3.03. Wojenni podżegacze – analizka

6

3 marca, wpis nr 1252

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Ostatnio napisałem o wojnie w kontekście czy jesteśmy do niej przygotowani. Wyszło, że nie bardzo, w czym utwierdza mnie wielu ekspertów. Ale, ku mojemu zdziwieniu, ci sami, którzy mówią, że nie jesteśmy gotowi jednocześnie twierdzą, że pod pewnymi warunkami możemy się na tę wojnę wybrać. No to – jak jest? Postanowiłem rozwikłać tę zagadkę, ale trzeba nam zacząć w ogóle od pieca, czyli – skąd nagle ten temat wojenny się wziął.

Spóźniony timing

No, bo wojna na Ukrainie trwa już dwa lata i nie wiedzieć czemu nagle się okazuje, że (niektórzy powiedzą, że dopiero teraz) powinniśmy się do niej włączyć. A więc powolutku. Był taki moment, że Ruscy przegrywali tę wojnę, tak gdzieś w październiku 2022 roku. Ofensywa się załamała, nie było jeszcze nowej strategii rosyjskiego wojowania, a stara ugrzęzła a Ukraińcy gnali na zad Moskalików. Z wojem było u Rosjan słabo, Zachód (głównie moralnie, ale o tym później) wspierał Ukrainę, ukraiński rekrut nie był jeszcze zużyty. Można było Moskalikom dowalić, ale tu weszli Amerykanie i Anglicy i wymusili na Kijowie coś pokracznego. Było to odrzucenie wszelkich rozmów z Moskwą o pokoju, ale ograniczenie działań kontrofensywnych.

Moskwa miała być poważnie nadszarpnięta, ale nie dociśnięta do ściany. Ukraina miała być rosyjskim Wietnamem, a nie ostatecznym rozwiązaniem problemu rosyjskiego. Oba scenariusze kolapsu Moskwy były dla USA słabe – Rosja mogła bowiem odpowiedzieć atomem i konflikt by wyeskalował do niekontrolowalnych rozmiarów. A tego by Amerykanie nie chcieli. Z drugiej strony – jakby się wszystko udało i Kreml by padł a Rosja rozpadła, to byłoby to zwycięstwo… Chin, które z wielką przyjemnością (obustronną zdaje się) przyjęłyby na klatę opuszczoną Syberię, co też chyba nie było marzeniem Bidenów.

Wygrał więc krwawy kompromis. Wojna ma trwać, ale bez większych postępów, co kontrolowano na poziomie intensywności zasilania pieniężnego w broń i pieniądze. Za te taktykę (i zgodę na nią Kijowa) zapłacił ukraiński żołnierz, przelewając krew w wojnie na wycieńczenie, do ostatniego Ukraińca. I tak dojechaliśmy do nieuchronnego – Rosja się przestawiła poborowo i przemysłowo, generalicja zmieniła strategię, z drugiej strony Zachód nie dowoził środków do wojowania, bo sam albo je limitował, albo ich nie miał, albo się z nich wyprzytkał. Zresztą Putin z chęcią wszedł w tę grę – osłabianie i tak wątłego militarnie Zachodu. To dlatego nie bombarduje linii kolejowych na Zachodniej Ukrainie, którymi idą transporty uzbrojenia. Po co tamować żyły, którymi Zachód upuszcza swe zasoby do prowadzenia wojny? Te czezną na froncie ukraińskim, jednocześnie osłabiając potencjał Zachodu na wypadek niewątpliwej dogrywki.

Po co nam ta wojna?

I teraz, dzisiaj, w tej sytuacji co mamy? Nawet jak będzie pokój, to Rosja wcale nie będzie musiała się podnosić, lizać ran przez następne 5-7 lat, jak spekulowali eksperci. To ona jest przestawiona na tryb wojenny, nie Zachód. Wcale nie będzie tak, że dostaniemy trochę czasu. I tak do zmarnowania, bo w pozbieranie się Zachodu i przygotowanie do konfliktu, nawet w ciągu pięciu lat – nie wierzę. I tu staje główne pytanie – czemu Zachód jak mógł to Rosji nie dociskał, a teraz, po dwóch latach, kiedy ma karty słabsze – zaczął chojrakować?

No, bo czego chce? Wojny prewencyjnej? Uratowania Ukrainy, śląc do niej wojska? Ale wtedy to zeskaluje konflikt do wojny z NATO i sprawdzimy tylko co który kraj ma na myśli czytając artykuł Piąty Traktatu Pólnocnoatlantyckiego. A nawoływania do wojny nadchodzą i z oficjalnych komunikatów, i z „atmosfery”, którą suflują influencerscy podżegacze.

Małe sygnały, że trzeba nam iść na wojnę zaczęły się pojawiać już od jakiegoś czasu. Napomknięcia o trudnej sytuacji, w związku z tym i czekających nas trudnych decyzjach, jakieś pohukiwania na Putina, który nagle okazało się, że zamierza się by napaść inne kraje. Nawet i u nas słyszeliśmy takie kwiatki. Ale clou to było spotkanie u Macrona, w sumie nieformalne, ale w sprawie. Tam miała paść propozycja wystawienia połączonego wojska do operowania na Ukrainie i nagle wszystko wybuchło gościom w rękach. Jeśli to było sondowanie nie tylko przywódców ale i narodów (bo przeciek ze spotkania wyszedł natychmiast) to wynik był fatalny. Nagle okazało się, że nawet sam gospodarz jest przeciwny własnemu pomysłowi, zaś – skoro się okazało, że większość państw tego nie chce, to znak, że jest jakaś mniejszość co tego chce – wszyscy zaczęli się wycofywać, że to nie oni, że może coś i było, ale tu chodziło bardziej o wsparcie sprzętowe i w ogóle zjechali się, żeby sobie tak pogadać.

Wyszło fatalnie, bo wszystkie punkty za to spotkanie zgarnął… Putin. No, bo czego się dowiedział? Przede wszystkim, że nie ma tam jedności. Po drugie – miał próbkę jak będzie działał ewentualnie artykuł piąty, czyli, że nie tylko nie ma jedności w ocenie sytuacji, ale i w reakcji. Po trzecie – zobaczył, że NATO bez Amerykańczyków to sobie tylko pogadać może. Był to też widowiskowy krach idei (przecież Macrona!) wspólnej armii europejskiej. No, bo po pierwsze jak ona miałaby wyglądać w świetle takich rozbieżności, a po drugie – jak by się zachowała w przyszłości, gdyby w ogóle istniała, wobec potrzeby jakiejś odgórnej decyzji? Kogo? Niemców na ten przykład? Jak by chcieli iść na wojnę, to by cała Europa poszła? Szczerze wątpię. A więc rezultat poszedł w świat, pozostaje tylko pytanie – po co było to spotkanie, skoro było wiadomo, że i temat się wyda, i że animozje wyjdą?

Powody wzmożenia

Myślę, że mamy tu co najmniej trzy powody tej nowej wojennej ochotności. Pierwszy to jest taki, że Ukraina przegrywa. Przegrywa na tyle, że Putin może zażądać od Ukrainy nie tylko więcej niż jej proponował na początku, ale może wrócić do swego ultimatum tuż sprzed wojny z 2022 roku, w którym zażądał od świata zgody na powrót do posowieckiej stref wpływów. Teraz nawet to ultimatum może podwyższyć.

Czas gra na korzyść Putina i przedłużająca się wojna z gorszym jej wynikiem może powodować zwiększenie się zdobyczy Kremla. I jest to jedyny racjonalny argument, który może popychać do wsparcia Ukrainy bezpośrednio, nawet z groźbą rozlania się konfliktu. Ale jest to poświęcenie (Środkowej Europy), na którą Amerykanie mogą się zdobyć. W końcu w tej fazie (jeśli nie dojdzie do atomowej eskalacji) Zachód i USA znowu będą daleko od konfliktu, my zaś jak zwykle – blisko. Ale, jak powiedziano wyżej – jesteśmy nie przygotowani, więc po co chojrakować?

Czeka nas więc kolejna Jałta. Rosja podpisze wtedy tak ze trzy układy. Jeden z Ukrainą, pt. terytorium i demilitaryzacja. Drugi z USA na temat podzielenia strefy światowych wpływów, gdzie Europa będzie potraktowana w jednym punkcie, odsyłającym do porozumienia trzeciego. Te porozumienie w naszym imieniu, ale przy naszej absencji, również interesów, podpiszą Niemcy i Francuzi. I będzie to porozumienie niewiele lepsze od jałtańskiego, bo wtedy podpisywały je trzy wojujące mocarstwa, dziś zaś będą to rozbrojone Niemcy i tromtadracka Francja. Nad Polskę nadciągają ciemne chmury – znowu zderzak Europy Środkowej będzie nie tyle buforem Zachodu przed Wschodem, ale przedmiotem handlu.

Polityka USA i Europy    

Drugi powód wojennego wzmożenia to kwestie polityczne. Skoro polityka zagraniczna coraz częściej (nie tylko u nas) podporządkowywana jest kalkulacjom na polityczny rynek wewnętrzny, to możemy mieć tu właśnie takie motywacje eskalacji wojny z Putinem. Pierwsza płaszczyzna to polityka amerykańska. Wybory się tam zbliżają i widać, że kwestia wojny ukraińskiej może być tam kluczowa. Choć – i tu ukłon w kierunku wewnętrznych priorytetów w polityce zagranicznej – kwestia granicy z Meksykiem jest dla Amerykanów ważniejszym tematem. Ale przed Bidenem stoją w sprawie ukraińskiej dwie możliwości – albo doprowadzi do pokoju, albo wyeskaluje konflikt na złego Putina. Ale pokój musiałby być zwycięski, a na to się nie zanosi, Zachód zaś namawia świat i Ukrainę nie do pokoju, tylko do walki do zwycięstwa, co fatalnie rezonuje po świecie coraz bardziej samobójczy na koszt Ukraińców – Żełeński. No, jakby tam się konflikt jednak zaostrzył, weszliby tam inni wojacy, to dla Bidena całkiem nieźle, znowu by była wojna, a to wiadomo, że wtedy wszyscy przy władzy stoją. Pod warunkiem, że nie zginie ani jeden Amerykanin. A więc kto ma zginąć?

Drugim planem jest kwestia polityczna Europy. Ta, po fatalnej „strategicznej pauzie” w pomocy na początku wojny, teraz chce w kompletnie odwróconym timingu odrabiać straty. Tyle, że tam więcej gadaniny, bo nawet fabryki amunicji na tę okoliczność nie powstały. Mamy więc coraz bardziej nachalne deklaracje, głównie oparte o eskalujące zagrożenie ze strony Putina, choć ten i militarnie, i narracyjnie właściwie nic nowego nie zrobił, ani nie powiedział. Po prostu wygrywa tę wojnę i tyle. Co zrobi po niej, to już inna sprawa, ale deklaracje ze strony Zachodu, że się za niego weźmie nie popychają go raczej do ruchów pojednawczych. Teraz Europa, zwłaszcza już Unia Europejska, która przecież żadnym organizmem militarnym nie jest, podkręca śrubę w przekazie, zaś jak przyjdzie co do czego, czyli odezwą się jej państwowi członkowie, to a jakże – gołąbki pokoju, nikt nic niczego nie mówił i nie sygnalizował, że ze swoimi wojakami wejdzie na Ukrainę.

Polska a sprawa ukraińska              

I tu wchodzi trzeci powód chojrakowania, czyli Polska, nasze podwórko. I właśnie dlatego, że Unia podostrza, zaś zaprzecza na poziomie państwowym, należy takich wojennych polskich raptusów namierzać i łapać za słowo. A pojawił się już tabunek takich – od polityków do ekspertów. Ich mowa nie jest bezpośrednia: to się wspomni o trudnej sytuacji i nieciekawych decyzjach przed nami, to o tym, że (uwaga, rewelacja z ostatniej chwili!) Putin to despota a Rosjanie to imperialiści, a to, aż do tego wprost, że czeka nas nieunikniona wojna. Dekoracje wojenne są już rozstawiane. Świadczą one o gotowym, funkcjonującym i właśnie odpalanym w tym temacie systemie medialno-politycznym, w którym da się uzasadnić wszelkie niekorzystne dla Polski decyzje. Tak, żeby wychodziły, że są one emanacją woli suwerena poprzez usta jego wybrańców. Ja sobie robię listę takich zaprzańców i muszę powiedzieć, że rośnie ona w tempie zastraszającym.

Zastanowił mnie tylko doktor Jacek Bartosiak. Ten właśnie stwierdził, że jak się będziemy wybierać zaraz na wojnę, to żeby nie sami, zaś Amerykanów trzeba puścić przodem. A jednocześnie słyszymy od niego, że nie jesteśmy gotowi. Ale nie tu jest kwestia. Kwestia nie jest w tym kto pójdzie pierwszy – tu akurat jestem pewien, że na to jest tylko jedne pomysł – tylko po co? Czy to oznacza, że ta kwestia wojny jest już zdeterminowana? Że jak Amerykańczycy dojdą do wniosku, że formułę wojny z „do ostatniego Ukraińca”, należy rozszerzyć na „do ostatniego Słowianina”, to sprawa jest już przesądzona i trzeba się zgodzić? A więc jak oni tam zdecydują w Waszyngtonie, to my tylko będziemy się spierać o to kto pójdzie pierwszy na tę wojnę? Tak w ogóle bez sygnalizacji problemu – po co mielibyśmy na nią iść?

W przypadku pana doktora Bartosiaka może to być blef – sam pisze, że Amerykanie tak nie wojują, wolą z dala. A więc wie, że na jego propozycję „pójścia w pierwszym szeregu” Amerykanie się nie zgodzą. A więc pozostają dwa wyjścia – nie pójdą w ogóle, albo my pójdziemy. Bo „warunki” Bartosiaka, to warunki „tylko” think-tanku. Kto wie co tam mają w głowach już poustalane nasi decydenci? Może nie mają tak „ostrych” warunków jak Bartosiak? Jesteśmy w trudnym momencie, chojrakujemy jak przed Wrześniem’39, a nie jesteśmy na pewno nawet tak „silni, zwarci, gotowi”, jak samookłamująca się wtedy Sanacja.

Jesteśmy w sytuacji, w której Zachód nie chciał mieć pokoju za pieniądze, a obecnie może mieć wojnę za darmo.

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

About Author

6 thoughts on “3.03. Wojenni podżegacze – analizka

  1. Z historii wiemy, że każda cywilizacja musi upaść. Musi osiągnąć dno, od którego następne pokolenia będę mogły się odbić. I takie dno przygotowuje nam World Economic Forum.
    Swoją drogą to ciekawe, że (oficjalnie) gangi muzułmańskie terroryzują białego człowieka jako tego niewiernego… ale żaden nie ośmielił się ani razu zaatakować szatańskiego Szwaba… a nawet zapraszają do ciebie na coroczne pogaduchy…
    (?)

  2. No dobra. Zostajemy w Mumii, wojny nie ma komprador Tusk zglebował opór Polaków przed niemieckim Zielonym Jadem, czyli… Za kilkanaście , góra 20 lat , my Polacy zostajemy bez własnych domów, samochodów, rolnictwa, resztek przemysłu, za to z robalami, szalejącą berlińską agenturą, lewacką europejską Policją Myśli i więzieniem za dwa słowa prawdy. Oczywiście, Polski już nie ma. No naprawdę czysty zysk!
    A teraz odwrotna sytuacja: Putin bierze całą pulę, w tym Polskę.
    Polski oczywiście, tej wolnej, TEŻ nie ma, ale za to, z pewnością, JEST cała reszta, z której dziś bezapelacyjnie i przymusowo, jak dziś pod Sejmem było widać, uwalnia nas Mumia i jej berlińsko brukselska agentura. Czyli jest nic innego jak… PRL bis , ale z turbo kapitalizmem, radycyjnymi wartościami, wielkoruskim nad nami szowinizmem, za to bez mumijnego lewactwa i już zaklepane go w Berlinie mumijnego na Polskę wyroku śmierci.
    Pytanie: Co dla Polski i Polaków byłoby z tych dwóch ostatecznych wersji lepsze, gdy nasze „elyty, k ich mać,” znów przes…ły nam niepodległość? Obawiam się, że niebawem będziemy musieli coś wybrać. Bo własnego Orbana jakoś nie mamy. I wcale nie jestem pewien, czy zażywanie się w worku z mumijnym wampirem byłoby dla nas o wiele lepsze.

    1. Co Ty za bzdury wypisujesz??? Pod rządami UE Polski nie ma i pod rządami Putina Polski nie ma. Lepiej to sobie uświadommy, albo poparzymy się przy dwóch ogniach, jeden po drugim.

      1. Toż to właśnie napisałem. Jedni warci drugich. Przy czym pod Putinem nie będzie trzeba żreć świerszczy , a i może prywatne auta i domy pozostaną. Te nie zburzone pociskami…🤣. Za to w Mumii masz na bank powszechne wywłaszczenie ludzi z ich dorobku, owadodietę, dyktaturę lewactwa i 15-minutowe miasta, czyli bezirki zamknięte…

        1. Tylko że musiałbyś najpierw Putina namówić żeby chciał wziąć sobie na głowę Polskę. Z Banderowcami radzi sobie w takim tempie, że do Polski dotrze za 100 lat, mniej więcej. A w ogóle dlaczego akurat Polska? Nie łatwiej byłoby napaść na Estonię czy inną Łotwę? Tez są w nato i sa dużo mniejsze i łatwiejsze. No i jest tam trochę Ruskich. To tylko nasze „polskie” jelity umysłowe, rządowe i cała nasza dyplomatołecja aż przebierają nogami żeby „wgnieść Putina w ziemię”. Pewnie są wściekli że Rosja jeszcze nie zaczęła z nami wojny, pomimo tych wszystkich obelg. A może w końcu odpalą jakąś małą rakietkę w zatłoczone targowisko i zwalą na Ruskich? No, ale na to musi być rozkaz z NATO. W razie wojny to żyć nie umierać! Władza dożywotnia, żadnych protestów czy tam „swobód obywatelskich” czy „praw człowieków”, że zacytuję Michalkiewicza. Można dać upust najniższym instynktom i wsadzać do psychiatryków kogo się chce, z pominięciem tej całej czasochłonnej procedury sądowej. Wyobrażam już sobie te płomienne przemowy ekspertów moralnych i hierachii kościelnej, że „nadejszła chwila próby i jesteśmy w tym razem”. To straszenie Putinem jest bardzo podobne do straszenia „kowiiiidem”. Ten sam amok, to samo odmóżdżenie i zdebilenie, to samo mieszanie z błotem „ruskich onuc”, czyli ludzi z niedopranymi mózgami.

        2. Z dwojga złego dla istnienia państwa chyba jednak ruskie, poza faktem, że wybiją nas wielu. Jako część UE zginiemy jako naród, ogłupieni gadkami, jaki to socjalizm jest fajny i wszyscy równi. Pod twardym butem Putina, mając widocznego wroga naród mógłby się zjednoczyć, jak za zaborów. Chociaż też nie wiem, bo sługusy Brukseli stałyby się w podskokach sługusami Moskwy. No i ekonomicznie nie ma co w tym trwać, Europa to już skansen, daleki Wschód nawet nie zauważy jak zgasimy światło i wyemitujemy ostatnią tonę co2…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *