18.12. Czworonożna dialektyka

18 grudnia, dzień 1021.

Wpis nr 1010

zakażeń/zgonów

124/0 – w niedzielę się nie umiera

Prośba o wsparcie bloga

Wersja audio

Pamiętam za komuny to chciałem zostać tajnym sowietologiem. Czytałem wtedy co się da, a było tego niewiele, bo Internetu jeszcze nie było i wszystko, co można było przeczytać to bibuła ściągana z Zachodu. Nielegalnie. Sam połączyłem te pasje, gdyż studiowałem filologię słowiańską, czyli – wtedy – rosyjską. Nie bardzo wiedziałem co się robi jak się jest ukrywającym się sowietologiem pozbawionym źródeł i możliwości publikacji, ale sama chęć wydawała mi się, że wystarczy.

Zrealizowałem się tak w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy trafił do mnie kolega z podziemnego wydawnictwa „Wers” i namówił, jako rusycystę, do podjęcia się przetłumaczenia na szybko rosyjskiego egzemplarza wydanego przez rosyjską emigrację w Paryżu. Była to dwutomowa „Utopia u władzy” Niekricza i Hellera, i pomysł był, by ją wydać po polsku w podziemiu.  W tym wielkim przedsięwzięciu przetłumaczenia kilkuset stron wsparłem się… swoimi wykładowcami z mojego wydziału. Były to głównie nauczycielki języka rosyjskiego, Rosjanki, które za mężem Polakiem wyjechały z sowieckiej Rosji, do najłagodniejszego wtedy kraju obozu socjalistycznego. Nigdy potem nie spotkałem tak zawziętych antykomunistek i jednocześnie patriotek Rosji. Panie pilnie mi przetłumaczyły całość, każda z czterech po swoim kawałku i zorientowałem się, że raczej muszę poprawiać ich polski, a więc trzeba było się samemu zabrać za redagowanie całości.

I wtedy natknął mnie z tej książki pewien duży rozdział, który dziś odnoszę do naszego tematu. Okazało się, że taki Stalin to sobie robił jaja z pogrzebu w wynajdywaniu pretekstów do testowanie lojalności swojej partii. Coraz to urządzał bzdurne czystki, które utrzymywały czujność w szeregach, ale sama bzdurność ich uzasadnienia stwarzała sytuację, że ktoś kto to łykał jako współpracownik był już gotowy na wszystko. I tak mieliśmy w wykonaniu łona partii komunistycznej serię „odchyleń”: było odchylenie prawicowe, nawet było lewicowe (czyli byli sekowani ci co chcieli za dużo komunizmu w komunizmie), było nawet prawicowe odchylenie we frakcji zbyt lewicowej. Stalin musiał się bawić na całego.

Ale wychodzi z tego ciekawa dominanta lewactwa, obecna jako gen, a więc przenoszona w czasie poprzez wszystkie epoki. Wiadomo – dialektyka, jako dominujące podejście może w każdej chwili zakwestionować wczorajsze dogmaty a ich apostołów strącić w piekielne czeluści odstępstwa od dzisiejszych przykazań. A to oznacza, że zawsze jest ktoś, kto przesunie kolejną granicę, za którą zostają ci, co nie zrozumieli mądrości etapu i wypadli z torów lokomotywy dziejów. Tak dzieje się i teraz. Podam przykład.

Mamy od dawna do czynienia z pewnym lewicowym trendem dotyczącym zwierząt. Nie jest to podniesienie franciszkańskiej estymy do naszych „braci mniejszych”. Jest to agresywna ideologia powolutku zrównująca człowieka ze zwierzęciem. Ma różne formy – ja napisałem kiedyś ciekawy (przynajmniej dla mnie) tekst o bambizmie, czyli ludzko-zwierzęcej mimikrze, ale to forma łagodna. Te wszystkie akcje z tym związane powoli prowadzą do uzyskania równych praw zwierząt i ludzi. Ale trudno mówić o „podniesieniu” systemowym statusu zwierzaków, prędzej właśnie o sprowadzeniu człowieka w dół, tam gdzie pobywają zwierzęta. Tak, mamy to wszędzie, idziemy ku temu, jeśli ktoś myśli, że zmyślam niech sobie poczyta o bądź co bądź profesorzycy pani Środzie, która postuluje przyznanie zwierzętom praw obywatelskich, a takim karaluchom –  uchodźczych. Pani Spurek to osobna historia, która się sama tłumaczy. Myślicie, że to ideolo dziwaków? Ale wokół pełno ludzi, którzy wynajmują psychologów zwanych behawiorystami, którzy – jak ludzcy terapeuci – żyją ze znerwicowanych psów i kotów, tak jak w przypadku człowieków, hodując sobie klientów wraz z coraz to nowo odkrytymi przypadłościami, które wymagają skomplikowanych (i kosztownych) terapii.  

I ten ruch wspierający zwierzęta, żeby się nie męczyły, żebyśmy ich nie jedli tylko zmienili dietę, myślał, że będzie odwieczną awangardą, hołubioną przez lewicowy mainstream (czy lewica może być mainstreamowa, to ciekawe zagadnienie, ale jak cały ściek płynie środkiem ulicy, to chyba tak). Tak jak za wspomnianego Stalina okazało się, że trzeba być czujnym, bo dialektyka jest sprzeczna ze stawianiem wszystkiego na jedną, tu zwierzęcą, kartę. Zjawia się bowiem szef wszystkich szefów, pan Schwab ze Światowego Forum Ekonomicznego, papież globalistów i mówi, że to koniec zabawy. Bo trzeba być czujnym – jak kolega mówi, że jak nie będziesz miał niczego to będziesz wolny, to wie co mówi. Bo jak masz nie mieć niczego, to znaczy, że masz nie mieć też psa, czy rybki. I być jeszcze bardziej wolnym.

Od dawna w klimatycznym amoku śledzi się ślad węglowy wszystkiego. No to również i naszych pupilów. I okazuje się, że ciągną one za sobą wielką smugę węglową. Dużo tego jest, żre toto krówki, a więc wracamy do tematu mięso a klimat. Na razie było lajtowo, czyli poradniki jak zmniejszyć ślad węglowy Burka. Globaliści idą dalej – najlepsza będzie depopulacja, czyli będziemy redukować domowe pogłowie. Wieści te zostały od razu zdementowane, że Forum się tym nie zajmuje, co w moim przypadku, drogą zasady Gorczakowa, że należy nie wierzyć tylko w niezdementowane informacje, utwierdza mnie w przekonaniu, że się jednak zajmuje. Zresztą to jest logiczne, z ich punktu widzenia. Przecież sami to mówią: największym interesariuszem świata nie jest człowiek, a planeta, tę rodzaj ludzki podtruwa swemi (i jak się okazuje zwierzęcymi) wyziewami, zaś jak nie będziesz miał nic to będziesz wolny, a więc po co komu taki kotek na drodze do pełnej wolności?

Że to wymysły? No, nie – mamy już pierwsze wdrożenia i plany. W Nowym Jorku przymierzają się do zakazu sprzedaży zwierząt domowych. Gubernatorka Nowego Jorku Kathy Hochul podpisała w czwartek ustawę senacką S1130/Assembly A4283. Ustawodawstwo zabrania sklepom zoologicznym sprzedaży psów, kotów i królików od 2024 roku. Trzeba przyznać, że jest to łagodna forma – nie będziemy wyrzynać pupilów, tylko starzy dożyją swoich dni, zaś nowe pokolenia nie wejdą do domów. Coś tak jak z samochodami do 2035 roku. Stare spalinowce mają po tym jeszcze jeździć aż skończą swój żywot, ja jednak uważam, że nikt nie będzie na to czekał, no bo jak to – wokół same elektryki na zielony prąd – skąd? – a tu będzie popylał jakiś dieslowy śmierdziuch? W życiu.   

I tu się obrońcy zwierząt znaleźli w narożniku. No bo co teraz? Co prawda zabijać zwierzaków (jak obiecują, a oni słyną ze słowności) nie będą, ale źródełko wyschnie. Będzie to argumentowane, że pula krzywd wobec zwierząt się zmniejszy, bo nie narodzą się obiekty cierpienia. Znamy tę śpiewkę. Ale co komu do piesków-kotków, które mają po domach lepiej niż wiele dzieciaków, nawet za ścianą u sąsiadów? Co z tymi towarzyszami ludzi samotnych, jedyną bratnią duszyczką „brata mniejszego”, depozytem dla ludzi opuszczonych, że są jeszcze komuś potrzebni? Czy tam jest zwierzęce cierpienie? Raczej tak rozleniwiający luksus, że czworonogom tak odbija, że mają swoich własnych terapeutów i nerwice na poziomie przerastającym swoich gospodarzy. No i gdzie się podzieją czworonożni aktywiści? Co z legalnymi zwolennikami zoofilii, jak im się zdepopuluje grupa docelowa?

Tak, to są dylematy lewicowe na miarę czasu. To jest jakieś kłębowisko. No, bo popatrzmy: lewica nie ma nic przeciwko zoofilii, ale z drugiej strony kto to wie, czy obiekty zwierzęce mają na takie harce ochotę czy nie? Jak zapytać o to kota to zrobi tzw. kocią mordę i nie wiadomo. Z drugiej strony takie burdele dla zoofilów, co to wyrastają jak grzyby po deszczu, to jak to ma być? Wpadnie tam jakiś zwierzęcy aktywista, by zobaczyć jak się czworonogom pracuje? Przecież to to samo co z ludzkimi sexworkerkami, co to nam po lewej argumentują, że to robota taka jak wszystkie?

No, złożone to jest i stąd chyba nerwowość u towarzystwa. No, bo to nikt nie wie czy rozwój dialektyki przypadkiem nie zmiecie jego pasji, do niedawna jak najbardziej prawilnej, nagle już nieważnej, ba – wrogiej? Tak się trenuje starych do nowego, nawet tych, którzy myśleli, że są w ścisłej awangardzie, a nie nadążyli za zmianą kierunków zaostrzającej się walki klas. Czeka nas zatem folwark zwierzęcy, już bez alegorii do ludzkich zachowań.    

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

7 thoughts on “18.12. Czworonożna dialektyka

  1. Próbować ogarnąć umysłem plany lewicy to jak próbować zrozumieć tajemnicę Trójcy Świętej. Nie da się. Głosi się więc, że wierzącym dana jest łaska wiary i o tę łaskę należy się modlić. Podobnie aktywiści lewicowi wierzą w słuszność głoszonych ideałów i nie próbują ich zrozumieć. Odrzucają „stary porządek”, ale nie da się z siebie wyrwać potrzeby wiary w coś, cokolwiek, co wydaje się słuszne. Nie wiedzą zaślepieni wiarą lewicowi głupcy, że służą złemu.

  2. A tymczasem okregowa inkwizycja lekarska w Krakowie orzekła wobec dr Martyki roczny zakaz wykonywania zawodu, utajniła obrady i uzasadnienie i oczywiście wzięła stronę bigpharmowca grzesiowskiego.
    Zuchwałe są te…. I bezczelne!

  3. zerknąłem bo to szok. Okazuje się że NY tylko idzie w ślady : „When the ban takes effect, New York will join California, Illinois, Maine, Maryland and Washington as states that have banned retail pet sales”. ( WE 19/12/22)

  4. Zakaz sprzedaży zwierząt w sklepach akurat jest bardzo trafiony, bo pseudohodowcy w paskudny sposób zarabiają na cierpieniu zwierząt, a nadpopulacja obecnie jest ogromna. Jest to też wielki przemysł, bo dla przykładu firma, która robi popularne batoniki, zarabia drugie tyle na pordukcji karmy dla zwierząt (pewnie z tych samych składników). A skądinąd okazywanie miłosierdzia stworzeniom, które cierpią i czują ból tak jak ludzie, nie kłoci się chyba z chrześcijańskim punktem widzenia? Ja się osobiście cieszę, bo jutro oddaję kolejnego kota do dobrego domu, gdzie będzie miał jak pączek w maśle. To już 12-sty kot uratowany przez mnie od jesieni, poszły na to co najmniej dwie średnie krajowe, ale jaka przyjemność! I nie mam czasu na przejmowanie się innymi sprawami. Polecam i pozdrawiam!

    1. Czyli zwierzak-prezent albo raczej rodzina-prezent dla zwierzaka jest lepszym pomysłem? Zaraz okaże się, że zwierzak w domu bez źródła pochodzenia będzie obłożony karą administracyjną a może i nawet eksterminowany, jeśli właściciel nie udowodni legalności nabycia. Chory świat na „lekach” BigPharmy.

      1. Zwierzę nie jest i nie powinien być prezentem. Jeśli ktoś chce podarować dom i czas dla kota/psa to schroniska są pełne i nawet kupować nie trzeba albo wystarczy pojechać na wieś i przygarnąć jakąś biedę. I wątpię, żeby populacja tych bezdomnych zmalała przez następne 200 lat. Pseudohodowle zaś to miejsce cierpień, dla ludzi którzy chcą podbudować ego rasowym kotem czy psem. Zwierzęta takie są pełne wad genetycznych a reproduktorzy kończą żywot wyrzucane gdzieś. Ostatnio rozmawiałam z taką hodowczynią – trzymała 8 norweskich dużych kotów na 40m2.

        1. Poza tym zamiast pseudohodowców będą mogły w marketach działać schroniska i o tym jest ta ustawa a nie jakimś ograniczaniu wolności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: