20.03. Cywilizacja frustratów z prawem do szczęścia.

20 marca, dzień 383.

Wpis nr 372

zakażeń/zgonów

2.036.700/49.159

Dziś niby weekend i powinna być porcja kowidków, ale sobie odpuściłem. Po pierwsze dość się wyprułem zestawem w weekend zeszły, poza tym postanowiłem trochę odpuścić, gdyż zbieranie cywilizacyjnych głupot trochę mnie powoli przytłacza i próby żartobliwego ich przedstawiania czasami mnie przerastają. Tak było i w tym tygodniu. Ale trafiłem na coś większego, czemu można poświęcić cały wpis.

Od dość dawna zastanawiałem się nad różnicą pomiędzy tzw. „prawem naturalnym” a „prawami człowieka”. Gdy sięgnąłem do literatury zobaczyłem, że właściwie te pierwsze uznawane są za przestarzałe już, historyczne źródła tych drugich, bo te rozwinęły się w procesie demokratyzowania cywilizacji. No bo tych naturalnych jest parę na krzyż, zaś tych „człowieka” to już mamy sporo i lista się powiększa.

Oczywiście jest tu dużo głębokich rozważań filozoficznych, do których nie dorastam ani umysłem, ani wykształceniem i przyjmuję je z pokorą w ich różnorodności. Ale zapisuję tu sobie, by nie zapomnieć, co sam w swoim amatorskim umyśle uważałem za prawa naturalne i co myślę o tych człowieka.

Otóż z praw naturalnych mamy skromnie, ale grubo: prawo do życie, wolności i własności. To właśnie „prawa podstawowe” dla tego by ludzkość nie zginęła i się rozwijała. Gwarantując to minimum każdemu człowiekowi w swym ograniczeniu dbają one jedynie by człowiek jako członek zbiorowości mógł przetrwać, ale i rozwijać. Są jak państwo liberałów (tych prawdziwych, a nie tych pomalowanych na czerwono) – niewielkie, ale tam, gdzie zadeklarowało swą obecność – bezwzględne. To minimum wyznacza podstawowy warunek, poza którym jest już tylko wolitywne działanie jednostki, by pokierować swoim losem. A więc to jest ta baza, z której ma wyrastać indywidulana odpowiedzialność człowieka za swoje życie. „Należy się” człowiekowi niewiele, co powinno go stymulować, by mając takie gwarancje sam zadbał o swoje przeznaczenie.

W Deklaracji Niepodległości USA pojawia się jeszcze jedno prawo, wydaje się, że naturalne, ale być może występowało już wcześniej. Nie mniej jest to ważny „dodatek” do tej podstawowej triady. Jest nim prawo do dążenia do szczęścia. I tu zaczyna się całe „nieszczęście”. Bo wydaje mi się, że cała historia po tym jest dość sporym nieporozumieniem. Wygląda na to, że ludzkość wzięła to nowe uzupełnienie praw naturalnych i otworzyła „puszkę z Pandorą”. Bo z percepcji ludzi zniknęło małe słówko „dążenie” i cały świat zachowuje się jakby każdy miał „prawo do szczęścia”, a nie jak było napisane do „dążenia do szczęścia”. A to duża różnica.

No bo jak otworzymy tę puszkę, to już nic nas nie powstrzyma przed rozejściem zamkniętych dotychczas miazmatów żądań. Skoro każdy ma mieć prawo do szczęścia, to wieloaspektowe przecież pragnienia (każdy ma swoje wyobrażenie o własnym szczęściu) przyjmują natychmiast formę masowych roszczeń, których odbiorcą jest państwo poprzez swoje polityczne kanały. A więc mamy mieć prawo do mieszkania, godziwych zarobków, wreszcie do aborcji jako nowej pozycji na rosnącej liście praw człowieka. W ten sposób prawa człowieka nie stanowią żadnej gwarancji, bo są niestabilne, zmieniają się w rytm politycznych, co gorsza – ideologicznych – mód. I w rezultacie człowiek zapewniany o rozszerzającej się dla niego liście jego praw… nie ma nawet zagwarantowanych tych podstawowych. A te „naturalne” to było tylko kilka, ale za to mocnych, podstawowych, gwarantujących, jak pisałem, egzystencjalne minimum do wzięcia się za bary z własnym przeznaczeniem.

Takie nowoczesne podejście masowo produkuje żądających „bo tak”, fal mód roszczeń, które samouzasadniając się rozwalają głównie systemy podatkowo-gospodarcze, by dogodzić rozmarzonemu tłumowi wyborców. Jednocześnie jednak powoli, wedle rytmu obdzierania ludzkości z praw naturalnych, rośnie de facto armia niewolników, którzy ani życia, ani własności, ani wolności nie mogą być pewni ale swego hedonizmu – na pewno, bo cały czas są kołysani przez ideologiczne pioseneczki o swym podmiotowym prawie do szczęścia. A jak nie ma szczęścia (a gdzież ono systemowo jest?) to powstaje cywilizacja frustracji, której coraz to pokazuje się „winnych innych” tego stanu rzeczy.

No bo popatrzmy. Przecież kwestie prawa do życia mocno się przesunęły w stronę kwestionowania tej naturalnej oczywistości. Aborcja i eutanazja zrobiły chyba ostatnio postępy, c’nie? W ogóle ci starzy to jacyś niepotrzebni są powoli. Kulturowo w mediach króluje ejdżyzm, którego nikt nie zauważa, bo wszyscy są skupieni na kwestiach poniżej pasa. Bycie starym jest niemodne. Ale czemu to się dziwić cywilizacji, która wyparła śmierć i towarzyszącą jej starość?

Kwestii własności nie będą nawet dłużej komentował, zwłaszcza w obliczu zmian kowidowego świata, gdzie stajemy się powoli zakładnikami davosowskich tez Schwaba, że „brak własności uczyni Cię wolnym”. Tak bogaci mówią do nas, maluczkich. Dają nam wolność. Bez własności, na dochodzie gwarantowanym, w kolejce po, na razie sprzedawane, coraz bardziej takie same porcje jedzenia. Mnie to przypomina… więzienie, a jak są wszyscy zamknięci to nie czują się zniewoleni. Ale czują się… równi. Różnice między wolnością widzą tylko strażnicy. Więzienie na pewno zwalnia z jednego – z odpowiedzialności za swoje życie. I wielu wybiera niewolę, bo odpowiedzialność ich przerasta.

Jak mówili radzieccy decydenci – jak szukacie równości, to znajdziecie ją na świecie tylko w jednym miejscu – syberyjskim łagrze. O samej wolności w dzisiejszych zestawie praw naturalnych to nawet się nie zająknę. Niech każdy w cichości sumienia rozważy rachunek swej wolności w porównaniu powiedzmy do sytuacji sprzed 15 lat.

A więc mamy rosnącą rzeszę niewolników z wolnościowymi hasłami na ustach. Takich, którzy już wiedzą co ma się spełnić, by byli szczęśliwi. Ale wcale nie wolni. Jesteśmy bowiem świadkami wymiany niechcianej i nierozumianej wolności na szczęście, sprowadzone do egzystencjalnego minimum – poczucia bezpieczeństwa. Ludzkość zeszła do biologicznego poziomu myślenia o życiu. Byle przeżyć wirusa o 0,2% śmiertelności. Strach – tyle wystarczyło. A kto powiedział, że każdemu człowiekowi należy się szczęście? Prawo naturalne mówi, że ma on prawo do jego poszukiwania, nie że mu się ono należy. Ale ta subtelna różnica już zaniknęła na zawsze. Mamy cywilizację (zachodnią) w tym względzie roszczeniową wobec aparatu państwowego, czemu sprzyja polityka kupująca głosy takich wyborców obietnicami bez pokrycia. Mamy więc drogę w przepaść bierności, bo kto będzie walczył o swoje szczęście, skoro i tak mu się ono należy, a polityczni macherzy zapewniają, że je dowiozą?

No bo spójrzmy na przykład na aborcję jako jedno z lansowanych obecnie „praw człowieka”. To przecież realizacja powyższego „prawa do szczęścia”. Przecież takie dziecko to jawna przeszkoda na drodze do samorealizacji matki (rodziców?). A więc realizujemy swoje prawo do szczęścia. Po to by było lżej negujemy człowieczeństwo płodu w łonie, by nie było, że przeciwstawiamy swoje prawo do szczęścia temu naturalnemu – do życia, bo rachunek wtedy byłby oczywisty. Nasze wygodnictwo za życie kogoś innego, bezbronnego w dodatku.

I taka droga jest niekończącym się traktem rozwijanym w rytmie kolejnych politycznych haseł, które nadchodzą wraz z nihilistycznym podejściem do życia. Miałem ostatnio taki bój internetowy przy okazji plakatów z płodem wpisanym w serce-macicę. Wyszło, że gościu, który się pruł na plakat „Życie ma sens”, w końcu nie widzi żadnego sensu w tym życiu. No więc co będzie w nim robił, sam na sam z własnym ego, z niebem gwiaździstym nad sobą, jako jedynym punktem odniesienia własnych życiowych decyzji? No nie będzie dążył do, ale domagał się szczęścia. I to takiego na podstawowym, biologicznym poziomie. Czyli będzie kumulował hedonistyczne przyjemności. Chyba, że się targnie.

I takie mamy dwa wyjścia przed zsekularyzowaną ludzkością. A właściwie cywilizacją. Bo inne cywilizacje (te bez systemowych gwarancji prawa do szczęścia) ciężko pracują dążąc do swej wizji szczęścia. Cieszą się z praw naturalnych, że żyją, że są w swoim mniemaniu wolni, że coś posiadają lub mogą posiadać. Że mogą się tacy stać. Nie zwracają się do świata z pretensją o swoje szczęście tylko mozolnie wykuwają je na drodze swego przeznaczenia. I kurcze – chyba są czasem szczęśliwsi niż nasze ameryko-europejskie buźki, które czasem obserwuję w przejeżdżających obok limuzynach.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.  

2 thoughts on “20.03. Cywilizacja frustratów z prawem do szczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: