6.07. Jak nas testują i co z tego wynika

6 lipca, dzień 856.

Wpis nr 845

zakażeń/zgonów

964/3

Zacząłem się tak zastanawiać czy nas przypadkiem nie testują. Wiem, że to brzmi paranoicznie, ale ze swojej strony znam dość dobrze techniki używane przez polityków i decydentów. W ustroju demokracji sondażowej, a w takiej żyjemy, kwestia badania opinii publicznej jest kluczowa. Postpolityka od dawna nie zajmuje się promowaniem wśród publiczności jakichś programów, mężów stanu, którzy mają lepsze pomysły na rządzenie. Dziś wszystko jest zglajszachtowane, programy partii są zbliżone do siebie, zaś jeżeli się różnią, to dlatego, że tak wymaga taktyka odwoływania się do utrwalonych kanonów, podziału postaw pomiędzy lewicą i prawicą.

W związku z tym coraz częściej polityka polega na właściwym odczytywaniu co chce usłyszeć suwenir i mówieniu mu tego. Kwestia czy to się mieści w dotychczasowej narracji danej partii ma już znaczenie drugorzędne. Wszystko bowiem da się opowiedzieć. Uzasadnić największy piruet programowy, odejście od dotychczasowych obietnic. Byleby tylko powiedzieć to, na co liczy obecny lub przyszły wyborca. W zależności od tego czy chce się utrzymać dotychczasowy elektorat, czy go poszerzyć.

Demokracja objazdowa

Właśnie jesteśmy świadkami starcia kolejnego typu demokracji, jaką, oprócz sondażowej, jest demokracja objazdowa. Mamy bowiem wysyp konwencji, ba całych serii objazdówek. Jedni ruszyli w Polskę, to i drudzy też. Jak się zapowiedziało jedną konwencję, to trzeba tego samego dnia zrobić konkurencyjną lub medialnie przykryć tamtą jakąś wrzutką. Demokracja to już dawno nie ten ustrój z podręczników ale odgrywany spektakl, emulowanie sprawczości obywatela. Taki pokaz, że wiemy czego chcesz i tylko my spełnimy twoje marzenia. Po takim objeździe, który ma wpłynąć na sondaże zrobi się badania, nagłośni i pokaże jako społeczny dowód słuszności – widzisz wszyscy tak myślą, nie możesz odstawać, przyłącz się, bo miliony Polaków naszego plemienia nie mogą się mylić.   

Jest także inny typ takiego sondażowania. Sondażowanie kowidowe. Patrząc się wstecz na polską historię kowidową, a ma się ten dystans po +800 wpisach, widać pewne prawidłowości. Otóż, co może być niespodzianką, uważam, że polscy decydenci radzili sobie raz gorzej, raz lepiej. I wynikało to wcale nie z powodów jakichś kompetencji epidemiologicznych, ale właśnie… sondażowych.

Polska droga kowidowa

Co poszło „lepiej” niż gdzie indziej? (Piszę „lepiej” wedle powiedzenia „jak na garbatego to nawet przystojny”, bo większość dała ciała). Uważam, że w dystansowaniu się, maseczkowaniu i dezynfekcji nie popadliśmy w taką paranoję jak w innych krajach. Francja, Włochy, USA, do niedawna Niemcy, trzymają tu wysoko gardę. W kwestii testowania było różnie. Mieliśmy „średnią” europejską, z paroksyzmem lutowym, gdzie przeszliśmy próbę testozy, to znaczy próbę totalnego testowania na życzenie w aptekach, która skończyła się po jednym dniu, nazajutrz po ogłoszeniu. W kwestii szczepiennej – średnia europejska. To znaczy w zamiarach, bo w rezultatach – znacznie poniżej średniej kontynentalnej, bo w porównaniu z innymi o wiele większa część społeczeństwa niż w innych krajach nie zechciała wejść na „ostatnią prostą”. A więc w sumie przyzwoicie.

Co nas zaś wyróżnia fatalnie? No tu się nie da wykręcić – to czarny rachunek przodownictwa w zgonach ponadnormatywnych. Ich źródłem były polskie wynalazki. A właściwie ich kumulacja. Teleporady zaowocowały tzw. późnym leczeniem. To znaczy ludzie z poważnymi objawami po domach w poradach desymulowali objawy, odwlekali do końca kontakt z placówką, dzwoniono, jeśli już, w ostatniej chwili, czyli za późno, w stanach ostrych. Do tego należy dodać błędne diagnozowanie przez telefon, brak osłuchania i częste śmierci po prostu na nieleczone infekcje dolnych dróg oddechowych. System wypchnął pacjentów poza swój obszar i mieliśmy skokowy wzrost zgonów domowych, poza szpitalami.

Drugi czynnik to triaż szpitalny. To wojenne jest. Nie wiem czy pamiętacie państwo film „Perl Harbour”? Tam szykowna bohaterka, pielęgniarka, po ataku Japończyków jest instruowana przez lekarza, żeby rokującym malować (szminką) czerwoną kropkę na odzieży: ci z kropką mają być ratowani, ci bez mają stan taki, że ich nie opłaca się ratować. Trzeba podjąć decyzje, bo wszystkich nie uratujemy i lokować racjonalnie niewystarczające zasoby. Tak robiono w kowidzie. Szminką był test PCR. Tyle, że odwrotnie niż w filmie. Miałeś pozytywny test, to byłeś naznaczony. Choćbyś przyszedł z nawracającą chorobą, z którą walczysz od lat, to jak miałeś testowego kowida (mogłeś mieć pecha i być fałszywie pozytywny), to nie lądowałeś na oddziale specjalistycznym tylko w umieralni kowidowego oddziału, gdzie czekano czy los da ci szansę by twój system odpornościowy zaskoczył, bo leczenie na tych oddziałach należy uznać za wysoce symboliczne. Nie leczono cię na twoją chorobę właściwą. Jak testowa maszynka losujący wyrzuciła ci wynik ujemny – leczono cię na to, na co chorowałeś. To był taki rozstaj dróg, miałeś szczęście, to przeżyłeś, nie – trudno.

Te dwa czynniki – teleporady i triaż – dały nam po Bułgarii pierwsze miejsce w ponadnormatywnych zgonach. Był to wynik nie szczególnej piastowskiej zjadliwości wirusa, ale efekt decyzji administracyjnych w służbie zdrowia. Kontynuowanych przez dwa lata, mimo ewidentnych dowodów na szaleństwo takich postaw. Tym się różniliśmy od innych w swoich efektach strategii walk z kowidem. Ja już praktycznie od początku pandemii, również na łamach tego „Dziennika”, obawiałem się, że wirus jak wirus, ale możemy przesadzić z reakcją. I wykrakałem.

Cynizm – polska specjalność

Przodujemy też w cynizmie. Tak, takiej jazdy z postawą wobec ofiar to nigdzie nie widziałem. Kiedyś, zaczynając karierę medialną, byłem na podyplomowym studium dotyczącym PR-u, prowadzonym przez Amerykanów. Dziedzina była młoda, nikt nie wiedział specjalnie co to ten piar jest, dowiadywaliśmy się ciekawych rzeczy, zwłaszcza dla tych, którzy świeżo pamiętali ustrój, w którym PR polegał na tym, że się o niego nie dbało. Mieliśmy tam wiele tzw. „case’ów”, czyli praktycznych przykładów z życia i reakcji na nie.

Jednym z nich była historia o tym, jak drzwi garażowe śmiertelnie przygniotły dziecko. Okazało się, że powodem tego nieszczęścia było to, że ojciec dziecka gmerał przy mechanizmie tak nieszczęśliwie, że go zepsuł na tyle, iż zabezpieczenia puściły i nie zapobiegły nieszczęściu. Mieliśmy się przygotować do konferencji prasowej producenta takich drzwi, by oddalić od siebie zarzuty. WSZYSCYŚMY zwalili winę na ojca, za co dostaliśmy dwóje od prowadzących. Okazało się to grubym błędem, bo wykazaliśmy się brakiem empatii obwiniając rodzica, który i tak przeżywał traumę swojej winy.

A my się nie szczypiemy. Po 200.000 nadmiarowych zgonach spowodowanych opisanymi powyżej decyzjami, ich autor, minister Niedzielski wychodzi i mówi, że ten hekatombowy fenomen zawdzięczamy… złemu prowadzeniu się Polaków. Tak, źle się odżywamy, palimy, chlejemy, (uwaga!) nie uprawiamy sportów, czasami – też uwaga! – słuchamy się płaskoziemskich doradców, cichych zabójców amatorskiej medycyny ludowej, zwłaszcza odradzających doznania spotkania z dobroczynnymi efektami przygód ze szczepionką. Bo media zaczynają pytać o te 200.000 ofiar. Tak, po dwóch latach, to za duży słoń stojący po środku salonu, za duży by go nie zauważać. A więc się go obchodzi, bo mamy już „narrację”, sposobik wymyślony na okazję jak to opowiedzieć. I odbywa się to w gronie dwóch wspólników, zainteresowanych by odsunąć od siebie podejrzenia o winie i skierować je na… ofiary. Tymi wspólnikami są decydenci i media. Zamknięte kółko konferencji winnych – jedni pytają jak już jest odpowiedź, drudzy odpowiadają, bo już można zadawać pytania skoro odpowiedź jest przygotowana.

I teraz mamy tak – ci co straszyli naród przez dwa lata obrazkami z umierającymi pacjentami szpitalnymi cmokają nad narodem, że ten za późno dzwonił na pogotowie. A gdzie miał dzwonić wcześniej? Do lekarza, który go miał osłuchać przez telefon? Po co? By się udać do relacjonowanej codziennie umieralni, jaką stał się medialnie szpital w kowidzie? By co? Dać sobie włożyć rurkę respiratora, to znaczy wybrać się w podróż w jedną stronę? Najpierw się zamyka po domach ludzi, w stresie, bez opieki, wpiera panikę decyzjami administracyjnymi, potem szantażem strachu medialnego, a potem się narzeka na tych ludzi zły sposób prowadzenia stanu własnego zdrowia? Toż to cynizm pierwszej wody, naigrywanie się z własnych ofiar wspólników powiązanych śmiertelną współpracą.

Jest nadzieja

Na początku obiecywałem wyjaśnić fenomen tego, że jesteśmy testowani. Chcę więc pokazać z czego moim zdaniem biorą się powyższe różnice w „polskiej strategii” kowidowej. Piszę w cudzysłowie, bo to nie strategia, tylko – jak się człowiek przyjrzy – raczej slalom jakiegoś węża, lub paroksyzmy chaosu – ofensywy (w tym legislacyjne), na drugi dzień – rejterady z podwiniętym ogonem. Skąd to się bierze? Ano z testowania opinii. Wrzucamy jakiś mocny wątek, próbujemy, nagłaśniamy. Potem natychmiast testujemy co na to suweren, żeby nie było suweniru. I stąd to falowanie.

To działa nie tylko w czystej polityce, ale i w czystym kowidzie. Moim zdaniem ostatnia próba z małpią ospą była takim testem, choć WHO wciąż temat grzeje. To samo z wrzutkami ze strony Niedzielskiego czy premiera, że idzie któraśtamfala. Puścimy medialnego szczura, zaraz za nim testerów publicznej opinii (a właściwie poziomu paniki) i wiemy czy ten nóż może jeszcze dalej wejść w masło przestrachanej publiki. To, że np. u nas się nie testuje i nie mamy fal, a tacy Niemcy falują na poziomie +100.000 zakażeń dziennie zawdzięczamy właśnie temu. Nieuświadomionemu przez społeczeństwo własnemu oporowi, co do poziomu znanego władzy jedynie. Na tyle, że miarkuje swoje poczynania sanitarystyczne, w porównaniu z innymi krajami.

Wielu utyskuje, że zachodnie kraje, narody takie niby potulniejsze niż zadziorni Polacy, to dymią, a my nie. Że upadł duch oporu, że to koniec rebel country, bo Polska sobie na takie rzeczy nie pozwalała. A teraz pozwala. No bo na Zachodzie praktycznie każdy kraj przeszedł swoje pięć minut dymienia a u nas – nic. Ale ja uważam, że jest inaczej, lepiej, czyli gorzej. Że badania, które robią rządzący pokazują, że – jak mówiła Nałkowska – jest granica, poza którą nie można się posunąć, bo ściśnięta sprężyna społecznej cierpliwości – odda. I jedno jest pewne, jak do czegoś dojdzie, to tak jak na Zachodzie, skala będzie zależała od spontaniczności, nie od organizacyjnego przygotowania protestu. Na razie zorganizowane formy oporu tylko tę spontaniczność osłabiają, bo dają pozór, że ktoś coś „robi w temacie”. Co pacyfikuje autentyczny udział.

Wielu się użala nad skromnym arsenałem ludzkich możliwości protestu w obecnej sytuacji. Tak – dożyliśmy czasów takiej formy demokracji, która praktycznie uniemożliwia opór. Poza tym większości się nie chce, bo jest zamknięta w gettach swego przetrwania. Ale – jak widać – wystarczy tylko mieć odpowiednio dobre przekonania, by te przeciekły w tajnych i prawdziwych, bo niepublikowanych sondażach, by zmienić postępowanie władz. Jest więc szansa dobrego wpływu na rządzących, wystarczy być tylko przyzwoitym, i tylko trochę rozumnym.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.                     

4 thoughts on “6.07. Jak nas testują i co z tego wynika

    1. o nie, nie..nie dziś, ja mam alergię na tego pana… i to jeszcze w TokFM. Dziś czuję się za słaby na słuchanie tego…jakby go nazwać żeby nie obrazić? hmmm..tego pana…

  1. Łatwo było skierować winę na samych obywateli bo Polacy najbardziej nie lubią Polaków, tych innych, niedobrych sąsiadów zza miedzy albo z Podlasia albo z Warszawki albo tych z Poznania itd. W oczach naszego oczadzonego pedagogiką wstydu społeczeństwa wszyscy są dobrzy i fajni tylko nie my. Nie wiem czy to nie fejki ale już widać w sieci filmiki z Holandii – na jednym policjant wymachuje pistoletem w stronę rolnika w traktorze, na innym widać jak ktoś ciągnikiem omija policjantów a ci strzelają. Ciekawa jak to będzie u nas, ciekawe.

  2. Ja bym nie porównywał Polski z innymi cywilizacjami. Jesteśmy, podobnie jak Szwecja czy Rumunia, objęci innym programem eksperymentu. A do tego JAKO JEDYNI mamy się zajmować ustawianiem
    praw rządzących na Ukrainie i Białorusi.
    Ja wczoraj skupiłem się na słowie „NAGLE”, które uprzejmie pan Redaktor zareklamował tłitująco
    i rzeczywiście…”NAGLE” stało się dla mnie słowem roku. NAGLE odchodzą/zmieniają się politycy, ministrowie, NAGLE zmieniają się podejścia do rzeczywistości, NAGLE ustanawia się nową jednostkę chorobową dla młodzieży ogarniętej NAGŁĄ, „niewyjaśnioną” zapadalnością na zawały i w końcu NAGLE odchodzą w dziwnych okolicznościach najbardziej zjadliwi przeciwnicy plandemii: Vladimir Zelenko, Carrie Madej, Hałat, Montagnier. NAGLE mamy kryzys żywnościowy i klimatyczny. I tak zagłębiam się w to NAGLE aż tu NAGLE odkrywam że Klub Rzymski nienagle to wszystko ustalił już wcześniej…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: