2.05. Majówkowe kowidowe odpadki

2 maja, dzień 426.

Wpis nr 415

zakażeń/zgonów

2.803.232/68.068

Drugi maja to takie zawieszenie dla długoweekendowców, bo to nie wiadomo co zrobić z przerwą między 1. a 3. maja. Tak jak wczoraj zrobiłem sobie święto od kowida, broń Boże od „Dziennika”, to teraz trzeba w tej przerwie wrócić do tematów epidemiologicznych. Załatwiliśmy wczoraj obyczajówkę i politykę, teraz pora na prawdziwe kowidki, czyli co się dzieje po świecie z reperkusjami tego śmiertelnego wirusa.

Zacznijmy od Niemców. Ja tam ich nie pojmuję, bo coraz bardziej zaciskają prawną obrożę obostrzeń. W dodatku idzie im nie tak źle, ale pałują się testami, nie zgonami. Merkel raz przeprasza, raz przestrasza. Niemiecki chaos przegonił nawet nasz, polski. To taka nasza schadenfreude w stosunku do tego, co Niemcy myślą o polskiej organizacji. Teraz przyładowali nowe restrykcje w prawie, obostrzeniach i karach. Jak to zwykle bywa – przesadzono. Z symulacji wychodzi, że za picie coli na dworze bez maski (ja piję w masce, bo mam sitko) można dostać z pięć lat. Nie wiadomo, jak będzie z przymusem szczepień, ale 30 kwietnia Unia klepnęła paszporty, a wiadomo kto rządzi w Brukseli. 

A skoro jesteśmy w Niemczech – wyszło, że około 200 Niemców zostało w jednym punkcie zaszczepionych… solą fizjologiczną. Pracownica rozbiła pakiet szczepionek i bidulka się przestraszyła. Teraz ludzi szukają, by doszczepić. Mają ich zbadać na przeciwciała. Będą jaja, jak się okaże, że nabyli odporności po placebo. A ja bym dalej ciągnął ten eksperyment. Skoro oni myślą, że są zaszczepieni, to bym popatrzył jak reagują, czy mają jakieś (wtedy histeryczne) odczyny, czy sprzęgają się z masztami 5G i czy się chwalą selfikami ze szczepień. A tak okazja przepadła. Ale z Niemcami to nie ma (ostatnio) zabawy.

Dziwny ten wirus. Na pokład samolotu z Delhi do Hong Kongu wsiadło kilkuset pasażerów, każdy z ujemnym wynikiem testu na kowida. Wylądowało zaś… 57 zakażonych. Tak wyszło z testowania na lotnisku docelowym. Coś się stało w samolocie. Sprawdziłem ile się leci z Delhi do Hong Kongu (12 godzin i 45 minut) i nie ma bata, by się tam ktoś zaraził od kogoś (od kogo, kiedy wszyscy negatywni?). Śmiertelny wirus wylęga się najszybciej w dwa dni, a tyle to żaden samolot nie utrzyma się w powietrzu. Takie procedury kompromitują testy, a więc szybko się je zmieni. To tak jak było u nas z kwarantannami. Przez dłuższy czas mieliśmy procedurę testu przed kwarantanną i testu sprawdzającego po kwarantannie. I tłumy bezobjawowych wpadały w pułapkę, bo nie mogły się doczekać negatywnego drugiego testu i siedziały w pętli czasowej – rekordzista 90 dni. I procedurę zlikwidowano, nie dlatego, że była okrutna, ale dlatego, że kompromitowała testy.

W Rumunii afera – leczą koronawirusa. Od kiedy wprowadzono tam standard iwermektyny, śmiertelność spadła siedmiokrotnie. Ale kto by tam o tym dziś pisał na świecie. Za to artykuły, ile promotor amantadyny, doktor Bodnar zabił pacjentów to każdy cyngiel z Wyborczej napisze. Jest nagonka na doktora, że leczy za pieniądze (cham jeden, bo reszta to za friko kica do oddziałów kowidowych), że mu ludzie umierają i nie wiadomo czy leczył zakażonych. A co, miał objawowych pacjentów i co, miał czekać dwa dni (wtedy) na test, by ich… nie leczyć, bo czym, skoro amantadyną nie można? Ta nagonka coraz bardziej świadczy, że oponenci nieleczenia chorób przez służbę zdrowia mają rację. Może by się tak jeden z drugim propagandzista zajął 100.000 ponadnormatywnych zgonów w Polsce i znalazł ich źródło? To robota dla ucznia terminującego w gazetce szkolnej, bo nazwiska są na oficjalnych rozporządzeniach.

Redaktor Pawlicki naliczył, że w Radzie Medycznej przy premierze doradza 17 lekarzy, z których 12 powiązanych jest finansowo z koncernami farmaceutycznymi produkującymi szczepionki. Moim faworytem bezstronności, jest jeden z członków, którego fundacja otrzymuje kasę od koncernu Gilead, produkującego remdisivir, którym „leczy się” w kowidowych oddziałach, a który skutecznie blokuje wejście do szpitali amantadyny. Ciekawe jak profesor doradza w Radzie, jeśli chodzi o leczenie amantadyną, której terapia kosztuje kilkadziesiąt złotych, w przeciwieństwie do leku sponsora, na który trzeba wybecalować 10 tysięcy złotych? W dodatku WHO wykazało, że remdisivir nie leczy koronawirusa.

Co do maseczek, to dochodzimy do kolejnego absurdu. Jako że mamy wybory w Rzeszowie, a właściwie plebiscyt popularności plemion pomiędzy wyborami właściwymi, wszyscy się tam zlatują i tokują. Ale ostatnio zebrała się burza nad jedną z kandydatek, bo na plakacie jest jej twarz… bez maseczki. Na plakacie. A jak rozpoznać kandydatów? Pod maseczką to może być i nawet Budka. Jak mu wszystko jedno, czy to Rzeszów czy Wrocław, to może elektoratowi tak samo? Może jakieś szlaczki na namordnikach? Wygra wzór ludowy z POdkarpacia? To samo widać na zdjęciach… dolnośląskich kandydatek do tytułu miss. Czemu nie? Można oceniać i po figurkach, ale – doświadczenie mi mówi, że można się nieźle naciąć. Czasami właścicielkami fajnych kształtów są panie o twarzach niewyjściowych. To samo z panami, ale to podobno wystarczy, byleby nie był brzydszy od diabła. A jako że, w zsekularyzowanym świecie, dawno nikt diabła nie widział, to dobrze zbudowany facet ujdzie w tłoku.

Czasami mamy do czynienia z fenomenem kowida jako zaczynu nowego, nieznanego biznesu (patrz krokomierz z poprzedniego wpisu), niekiedy koronawirus jest przyspieszaczem biznesu starego. Ku memu zaskoczeniu korzysta… przemysł odzieżowy. Obroty pod niebo. Powód? Genialnie proste. Ludziska tyją w kwarantannach i… trzeba wymienić całą rozmiarówkę. To jest główny driver biznesu a la Vinted, czyli wyprzedaży znoszonych (zbyt małych?) ciuchów. Ale trzeba kupić nowe i szwalnie mają full roboty. Mój kolega policzył, że „kilogramów obywatela” przybyło nam za kowida jakieś 105 mln kg. To jedna z nielicznych dobrych cech wirusa. Podobno grubasy są mniej agresywne i złośliwe. Ale i tu może Polacy zrobią, jak zwykle, jakiś wyjątek.

Nic nas nie pokona. Zwłaszcza pasjonatów. Polacy, trendsetterzy narodów, pokazali (jak Bonaparte) jak zwyciężać mamy. Skoro jest zakaz wjazdu kibiców na stadiony, to kibice jakoś się erzacują. Szczególnie pasjonaci żużla. W miastach żużlowych wzięto się na sposób i nad koronami stadionów unosi się las wynajętych podnośników, z których można oglądać mecz. To fajna sprawa. Nie wiem czy płaci się za napowietrzny bilet, czy za miejsce, czy kluby idą na rękę? I tak się siedzi w tym żelaznym gniazdku z kolegami, widok jak nigdy, popija się to i owo, bez maseczki i distancingu. Widać, że żeby normalnie żyć trzeba się coraz wyżej unosić w powietrzu. A na ziemi kręcą się w kółko w coraz większym pyle i smrodzie. Nie, to nie o żużlowcach…     

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”. 

4 thoughts on “2.05. Majówkowe kowidowe odpadki

  1. Kontynuując wątek Niemiec: to taki kraj, który nie lubi chaosu i chce być uporządkowany, lubi działać według planu i planuje szczegółowo. Życie i nauka pokazują, że przy dużej komplikacji zadania i elemencie przypadkowości na wyjściu dostaje się chaos. Niemcy tego nie akceptują i nie potrafią być skuteczni w takich okolicznościach. Mało się uczą, znany mi przykład to ŚDM 2005 w Kolonii, też ich przerosło, choć z pozoru wszystko mieli rozplanowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: