadzonej na tradycyjnych wartościach, co najwyżej powoli ewoluujących w miarę obiektywnego rozwoju ludzkości. Teraz wszystko przyspiesza przecież i to w różne strony.

Ciekawe jak się ma globalizm? Jak to się mówi „żadnego kryzysu nie można zmarnować” i globaliści szykują Wielki Reset. Niektórzy z globalistów mówią, że właśnie przechodzą na swój wyższy pułap, z rządem światowym, zgodnie wieszczonym przez nieoczekiwany sojusz – lewicę i… finansjerę. Niektórzy mieli nadzieję, że pandemiczny reset pozwoli uzdrowić nadymane pustymi narzędziami światowe finanse, ale po tym jak okazało się, że poszczególne państwa głównie „tarczują” banki i wielkie korporacje, kosztem małego i średniego biznesu, widać, że będzie coraz więcej tego samego. Globalizm jednak będzie się musiał przeformułować gospodarczo, odkąd jego główny beneficjent – USA – stracił prymat światowego hegemona. Dziś będą rozdawać karty Chiny, a nie wiemy, czy postawią na nowy globalizm, czy protekcjonizm własnych jedynie interesów. Światowy lider zawsze zyskiwał na wolnym handlu, ale zawsze też był to ktoś z cywilizacji zachodniej. Nie wiadomo jak taka reguła sprawdzi się w przypadku Chin.

Unia miała się także zmienić po resecie. Przypomnę, że w pierwszej fazie koronawirusa Unia w ogóle zniknęła, zaś z pandemią mierzyły się państwa narodowe – każde z osobna. To – na początku – osłabiło na tyle Unię, że pojawiły się pytania: po co właściwie nam ona jest? Ta pozbierała się w parę miesięcy i zaciągnęła zbiorowy dług u… samej siebie, po to by zasilić państwa upadające pod ciężarem lockdawn’u. Ale tym samym stworzyła z tej pomocy mechanizm szybszej, pozatraktatowej integracji, uzależniając zbiorową pomoc od ingerencji w kompetencje państw. Spróbuj się teraz wyexicić z takim długami w rodzinie. Myśmy dostali rykoszetem praworządnościowo-klimatycznym, a zaraz dojdzie jeszcze kryterium LGBT i może „wolne media” dodane do (zaprawdę) „wolnych sądów”.

Świat się wcale nie uspokoił – nic nie wyszło z tej zadumy, nawet jeśli ona kiedykolwiek zaistniała. Mamy do czynienia ze wzrostem konfliktów i wielowektorowym rozszerzeniem się ich płaszczyzn. Krew się burzy w ludziach, co może być efektem odkładanej frustracji pokowidowych społeczno-politycznych reperkusji. Mamy konflikty religijne, LGBT, rasowe, czy wprost wojenne. Karty świata się tasują, a wtedy lecą po bruku głowy ludzi i gną się granice państw. Mamy „wojnę cesarstw” o prymat, lub chociażby o rozszerzenie swoich interesów w przypadku „imperiów kieszonkowych”. Rozpycha się Rosja i Turcja, Iran dogaduje się z Chinami. Pakistan i Indie nie chcą siedzieć bezczynnie. A że to daleko od naszej „wsi spokojnej”? W dzisiejszych czasach nic nie jest daleko, bo akurat ten rodzaj globalizmu jest niezagrożony.

My zaś bukolicznie nawalamy się w konfliktach na pastuszym poziomie i w ogóle nie interesujemy się, że, i czy, przyjdzie jakiś nowy światowy dziedzic naszego dzierżawionego od historii bożego poletka. Kłócą się tęczowi pastuszkowie z siermiężnymi. Dla polskiej polityki to super spór odciągający nas nie tylko od meritum zabagnienia spraw krajowych, ale i od rozumienia świata poza naszym bożym igrzyskiem. A potem przyjdą jakieś inne pany i zaczną się u nas rządzić po swojemu. Większość z nas się i tak rozejdzie do dawnych robót w pańszczyźnianej korporacji, mniejszość zaś będzie znowu utyskiwać, że tak to już z nami jest. Kłócąc się o nasz zaścianek znowu tracimy podmiotowość. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że ta utrata nie będzie w globalnym świecie już tak bezpośrednia, jak to bywało w XVIII wieku.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: