16.10. Ja przynajmniej miałem taką wiosnę.

16 października, dzień 593.

Wpis nr 582

zakażeń/zgonów

2.937.069/76.111

Chyba jednak jestem idealistą, że wierzę w takie rzeczy. Właściwie byłem nim od młodych czasów, ale doświadczeniem granicznym był dla mnie karnawał Solidarności. Nie tylko dlatego, że byłem synem Sybiraka, że wiedziałem co to komuna, nie tyle od ojca, ale z atmosfery w domu. I nie tylko było to dla mnie ważne, że można się było odegrać trochę na komunie, nawet nie to, że można się było policzyć. Zafascynowały mnie dwie rzeczy następujące jedna po drugiej. Po pierwsze – okazało się, że właściwie to wszyscy myślimy podobnie, wystarczy rozbić tylko tę niewidzialną ścianę, by okazało się, że po drugiej stronie stoi taki sam człowiek jak my. Że nasza wewnętrzna emigracja do wysepek własnej wolności i kurczącej się prywatności nie ma innych podstaw niż wpierane nam fałszywe przekonanie, że jesteśmy sami. Okazało się, że gdy te wyspy połączy się mostami porozumienia to stajemy się jednym lądem, kontynentem.

Bo, choć trudno w to dzisiaj uwierzyć, Polacy byli wtedy zjednoczeni, zniknęły podziały, które i tak glajszachtował komunizm stosowany. Mieliśmy priorytet – wyrwać się z tego syfu jako kraj, naród i społeczeństwo. Co potem? No, wolne wybory i dopiero wtedy dowiemy się czego chce suweren. Ci, którzy uprawiali wtedy inną politykę byli na obrzeżu zdarzeń. Oczywiście od razu kręcili się przy tym macherzy z konkretnymi pomysłami, którzy zdobywali jakieś tereny, bo suweren odzyskawszy głos zaczął mówić tyle różnych rzeczy, że w tym jazgocie można było ugrać jak w mętnej wodzie.

Ja sam taki byłem i widziałem większość takich jak ja. Kompletnie niewyrobiony politycznie (w końcu miałem wtedy 20 lat i jak powinienem w tym wieku – bardziej się bawiłem niż działałem) jak cała reszta, napchany pojęciami (jednak) z przemożnego socjalizmu, w dodatku w formule związku zawodowego wymyślałem i gadałem wtedy kompletne głupoty, których bym się dziś wstydził. Ale jednak i dziś je też słyszę i myślę, że to przypadek choroby dziecięcego wieku. A więc to kwestia powtarzalna pokoleniowo.

Ale wtedy zobaczyłem rzecz, która zaważyła na moim pojmowaniu świata. Widziałem jak dzieje się historia, widziałem jak tłumy odzyskiwały swoją podmiotowość i robiły dzieje. Jak cała ta wielka maszyneria totalitaryzmu się przed tym cofnęła. Oczywiście służby PRL miały tam gdzie trzeba swoich, ale masowość ruchu dawała mu niekontrolowany impet. Lud wtedy „poczuł siłę i czas”. I tego widoku się nie zapomina. Ciąży on potem na całym życiu, bo widzi się inną sprawczość niż tę suflowaną przez elity, pozorne wyłanianie przedstawicieli i cały ten układ III RP, który stał się wcieleniem wielopoziomowego klientelizmu. Wystarczy, by Polacy chcieli chcieć.

I widziałem w swoim życiu wielu takich, co mieli podobne do mego doświadczenie i spędzili (zmarnowali?) większą część swego życia, na tym, by wytłumaczyć suwerenowi, że to on posiada siłę, która w kilka godzin może znieść najwyższe trony. Ci nie mogli pogodzić się z tym, że ten naród, który kiedyś tak pięknie i solidarnie stawał wobec przemocy, dziś grzęźnie w marazmie niewoli, kolorując to sobie konsumpcją. Czasami rzeczywiście były takie momenty, które naród przespał, czasami wystartował na próżno ale po 1989 roku oddaliśmy się bardziej materialnemu odkuwaniu się po siermiężnym komunizmie, niż myśleniu o rzeczach wspólnych i dbaniu o sferę publiczną. I dobrze, bo tak może i powinno być, ale widzę wśród swoich znajomych z tamtych czasów samoobwiniającą się refleksję: nie dokończyliśmy po 1989 roku rewolucji Solidarności.

Przyczyn było wiele: ułuda i ulga, że to koniec komunizmu, nieznajomość rzeczywistych ustaleń przy Okrągłym Stole, które nie tylko pozostawiły byłych władców bezkarnymi, nie tylko zaspawały ten układ  w obowiązującym do niedawna, a naprawianym nieudolnie, wymiarze sprawiedliwości. Chyba najgorsze jednak jest to, że III RP w ramach takich ustaleń wyprodukowała cały system kliencki, z komunistami nawróconymi na kapitalizm, z zagarniętym majątkiem w ramach uwłaszczenia nomenklatury – jako wzorca nowej formy kapitalizmu kompradorskiego i bogacenia się kosztem innych. Znowu wszystko poszło w układy i PRL zaczął się odtwarzać pod orłem, chociaż i w koronie.

Wszystko to szło stopniowo, aż obudziliśmy się w Polsce nie naszych marzeń. Młodzi, żyjący już całe swoje życie w III RP nie wiedzą, że mieliśmy i utraciliśmy większe ambicje. Że Polska miała być państwem przyjaznym suwerenowi, a nie łodzią bez sternika, miotaną tylko prowokowanymi falami burzy wojny polsko-polskich plemion. Cały problem systemowo polega moim zdaniem na fałszywym systemie wyłaniania pośredników pomiędzy wolą ludu a jej urzeczywistnieniem. Często przypominał mi się rysunek satyryczny (?), który ilustrował tę sytuację. Dwóch ludzi rozmawia po wyjściu z lokalu wyborczego. Jeden pyta: „Na kogo głosowałeś?”, drugi mu odpowiada: „Nie wiem”. I tak to się toczy od wielu lat.

Stan dojścia III RP to wojna polsko-polska, w którą gra całościowo system polityczny. Jej rozmiary i wszechobecność magnetyzują suwerena w fałszywej bezalternatywności dwójpodziału sceny politycznej. To osłabia alternatywy, bo wyborcy wybierają „mniejsze zło”. Czyli państwo bardziej zarządzane jest (zmiennym) mniejszym złem niż dobrem wspólnym. Ja wiem, że w każdym kraju są podziały, ale ten polski to jakieś kuriozum jest, poza nim nie istnieje innych kosmos, jest tylko pomijalny plankton. Pomysły na Polskę są wśród dwóch plemion coraz słabsze, zwłaszcza w sferze ich realizacji. I jesteśmy w stanie narodowej wojny, która wykańcza „ten kraj”. A o wojnie Orwell pisał tak, że jest ona wpisana w losy ludzkości i nie jest ważne, kto strzelił czy podpalił pierwszy, kto komu jak oddał i w jakiej skali. Wojna jak się zacznie to nie liczy ofiar, te będą liczone po zwycięstwie. A więc skoro konflikt wojenny jest tak genetycznie wpisany w historię to winą za wojnę nie trzeba winić tego, kto ją prowadzi, tylko tego, który sprawia, że pokój jest niemożliwy. I ja widzę po tej stronie prawie całą scenę polskiej polityki, kiedy odwołuje się to tego podziału stymulując go dla swoich potrzeb taktycznych i prawie wszystkie – równo – media plemienne.     

Dla człowieka, który widział władzę bezpośrednią na ulicach i to taką, która mogła demokratycznie wyłonić swoich przedstawicieli na przeróżnych szczeblach, dzisiejsza bierność suwerena może być gorzką pigułką. Przecież się pamięta jaka tam jest dynamika. A może im dobrze? Przecież jesteśmy… jednym z najszczęśliwszych narodów świata, co może oznaczać, że nasze ciągłe marudzenie to raczej postawa, niż przekonanie. Szczególnie to widać w kowidzie – zgadzaliśmy się pod presją swego strachu oddawać swoją wolność po kawałku za mgliste obietnice bezpieczeństwa. A tak to jest, że w tym układzie wolność traci się od razu a obietnica bezpieczeństwa nigdy nie jest przez państwo dowieziona.

I ci, którzy utyskują, że lud nie korzysta ze swojej siły tracą motywację, załamują się i na lud narzekają. A może to i sukces, że dołączamy do reszty zachodnich społeczeństw, dla których sfera polityczna to nie ciągłe „nocne Polaków rozmowy”? Że może i my, tak jak tamci, powinniśmy bardziej troszczyć się o prywatną doczesność niż kwestionować układ polityczny i system organizacji państwa. Może to i prawda, i to jest ten dobroczynny koniec naszej drogi? Syte, bierne społeczeństwo, które obsługują elity, którym wiele się wybacza. Może to i prawda, ale… nie w tym miejscu świata. Historia dowodzi, że jak traciliśmy instynkt przetrwania to wchodziliśmy w lejek ograniczenia a nawet utraty suwerenności. I mamy tu takich na pokładzie, którzy wprost deklarują, że projekt Polska nie wyszedł i trzeba kupić na niego licencję podporządkowania się Brukseli, a bardziej chyba Berlinowi.

I jak to się ma tak potoczyć, że biernie się temu będziemy przyglądać, to znaczy, że na to zasłużyliśmy, jak kilka już razy w naszej historii. A wcale tak nie musi być, jest siła i rozum w narodzie, nie jest on jedynie w stanie się zjednoczyć wokół podstawowych pryncypiów i przebić przez system, o co ten system „systemowo” dba.

Tak, to jest możliwe. Widziałem to.

„Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,

Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim bloguDziennik zarazy”.   

5 thoughts on “16.10. Ja przynajmniej miałem taką wiosnę.

  1. Wstęp.. piękny. Rozwinięcie.. cudowne.. Zakończenie, w starym pisowskim stylu – niestety. Wszystkiemu winni inni – my czyści jak łza, a tylko ci obrzydliwcy z opozycji chcą nas skumać z zachodem, w którym – nomen omen – jesteśmy w niej z własnej woli i powinniśmy być w środku procesu decyzyjnego, a nie zachowywać się jak panna nieroztropna, która furczy z boku i narzeka jak to źle, jak niedobrze, zamiast wziąć się do pracy i samemu być w centrum i decydować. Skoro rząd PIS nie potrafi współpracować, być w pewnym stopniu elastycznym, znać swoje miejsce w UE, w szeregu, no proszę wybaczyć ,ale politycznie i gospodarczo niewiele znaczymy (także z winy obecnie rządzących). Skoro Francja politycznie jest słaba, Polska stoi z boku OBRAŻONA i pod nosem coś mamrocze, reszta zajmuje się swoimi sprawami jak Włosi czy Hiszpanie, to kto to ma ciągnąć? Ano Niemcy. Kiedyś w tym szeregu była UK, ale oni nigdy na 100% nie byli w UE. Więc im było, także geopolitycznie łatwiej wyjść. Zawsze, ZAWSZE, gdy stawaliśmy sztorcem do Niemców kończyło się to źle. Czy teraz też tak chcecie? Zamiast współdziałać z nimi, nawet ich lekko hamując, ale będąc za plecami i lekko ich szturchając, dziś nikogo tam nie ma. A to polityczny błąd. Także obecnej władzy.

  2. Właśnie znów czytam wywiad-rzekę ze Stanisławem Lemem. I on tam (już ćwierć wieku temu) powiedział, że jak w Polsce do reszty znikną porządna edukacja, elity i fundament kulturowy, to „Polakom zostaną tylko jakieś kulturowe erzatze i wzajemne wyrywanie sobie nóg na ulicach”, czyli upadek w niewolnicze barbarzyństwo. Miał rację? Miał!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: