27.07. Zadyma stambulska

27 lipca, dzień 146.

Wpis nr 135

zakażeń/zgonów/ozdrowień

43.402/1.676/32.856

Idzie nowa zadyma. Front już został określony. Będziemy mieli srogą potyczkę według linii dawno wytyczonego podziału okopów wojy polsko-polskiej. Idzie wojna o „Konwencję antyprzemocową”, którą – podobno – chce wypowiedzieć ten straszny PiS. Jako, że zanim się już ta potyczka zaczęła już było wiadomo jakie argumenty padną, teraz, gdy wzmaga się strzelanina warto na chwilkę, nim podniesie się dym i już nic nie będzie widać, pochylić się, nam – istotom, mam nadzieję spoza tego sporu – nad właściwym charakterem tej sprawy.

Najpierw więc fakty. Konwencja przeciw przemocy domowej buja się od 2011 roku, podpisana została, rzutem na taśmę, czyli w kwietniu 2015 roku, przez prezydenta Komorowskiego, tuż przed wyborami na Dudę. Sprawa nie była – wtedy – tematem szczególnej debaty, ani wątkiem kampanii. Inaczej niż teraz, gdy po pięciu latach polska postopolityka przesunęła się w kierunku wartości, i to wartości związanych z obyczajowością. Teraz temat wraca. Jak to – mówią (krzyczą?) wszyscy jej zwolennicy – PiS chce wypowiedzieć Konwencję. To straszne i pokazuje nas (ich?) Polaków w okropnym świetle.

Inni uważają, że może to być, z punktu widzenia komunikacyjnego, kolejny przykład wsączania lewicowej ideologii w ramach manipulacyjnych technik przemocy symbolicznej polegającym na ukrywaniu pod pozytywnym znaczeniem jakiegoś pojęcia (walka z przemocą domową) odwróconego i zideologizowanego przesłania. Ja poczytałem sporo i samej Konwencji, i opracowań o niej, później wiele jej propagandowych tłumaczeń i obron i widze w niej niestety dominujące i ideologiczne przesłanie.

Wydawałoby się, że nic bardziej naturalnego niż przystąpienie do antyprzemocowej konwencji, bo tylko jakiś wyjątkowy dewiant popierałby przemoc domową. Jednak po lekturze wychodzi, że konwencja ta ma bardzo silne przesłanie lewicowej ideologii gender. W rzeczy samej zdefiniowano w Konwencji źródło przemocy domowej, za które uznano tradycyjną rodzinę i jej tradycyjny „płciowy biologicznie” podział ról. (Równie dobrze można było uznać za przyczynę przemocy domowej… sam dom i domagać się zburzenia domów. Być może nawet rodzina na wolnym powietrzu miałaby mniejsze skłonności do przemocy).

Konwencja, a więc i nawiązujące do niej prawodawstwa lokalne, promuje kulturową i deklaratywną formułę płci, wpiera ideologię gender, łącznie z promowaniem nowych nieopresyjnych ról społecznych w procesie edukacji. Jako że czyni się to pod przykrywką nazwy konwencji antyprzemocowej, każdy, kto się jej przeciwstawia, z powyższych powodów może być (i jest) oskarżany o popieranie bicia żon kablem od żelazka (końcówką z żelazkiem). Ten zabieg pokrywania prawdziwych i zideologizowanych treści inną, mylną, acz pozytywną w brzmieniu formą jest nie tylko przykładem stosowania przemocy symbolicznej, ale także zabiegiem uniemożliwiającym artykułowanie swoich zastrzeżeń wobec tematu, którego ta manipulacja dotyczy. Kto bowiem rozsądny, bez konieczności dłuższego tłumaczenia się co do nudnych szczegółów, stanie i publicznie powie, że jest przeciwko regulacjom mającym zapobiec przemocy domowej?

Dyskurs się właściwie nie zaczął, bo strona „za Konwencją” od razu poszła w hasła i propagandę. Wynika z niej, że nikt spośród jej zwolenników tej konwencji nie czytał, albo ma złą wolę przy jej interpretacji. Jest tam oczywiście wiele szlachetnych zaśpiewów, ale najważniejszy jest deklaratywny punkt wyjścia – z niego wynika już wszystko. Otóż progresywni autorzy Konwencji poszli na całość: zamiast zidentyfikować społeczne źródła patologii przemocy zajęli się jej ideologicznym praźódłem. To lewackie jest – zakłada bowiem, że jak coś patologicznego jest utrwalone w społeczeństwie, to jego źródłem nie są „sezonowe” patologie społeczne ale sama konstrukcja społeczeństwa. I skoro istnieje ona niezmiennie od lat a patologie narastają, to właśnie w zakamarkach tej konstrukcji „odkładają” się coraz głębsze warstwy różnych patologii i wykluczeń, które od czasu do czasu ujawniają się na powierzchni społecznych zdarzeń. W związku z tym trzeba sięgnąć nie do alkoholizmu, braku czasu rodziców dla dzieci, powszechności pornografii i przemocy w mediach, ale do samej istoty tradycyjnego MODELU rodziny: podziału ról, wartości opartych na wierze, tradycji i odpowiedzialności. I z tego punktu widzenia autorzy, ale i zwolennicy Konwencji (ci którzy rzecz jasna ją czytali), wyprowadzają wszelkie dalsze wnioski.

Ciekawy jest zabieg propagandowy wokół Konwencji. Do czasu kiedy nazywano ją „Konwencją antyprzemocową” ciężko było kontestować jej podpisanie pod tak szlachetną nazwą. Dziś już jest łatwiej kiedy wróciła pod szyldem „Konwencji stambulskiej”, czyli jakiejś tam kolejnej konwencji. Zresztą cała sprawa „konwencyjności” pokazuje jej istotę. W propagandzie jej dokonań wykazuje się jakie to fajne rzeczy załatwia, ale realia prowadzą do tego, że 99% procent tych rzeczy zagwarantowane jest już przez inne konwencje, konstytucje krajów i prawo lokalne. Popatrzmy na ulotkę takiej propagandy – wynika z niej, że bez Konwencji wciąż będą tolerowane: a) przemoc psychiczna, fizyczna i seksualna, b) gwałty, c) nękania, d) okaleczanie żeńskich organów płciowych, e) zmuszanie do małżeństwa, f) zmuszanie do aborcji i sterylizacji. A przecież wszystkie te czyny są surowo karane przecież przez polskie prawo. Po co więc taka konwencja Polsce, skoro nadaje się bardziej do mało cywilizowanych krajów a nie do nas, gdzie wszystko co powyżej jest nie tylko penalizowane ale karane społecznym ostracyzmem. Skoro Konwencja powtarza te prawa, które są w Polsce gwarantowane i przestrzegane to jaki jest jej cel? Ano właśnie taki, by zideologizować całą sprawę, ba – de facto NIE WALCZYĆ z przemocą domową, bo abstrakcyjnie ideologizuje się jej źródła. Czyli będzie to następny dokument dla pięknoduchów, którzy będą mieli satysfakcję z pozoracji walki z patologią, napisany przez ideologicznych macherów, którym wszystko kojarzy się z chusteczką ucisku i wykluczenia.

Przecież zwolennicy tej Konwencji mają w parlamencie drugą co do wielkości partię i resztę opozycji po swojej stronie. Czemu zamiast podpisywania konwencji nie zaproponują w polskim prawie wszystkich (niewielu) brakujących rozwiązań z konwencji? Niech się wtedy posłówie PiS-u wiją i kompromitują swoją argumentacją, że to rzeczy niepotrzebne. Można by to było załatwić w jeden dzień. Ale nie, my chcemy miec konwencję. Po co? Chodzi o aspekt międzynarodowy, bo wykonanie konwencji monitoruje „świat”, a nie pisowskie prawo. Otóż nieostrość konwencyjnych definicji „szkodliwości tradycyjnych ról społecznych”, które trzeba wykorzeniać daje międzynarodowym ciałom monitorującym przestrzeganie Konwencji gumowe możliwości wtrącania się w polskie prawodawstwo, z ostrością porównywalną z tropieniem „praworządności” przez instytucje unijne.

Gdy przeczyta się tekst Konwencji widać wyraźnie lewicowy trend – wyprowadzenie źródeł przemocy domowej jest osadzone w jej tekście na widzeniu „rozwoju” cywilizacji polegającym na nieustannej walce płci. Kiedyś to była walka klas, teraz, kiedy klasy odeszły w postprzemysłową przeszłość została już dwójka zaprzęgowych koni: gender i rasa. A między nimi – a jakże – dyszel starego dobrego marksizmu.

Polscy oficjalni interpretatorzy przesłania Konwencji czują się dość zażenowani sytuacją. Poseł Bosak przyłapał przekładających na polski tłumaczy oryginalnego tekstu Konwencji na ukryciu 25 razy użytego przez autorów pojęcia „gender”, które miało się nie znaleźć w wersji polskiej. Może dlatego jej zwolennicy pukają się w czoło wobec krytyków Konwencji za jej „genderyzm”, że takie słowo tam nawet nie pada?

Jest więc już oczywiste, że po takiej „podgatowce” w propagandzie zostało już jasno powiedziane: nie możesz być przeciwko ratyfikacji – bo jesteś ZA przemocą domową. I tak została skonstruowana cała akcja przekazu. I poszło: Czarzasty, Trzaskowska, Gretkowska i inne celebryty. Nawet sprawa Konwencji trafiła do przedszkoli, odkąd zachowanie się jakiegoś sześcioletniego sadysty ciągnącego dziewczynkę za włosy tłumaczy się brakiem Konwencji, choć ta w Polsce – jeszcze – działa, a jednak nie uchroniła przed aktem przedszkolnej przemocy. Mamy też cały zwyczajowy zestaw opozycyjnej cepelii – nakładki na zdjęcia profilowe przeciwko przemocowym dziadom z PiS-u, czekamy na koszulki. Do tego wstyd na cały świat i takie tam stare śpiewki – melodia ta sama, tylko dopisuje się teraz przemocową zwrotkę. W końcu ujął się za sprawą w światowym kontekście europoseł Biedroń. Ale ze zwględu na jego przeszłość lepiej by było by jednak zamilczał temat, bo „nie pomaga”. Z drugiej strony znając jego perypetie z matką wypowiedział się w końcu praktykujący ekspert. Może gdyby w czasch jego chmurnej młodości istniała Konwencja to nie znęcałby się nad swoją matką i bratem…

Jako że to dobrze zorganizowana propaganda, wszystko zrobione jest jak należy. Znalazł się – niezbędny do takich akcji – konkretny winowajca. Z nazwą, by można było odsądzać kogoś od czci i wiary (może to zły frazeologizm) i siedzibą, by można było walnąć jakiś proteścik w realu. To on – Ordo Iuris – dla przeciwników to jakieś kazamaty antyaborcyjnej inkwizycji, choć jest to organizacja na wskroś oparta na zasadach przestrzegania i znajomości prawa oraz jego obrony w imię przyjętych przez siebie wartości. Ostatnio odbył się protest pod siedzibą tak wyhodowanego wroga. Nawet media wspomniały, że protestujący złożyli w siedzibie Ordo Iuris petycję w sprawie. W rzeczywistości było to hasło-bluzg napisane na kartonie, które złożono u portiera. To są argumenty w tej dyskusji.

Ale jak pochylimy się nad opracowaniami Ordo Iuris to jest się o co spierać, tylko po stronie protestujących nie ma komu. Ja natrafiłem na jedną próbę, ale była ona na wskroś zmanipulowana, więc dyskusji nie służyła. Jej autor, na Fejsie przedstawia się jako Wojcieh Górnaś, podjął się trudu przeczytania „okiem PiS-owca” całej Konwencji by wypatrzeć o co właściwie tymi pisiorom chodzi. I okazało się – a jakże – że nie wiadomo o co. No tak to ciężko rozmawiać. Gościu lepi sobie awatara przeciwnika z gliny, przyprawia mu krzywy nos i okropną gębę a potem się żali, co on taki wstrętny.

Znowu będzie na nas, że to ta Polska. Ale to będzie narracja wewnętrzna, że znowu wstyd przed europejskimi, rozwiniętymi krajami. Wewnętrzna, bo – u nas prawda to dotkliwie przemilczana – europejska opinia publiczna już wie, że za wypowiedzenie Konwencji zabrały się już m.in. Czechy, Słowenia, Łotwa a nawet Wielka Brytania. Parlament węgierski (tak, wiem Orban, ach ten Orban) zobowiązał rząd do wypowiedzenia tej Konwencji. Nie jesteśmy więc sami, choć i tak całe odium spadnie na nas. Moim zdaniem po ostatnich jazdach przy wpieraniu kryteriów klimatyczno-praworządnościowych do rozdziału funduszy europejskich będziemy mieli w następnej kolejności kryterium przemocowo-genderowe. Tak w następnej perspektywie 2028-2034. Zakład?

Najsmutniejsze jest to, że dostaniemy baty za wypowiedzenie Konwencji jako kraj, który ma jeden z najniższych w Europie odsetek przemocy wobec kobiet, zaś największy mają przodownicy „walki z przemocą domową”. (Od razu dla znanego argumentu, że Polski rzadziej ją zgłaszają bo się boją pisowskiego oprawcy – Polska ma również najwyższy procentowy odsetek ZGŁASZANYCH aktów przemocy). Ale widać taki nasz los. I zamiast zastanowić się, że może to jest dowód na właśnie zalety tradycyjnego modelu funkcjonowania rodziny, to propaguje się progresywne wymysły, które robią takie a nie inne statystyki.

Ordo Iuris w swoich opracowaniach i projekcie idzie dalej. Nie tylko wykazuje zideologizowanie Konwencji, nie tylko wskazuje na nienaukowość jej założeń, bo opartych na „naukowości” takiej „dziedziny” jak genderyzm, nie tylko pokazuje istniejące w działających już konwencjach przepisy regulujące gros antyprzemocowych postulatów, ale nawołuje do prawdziwego zajęcia się sprawą. Chcą sformułowania i podpisania Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny, która zidentyfikuje rzeczywiste źródła przemocy domowej, obedrze je z jakichkolwiek ideologicznych założeń a priori i zaproponuje remedium.

Teraz jesteśmy w fazie hałasu, tuż przed fazą wrzasku na ten temat. Wzmożenie minie i bez załatwienia sprawy pięknoduchy przejdą już na inny odcinek ideologicznej walki z poczuciem spełnionego obowiązku – dania wyrazu. A świat zostanie z nierozwiązanym problemem w bardzo ważnej sferze. Tego jak nam się żyje, jak wychowywane są nasze dzieci, na kogo wyrosną i czy jest bezpiecznie. Z problemem, który będzie narastał coraz bardziej jak zawsze jest wtedy, gdy pomyli się przyczyny ze skutkiem.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: