20.11. Wykres, od którego się wszystko zaczęło

20 listopada, dzień 263.

Wpis nr 252

zakażeń/zgonów/ozdrowień

819.262/12.714/407.075

Lubię szukać początków jakiś wielkich tematów. Nigdy w tym nie byłem dobry, bo wymaga to mrówczej pracy i ciągłego cofania się aż do źródeł newsa. Mam kilku ulubieńców, którzy są ekspertami w takim podejściu – ostatnio dodałem do tego grona Tomka Wróblewskiego, który w swoich cotygodniowych podcastach ma dużą zdolność do analizy i zrozumiałego przedstawiania rzeczy ważnych, acz skomplikowanych. Tym razem w swoim temacie o lockdownie wskazał on na istotne źródło – kowidowego „pacjenta zero”, czyli tego, od którego zaczęło się całe szaleństwo koronawirusowe i to nie w sensie epidemiologicznym.

Otóż okazało się, że źródłem wielu kłopotów, w które wpadliśmy (a od samego początku utrzymuję, że nasze kłopoty nie pochodzą od wirusa, tylko od tego jak na niego zareagowaliśmy) jest matematyk Neil M. Ferguson, który na samiuśkim początku pandemii wyliczył prognozę światowej pandemii. Państwa, jak jeden mąż łyknęły te wyliczenia, zaś sam matematyk opublikował je 16 marca. Wynikało z nich, że umrze nas na całym świecie ponad 40.000.000 do końca 2020 roku. Na świat padł strach, zaś od razu matematyk zaproponował remedium. Pojawiła się nadzieja: jak się wszystko pozamyka, przejdzie na całkowity lockdown gospodarki, izolację, kwarantannę i społeczny dystans to się uratujemy. Popatrzmy, jak wyglądała symulacja krzywej Fergusona:

Trzeba przyznać, że robi wrażenie, zwłaszcza, że wytrzymałość służby zdrowia (Bóg wie jak liczona) pokazana poziomą czerwoną kreską, zawsze jest poniżej skutków wprowadzonych obostrzeń. Co prawda ich kolejne fazy obniżają zajętość łożek szpitalnych, ale żadna nie dochodzi do poziomu wytrzymałości służby zdrowia.

W tych początkowych symulacjach brano pod uwagę kilka czynników, a kilku nie uwzględniono. Najważniejszym jak już było powiedziane powyżej była kwestia przepustowości służby zdrowia. Popatrzmy na symulację zgonów z powodu grypy N1H1 z 1918 roku:

Filadelfia nic nie zamykała a St. Louis wprowadził ostre obostrzenia – lockdown i izolację. Wnioski miałby być dwa – W Filadelfii pojawił się pik, który przekroczył pojemność służby zdrowia, zaś skumulowana liczba zgonów była większa niż w St. Louis. Czyli same plusy po stronie obostrzeń.

Idealny model „wypłaszczania” fali zakażeń zakłada pesymistycznie, że zakazi się praktycznie tyle samo ludzi w obu przypadkach wersji z obostrzeniami czy bez nich, ale w przypadku z obostrzeniami więcej ludzi przeżyje, bo ich „wypłaszczony” napływ zdoła obsłużyć służba zdrowia, zaś w przypadku wersji bez obostrzeń system nie obsłuży bo się zatka.

Wygląda to idealnie, ale ten modela zakłada wyłącznie zakażenia jednym patogenem. A my jesteśmy teraz świadkami fenomenu, że ta wypłaszczana fala zgonów obecnie ostro wzbiera, ale służba zdrowia nie wyrabia się nie tyle z powodu zakażeń kowidowych, ale napływu odroczonych ofiar ujednoimiennienia służby zdrowia. Obecnie służbę zdrowia postawił na krawędzi nie napływ kowidowców, ale pacjentów niekowidowych, ofiar wiosennego zamknięcia: przerwanych terapii, odłożonych operacji, wreszcie – strachu wstrzymującego zgłaszanie się z objawami różnych chorób do służby zdrowia, która jest – i faktycznie, i emocjonalnie – uważana za siedlisko śmiertelnego koronawirusa. Wtedy ten wykres wyglądałby (wygląda?) tak jak poniższa krzywa czerwona, i to już nie chodzi wyłącznie o obciążenie służby zdrowia, ale o ilość zgonów:

Teraz kiedy minął już jakiś czas możemy powiedzieć „sprawdzam”. Sprawdzam wobec tych enuncjacji, które sobie skrzętnie zebrałem już w marcu-kwietniu, jak to się wszyscy mądrzyli, że mamy krzywą, jest straszna, będziemy ją kontrolować. Naukowcy z Uppsali już w maju skonfrontowali model Fergusona dla Szwecji z jej rzeczywistością i okazało się, że do 7 maja według Fergusona miało na koronawirusa umrzeć 27.000 Szwedów, zaś zmarło ok. 3.000. Ktoś może powiedzieć, że to przez środki ostrożności, ale tych w Szwecji… nie było. A więc kwestia zamknięcia nie ma tu większego znaczenia, bo z nią czy bez niej Ferguson machnął się o rząd wielkości (to czerwone to rzeczywiste zgony w stosunku do symulacji).

Bezkrytyczne przyjęcie wyliczeń Fergusona popchnęło większość krajów do przesadnych działań, szczególnie do lockdownu, o którego „skuteczności” napiszę w poniedziałek. Ale wejście w buty Fergusona to był początek wejścia w lejek, z którego teraz ciężko wyjść. „Przebadaliśmy” testy na tyle, że ich wykrywalność jest coraz większa, co – w przypadku dawno już pozakażanych milionów Polaków – powoduje, że „odkrywamy” drugą falę, czyli prawdę o pierwszej (jedynej). „Drugą falę”, czyli cud natury, którego nawet nie zapowiadał obowiązujący, jak widać do dziś, apokaliptyczny model Fergusona.

I tak jak nie wiemy czy lockdown i izolacja „zapracowały” jakoś na korzyść krzywej zakażeń (widać, że jednak raczej nie) to po drugim lockdownie i wzroście zakażeń i zgonów (ogólnych i współistniejących) rządom trudno otwierać gospodarkę. No bo jak – zamykamy jak mamy niskie poziomy, a otwieramy, jak wzrasta? Toż to przyznanie się do błędnych decyzji. A tego żadne państwo nie chce. Chyba, że będziemy się bawić w nieweryfikowalną ciciubabkę, że jakbyśmy nie zrobili tego zamknięcia, to by nas umarło do końca roku te Fergusonowskie 40.000.000 milionów.

Ale ten argument znowu zabija taka Szwecja, która nie wprowadziła większości obostrzeń, a ma wyniki niekiedy nawet lepsze niż kraje, które pozamykały wszystko.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: