14.02. Czy można pytać o Rosję?

0
rower

14 lutego, wpis nr 1395

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Mamy dziś do omówienia temat złożony z moich dwóch ulubionych wątków: rozważania o granicach wolności słowa i wątku drugiego – analizy przepastnych wód onucyzmu. Ten drugi omawiałem już wiele razy jako taktyczny chwyt dla mikrocefali, którym dwójmyślenie umożliwia wyznawanie dwóch (albo więcej!) najczęściej sprzecznych prawd na raz. Jak człowiek sobie utrwali, że istnieją (i powiększają się grupowo) grona takich obywateli, to się nie może już dziwić, że ludzie tak szybko i bezrefleksyjnie zmieniają zdanie. Skoro mogą to robić na zamówienie, to sytuacja, że wyznają takie sprzeczności PO KOLEI jest jeszcze optymistyczna. Są tu pewne znamiona higieny, skoro wyznania jednej prawdy odczekują, aż wybrzmi ta druga, jest to i tak luksus, skoro takie prawdy sytuacyjne mogą występować na raz.

Tak się właśnie mieni swym blaskiem onucyzm. Jeszcze niedawno te same usta wypowiadały o Putinie prawdy przeciwne, choć teraz dałyby się pokroić, że zawsze wiedziano co to za kremlowski gagatek. Jak już tu próbowałem dowieść, stosunek do Rosji w wydaniu uśmiechniętych jest taktyczną funkcją stosunku Berlina do Rosji i nasza partia w serduszku jest w stanie zawrócić w tej sprawie w miejscu, zaś całe stada followersów na zasadzie wspomnianego dwójmyślenia łykają to jak pelikany zgniłe ryby. Szkoda nawet na to patrzeć, bo teraz się zrobiły wyścigi ludzi o pamięci własnych poczynań w rozmiarze pamięci rybki, pytającej się o kwestie zasadnicze swego gospodarza, jak w starym angielskim dowcipie: „to w którą stronę pływamy w czwartek?”.

Pani redaktor z Warszawy

Mamy teraz fajny przykład, jak mówi pewien cyklopowy polityk: „lepszy przykład niż wykład”, który nam to pokaże w zrozumiałym skrócie, zobaczymy dzięki temu jak to pomieszanie chodzi w realu, nie zaś w codziennym biadoleniu coraz bardziej zgorzkniałych w swych powtarzalnych analizach publicystów. Chodzi mi tu o wyjazd reporterki Marii Wiernikowskiej na reportaż po Rosji w ramach kanału Zero. Tzw. case jest symptomatyczny, ale lepiej nam wyjdzie jak zaczniemy od podstawowych kontekstów. Na początku sama pani reporterka.

Ja natrafiłem na panią Marię w 1997 roku we Wrocławiu w czasie powodzi tysiąclecia. Fala powodziowa szła na Wrocław, trochę bagatelizowana, ale szybko okazało się, że nie ma żartów. Kwestię komunikacji bezpośredniej przejęła wtedy mała lokalna telewizja Echo, co wykazało całkowitą niezdolność ramówkowej telewizji publicznej do działań spontanicznych i improwizowanych. Było jak na dworcu w radiowęźle – nadawali na okrągło, komunikaty praktyczne, ludzie wchodzili z ulicy przed kamery i wzywali, żeby podwieźć leki na ul. Kołłątaja 27, IV piętro, drzwi po lewej i takie tam praktyczne rzeczy. I wtedy pojawiła się ONA – pani redaktorka z Warszawy, która ewidentnie przyjechała dla lansu, by chwycić ze stolicy „łamiący njus”, bo co oni tam na prowincji wiedzą jak się robi takie tematy. Zaczęła powoli wypychać spontan w utrwalone tory formatu, zaczęły chodzić plotki o płaceniu dzieciakom za skoki do wody z balkonu, by mieć dobry kadr. Nie wiem jak to było, ale na pewno widziałem jak motorówka z panią redaktor z Warszawy wywoływała płynąc ulicami miasta takie fale, że wybijały one okna ocalałych jeszcze sklepów, nad czym zaraz ubolewała empatyczna dziennikarka. Doszliśmy do momentu ulubionego dla podgrzanych dziennikarzy, czyli do mediów które zdarzeń już nie relacjonują, ale… wywołują.

Nie lubiłem jej za to, choć pewnie na wyrost kompleksów prowincjusza, gdzieś mi zniknęła, choć pewnie jeździła po różnych niebezpiecznych miejscach. Pojawiła mi się nagle na przełomie wieków, kiedy wybuchła sprawa Klewek. Przypomnę – niejaki Lepper, szef Samoobrony, zawistował, że do PGR w Klewkach przyjeżdżają talibowie i robią interesy. W zamieszaniu nie bardzo było wiadomo, czy te rewelacje dotyczą talibów, którzy mieliby przyjechać po wąglik, którego wtedy świat się bał nie mniej niż COVID-a, czy byli to ich przeciwnicy, którzy mieli wymieniać się ich narkotykami za naszą broń. Tak czy siak – wszystko miało się dziać pod przykrywką polskich służb.

Jak redaktor z Warszawy zwariowała

Mainstream obśmiał te rewelacje, zaś pani Maria pojechała do Klewek dobić Leppera na miejscu domniemanej acz fałszywej zbrodni. I okazało się, że… rewelacje się potwierdziły. Świadkowie relacjonowali zdarzenia, pokazywali miejsca lądowania helikoptera z talibami (tak, latało się po Polsce wcale nie prywatnymi śmigłowcami). Wiernikowska, która pojechała po kompromaty dla mainstreamu zacukała się po tych rewelacjach, czego świadectwem jest jej książka pod symptomatycznym tytułem „Zwariowałam”. Nic więc dziwnego, że po takich deklaracjach mainstream zniknął ją na dłużej, bo nie po to się wysyłało taką panią Jandę z „Człowieka z marmuru”, żeby ona czegoś tam dochodziła. Co ciekawe sprawa Klewek miała swój zaskakujący finał: ewidentny bezpieczniak w tej aferze p. Rudolf Skowroński zniknął do dziś, zaś taki co to nadał całą sprawę do mediów dostał wyrok 42 lat więzienia za kradzież telewizorów z hotelu. Był to, przypadkowy oczywiście, zbieg okoliczności trzech nowelizacji przepisów na temat kary łącznej, który akurat temu gościowi dał wyrok wyższy niż za morderstwa. Pan Bogdan Gasiński nie wyjdzie w 2051 roku, bo sąd w Świdnicy łaskawie wypuści go w tym roku. Takie są losy tych, co sypią rewelacje z działań prawdziwych służb.

Ale wróćmy – pani Wiernikowska jakoś sobie radziła jako tzw. niezależna, aż przygarnął ją kanał Zero. Wjechała do niego właśnie na Klewkach, opowiadając jak to „zwariowała”, ale potem, na zasadzie eksperckiej z wspomnianego 1997 roku, pociągnęła temat nowej powodzi tysiąclecia, zresztą w tych samych rejonach. Było z nią raczej cicho, ale teraz pojechała do Rosji i się zaczęło.

Stanowski – cel bezpośredni

Warto dodać jeszcze jeden kontekst – samego kanału Zero, który wysłał reporterkę w misję wręcz zdradziecką. Właściciel i zarządca kanału Zero, p. Stanowski, też miał – jak p. Maria – swoje falowanie przygód. Wjechał ze swym kanałem głównie przez drzwi kampanii wyborczej, gdy był – jak wspomniana telewizja Echo w czasie wrocławskiej powodzi – diamentem bezstronności na tle popiołów zaangażowania obu plemiennych przekaziorów. Wystarczyło tylko dać mikrofon i kamerę i każdy z kandydatów mógł się swobodnie wykazywać w uwodzeniu wyborców. No, tam swobodnie – niestety Stanowski (pierwszy zgrzyt) odstawił poprawnościową szopkę w przypadku kandydata Maciaka, którego najpierw zaprosił i po jednym zdaniu – wyprosił, bo ten nie chciał od razu zaetykietować Putina jako zbrodniarza. Potem Stanowskiemu szło różnie, miał wpadki z Braćmi Kamratami, a właściwie z tym co z nimi zrobił, po tym co Kamraci zrobili z, wyraźnie wystawionym przez niego na strzał, młodym dziennikarzem.

Tak czy siak – jego platforma, platforma, bo do kanału youtubowego właśnie chce dołożyć portal internetowy i telewizję, stała się niebezpieczną alternatywą dla plemiennego podziału mediów, zwłaszcza dla mainstreamowej formacji liberalnej. Ci atakowali Stanowskiego z różnych pozycji, ale sprytnie (a właściwie przez gapiostwo medialne Stanowskiego) od strony najczulszej – od pieniędzy. Rynek reklam jest w Polsce zoligopolizowany, a po przejściu TVP w ręce rządu i po skoku rodziny Solorzów na imperium ojca i doszlusowaniu do mainstreamu – w mediach pieniądze dzielą obecnie rządzący. Mamy trzy brokernie medialne i są one równo rozprowadzone w finansowym pilnowaniu mediów co do zgodności z linią powiedzmy „michnikowską” i ta, na którą liczył i, uwaga!, dogadał się na słowo Stanowski, skrewiła i odmówiła mu współpracy w przeddzień debiutu i portalu, i telewizji naziemnej. Teraz na dobitkę przeszła ta banda do ataku merytorycznego za wysłanie pani Marii do Rosji, czyli doszlusował nasz nieśmiertelny onucyzm i koło się zamknęło. Kopa finansowego nikt z publiki nie zrozumie, za to, że Stanowski to ukryta onuca (a niedawno miał być propagatorem uniemożliwiającego taki zbieg banderyzmu) to już zrozumie każdy dwójmyśleniowy mikrocefal, o którym było na początku. Dobra – mamy konteksty, teraz do meritum.

Matuszka Rassija

Przyznam, że widziałem premierę tej serii Wiernikowskiej o Rosji, i już miałem pewne podejrzenia, że mainstream zareaguje. Ale pani Maria zaczęła lajtowo, bo od Kaliningradu, tfu – Królewca naszego piastowskiego. Była to taka śluza, przejściówka do Rosji właściwej, ale to już wystarczyło. Co zrobiła bowiem pani reporterka z Warszawy? Ano wzięła kamerę, mikrofon, niezły rosyjski i pojechała pogadać z onymi – ruskimi. Czyli z narodem, o którym mówi się również w Polsce wiele, ale nie daje się mainstreamowo doprowadzić do sytuacji, kiedy ten powie coś o sobie. A w sprawie tego jacy są ruscy (koniecznie z małej litery), co mówią, co myślą, albo właściwie nie myślą, to wylano u nas morza atramentu i nie będzie tu jedna z drugą Janda 2.0 weryfikować kosztownej i wielowątkowej bajeczki naszej. To jest główny powód tego ataku i na dziennikarkę, i na kanał, który ją posłał w bój. Nie może być konfrontacji prawdy czasu z prawdą ekranu.

Wiernikowska Rosjan nawet politycznie nie podpuszcza, bo wie, że od razu dostałaby bęcki od ostrożnych Moskalików. I nagle okazuje się, że Rosjanie mają po dwie nogi (no, oprócz jednego żołnierza), nie zieją z paszczy nienawiścią, mają swoje troski, również boją się wojny, mają o nas pojęcie zaczerpnięte ze swej propagandy, tak jak my o nich. Też recytują od czasu do czasu swoje wgrane medialnie formułki, ale te – patrząc na naszą agresję narracyjną wobec Rosji – wyglądają na bardziej oględne. Handlują, chodzą po ulicach, martwią się, cieszą jak… ludzie. I to jest główny problem, z którym walczy nasz mainstream. Co ciekawe, media pisowskie mają tu problem – z jednej strony są trochę wdzięczne Stanowskiemu za jego wsparcie w kampanii, z drugiej strony reportaże Wiernikowskiej równie nie pasują do przekazu mainstreamu na temat okropności Rosji, co przekaz pisowski, bo są one takie same. A więc Stanowskiego nie bronią przed atakiem swoich wrogów, co dowodzi kolejnego szwu spajającego POPiS. Ba – strony plemienne prześcigają się wręcz kto bardziej dołoży putinowskiemu narodowi, a każde odstępstwo od tej linii karane jest zarzutem onucyzmu, tak jak kiedyś za kowida obie strony trzymały się za gardło sanitaryzmu.

Oba plemiona są zgodne co do jednego. Jest wojna i kto to widział, żeby – jak na przykład w II wojnie światowej – ktoś z wrażego obozu jeździł po III Rzeszy i pytał się hitlerowskich Niemców jak się tam u nich żyje. Zgadza się – trudno to sobie wyobrazić. Ale, jak już pisałem, ta wojna na Ukrainie to dziwna wojna – strony ze sobą gadają na najwyższych szczeblach, boje się toczą, nawet strzela się do negocjatorów w podstępnych zamachach. Ludy są szczute, na ziemi, a pod spodem w rurociągach z Rosji bite są unijne rekordy zakupów. A więc jak do tej Rosji jeżdżą najważniejsi, to dlaczego nie mogą pojechać i dziennikarze? Ja wiem dlaczego – możni się dogadują ponad głowami rządzonych, ci zaś będą prędzej napuszczani jeden na drugiego niż da się im szanse pogadać ze sobą, bo Bóg (wojny) chyba tylko wie, do czego by to mogło doprowadzić. 

Akcja – reakcja

Co najlepsze – Wiernikowska po tym ataku za pierwszy odcinek dalej jeździ po Rosji, zwłaszcza już po tej właściwej i coś tam kręci. A więc sytuacja jest rozwojowa, bo jak przyjdą nowe odcinki, to rozlegnie się dopiero kwik. A już podglebie jest zrobione. Stanowski chce to jakoś rozminować zawczasu, bo pokazuje już tłumacząc (nie nauczył się po wpadce z Kamratami, że akurat on nie powinien tłumaczyć co autor miał na myśli) fragmenty przyszłych odcinków. Szykuje się znowu połączenie dużych, bo ciekawskich zasięgów z frontalnym atakiem za niepoprawność przekazu. Dostanie więc Stanowski kasę za oglądalność przyszłych odcinków, ale i bęcki od mainstreamu, które mogą nawet dojść do tego, że nie dostanie koncesji z powodów zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, jakim jest pokazywanie rosyjskich straganów z holenderskimi serami.

Popatrzmy na podstawowe reakcje mainstreamu. Najfajniejsze, że odezwała się w tej sprawie… ambasada ukraińska, tłumacząc głupim „pszekom”, że daj Boże, z głupoty, nie z wyrachowania wspierają takimi opowieściami Putina. Najcięższe zarzuty wytoczyła Wyborcza, która dowodziła, że sam fakt wpuszczenia Wiernikowskiej z jej swobodą poruszania po Rosji (a skąd to wiadomo?) ma dowodzić, że Stanowski dogadał się z Putinem o czym będzie mówiła i o co pytała Wiernikowska i ta dostała zgodę tylko pod warunkiem, że będzie lukrować Kremlowi. Okazało się także wprawnym OKO-iem, że Rosja ujęła się za Wiernikowską, co kompletnie zdemaskowało onucyzm Stanowskiego. Taka to intryga. Reszta stadka nadawała tę samą piosenkę w kilku wariantach – nie wolno mówić o normalnej Rosji, takiej nie ma, to przykrywka dla głupich Wiernikowskich, wpisywanie się w braunizm, zamęt poznawczy dla zdezorientowanej widowni. Tam wszyscy w Rosji to dyszący mordem niewolnicy, szykują się na nas i trzeba zbroić Ukrainę w niemieckich fabrykach za nasze pożyczone pieniądze. Do znudzenia.

Brylujący ostatnio Miller dołożył tu swoją zdroworozsądkową opinię, choć jego stanowisko świeci na tle mainstreamu tylko jak rak na bezrybiu. Nerwy puściły i wśród załogi u Stanowskiego, kiedy w ramach protestu przeciwko wycieczce Wiernikowskiej do Rosji szeregi jego kanału opuścił jeden z dziennikarzy. Ale nie dziwota, że tam są takie osobniki, ba – wielu zostało, jak widzę po składach ekspertów, co to nam tłumaczyli w przerwach pomiędzy wypowiedziami Bratów Kamratów co tam nieudolnie przesłuchiwane chłopy miały na myśli. Zwłaszcza w kwestii ukraińskiej. I w sumie biedny ten Stanowski – dla mainstreamu za putinowski, dla prawicy – za banderowski. I gdzie tu sobie teraz wykopać zasięgowy dołek? Może właśnie w Moskwie?           

Morały płynące

Jakie wnioski z tego płyną? Trzeba mnie się do tego odnieść, bo jestem w takim wieku, że nie gadam o faktach, które nie prowadziłyby do morału. Co my tu mamy? Ano znowu ktoś walnął w kamień, nie był to Stanowski, tylko ten z pałą wyrwaną z rąk Wiernikowskiej, co korzysta z takich okazji. I wylazło to towarzystwo spod kamienia, co tam cicho siedzi i wychodzi tylko od wielkiego dzwonu, ale wtedy masowo. W przerwach pomiędzy walnięciami hałłakują już tylko mediaworkerzy, zaś rozgrzani pożyteczni medialni idioci robią zasięgi. Przerwy są coraz rzadsze i krótsze, gdyż trzeba mnożyć przykrywki trosk dnia codziennego i w tych przerwach gra się taką medialną elevator music, takie plimkanie, nie przerywające snu. Ale jak pojawi się prawdziwy temat, to mamy rozpisane nuty na całą orkiestrę, narrację się wątkuje przez dni całe.

Tak jak z listą Epsteina (wymawiajmy proszę jak Einsteina), będzie tego towaru na miesiące. W międzyczasie załatwi się Iran, Wenezuela z Grenlandią przyschną, Trump opyli z Putinem Ukrainę i dogada się z Pekinem (rymnęło mi się…). A my będziemy siedzieć w milionach stron stenogramów i maili, tysiącach zdjęć i filmów łowiąc tego kogo chcemy wyłowić. Zawsze się ktoś znajdzie, czego dowodem jest ostatnia wypowiedź Pameli Bondi, pani prokurator generalnej USA, która na pytanie dlaczego ludzie ze zdjęć i filmów nie zostali jeszcze aresztowani, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: bo musielibyśmy posadzić wszystkich. Moim zdaniem – nie zaszkodziłoby. Byłaby to najszybsza wymiana elit w dziejach, kiedy mądrość tego świata przeszłaby na drugą stronę Styksu Epsteina, zaś lud położyłby na ich zamkniętych powiekach obole dziejowej sprawiedliwości. Ech… pomarzyć nie wolno?

I tak będzie u nas – pani Maria będzie słała swoje odcinki, oglądalność nabije kasę właścicielowi wprost proporcjonalnie do długodystansowego hejtu ze strony mainstreamu. Widzowie będą krzyczeli „ukrzyżuj go!”, choć tak naprawdę trzymającym sznury gotowe na Stanowskiego chodzi o rząd kasy i rząd dusz. A Rosja? Rosja dalej będzie przez nas nierozpoznana. I nie w kontekście tego o czym pisał kiedyś Churchill, że „Rosja jest zagadką owianą tajemnicą, ukrytą w enigmie”. To są fascynacje nie dość rozgarniętych umysłów zachodnich. Co z Rosją, to my Polacy, jako Słowianie przez nią doświadczeni wiemy o wiele więcej niż pozornie naiwny Zachód. Ale obecnie jesteśmy magnesowani kłamstwem podobnym do tego pandemicznego – zamiast kowida mamy teraz Rosję, nieprzewidywalny wirus świata, trzeba się go bać, nie ma na niego lekarstwa, chyba, że wszyscy zaszczepimy się nań unijnym federacjonizmem. Że Rosja jest jednocześnie – jak Kaczyński – i słaba, i groźna, że zaraz tam podniesie się obywatelski żywioł i pogoni kagiebistę z Kremla. A to nas kompletnie oddala od tego jak tam w Rosji jest. I Rosja cieszy się z takiego naszego dysonansu poznawczego. Ciekaw jestem tylko czy pani redaktor choć na milimetr zmieni ten stupor polskiej opinii publicznej. Zobaczymy – poczekamy na kolejne odcinki, a to dopiero początek, nie tylko reportażowego, serialu.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

               

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *