25.09. Dwie Solidarności

25 września, dzień 207.

Wpis nr 196

zakażeń/zgonów/ozdrowień

84.396/2.392/66.740

Miałem przed rocznicami Sierpnia’80 małą dyskusję na temat Wałęsy. Na twitterze. Ja tam z social mediami nie bardzo, więc nawet nie wiedziałem jak się tam pisze dłuższe elaboraty w odcinkach, więc argumentowało się ciężko. Chodziło w tej dyskusji o to czy uważam, że Wałęsa był po 1976 roku wciąż na pasku SB, czy się esbecji urwał i zrobił im w zemście rewolucję Solidarności. Na dowód tej tezy ten, co mnie zaczepił wykazywał, że Wałęsa Solidarności nigdy nie zdradził, ani do stanu wojennego, ani po stanie wojennym. A tym bardziej jako prezydent był niezależny.

Ja z kolei nosiłem się wcześniej z zamiarem napisania tekstu o dwóch Solidarnościach z czasów lat 1980-81 i żywym rozłamie tego ruchu, trwającym do dziś. Wałęsa, jako fenomen interesował mnie w tym mniej, jednak po tej twitterowej dyskusji doszedłem do wniosku, że o tych dwóch Solidarnościach bez Lecha nie da się porządnie opowiedzieć. Chciałem go wcześniej pominąć nie dlatego, że go nie lubię (bo go nie lubię) ale dlatego, że nie chce mi się już tłumaczyć zawiłości jego mataczeń dla tych co kwestionują jego współpracę z SB. A ma to dla „dwóch Solidarności” znaczenie kluczowe.

Od razu muszę zastrzec – na Lechu się zawiodłem (o tym, dlaczego – niżej) i będę o nim pisał bez estymy należnej wielkim ludziom. Uważam go za nasze nieszczęście (dlaczego – o tym też niżej) i dla tych, którzy mogą mi zarzucać, że tu jakiś robaczek pluje na wielką personę chcę napisać to, co zawsze im mówię. Jest dla mnie Lechu, jak dla większości Polaków, zawiedzioną miłością, a takiego czegoś człowiek raczej lekko nie wybacza. Z co najmniej dwóch powodów – myśli po prostu jak by to było pięknie, gdyby taki ktoś sprostał swoim obietnicom i po drugie – człek jest zły na siebie, że się dał wykiwać i to przez takie indywiduum. Ja mam jeszcze inny zawód – niemiłe zaskoczenie. Wiem, gdzie mi się tam mierzyć z dokonaniami Lecha, ale chciałem tylko napomknąć, że siedziałem w internowaniu w 8 osób w szesnastometrowej celi, kiedy on w Arłamowskim ośrodku wczasowym dzielnie opierał się komunie. Wyszedłem przed nim i walczyłem po piwnicach i ulicach z hasłem „Uwolnić Lecha”, kiedy on w swym odosobnieniu spożył łącznie:

– spirytusu – 2 but.
– wódki 289 but.
– wina 158 but.
– winiaku i koniaku 59 but.
– szampana 239 but.
– piwa 1115 but.

Nawet nie chce mi się wyliczać ile to wychodzi dziennie na głowę.

Jestem w kwetii Lecha zdradzonym kochankiem, który z kumplami wałczył o uwolnienie księżniczki więzionej przez smoka, a dowiedział się (po jej ślubie ze smokiem – jej wola…), że ta, już w trakcie tych walk, mocno z nim popijała, fraternizując się. Mam więc prawo oceniać Lecha surowo i trzeźwo, bo to także ocena mojego byłego ślepego zauroczenia. Jestem tu więc surowy także dla siebie.

A więc zacznijmy od Wałęsy. Ja przychylam się do tezy, że mimo tego, że jego esbeckie teczki kończą się na 1976 roku, to kończą się nie dlatego, że się im urwał, bo ślady takiego urwania się by pozostały, poza tym – jak to, gościu co miał teczki akurat znika, kiedy jest najbardziej potrzebny? Jak wchodzi do nielegalnych Wolnych Związków Zawodowych? Taki zasób i tak zmarnowany? Jak trzeba było donosić co tam na hali 86B to był cenny, a jak dostał się aż do WZZ, to nawet go nie szantażowali, nie mieli z nim żadnych rozmów? Ja uważam – i to jest dla mnie mój prywatny proces poszlakowy – że Lechu przeszedł do wyższej ligi. Że go wzięli wojskowi, którzy powolutku przejmowali od cywilnych co lepsze kąski i w końcu wykolegowali partię z władzy. A teczek wojskowych nikt nie otwierał. Do dziś.

Główną tezą tych, co uważają, że Wałęsa miał tylko epizod esbecki a po 1976 roku to gnębiony kryształ jest zawsze jedno – komuna byłaby głupia, gdyby sobie samej swoim współpracownikiem zafundowała rewolucję Solidarności. W związku z tym Lechu to trybun, który wskoczył w odpowiednim momencie na beczkę i dalej już poszło. Wydaje mi się, że taka teza wynika z niewiedzy na temat przebiegu strajków w Stoczni w sierpniu 1980 roku. Moim zdaniem zadaniowany Lechu dostał się do Stoczni by skręcić spontaniczny strajk stoczniowców. Skręcić w stronę postulatów „kiełbasianych”, podpisać szybko porozumienie i zakończyć strajk. I tak też Lechu zrobił. 16 sierpnia 1980 roku Lechu podpisał kwity i było po strajku. Dopiero szarża trzech pań na bramę, przez którą stoczniowcy wychodzili do domu po zakończeniu strajku przez Lecha powstrzymała tłumy i spowodowała, że strajk sie utrzymał i rozniecił pożar w całej Polsce. Przypomnę nazwiska trzech pań, na których determinacji wisiał włosek powodzenia Solidarności, pań, które strajk o kiełbasę w jednym zakładzie zamieniły w strajk solidarnościowy w wcałym kraju: Ewa Osowska, Anna Walentynowicz i Alina Pieńkowska.

No dobra – powie ktoś, to Lechu rozkręcił po tym strajk na ogólnopolski, bo mu tak kazali oficerowie prowadzący? Przecież to absurd. Moim zdaniem tu się pokazał cały Lechu. Bo ja mam tezę, że dopiero wtedy Lechu pomyślał, że się służbom urwie. Że ich oszuka. Przecież cały czas mówi, że z nimi grał. I że ich ograł. Myślał, że będzie na tyle popularny, że go nie ruszą, bo nikt w jego współpracę nie uwierzy. Że będzie, tak jak w grudniu 1970 roku, przekonywał z okna komisariatu milicji rozwścieczone tłumy do rozejścia się. Że będzie dla władzy wygodnym i niezastępowalnym pośrednikiem, którego będą się słuchały zrewoltowane tłumy. A on ogra jednych i drugich, i doprowadzi do kompromisu obu stron.

Jak ktoś dobrze pośledzi postępowanie Wałęsy w latach karnawału Solidarności 1980-81 to widać naprzemienność: tromtadrackie szarże i kapitulanctwo chwilę po tym. Myślę, że Wałęsie dano pobrykać, jak już się mleko rozlało, ale w chwilach naprawdę ważnych – kryzys bydgoski i strajk generalny, czy I Zjazd Solidarności w gdańskiej Oliwii ciągnięto za smyczkę, by Lechu wyhamowywał ruch, i jednocześnie przypomniał sobie, że jest smyczka i kto ją trzyma.

Co do jego zachowania się w stanie wojennym to przytacza się jego bohaterską postawę, kiedy miał odmówić propozycji firmowania powołanej przez komunistów Solidarności-bis, związku zawodowego zależnego od władzy. Powiedzmy, że odmówił, ale i dla samych komunistów – z Wałęsą czy nie – ten projekt we wczesnych latach stanu wojennego był i tak fantasmagorią. Lud by tego nie kupił, a więc po kiego było to robić. Przypomnę tylko, że cel ten został osiągnięty zaledwie kilka lat później, gdy po Okrągłym Stole nie przywrócono „starej” Solidarności, tylko jej delegalizację utrzymano w mocy, zaś zarejestrowano nowy związek pod tą samą nazwą. Niby żadna różnica, ale jest tu jeden szkopuł. Nową Solidarność trzeba było… od nowa wybrać. A jak by była stara, to by się zjechali „starzy” delegaci, sprzed stanu wojennego i subtelny proces przejścia transformacji ustrojowej, uzgodniony w Magdalence, mógł mieć spore problemy z realizacją. Bo „stara” Solidarność powstała od dołu, nowa zaś – od góry. I ta nowa była zapatrzona w oczy władzy, która po Okrągłym Stole realizowała swoje uwłaszczeniowe plany z gwarancją własnej bezkarności otrzymaną z rąk pookrągłostołowej Solidarności. Czyli co? Zrealizował się jednak te projekt, który internowany Wałęsa odrzucił w Arłamowie? No zrealizował się, tyle, że sześć lat później. Z pełną społeczną aprobatą. Wystarczyło tylko poczekać i porządnie przygotować sam proces.

Dowód. Prosze bardzo, ale to raczej mocna poszlaka. Mamy listopad 1982 roku. Podziemna Solidarność na rocznicę rejestracji Solidarności (10 listopada) przygotowuje strajk generalny, który ma być masowym protestem, ze strajakami okupacyjnymi włącznie. Sam pamiętam jak przygotowywałem w podziemiu audycję Radia Solidaność z tej okazji. Nadaliśmy ją wcześniej w eter, by strajkujący robotnicy mogli się tą audycją z piosenkami zagrzewać do oporu w trakcie strajku. Na dwa dni przed strajkiem Lechu publikuje list do generała Jaruelskiego, podpisany: „kapral Wałęsa”. W tym napisanym w niby żartobliwym tonie liście Lechu de facto uznaje stan wojenny, ale przede wszystkim… odwołuje strajk. Głównie to dezorientuje ludzi oporu i strajk nie udaje się, skoro sam Lechu, ikona nasza, jest mu przeciwny. I teraz zadaję pytanie: czy większych szkód narobił Lechu, więziony w Arłamowie przywódca buntu, który ten bunt odwołuje, czy wyrządziłby Lechu, jako szef jakiejś fasadowj Solidarności-bis, wzywając do kapitulanctwa? Kogo dla władzy korzystniej było trzymać w internowaniu?

Teraz następny etap – po Okrągłym Stole odsunięty od władzy Wałęsa przystępuje do szarży na część Solidarności ułożoną z Kiszczakami i wypowiada „wojnę na górze” swoim niegdysiejszym przyjaciołom. Rozbija jedność obozu okrągłostołowej Solidarności i na fali niezadowolenia społecznego wypływa jako pierwszy prezydent wolnej Polski. I co – też mamy tutaj pokazanie tego momentu jako dowód niezależności Lecha? A ja uważam, że wcale tak nie jest. Lechu tym ruchem rozwalił pozory jedności Solidarności, bo co to była za jedność jak stery nad nią przejęła spółdzielnia lewicy laickiej i katolików spod znaku ZNAK, wykopując wszystkich innych? Ci pierwsi zakochani w „ucywilizowaniu” swych kolegów z sercem po lewej stronie, drudzy – przestraszeni i minimalistyczni wobec komunistów.

Efekty wojny na górze ciągną się do dziś i są tym, o czym chciałem napisać od początku – momentem uwidocznienia się, dojrzewającego od początku, podziału na dwie Solidarności. Tę elitarną i tę „ludową”. I Wałęsa dostał prezydenturę dzięki tej „ludowej”, ale ją zdradził. Obiecywał ludowi w kampanii koniec z komuną – dostał od niego mandat do przyspieszenia zmian i pożegnania na dobre komunizmu, a jak już ten mandat dostał, to otoczył się podejrzanymi gośćmi ze służb, wzmocnił „lewą nogę” (która po chwili wykopała go z polityki – peszek taki) i za dwa lata komunistyczny sztandar lewicy wniesiono z powrotem do Sejmu. Nawet nie będę tu spekulował, że wszystkie te ruchy dyktował mu jego nieodłączny towarzysz (strażnik?) Wachowski. (Był taki dowcip, że Polską kieruje Wałęsa, a Wałęsą – kierowca). Wystarczyło tylko dobre rozpoznanie wielkiego ego Lecha, że będzie grał na podziały, osłabiał wszystkie frakcje, wzmacniał nawet komunistów, by nad tym chaosem móc rozsiąść się wygodnie i wygłosić kilka frazesów z dzienniczka wiejskiego mądrali.

Bilans prezydentury Wałęsy był więc dla post(?)komunistów pozytywny. Rozwalono jedność obozu opozycji, doprowadzono do gorszących naród scen. Lechu zawiód lud także w dekomunizacji, wykończył lustrację, a więc najbardziej radykalna część społeczeństwa, której obawiali się postkomuniści, została wykolegowana w biały dzień, popadła w depresję lub/i odeszła w prywatność, porzucając na zawsze sprawy publiczne. Nadeszły czasy nowego paradygmatu polskiej polityki – BMW (bierny, mierny, ale wierny).

W dodatku Lechu jako prezydent wyczyścił swoje teczki, a więc oficjalnie był czysty, dopóki nie wyszło 50 kilo teczek Kiszczaka. Wcześniej wygrywał więc procesy lustracyjne i o zniesławienie o współpracę, dopóki nie wypłynęły kopie teczek w innych ośrodkach niż Gdańsk i Warszawa (rękopisy nie płoną, jak mówił Woland). Wtedy zaczęły się schody i Lechu czął się ciskać, a jak już wypadł z szafy Kiszczaka trup pt. jego deklaracja współpracy, to już był klops.

Wydaje mi się, że służby miały ciągle na niego haka i Lechu o tym wiedział ale jego ego powodowało, że o tym zapominał. Przypominano mu od czasu do czasu o tym wypieranym przez niego fakcie. To jest tak jak się widzi właściciela z psem na smyczy odwijanej z bębenka. Są one zazwyczaj dość długie i piesek biegnie, a linka się rozwija. Piesek ma zadowoloną minkę, zasuwa i już myśli, że jest na wolności. Aż tu nagle – szarp za obrożę i iskry w oczach gasną. Do następnej szansy na zabawę w złudzenie woności.

Ja sobie przypominam sobie kolejny taki spektakularny moment. Wałęsa po raz pierwszy kandyduje na prezydenta. Jest już po drugiej turze – odsądzający go od czci i wiary obóz Mazowieckiego z Gazetą Wyborczą (tak, tak wtedy Wałęsa był dla nich tym samym co dzisiaj Kaczyński, ale czasy się zmieniły. Lechu – nigdy) przerzucił swoje poparcie na Lecha, który walczył w drugiej turze z mrocznym Tymińskim. Ja już tam nie wnikam, kto tego gościa i czy prowadził. Nie mniej Tymiński zaprasza na konferencję prasową, na której ma ujawnić teczkę z kompromitującymi Lecha materiałami. Mamy wszystkie media i to na żywo. Konferencja odbywa się, Tymiński kładzie na stole teczkę, napięcie rośnie, ale… Stan nic w niej nie ma.

Co myślał wtedy Wałęsa? Jakie podpisane przez niego kwity przemknęły mu przez głowę? Te z szafy Kiszczaka? Kwity za pobrane pieniądze? A więc co? Pokazano Lechowi smyczkę. Nie fikaj koleś, bo wiesz… A czemu nie pokazano wtedy papierów, a mogły być tam przecież kwity z szafy Kiszczaka, odkryte prawie trzydzieści lat później. I byłoby po Lechu? Bo byłoby to zerwanie smyczy, czyli koniec wpływowego i przeinwestowanego zasobu. A tak tylko mu pokazaliśmy smycz, by zapamiętał. I zapamiętał.

A miał Lechu szansę. Gdyby „stanął w prawdzie” przed narodem i powiedział – niech ktoś pierwszy rzuci kamień. Tak, złamali mnie, miałem momenty słabości, jak wielu z nas, ale ciężko odpokutowałem winy walcząc o to co mamy. Teraz chcę to odkupić i dlatego, że wyznaje przed Wami swoje winy, macie we mnie gwaranta, że po tym oczyszczeniu, będę dla postkomunistów bezwzględny, jak każda ofiara wobec swego oprawcy. Będę wyrazicielem Waszych oczekiwań, by z tym wszystkim skończyć. Miałby wtedy u ludu przebaczenie, nie mniej przecież winnego, bo większość jakoś tam „kolaborowała” z reżimem, taki to był ustrój. Lud w nim przebaczał by w jakimś sensie także… sobie. I mielibyśmy narodowe oczyszczenie, moment przejścia do nowej rzeczywistości wraz z narodowym odkupieniem win. Można było zacząć od początku. A tak co mamy?

I sam Wałęsa – Boże…. – rządziłby do dziś. Ale na drodze do tego polskiego oczyszczenia stanęła rzecz niebagatelna – ego Lecha. To ono nie pozwoliło i nie pozwala do dziś na zakończenie tej żenady. Na narodowe oczyszczenie oczywiście już za późno, ale na koniec tej farsy zawsze jest czas.

Teraz obrońcy Lecha siedzą w jednym obozie. Jest dla nich bohaterem naszej wolności, którego ekstrawagancje trzeba ścierpieć. W 1990 roku i później ci sami ludzie pluli na Wałęsę. A co, zmieniły się okoliczności, a więc i ich stosunek do Lecha? Lechu się zmienił? No Lechu się nie zmienił, nie ma bata, nawet stan pacjenta się wręcz zaostrzył, za to – rzeczywiście – okoliczności się zmieniły. Lechu wrócił na okrągłostołowe łono, chwali radykalizm i nawet wzywa do zaostrzenia rozprawy z Kaczorem-dyktatorem. Idealne narzędzie.

W dodatku znana marka na świecie, bo kto nie lubi Lecha, który mówi(ł) mało, ale smacznie, po robociarsku. (Mój znajomy tłumaczył przy mnie kiedyś cudzoziemcowi, który dziwił się, dlaczego Lecha bardziej lubią za granicą niż w Polsce, że pomiędzy Lechem a zagranicznym audytorium jest… tłumacz, który przekłada ten bełkot na ludzki język i wycina wszystkie większe odjazdy – my mamy go za to na codzień, na golasa). A więc obrońcy Lecha to wielbiciele taktyczni, którzy dla spokoju sumienia wypierają wszelkie dowody i poszlaki jego współpracy, posługując się czy to racjami etycznymi (zazdrościcie Mu, bo sami się baliście), taktycznymi (plujecie na najbardziej znanego Polaka), kuriozalnymi (Lechu sam obalił komunę, a wyście, gdzie wtedy byli?) czy prawnymi (sąd uznał go za pokrzywdzonego).

Ale wróćmy do moich zamysłów napisania o dwóch Solidarnościach. No tak się właśnie porobiło, że są dwie. Ja to pamiętam jeszcze z 1981 roku. Były dwa nurty – jeden, wtedy jeszcze nie tak deklaratywny, oparty o idee socjalistyczne, któremu związkowa formuła Solidarności pasowała jak nic. I drugi – niepodległościowy, patriotyczny, radykalnie krytyczny wobec władzy, któremu gorset związkowy ciążył. Co ciekawe ten drugi nurt powodował atrakcyjność tego pierwszego, to znaczy komuniści woleli gadać ze swoimi opozycyjnymi socjalistami, bo ci zawsze mogli powiedzieć: gadajcie z nami, bo jak przyjdą ci niepodległościowcy to was powywieszają. Więc gadali. Ale coraz częściej nie o Polsce, a o tym jak spacyfikować tych patriotycznych. I ten układ funkcjonuje do dziś, z tym, że jak z czasów „pierwszej” Solidarności obóz patriotyczny ma kłopoty z przywództwem. To znaczy przywódca jest, jednak nie spełnia postulatów radykalnego zakończenia systemu wyłonionego przy Okrągłym Stole.

Są dwie Solidarności, a właściwie po tylu latach, dwa mity. Inteligencko-elitarny, pragmatyczny do bólu, chroniący swoje zdobycze i pogardzający masami, które de facto wyniosły go do władzy na długie lata. Jest też druga Solidarność: ludowa – radykalna, patriotyczna, masowa, która od czasu do czasu dostaje bonus sprawczości, kończącej się jednak u bram nieprzekraczalnych zmian istniejącego realnego systemu politycznego.

Wychodzi na to, że ten żywiołowy ruch był od początku do końca kontrolowany przez komunę, a jego „społeczny” dorobek został przejęty, a później zdeprecjonowany i zużyty na parasol chroniący niby przed kosztami reformowania kraju po komunistach, zaś w odbiorze społecznym etos zużył się na chronieniu komunistycznej nomenklatury przed jej rozliczeniem. Gdy widzi się zdjęcia Wałęsy w Stoczni (pseudonim „Bolek”), niesionego na ramionach dwóch „robotników”, (TW pseudonim „Jędrek”) i (TW pseudonim „Roman”), gdy się człowiek dowiaduje, że oprócz Wałęsy przywódcami dwóch największych strajków (w Szczecinie i Jastrzębiu), tam, gdzie podpisano osobne porozumienia – byli liderzy na usługach służb, to człowiek sam siebie pyta – w czym uczestniczył? W esbeckiej prowokacji na 10 milionów luda? Zaczyna się zastanawiać po co była ta konspiracja, ulotki i nadajniki, jak chłopy mieli wszystko obstawione?

Ja jednak uważam, że skala była taka, iż służby nie mogły wszystkiego upilnować – tylko jak zwykle obsadzały kluczowe punkty i momenty. Że Solidarność uruchomiła taką energię, iż nie szło jej powstrzymać, trzeba więc było próbować ją kontrolować. Skoro mleko się już rozlało to trzeba było choć kontrolować jak skiśnie. I różnie z tym bywało.

Ja Solidarności nie odmawiam waloru autentyczności. Jej energia do dziś rozgrzewa mi duszę (i wiem, że nie tylko mnie), kiedy wspominam te czasy, gdy po mrokach komuny wystarczyło jedno spojrzenie, iskra przebiegająca pomiędzy ludźmi, poczucie, że tak naprawdę to wszyscy myślimy tak samo, że wystarczy się ogarnąć, by przegnać tę mniejszość cwaniaków. I nie są to jedynie sentymenty z czasów młodości, kiedy wszystko jest nowe i autentyczne. Jest to również wyzwanie obecnych czasów.

A Wałęsa? No cóż… czym przy tym wszystkim jest to chodzące, przerośnięte ego w żółtych okularach? Karykaturą wielkości światowego fenomenu ruchu ludzi, którzy wyszli z walki klas w ludzką solidarność? Czy dowodem na to, że my Polacy zawsze mamy złudzenia? I fatalnych przywódców…

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.    

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: