11.11. Dwa marsze

11 listopada, dzień 619.

Wpis nr 608

zakażeń/zgonów

3.162.804/78.524

No i po Marszu Niepodległości. Dla mnie jest on zawsze papierkiem lakmusowym rzeczywistego i aktualnego stanu polskiej polityki. Tak więc i w tym roku przyglądałem się mu z uwagą, by zobaczyć jak jest naprawdę. Jak mogę, to chadzam, w zeszłym roku miałem „obserwację uczestniczącą”, w tym roku z powodu choroby skazany byłem na telewizyjne śledzenie dwóch równoległych relacji, co dało mi asumpt do szerszych perspektyw.

Zacznijmy jednak od początku. Marsz Niepodległości to impreza, którą udało się wypromować ruchom prawicowym, szczególnie o proweniencji narodowej. Co prawda jest to wydarzenie na które chodzą całe rodziny, bez żadnych podtekstów politycznych, ale jest to wynik pewnego procesu. Otóż koła narodowościowe wypełniły lukę wczesnej III RP, która to święto obchodziła, ale raczej… bokiem. To znaczy odbywały się wieńcowe uroczystości oficjeli, ale żadnej okazji do święcenia przez lud nie stworzono. Teraz już wiadomo, że kwestie narodowościowe w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych były traktowane wstydliwie, bo ogólna propaganda ostro wpierała aspirującym do europejskości Polakom, że narodowiec stoi ramię w ramię z faszystą, a więc nie ma co tu świętować.

Narodowcy wypełnili tę lukę, bo Polacy jednak chcieli świętować, ale pierwsze marsze kilkanaście lat temu to były imprezy mało liczne, w dodatku sprzedawane medialnie jako niszowe, niebezpieczne zabawy faszystów. Ale władza nie zaproponowała niczego, co by porwało tych, którzy chcieli pomaszerować dla Najjaśniejszej. Jakieś biegi, przyklejanie wąsów nie wchodziły za bardzo, jeśli już to poza Warszawą. Apogeum to była akcja prezydenta Komorowskiego „Orzeł Może”, kiedy stworzono figurę naszego orła z czekolady, którą później… skonsumowano. W towarzystwie patriotycznych… różowych flag, oczywiście. A więc Marsz Niepodległości stał się jedyną alternatywą dla ludzi, którzy chcieli masowo świętować fakt, że są dumni z tego, iż są Polakami.

W tym kontekście brzmią dziwnie utyskiwania, że jak to, że narodowcy przejęli takie ważne święto. No bo jak się nie odpowiada na takie zapotrzebowanie, to pustkę wypełnia ten kto chce. Żałośnie wyglądały (i wypadały) wszelkie próby „odbicia” Marszu, czyli stworzenia alternatywy, jakiejś formy celebracji tego święta. Ale cóż się dziwić. To się po prostu nie składało – jak się codziennie uważa „polskość za nienormalność”, zrównuje patriotyzm z faszyzmem, chce roztopić w tyglu europejskości to później trudno o autentyczność w zbieraniu się pod europejskimi flagami i hasłami, które zaraz kończą się wyzywaniem na PiS. Nawet nie ma piosenek, które można byłoby zaśpiewać. A więc nie ma co narzekać – rosnące znaczenie Marszu, to wynik zaniedbań tych, którzy na to dzisiaj narzekają.

Ale wróćmy do Marszu (jak powtarzali na okrągło reporterzy z TVN, bo chyba nie wiedzą co to znaczy) anno domini 2021. Jak pisałem, obraz Marszu moim zdaniem ukazuje stan polskiej polityki i warto w tym dniu złapać ten kadr i zapamiętać. Ja to zrobiłem w formie skrajnie wyczerpującej, bo skazałem sam siebie na równoległe śledzenie przygotowań do Marszu i jego relacjonowania przez dwie opozycyjne wobec siebie telewizje. Po prostu najłatwiej to zobaczyć, gdy się ten obraz widzi przez lornetkę dwóch spojrzeń, z zastrzeżeniem, że żaden z jej okularów nie pokazuje prawdy, tylko rację, którą któraś ze stron chce pokazać jako swoją.

W tym roku mieliśmy szachy. To znaczy prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zrobił wszystko żeby w Warszawie doszło do zadymy. Ma taką władzę, że może zakazać marszu na „swoim” terenie, z czego w tym roku skorzystał. Chodziło oto, żeby – gdy marsz okaże się nielegalny – w przypadku zgromadzenia policja musiała jakoś zareagować. Wtedy oba wyjścia były dla Trzaskowskiego dobre, bo albo pisowska policja spałuje marsz, albo jak go oleje, to narazi się na zarzuty, że nie wykonuje swoich obowiązków. Mieliśmy więc do czynienia z konsekwentnym zaskarżaniem Marszu do sądów, na przekór decyzjom pisowskiego wojewody. Pretekst był idiotyczny, ale sądy (widocznie wylosowano składy sprzyjające opozycji) poparły wnioski skarżącego prezydenta. Szło na marsz nielegalny, bo wiadomo było, że lud się i tak wybierze.

I wtedy wszedł PiS, cały na biało. Wykombinowano, żeby zrobić z Marszu imprezę państwową, a wtedy władze miasta (czytaj Trzaskowski) mogą sobie tylko popatrzeć, bo władza ratusza już tu nie sięga. Patronat nad imprezą rozpostarł Urząd ds. Kombatantów i było po herbacie. No, ale decyzja decyzją, jednak istnieją jeszcze narracje. Jak co roku odbyła się medialna „podgatowka” przed marszem faszystów, z tym, że już z pewną specjalizacją. Użyto powstańców. To znaczy jednej pani z Powstania, która została wylansowana na marszu przeciwko polexitowi. Wtedy to było starcie na głośniki z organizatorem przyszłego Marszu Bąkiewiczem, który zagłuszał imprezę, a więc i przemawiającą na niej panią Wandę. Czyli narodowiec-faszysta starł się ze świętością, jaką są Powstańcy.

Zrobiła się medialna zadymka, szczególnie obrzydliwa, bo zaczęto używać etosu powstańczego do taktycznych rozgrywek przeciwko Marszowi, ale i tej strasznej władzy, która objęła patronatem nazistowską imprezę. Plującą w twarz powstańczą. Pani Wanda jako „my Powstańcy” sprzeciwiła się organizacji marszu, za co została nagrodzona wkrótce przez Trzaskowskiego tytułem „Warszawianki roku”, pozostawiając w przegranym polu takie konkurentki, jak Babcia Kasia, czy pani Lempart (wrocławianka, nota bene). Odezwali się powstańcy, że pani Wanda to żadne „my Powstańcy”, bo impreza im się podoba i by poszli, gdyby nie mieli tak bardzo „niskiego PESELU”. Znowu, kolejny etos, który powinien pozostać nietknięty, został użyty (i zużyty) do brudnej wojenki z nielubianymi przez władze Warszawy pisowcami.

No i mamy kilka dni przed Marszem i sytuacja jest taka, że będzie on legalny, państwowy, ale wciąż przecież faszystowski. Trzaskowski gra ostatnią kartą i rejestruje na trasie marszu manifestację „Kobiet z Mostu”. Chodzi o to, by mieć konfrontację na Marszu, sprowokować go na tęczowo i złapać parę kadrów, jak pod ochroną państwowej policji jakiś faszysta pobije tęczową kobietę. Ale nic z tego, panie rezygnują (złośliwie przezywane przez wrogów „Kobietami spod Mostu”) oświadczając, że sojusz PIS-u i neofaszystów jest faktem. Dzień przed Marszem to już tylko harce – po pierwsze z powodu plakatu, który przyrównuje działania prezydenta Trzaskowskiego do działań hitlerowskich okupantów również zakazujących takiego świętowania (a więc jednak porównanie do faszystów boli, szkoda, że tylko jedną stronę). Druga sprawa to wątek poboczny pt. sprzątamy Warszawę przed Marszem.

Chodzi o to, że w centrum miasta, w miejscach zbiórek Marszu i na jego trasie pełno jest materiałów budowlanych, bo trwa przebudowa centrum. Wojewoda nakazuje usunięcie ich z trasy marszu, by nie stały się narzędziem możliwej nawalanki. I wątek ten jest eksploatowany aż do dnia Marszu. Że jak to, ma być spacer z rodzinami, wszystko pokojowo i państwowo, a tu zwijamy cegły i betonowe bloczki, czyli jednak ma być zadyma? Widać, że ktoś bardzo by chciał, żeby jednak była. W nocy ktoś maluje fragment mostu Poniatowskiego na tęczowo i jesteśmy gotowi na TEN dzień. Pozycje ustalone, role rozdane, narracje gotowe.          

Jaka jest więc pozycja wyjściowa obu stron politycznego sporu? (Narodowców, jako element rozgrywany na razie zostawmy obok). W co gra PiS? W tym roku gra nietypowo, ale głównie z powodu sytuacji na granicy białoruskiej. Mamy mobilizację patriotyczną, która politycznie gra na korzyść władz. A więc nie do pogodzenia z tym jest wariant, w którym państwowa policja pałuje pochód pod biało-czerwonymi flagami. Cały dotychczasowy urobek zatargu z Białorusią ległby w gruzach, przy aplauzie opozycji, która w TVN-ie na żywo rozgrywałaby tę sytuację. Poprzednie marsze to w tym kontekście coś zupełnie innego. Wtedy, PiS grał na eskalację zadymy na Marszu. Chodziło o to, że w tej kwestii PiS ma jedno – to on ma być depozytariuszem prawicowości w odbiorze społecznym, do przekucia na zysk polityczny. I na prawo od niego ma być tylko ściana, albo… ekstremizm. A więc w interesie PiS-u, jak rządzi, jest zaostrzanie przebiegu Marszu, by wszyscy zobaczyli, że tylko PiS jest prawicą racjonalną.

Ja to widziałem na zeszłorocznym „spacerze”, którym oficjalnie był Marsz w czasach pandemii. W czasie mojej obserwacji uczestniczącej szedłem równolegle z Marszem bocznymi uliczkami i wdziałem dziesiątki vanów na cywilnych numerach, parkujących w otoczeniu policyjnych radiowozów na zastrzeżonych dla mundurowych miejscach, z których wychodzili byczki po cywilnemu (niektórzy w wystroju już kibolowskim), przechodzili przez kordon policji od jej tyłów, wchodzili w tłum, dymili i wracali za kordon. Nie mówię, że autentyczni zadymiarze na manifestacji to niewinne łątki, ale widziałem ten proceder i jestem nim poważnie zdegustowany.

No, w tym roku tak już nie wypadało. Władze objęły patronatem imprezę i same sobie by tak nie dymiły. I gdy tak siedziałem przed ekranem TVP to widziałem, że PiS ukradł tę imprezę organizatorom. Po pierwsze – przekaz był z dumą, patriotyczny, nie tak jak w zeszłym roku, że tu zadymiarze, a przecież szli ci sami ludzie. Po drugie – dzielony ekran. Z lewej przemawiający wcześniej Kaczyński, z prawej morze flag na moście. Wychodziło, że to organizator przemawia do tłumów. Czyli, że to impreza władzy. W dodatku szło spokojnie i nie trzeba się było wstydzić. Wystarczyło tylko uznać imprezę, puścić w tłum i na czoło manifestacji umundurowanych policjantów i wszystko poszło inaczej, czyli lepiej.

W TVN inny kosmos. Widać, że odbyły się narady i wiadomo było jak to relacjonować. Moim zdaniem kalkulacje były takie, bo wyszyło to od początku relacji: nacisk, że to impreza państwowa, że PiS wspiera neofaszystów. Inwestycja medialnie zacna, pod warunkiem, że odbędzie się zadyma. Bo wtedy mamy samograj – patrzcie, impreza pod patronatem państwa, a tu faszole podpalają miasto, biją się z policją, szarpią z tęczowymi obywatelami. No, cudo. I widać było, że relacjonujący przebierają nogami, żeby tak było. Nawet, po słynnym spaleniu wozu TVN, wysyłają reporterów w tłum, a nuż coś się zdarzy, jak nie w tłumie, to z reporterem. A tu kurcze nic. I trzeba improwizować wątki poboczne. Czegóż tu nie było. Jak zrobić, że jest źle, skoro jest dobrze? Idzie żenua.

Co prawda nie w tv, ale równolegle w internetach idą memiczne obrazki. Szczają. Tak, dwóch, jeden z flagą, sikają w podziemiach przejścia. No beka. I że świat to zobaczy i znowu będzie wstyd – nie dość, że faszole, to sikają pod patronatem państwa. Kilka wątków, że dym z rac szczypie zapłakanych Warszawiaków w oczy, że stolica jest nie tylko podzielona politycznie, ale i logistycznie, bo nie można było przejechać Alejami. Potem, że tu pandemia, a tu państwowa uroczystość w cieniu kowida, będą ofiary i zajęte respiratory (parę dni wcześniej wirus się chyba zawiesił jak tysiące manifestowało przeciwko polexitowi). Brak zadymy skradł show i trzeba było zadowolić się improwizowanymi resztkami. W końcu wylądowaliśmy na clou programu: Bąkiewicz przejęzyczył się w przemówieniu i zamiast „kaganek oświaty” powiedział „krużganek”. No i poszło. Wszędzie, wszyscy, beka. Co właśnie dowodzi miałkości tego przekazu. To wszystko co tam macie przeciwko temu Marszowi? Tylko tyle? Że głupi, źle dobiera słowa? A więc nie ma już żadnych innych argumentów?

W TVN się wili jak piskorze. Dyżurni politolodzy i politolożki musiały improwizować na całego. W relacji słownej kupa czarnych flag faszystowskich, a na ekranie biało-czerwono. Realizatorzy starali się jak mogli, kamery jak wyłowiły w morzu biało-czerwonych flag jakąś czerń czy zieleń to szły za tym aż na stadion. I przebijający zewsząd coraz mniej skrywany żal, że się nie leją. A czemu się nie leją? Bo… Trzaskowski posprzątał. Tak, narracja z rana, że to bez sensu wróciła po południu, że to tylko dzięki Panu Rafału jest spokojnie. W końcu lądujemy na ostatniej, bezradnej konstatacji: „Marsz był najspokojniejszy od wielu lat, ale musimy pamiętać, że to nadal marsz nienawiści.”  Ot, kulig nie udał się.

W głowach totalnych ma pozostać słabiutka jak widać suma przekazów z wczorajszego dnia. Co będą pamiętać odbiorcy TVN? Niewiele i słabo, bo jak widać nie ma z czego uszyć tej faszystowskiej narracji. Będzie to coś takiego: „Ale z tym przejęzyczeniem Bąkiewicza to kto to widział, żenada co nie?’ 'A widziałaś tych co sikali na dworcu? No ładnie, impreza państwowa!’ 'Ktoś spalił flagę Niemiec i portret Tuska, wstyd będzie przed znajomymi z Erasmusa…”. Tyle, trzeba przyznać, że skromniutko.

Wnioski ogólne – przebieg Marszu zależy od aktualnego stosunku do niego aktualnej władzy. Do tej pory było ciężko. Bo za PO chciano pokazać potworną mordę narodowego faszyzmu, więc lano i eskalowano, nawet wpuszczano zagranicznych lewaków z Antify, by sobie popluli na ludzi w legionowych mundurach. A więc eskalowano. Za PiSu, do tej pory, kończyło się na tym samym, ale z innych pobudek – nie będzie tu żadnej konkurencji. A więc Marsz miał jak w ruskim czołgu – zewsząd strzelają. W tym roku mogliśmy zobaczyć ewenement – Marsz, z powodów wyjątkowych był na rękę władzy, która go delikatnie objęła i przejęła troszkę. I to smutne, że świętowanie niepodległości może się odbyć spokojnie tylko wtedy kiedy jest to na rękę aktualnej władzy. No bo – załóżmy – to są co roku ci sami ludzie. Raz idą radośnie z rodzinami, a drugim razem biją się i rozwalają pół miasta. A więc przebieg imprezy nie zależy od jej uczestników, tylko od tego, co z Marszem chce robić władza.

I tak jest (a co najmniej może być) co roku. Co pokazuje jedynie mizerię naszej politycznej sytuacji i erozję sceny politycznej. Bez względu na to, kto aktualnie rządzi.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.    

7 thoughts on “11.11. Dwa marsze

  1. Bąkiewicz w jednym z komentarzy: „Żadne mieszkania nie ucierpiały. To wielki sukces marszu”. Tzn, że co? Że mieli ochotę wszystko rozwalić ,ale musieli się powstrzymywać bo już w zeszłym roku rozwalali i w tym roku by to nie przeszło? Tak jak za czasów stalinowskich: Mógł zabić, ale tylko wysłał do łagru. Niesamowite. I Pan Redaktor też taką narrację uprawia.

    1. Ale ten komentarz tylko potwierdza końcową konstatację Autora blogu. Bynajmniej nie „chcieli wszystko rozwalić”, tylko wielkim sukcesem (organizatorów Marszu i współpracujących z nimi władzy/Policji) jest to, że tym razem udało się nie dopuścić ani razu do rozbicia przez jakiegoś prowokatora kamieniem lub petardą żadnego okna przy którym wywieszono (mniej lub bardziej prowokacyjnie) tęczową flagę.
      Jak bardzo trzeba „myśleć TVN-em”, żeby tak opatrznie zinterpretować sobie stwierdzenie faktu: „odnieśliśmy sukces – tym razem uniknęliśmy prowokacji”?

    2. Gdy wyburza się budynki, robi się to tak by nie narobić szkód wokoło. Jeśli uda się wysadzić budynek bez niszczenia okolicy to jest to sukces. Analogicznie zorganizowanie marszu na dziesiątki tysięcy osób, które nie są weryfikowane/szkolone/identyfikowane, bez poważniejszych incydentów jest wyzwaniem. Tam mógł przyjść przecież każdy, w tym agentura, prowokatorzy, pijani, opozycja, terroryści itp.

    3. Akurat zwołanie 150 tys przeważnie młodych ludzi w jednym miejscu i brak szkód z tym związanych przy niezliczonych prowokacjach drugiej strony, uważam za cud.

  2. Ponawiam propozycję obejrzenia wykładu na UW pt „8 dekad propagandy wykład Jacka Fedorowicza” z jutuba. Bardzo apropossssss. „-Co tak syczy? -A terassssssssssss? -Przestało”
    (Te same czasy- inne kino, najważniejsze, że „momenty były”)

    🙂
    Zdrowia życzę!

  3. Dziękuję za sprawozdanie i mądre uwagi…

    PS
    Tymczasem na słynnej granicy trwa cyrk…

    Wychodzi drugie dno…

    Zgadzam się z Marcinkiewiczem, który twierdzi że wszystkie wojny są o źródła surowców energetycznych lub ich szlaków transportowych.

    W naszym przypadku chodzi też o to czy Angole wezmą pod siebie Jewropę czy wygra sojusz niemiecko-francuski.

    Zastanawiałem się jaki interes mają Angole w tym by rękami Erdogana robić zadymę na granicy polsko-białoruskiej. Ale powoli Brytole się odsłaniają, i wychodzi na to ze celem akcji granicznej jest poszczucie na siebie ewentualnych koalicjantów w Niemczech.

    A jak wiemy, Niemcy „za radą PGNiG” zatwierdziły formalnie NS2, a dwa dni później przyszły kanclerz i szefowa Zielonych przedstawili na zebraniu związków zawodowych i przemysłowców branży chemicznej, górniczej, metalurgicznej i energetycznej, nowe plany.

    Elektrownie atomowe będą planowo likwidowane, tak jak i węglowe. Powstawać nadal będą wiatraki i nowe panele, ale – ciekawostka! – w ciągu 9 lat!!!! mają w Niemczech zbudować elektrownie gazowe o łącznej mocy ponad 42 GW!!!!!!!!!!!!!!!!

    „Imaginujesz Wacpan”??? Ponad 40 gigawatów! W ciągu ekstremalnie krótkiego czasu = 9 lat!

    To jest absolutna rewolucja i przyszły cud technologiczno-budowlany! A do takiej mocy elektrowni gazowych, to już trzeba zacząć budować NS3!!!!!!!!

    A może i równocześnie NS4?

    1. I tu muszę oddać to Niemcom, działa ich narracja, myśli Pan, że są tacy eko, że będą zamykać elektrownie węglowe, a kilka miesięcy temu otworzyli, o t w o r z y l i, największą w Europie elektrownie na węgiel brunatny i tak powinno działać poważne państwo, tutaj, tak, tak, zgadzamy się na wszystko, a robimy swoje, tak, żeby dla nas było dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: